Magiczne myślenie

Nic nie ma samych plusów ani samych minusów – i rzeczy, i ludzie, i sytuacje są mieszanką jednego i drugiego. 

Kiedy jesteśmy w stanie zaakceptować to co jest, możemy skupić się na plusach jakie posiada i mieć więcej tego co nam odpowiada. Takie rzeczy, sytuacje czy ludzie przyniosą nam dobre samopoczucie, satysfakcję, rozwój, to właśnie powinniśmy dla siebie wybierać.

Kiedy jednak jesteśmy w stanie zaakceptować to co jest tylko pod warunkiem, że coś się tam zmieni, że będzie inne niż jest, to zaprzeczamy rzeczywistości i decydujemy się na konflikt, który będzie przybierał na sile. Takie rzeczy, sytuacje czy ludzie przyniosą nam to czego chcemy i to, czego chcemy uniknąć – będą jak jazda kolejką górską w wesołym miasteczku między niebem a piekłem, między marzeniami a demonami. Takie wybory nam nie służą, nie prowadzą do nikąd poza kręceniem się wokół własnej osi z coraz większą prędkością.

Problem czy narzędzie?

Dziecko nie wie, jakie jest, po prostu jest i oczekuje od innych miłości bezwarunkowej. Dostaje akceptację warunkową, pochodzącą z mieszaniny miłości i lęku, którą wszyscy jesteśmy. Jeśli rodzice mają problem z kochaniem siebie w jakimś obszarze (bo tak nauczono ich w dzieciństwie i tego w sobie nie zmienili), to taki wzorzec przekazują dziecku, chcąc czy nie, nawet jeśli słownie deklarują co innego. Oznacza to, że bez względu na to, czy opiekunowie krytykują dziecko, czy też chwalą, jednocześnie krytykując siebie i innych, i tak dziecko uczy się krytykować siebie, podważać swoją wartość. 

W ten sposób w umyśle powstaje przekonanie, że jakaś część nas jest problemem. Czasem jest to ciało – „nieodpowiedni” wygląd, za mała sprawność, brak jakichś fizycznych umiejętności. Czasem jest to umysł – za wolny, zbyt nieuważny, za słabo kojarzący, za mało pamiętający. Czasem jest to emocjonalność – „zbytnia” wrażliwość, uzewnętrznianie swoich emocji. Czasem jest to duchowość – „bujanie w obłokach”, „niepraktyczne” podążanie za swoimi marzeniami, za silna, „nieżyciowa” hierarchia wartości.

Tak jak zwierzęta podlegają wdrukowaniu ( https://pl.wikipedia.org/wiki/Wdrukowanie ), tak ludzie tworzą swoją samoświadomość na podstawie tego, jak widzą siebie w oczach swoich opiekunów. Jeśli reakcje rodziców dają nam do zrozumienia, że coś  jest nie tak z naszym ciałem, umysłem, emocjonalnością czy duchowością, oznaczamy tę część jako problem, odrzucamy ją jak jaszczurka ogon i w zamian próbujemy dwukrotnie silniej rozwinąć inną część siebie – tę, która dostała rodzicielską akceptację. 

W ten sposób dzielimy swoje „ja” na słabą i mocną stronę, i żyjemy umęczeni wewnętrznymi konfliktami między tą częścią siebie, która gna na oślep pokonując wszelkie ograniczenia i tą, która nie chce ruszyć się z miejsca, a nawet wydaje się cofać w rozwoju. Jedna krzywdzi nas dążąc do samozniszczenia, druga krzywdzi nas, sabotując każdy nasz ruch.

Tymczasem ciało nie jest problemem, jest narzędziem. Dzięki niemu możemy żyć pełniej, przemieszczać się, doznawać odczuć sensorycznych. Zdrowe, zadbane ciało pozwala nam smakować świat na wiele sposobów. Kiedy się od niego odcinamy, zaczyna być balastem, przeszkodą, ograniczeniem. Kiedy nadmiernie je wykorzystujemy, kompensując sobie jakiś inny domniemany brak, obraca się przeciw nam, włączając tryb samozniszczenia.

Umysł nie jest problemem, jest narzędziem. Dzięki niemu możemy rozumieć to, czego doświadczamy, nazywać to, co spotykamy na swojej drodze, komunikować się z innymi. Zdrowy, właściwie stymulowany umysł pozwala nam uczyć się przez całe życie, coraz lepiej rozumieć swoje doświadczenia. Kiedy odwracamy się od swojego umysłu, staje się naszym przeciwnikiem, utrudnia nam rozwój i kontakty z innymi. Kiedy wykorzystujemy go nadmiernie w zamian za porzuconą inną część siebie, doprowadza nas do ściany, jak zapętlony komputer.

