Wiedzieć a wierzyć

Umysł zapisuje pierwsze informacje na dany temat jako wzorzec. Jeżeli tego świadomie nie zmienimy, ten wzorzec tworzy nasze życie poza naszą kontrolą. 

Jeżeli dziewczyna na podstawie najwcześniejszych obserwacji i doświadczeń uwierzy, że „faceci to dranie”, to daremnie będzie marzyć i wyglądać swojego księcia na białym koniu. On się nie pojawi, bo nie istnieje w jej przekonaniach; nie przyciągnie go do siebie, nawet jeśli on czeka za rogiem, bo tak naprawdę nie wierzy w jego istnienie. 

Jeżeli chłopak słyszał i uwierzył, że „wszystkie baby to zdziry”, to nie znajdzie księżniczki, choćby jej bardzo szukał. 

Ktoś może próbować dorobić się większych pieniędzy, ale jeżeli wierzy, że „bogaci ludzie to snoby i dupki”, to niechęć przed zostaniem jednym z nich skutecznie go powstrzyma. 

Ktoś może ciężko pracować i bardzo się w życiu starać, ale jeśli gdzieś w jego umyśle zostało zapisane, że cały świat jest przeciw niemu, w życiu zawsze ma pod górkę, a cierpienie uszlachetnia, to niczego nie osiągnie. Nie może, bo zaprzeczyłby temu, w co wierzy.

Wiara czyni cuda, ale oprócz tego tworzy naszą rzeczywistość, każdy jej kawałek. Obserwując, co nam w życiu nie wychodzi, możemy namierzyć przekonania, które nas blokują. Możemy je świadomie zweryfikować i stworzyć dla siebie zupełnie inną rzeczywistość.

Bezradność

Traumą każdego dziecka jest uczucie bezradności, odczuwana jak porzucenie. A ponieważ dziecko jest całkowicie zależne od swoich opiekunów, więc bezradność jest głównym dziecięcym uczuciem. Od momentu, kiedy leży samo w łóżeczku i płacze, nie potrafiąc samemu zaspokoić swojego głodu, usunąć bólu brzucha, zmienić pozycji poprzez sytuacje, kiedy potrzebuje i nie otrzymuje rodzicielskiego czasu, uwagi, wsparcia, czułości, bliskości – aż do sytuacji, kiedy dorośli wymagają od dziecka czegoś, czego nie potrafi, a co ich zdaniem „powinno umieć”, „powinno wiedzieć”, „powinno dać sobie radę”.

Uczucie bezradności jest dla dziecka uczuciem braku miłości; jest czymś, czemu trzeba przeciwdziałać, przed czym trzeba się chronić, zabezpieczyć się na przyszłość. W obszarze, gdzie bezradność doskwierała nam najbardziej, stajemy się więc z czasem nadmiarowo zaradni, próbując zapobiec powrotowi tego uczucia. Dużym wysiłkiem budujemy siebie wsparcie materialne lub emocjonalne, znajdujemy sposób, żeby zawsze coś mieć w zapasie, żeby nie groziło nam widmo zapamiętanej bezradności – żebyśmy nie doświadczyli więcej braku miłości, który pamiętamy z dzieciństwa.

Miłości jednak nie da się kontrolować, można kontrolować jedynie jej namiastki. Otaczamy się nimi z lęku, ale one wcześniej czy później zawodzą, i znów musimy spojrzeć w oczy temu znienawidzonemu uczuciu – bezradności. I znów emocjonalnie stajemy się dzieckiem, mimo dorosłego wieku i całego wysiłku, który włożyliśmy w to, żeby tak się nie stało. 

Kiedy jako dorośli doświadczamy poczucia bezradności, nie dotyczy ono tylko bieżącej sytuacji; dotyczy wszystkich momentów, kiedy czuliśmy się bezradni i całkowicie zależni od innych; dlatego nasze emocje są tak silne i wyrażane w dawny dziecięcy sposób: krzykiem, płaczem, ucieczką. Możemy się poddać temu uczuciu i popaść w depresję, albo możemy przyjrzeć się swoim najstarszym przekonaniom na temat miłości, które poczucie bezradności ujawnia z całą mocą. 

To przekonania o miłości decydują o tym, czy odtwarzamy swoje dawne doświadczenia w kółko zmieniając jedynie dekoracje, czy tworzymy nowe na kształt tego, w co chcemy wierzyć.

Chcieć a móc

Rodzice chcą, żeby ich dzieci były szczęśliwe.