Emocjonalność nie jest problemem, jest narzędziem. Dzięki informacjom płynącym z emocji wiemy, co nam służy, a co nam zagraża. Emocje są jak informacyjne i ostrzegawcze lampki kontrolne naszego „ja”. Zdrowa wrażliwość i empatia pozwalają nam znaleźć równowagę pomiędzy sobą a innymi, tworzyć satysfakcjonujące relacje, utrzymywać dobre samopoczucie. Kiedy odcinamy się od swojej emocjonalności, odcinamy umysł od danych, których nie jest w stanie uzyskać z innego źródła; tracimy jeden zmysł. Kiedy nadmiernie wykorzystujemy swoją emocjonalność, żeby zatuszować inną swoją „słabość”, obraca się ona przeciw nam i doprowadza nas do emocjonalnej ruiny.

Duchowość nie jest problemem, jest narzędziem. Dzięki kontaktowi z najgłębszym rdzeniem swojego „ja” czujemy, kim jesteśmy, czego chcemy od życia, co jest dla nas ważne, co ma dla nas sens, jak postrzegamy siłę wyższą. Pozostawanie w zdrowym kontakcie z duchową częścią siebie wpływa na sposób wykorzystania innych części siebie, pomaga ustalić wewnętrzną równowagę, nadaje nam tożsamość, a naszemu życiu cel i znaczenie. Kiedy odcinamy się od duchowej części siebie, tracimy siebie na najgłębszym poziomie, tracimy poczucie sensu naszego życia. Kiedy próbujemy duchowością zastąpić inną część nas samych, sprowadza nas ona na manowce, zapędza w ślepą uliczkę, niszczy.

Żadna część nas samych nie jest problemem sama w sobie; staje się nim, kiedy dotyka jej cudzy lęk, brak miłości. Szczególnie wtedy, kiedy jeszcze nic o sobie nie wiemy, kiedy dopiero zaczynamy zbierać o sobie informacje. Zarażenie cudzym lękiem powoduje, że przestajemy ufać miłości i próbujemy przejąć nad nią kontrolę. Ma to mniej więcej tyle sensu, co kilkulatek przejmujący kontrolę nad domowym budżetem 😉 

Ciało, umysł, emocjonalność i duchowość są różnymi i równie ważnymi warstwami naszego „ja”, tak jak różne narządy są częściami naszego organizmu. Tak jak nie można zastąpić wątroby dodatkowym płucem, ani nerki dodatkowym żołądkiem, tak nie można zastąpić duchowości umysłem, czy emocjonalności ciałem. I nie ma ku temu żadnego powodu. Ciało, umysł, emocje, dusza nigdy nie są problemem same w sobie – przejęty od innych lęk, brak zaufania do miłości nim jest.

Antywsparcie

Im dłużej zajmuję się relacjami międzyludzkimi, tym wyraźniej widzę, że żądamy zmiany od innych ludzi zupełnie wbrew temu, co im dajemy.

Najsilniej widać to na relacjach rodziców z dziećmi – rodzic chce, żeby ktoś (wychowawca, pedagog, psycholog) zmienił zachowanie dziecka, które to zachowanie rodzice sami usilnie (choć nieświadomie) produkują. Wbrew mechanizmom rodziców nikt nie jest w stanie zmienić dziecka, jest to jak pchanie statku pod prąd gołymi rękami.

To samo dzieje się w relacjach partnerskich – chcemy zmiany u drugiej osoby, a to nasz własny lęk prowokuje u partnera zachowanie, które nas drażni czy boli. 

Wbrew sobie

Boli nas to, co robimy wbrew swojej naturze. Najcześciej nie to CO robimy, tylko JAK – z jakiej intencji, DLACZEGO. Boli każda zależność, satysfakcjonuje wolność.

Można czuć się wolnym w więzieniu, jeśli poszło się tam z własnej woli, w obronie swoich przekonań. I można czuć się niewolnikiem, mając wszystko co jest do osiągnięcia na tym świecie, jeśli zdobyło się to tylko po to, żeby komuś udowodnić swoją wartość.

Mini-przewodnik (2)

Umysł tworzy swoje wzorce głównie w dzieciństwie, wtedy, kiedy styka się z czymś po raz pierwszy. Rodzaj tego spotkania i towarzyszące mu emocje powodują „oflagowanie” tego czegoś jako dobre lub złe, ciekawe lub nudne, niebezpieczne lub interesujące, ważne lub bez znaczenia… Standardy dzieciństwa zapisują się w naszych umysłach poza naszą świadomością. Po prostu WIEMY (jesteśmy przekonani), że coś istnieje, a coś nie; czegoś jest pod dostatkiem, a o coś bardzo trudno. Nieświadomie przywykamy do tego, wśród czego przyszło nam dorastać: nie poświęcamy specjalnej uwagi temu, co jest (biorąc to za pewnik) i przywykamy do niedostatku czegoś innego jak do bólu głowy w tle. Te wzorce i standardy są jak samospełniające się przepowiednie – nie zdając sobie z tego sprawy odtwarzamy je wciąż na nowo, w różnych postaciach i okolicznościach, z różnymi osobami.