To szczęście ma jednak dla rodzica konkretny kształt, dziecko ma być „jakieś”. Co więcej, ma być takie wbrew temu, co robią jego rodzice…

„Chcę, żeby moje dziecko dobrze sobie radziło w życiu” mówi mama drugoklasisty, która wciąż pomaga mu w jedzeniu i ubieraniu się, wyręcza we wszystkich czynnościach.

„Chcę, żeby moje dziecko było radosne” mówi tata, który krytykuje każdy ruch swojej córki.

„Chcemy, żeby nasze dziecko dobrze radziło sobie finansowo” mówią rodzice, kupując dziecku każdą rzecz, na którą wskaże.

„Chcę, żeby moje dziecko dobrze się uczyło, zdobyło wykształcenie, dostało dobrą pracę” mówi mama, która odrabia za córkę lekcje do szkoły.

„Chcę, żeby moje dziecko miało dobre relacje z rówieśnikami” mówi tata, który głośno wyraża swoje niepochlebne uwagi na temat swoich znajomych i przyjaciół syna.

Chcemy dla swoich dzieci tego, czego sami nie mamy, czego nam brakuje, za czym tęsknimy. Chcemy dać dzieciom więcej niż sami mamy. Jak jednak można dać komuś coś, czego się nie ma? Jak można uszczęśliwić dziecko, będąc samemu nieszczęśliwym? Dzieci nie uczą się przez słowa, które wypowiada rodzic; dzieci naśladują zachowania swoich opiekunów. Dlatego warto przyjrzeć się swoim przekonaniom, powodującym takie a nie inne reakcje, zanim zacznie się oczekiwać czegoś od dziecka.

Prawda

Prawdziwe przekonanie na jakiś temat cechuje się równowagą – w sposób naturalny dotyczy tak samo jednego obszaru naszego „ja”, jak i innych; nas samych i innych ludzi. 

Wychowanie i socjalizacja nakładają jednak na nasze myślenie wartościujące „nakładki”: uważamy jeden obszar siebie za lepszy, inny za gorszy; przyznajemy sobie  większe prawa niż innym lub odwrotnie – uważamy potrzeby i uczucia innych za ważniejsze od własnych.

Stąd zmiana zazwyczaj nie dokonuje się w całym naszym myśleniu od razu – zaczyna się w obszarze dla nas ważniejszym i tam, gdzie czujemy się pewniej. Tam najpierw zachodzi zmiana fałszywego przekonania, która potem stopniowo „zaraża” pozostałe obszary. 

To prawda, że wszystko zaczyna się od nas samych, ale droga do siebie czasami prowadzi najpierw przez innych; to prawda, że wszystkie obszary „ja” są jednakowo ważne, ale to jeden z nich zapoczątkowuje przyjęcie się tej prawdy w naszym myśleniu.

Prawda przychodzi do nas taką drogą jaka jest, bez żadnych warunków, – nie musimy być tacy czy inni, umieć to czy tamto, nie popełniać błędów, mieć doświadczenie, wiedzę czy cokolwiek innego. Prawda przychodzi do nas tymi drzwiami, które zostawiamy otwarte.

„My”

Jedne dzieci są socjalizowane zbyt szybko, inne wcale. Te pierwsze są uczone zwracania uwagi na potrzeby czy wymagania innych zanim zdążą się nauczyć wyrażać siebie; te drugie pozostają na etapie wyrażanie siebie, nie są uczone brania pod uwagę perspektywy innych ludzi.

Ludzie skupieni na potrzebach innych dostają społeczną akceptację; ludzie skupieni na sobie zapewniają sobie przyjemności. Jedni potrzebują drugich, ale ich związki nie tworzą prawdziwego ‚my”, ponieważ każda ze stron zna tylko pół przepisu na to, jak to zrobić. Funkcjonowanie w schemacie nie pozwala na elastyczność – jedno dba o całość zapominając o sobie (zubażając „my” o siebie), drugie dba tylko o siebie (nie biorąc udziału w tworzeniu „my”). Taki układ jest jak sztywne połączenie dwóch elementów, które pęka przy gwałtowniejszym ruchu, jakiejkolwiek zmianie. 

Prawdziwe „my” składa się z dwóch pełnych „ja” (świadomych siebie i empatycznie traktujących innych); jest jak elastyczne połączenie, które wytrzymuje naprężenia bez uszczerbku i naturalnie przystosowuje się do zmian.