„Dziecięcy umysł przyjmuje za standard to, z czym się spotyka. Jeśli spotyka się z życzliwością, wsparciem, przestrzeganiem zasad, to taki obraz siebie i świata w nim się kształtuje, i tego oczekuje na zewnątrz rodzinnego środowiska, w którym się wychowuje. Jeżeli dziecięcy umysł spotyka się z wrogością, przemocą, przekraczaniem norm społecznych, to również taki obraz siebie i świata się w nim kształtuje, i takie będą jego zachowania i założenia wobec innych ludzi. Dlatego nie ma dobrych i złych dzieci, bo dzieci są zawsze automatycznie zaprogramowane przez zachowania ludzi wokół siebie – poza swoim wyborem i świadomością. 

Jak długo nie uwolnimy się od tego zaprogramowania, tak długo nie wybieramy świadomie; a skoro kierują nami automatyczne ustawienia, które dokonały się poza naszą świadomością, to również jako dorośli tak naprawdę nie jesteśmy ani dobrzy, ani źli – jesteśmy po prostu zaprogramowani. Co więcej, jesteśmy zaprogramowani losowo, przypadkowo, ponieważ nasze umysły naśladują mechanizmy rodziców i opiekunów, których oni sami nie byli świadomi. Nie przekazali nam ich z wyboru, zrobili to nieświadomie, automatycznie powtarzając to, co sami dostali od swoich rodziców…”

Powyższy cytat pochodzi z drugiego rozdziału Mini-Przewodnika, w którym szerzej opisuję, jak umysł przetwarza nasze pojedyncze doświadczenia w generalne zasady, co najczęściej nie jest obiektywną prawdą. To, że ugryzł nas pies, nie oznacza, że wszystkie psy gryzą, ale nasz umysł każe nam w to wierzyć („psy są groźne”). To, że mieliśmy zaprzyjaźnionego pieska, nie oznacza, że żaden pies nas nie ugryzie, ale umysł każe nam w to wierzyć („psy są cudowne”). Niemniej wierząc w te nieprawdy powołujemy je do życia. Ten, kto reaguje lękiem na widok psa, nieświadomie prowokuje go do okazania dominacji, czyli ataku. Ten, kto podchodzi do psa z pewnością siebie, wykazuje dominację, a pies zazwyczaj instynktownie się podporządkowuje. To, w co wierzymy na podstawie losowego zdarzenia, tworzy kolejne podobne sytuacje.

Kiedy rozumiemy, jak to działa,  przestajemy się identyfikować ze swoim umysłem i zyskujemy szansę na to, żeby przeprogramować jego zapisy, zmienić jego skojarzenia i uwolnić się od przypisanych tym zapisom negatywnych emocji. Rownież, a może przede wszystkim od głównego bagażu z dzieciństwa: poczucia winy i poczucia krzywdy.

Jeśli masz ochotę poczytać o tym więcej, napisz do mnie, a ja prześlę Ci bezpłatnie cały, dziewiętnastostronicowy tekst. Będzie mi miło, jeśli w zamian polecisz moją stronę na Fb, książkę, blog albo usługi psychologiczne innym.

Ukryta transakcja

Najczęstszą postawę rodzicielską, z jaką się spotykam, można by nazwać „ja w ciebie inwestuję, ty spełniasz moje marzenia”. 
Ta postawa ma wiele odmian, ale jeden wspólny mianownik. Czasem jest to „kupię ci co zechcesz, tylko traktuj mnie wyjątkowo, jak króla”, czasem jest to „nie pozwolę na ciebie nawet krzywo spojrzeć, a ty będziesz cudownym dzieckiem”, czasem jest to „poświęcę się dla ciebie, a ty osiągniesz to, co mi się nie udało” – wersje można mnożyć. To, co je łączy, to przekonanie, że miłość polega na wymianie: rodzic da dziecku to, co ma (potrafi), a w zamian ono da rodzicowi to, czego rodzic nie ma (nie potrafi). 
To przekonanie nie tylko się nie sprawdza, ale przede wszystkim nie pochodzi z miłości, tylko z lęku. Bywa jednak silne, „desperackie”, bo zazwyczaj wcześniej zawodzą relacje partnerskie zbudowane na tej samej podstawie: „ja ci dam to, co jest moją mocną stroną, ty mi dasz to, co jest moją słabą stroną”. (O tym, dlaczego to nie działa, pisałam np. tutaj: https://wordpress.com/post/alicjazdankowska.blog/1065 ). Dziecko bywa zatem ostatnią nadzieją swojego rodzica, że uda mu się stworzyć relację wyjątkową, głęboką, zaspokajającą jego emocjonalne potrzeby. 