O samoakceptacji

To, co rodzicom podoba się w dziecku, co nagradzają swoim zainteresowaniem i uznaniem, staje się jego przekonaniem o swojej mocnej stronie. To, czego rodzice nie akceptują w swoim dziecku z powodu własnych słabości czy kompleksów, staje się jego przekonaniem o swojej słabej stronie. Mimo, że później inni ludzie mogą wychwalać i komplementować ową „słabą stronę”, zaprzeczając tym zapisom, nie zostają one samoistnie przeprogramowane. Po pierwsze dlatego, że rodzice są dla dziecka pierwszym niepodważalnym autorytetem i ich brak akceptacji wiąże się z bardzo silnymi emocjami. A im silniejsze emocje, tym silniejszy zapis. Po drugie dlatego, że umysł automatycznie broni starych zapisów jako „prawdy”, wzoru, matrycy – i bez naszego świadomego udziału ich nie przeprogramuje. 

Dlaczego tak trudno nam przeprogramować to, że coś jest naszą słabością na przekonanie, że nią nie jest? Bo musimy to sobie (umysłowi) udowodnić, musimy zadziałać tak, jakby to była prawda – musimy złamać lęk, który nas przed tym powstrzymuje. Ten lęk jest problemem, nie samo przekonanie. W zakresie swojej mocnej strony nie boimy się ryzykować, zmieniać, próbować nowego, nie boimy się ośmieszenia, choć wcale nie zawsze wygrywamy. Za to w zakresie swojej słabej strony zaryzykowanie czegokolwiek wydaje się skokiem w przepaść. Tamten stary dziecięcy lęk nas paraliżuje. Próbujemy wszystkiego, żeby go zagłuszyć, ukryć, zapomnieć. A gdybyśmy go wysłuchali, brzmiałby mniej więcej tak: „a co jeśli okaże się że naprawdę nie można mnie kochać, że jestem nie do zaakceptowania?”. To jest myśl małego, całkowicie zależnego od dorosłych, przerażonego dziecka. Ile sensu ma dla dorosłego? Kto decyduje o tym, jaka jest nasza wartość, od czego ona zależy – i jaki to ma związek z miłością? 

Ludzie nie kochają nas tak, jak na to zasługujemy, bo miłość jest bezwarunkowa, nie można na nią zasłużyć. Ludzie kochają nas tak, jak ONI potrafią, niezależnie od tego, jacy jesteśmy. Kiedy pokochamy siebie na tyle, żeby zaryzykować ekspozycję swojej słabej strony, przyciągamy tych, którzy potrafią kochać. Kiedy udajemy doskonały produkt i próbujemy opakować się w jak najlepsze opakowanie, zakrywając to, czego się wstydzimy, przyciągamy tych, którzy handlują – kupują, sprzedają, porzucają, wymieniają na lepszy model.

My sami decydujemy czy i jak inni nas kochają, bo robią to dokładnie tak, jak my to robimy wobec siebie.

Zarządzanie emocjami

Zarządzanie swoimi emocjami polega na docenianiu i celowym tworzeniu tych pozytywnych oraz na nazywaniu i rozbrajaniu tych negatywnych.

Kiedy czujemy się dobrze, uznajemy to za „normalne” i po prostu wykorzystujemy nasze dobre samopoczucie do działania. Od innych też rzadko usłyszymy „dziękuję, że jesteś na czas” (za to często: „spóźniłeś się!”) czy „dobrze mi się dzisiaj z Tobą rozmawia” (ale często „nie da się dzisiaj z Tobą dogadać”). Rośnie to, na czym skupiamy uwagę, więc warto zauważyć i docenić sam fakt, że czujemy się dobrze, że nic nam nie dolega. A jeśli chcemy się tak czuć stale, to musimy zadbać o zasilanie tego pozytywnego stanu przez otaczanie się tym, co dla nas dobre, co nas wzmacnia, sprawia radość i motywuje.

Kiedy czujemy się źle, chcemy to jak najszybciej zmienić, więc uciekamy od kontaktu z tymi emocjami (w pracę, ekstremalny sport, alkohol, w zaangażowanie w życie innych) próbujemy je zakrzyczeć (towarzystwem, imprezowaniem, pełnieniem misji społecznej) albo stłumić (udać, że ich nie ma, albo że nas wcale nie ruszają). Każdy ten sposób jedynie wzmacnia negatywne emocje. Dezaktywować je możemy tylko przez pokonanie lęku przed kontaktem z nimi, nazwanie ich i zrozumienie skąd pochodzą, co je wywołało. A zawsze pochodzą z „dziur” w poczuciu własnej wartości.

Emocje są informacjami z naszego wewnętrznego radaru. Mówią nam, jak siebie kochamy. Im trwalszy jest nasz dobry nastrój, tym bardziej żyjemy w harmonii ze sobą. Im częściej dopada nas złe samopoczucie i gwałtowne negatywne emocje, tym silniej komunikujemy sami sobie, że robimy sobie krzywdę, że żyjemy wbrew sobie.

Myślenie pozytywne

Myślenie pozytywne nie oznacza wmawiania sobie, że jest lepiej niż jest (że szklanka jest napełniona wodą po brzegi, chociaż wyraźnie widzimy, że tylko do połowy), ani zmuszania się do czucia czegoś innego niż się czuje (że to lepiej jak w szklance jest mniej wody niż więcej). Myślenie pozytywne polega na tym, że uczymy się skupiać uwagę na pozytywach, że kierujemy uwagę (a więc i energię) na to, co chcemy w swoim życiu pomnażać, powiększać („w szklance jest woda”).

W zakresie swojej silnej strony robimy to automatycznie – jesteśmy nastawieni pozytywnie, drobiazgi nie wytrącają nas z równowagi; po prostu wiemy z doświadczenia, że nawet jeśli się potkniemy, to nas nie powstrzyma, bo lubimy i potrafimy rozwijać te sferę.

W zakresie swojej słabej strony widzimy jednak sprawy odwrotnie – każdy niepomyślny drobiazg przyciąga naszą uwagę, psuje humor, wzbudza lęk i wątpliwości, i jak wielki silny magnes zaczyna ściągać inne negatywne myśli i uczucia.

Radzenie sobie z tzw.negatywnymi (czyli nieprzyjemnymi) emocjami nie oznacza tłumienia ich („to nieważne, że pół szklanki jest puste”) czy zaprzeczania im („szklanka jest prawie pełna”), ale nie oznacza również pogrążania się w nich coraz bardziej i coraz głębiej („za chwilę szklanka może zrobić się całkiem pusta i co wtedy?”). Radzenie sobie z negatywnymi emocjami oznacza, że nazywamy je po imieniu („boję się, że wody w szklance jest za mało”) i decydujemy się na nich nie skupiać, czyli ich nie powiększać, kierując uwagę na pozytywy („w szklance nadal jest woda”).

Co może myślenie pozytywne najlepiej ilustruje przykład Nicka Vujicica – człowieka, który urodził się bez rąk i nóg, żyje jednak pełniej niż wielu ludzi bez takich drastycznych ograniczeń. Jest mówcą motywacyjnym, pisze książki, podróżuje po całym świecie, spotyka się z ludźmi na stadionach; założył rodzinę, ma pełnosprawną żonę i czworo dzieci. Jak mówi „Mogłem być zły na Boga za to, czego nie mam, albo być wdzięczny za to co mam.”

Oczekiwania od życia

Kiedy dziecko doświadcza braku bliskości w relacji z rodzicami, próbuje zapracować na ich akceptację (zasłużyć) lub próbuje się buntować (wymusić akceptację siłą). 

Umysł dziecka wybiera taką strategię, którą zna (może naśladować) i która pasuje do danej rodzinnej sytuacji. Bez względu na wszelkie późniejsze życiowe zmiany ten schemat pozostaje w dorosłym życiu. Można by powiedzieć, że zaczyna żyć swoim życiem – w ten sam sposób (według tego samego przekonania na temat bycia akceptowanym przez innych) budujemy relacje z szefem w pracy, z kolegami i znajomymi, z partnerem i dziećmi, i z niewidzialnym Bogiem. Nowe doświadczenie sprawia, że modyfikujemy swoje zachowania i reakcje – ale nie przekonanie, które za nim stoi; to przekonanie z dzieciństwa „co muszę zrobić” lub „jaki muszę być”, żeby mnie akceptowano.

Jedni z nas wciąż próbują poprawiać siebie, inni rzeczywistość; jedni pracują nawet wtedy, kiedy odpoczywają, inni przeciwstawiają się temu co jest nawet wtedy, kiedy się z tym zgadzają.

Wszyscy próbujemy zrobić coś, żeby czuć się wartym miłości i akceptacji. Im więcej wkładamy w to wysiłku, tym bardziej warunkową akceptację wokół siebie wytwarzamy, odbijającą naszą warunkową miłość wobec siebie.

Na bazie doświadczenia, jakie ma każdy z nas, nawet nie przychodzi nam do głowy oczekiwać od życia tego, czego oczekuje każde dziecko zanim rodzice przekażą mu swoje lęki i wątpliwości na temat miłości: „kochaj mnie, bo jestem”. 

Wolność wyboru

Teoretycznie każdy z nas ma wolny wybór jak się zachowa.

Praktycznie ten wybór jest zdominowany przez konkretny nawyk, który praktykujemy od dzieciństwa, pewien automatyzm, który zazwyczaj – a szczególnie kiedy jesteśmy pod wpływem emocji – bierze górę ponad wszystkimi innymi opcjami. Ten schemat działa na poziomie wręcz biologicznym, bo kształtuje się w pierwszych latach naszego życia, kiedy jesteśmy całkowicie zależni od rodziców i dla naszego mózgu wszystko jest kwestią życia i śmierci. Jeśli ktoś doświadczył silnej traumy, wszystko, co z nią skojarzone, będzie wzbudzać lęk. Jeśli ktoś nauczył się pozyskiwać uwagę i akceptację rodziców poprzez jakieś zachowanie (np. rozśmieszanie, bunt, ucieczkę, zasługiwanie, agresję, podporządkowanie się), wybiera ten schemat działania automatycznie w dorosłym życiu wobec innych ludzi, nawet jeśli de facto w tych relacjach przynosi mu to odwrotny rezultat.

Dlatego dla wielu z nas wybór zachowania pozostaje tylko potencjalny – i tak lądujemy w latami żłobionych koleinach jakiegoś schematu; w rzeczywistości nie wybieramy, bo nasz automatyzm – zachowanie, które praktykowaliśmy latami i stało się nawykiem – wybiera za nas. Co więcej, pozwalamy mu się definiować, myślimy na tej podstawie o sobie: jestem tchórzem (nieudacznikiem, klaunem, cierpiętnikiem, buntownikiem – wstaw cokolwiek). Co więcej,  poprzez zachowanie oceniamy innych ludzi, jakby urodzili się nieśmiali albo pracowici, dobrzy albo źli – od zawsze na zawsze, bez wpływu środowiska i możliwości zmiany.


Każdy człowiek jest w stanie uwolnić się od przymusu wybierania według wyuczonego wzorca, musi jedynie zaryzykować zachowanie przeciwstawne do swojego schematu. Wbrew pozorom nie jest to wcale proste, bo mózg strzeże swojego losowego skojarzenia jako generalnej zasady za pomocą silnych emocji – kiedy próbujemy zachować się wbrew temu, co mówi nasze doświadczenie, narasta w nas paniczny lęk, poczucie zagrożenia, silna wewnętrzna blokada. Jeśli pogryzł nas pies, pogłaskanie innego psa może stać się nie lada wyzwaniem, bez względu na to, jak bardzo zdajemy sobie sprawę, że to inny, łagodny i przyjazny pies.

Możemy wiedzieć – logicznie zdawać sobie sprawę – że powinniśmy zmienić zachowanie, ale emocjonalnie nie być stanie tego zrobić. Ten wewnętrzny konflikt wytwarza napięcie, które przenosi się na inne sfery życia, powodując powstawanie kolejnych negatywnych emocji, ostatecznie znajdujących ujście w agresji wobec innych lub siebie samego. Im wcześniej świadomie zaryzykujemy zmianę zachowania, tym mniejsze koszty emocjonalne poniesiemy, szczególnie jeśli zadbamy, aby nastąpiło to w sytuacji bezpiecznej, zapewniającej nam choćby najmniejszy sukces. Najtrudniejsze jest pierwsze złamanie bariery („psy gryzą!”), każde następne przychodzi łatwiej, bo mózg zaczyna się uczyć nowej reguły („psy nie zawsze gryzą”). I dopiero kiedy nadejdzie moment, że możemy wybrać albo jedno, albo drugie zachowanie (obejść z daleka albo pogłaskać psa) z równą łatwością, oznacza to, że staliśmy się wolni. I tak naprawdę dopiero wtedy jesteśmy w stanie wybrać to, co nam służy, nie będąc niewolnikami swojego wybiórczego doświadczenia – bo prawda jest taka, że są psy, które mogą zagryźć człowieka na śmierć, i są psy, które ratują ludziom życie kosztem własnego; ani omijanie, ani głaskanie wszystkich nie zapewnia nam bezpieczeństwa.

Na poziomie zachowania mieć wybór oznacza otwartość i elastyczność ponad sztywnymi zasadami, schematami i skopiowanymi wzorcami zachowania. Na poziomie psychologicznym mieć wybór oznacza wydostanie się spod kontroli lęku. Na poziomie duchowym mieć wybór oznacza bycie miłością, wybieranie tego, co dobre, zgodnie ze swoją naturą. Człowiek wolny od lęku wybiera to, co mu służy, bez potrzeby jakiejkolwiek kontroli zewnętrznej; człowiek kontrolowany przez lęk krzywdzi innych i siebie nawet jeśli przestrzega norm społecznych i kulturowo narzuconych zasad moralności.