Wierzymy, że dużo dając dziecku lub nadmiernie je chroniąc zapewnimy sobie jego bezgraniczną, bezwarunkową miłość; że je uszczęśliwimy, a ono w zamian uszczęśliwi nas, czyniąc nas idealnymi rodzicami. To trochę tak, jakbyśmy od zawsze marzyli o graniu na jakimś instrumencie, ale się tego nie uczymy, tylko posyłamy swoje dziecko do szkoły muzycznej, oczekując, że i je, i nas to uszczęśliwi. Mało prawdopodobne, że dziecko, które nie przejawia do tego predyspozycji, i którego rodzice nie grają, znajdzie w tym choćby przyjemność, nie mówiąc o poczuciu spełnienia czy samorealizacji. Projektowanie na dziecko swoich marzeń czy kompensowanie za pomocą dziecka swoich braków z dzieciństwa nie jest miłością, jest traktowaniem małego człowieka przedmiotowo, jak bezkształtnej gliny do dowolnego formowania według własnego pomysłu, pod własne emocjonalne potrzeby. A ono przecież przychodzi na świat z określonym temperamentem i predyspozycjami do tego, co je uszczęśliwi; ma własny potencjał, jedyny w swoim rodzaju. Zadaniem rodzica jest obserwować i wspierać dziecko, wyznaczać granice dla jego bezpieczeństwa i pozwalać mu na jego własne wybory wewnątrz tych granic. Miłość to nieinwazyjne, wspierające towarzyszenie dziecku w jego rozwoju; szanowanie jego indywidualności i zauważanie jego autentycznych potrzeb, pomoc w przezwyciężaniu trudności i lęków. 

Dlaczego tak trudno o taką postawę wychowawczą? Bo nie można dać czegoś, czego się nie ma. A dziecko nie uczy się na naszych słowach i deklaracjach, tylko obserwując nas. Nie możemy go nauczyć, jak ma być szczęśliwe, jeśli sami jesteśmy głęboko nieszczęśliwi. Nie możemy oczekiwać od dziecka emocjonalnej stabilności, kiedy sami krzyczymy i narzekamy na przemian. Nie możemy dać dziecku poczucia bezpieczeństwa, jeśli poddajemy się własnym lękom. Nie możemy nauczyć dziecka uczciwości, oszukując, ani prawdomówności, kłamiąc. Nie możemy dać dziecku miłości, jeśli nie kochamy siebie samych. A zazwyczaj kochamy siebie bardzo wybiórczo, o ile w ogóle (patrz np. poprzedni tekst pt. „Jaszczurczy ogon”).

Dzieci nie są porażką wychowawczą, są odbiciem nas samych: naszych wewnętrznych konfliktów, naszych nieświadomych przekonań i naszych niedostatków miłości wobec samych siebie. Jeśli przeglądając się w tym odbiciu widzimy coś do naprawienia, to musimy to naprawić w sobie. Dając miłość (akceptację i zrozumienie) sobie, dajemy ją automatycznie dziecku, a ono nam ją odwzajemnia. Nie dając miłości sobie, nie jesteśmy w stanie dać jej nikomu – ani swoim przykładem, ani nawet „z głowy”, bo nie wiemy, czym jest.

„Spacer w chmurach” (1996)

Bardzo lubię ten film i chętnie do niego wracam. Za każdym razem od nowa podziwiam kręgosłup moralny głównego bohatera i wraca do mnie pytanie: czy musi być tak, że tylko ci, którzy nie doświadczyli miłości, potrafią ją docenić, potrafią zrobić z niej swój priorytet, potrafią być jej wierni? Czy musi być tak, że trzeba coś stracić, żeby to docenić? Czy musi być tak, że kiedy jakiś rodzaj dobrobytu mamy od urodzenia, to przestajemy to zauważać, być za to wdzięczni, doceniać to? Czy musi być tak, że „trudne czasy tworzą silnych ludzi, silni ludzie tworzą dobre czasy, dobre czasy tworzą słabych ludzi, a słabi ludzie tworzą trudne czasy”(G. M. Hopf)…?

Jaszczurczy ogon

Jaszczurka, która znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, odrzuca własny ogon, żeby umknąć z życiem. Kiedy małe dziecko doświadcza presji ze strony swoich opiekunów, reaguje podobnie – oddaje część siebie, swojego „ja”, żeby nie doświadczyć odrzucenia. Kiedy nie wolno mu okazać swoich emocji, odcina się od nich. Kiedy nie wolno mu mieć swojego zdania w żadnej sprawie, przestaje myśleć. Kiedy nikogo nie interesuje ani nie zachwyca jego indywidualność, nie rozwija jej. 

Kiedy dziecko czuje, że jakaś jego część budzi u rodziców negatywne emocje i reakcje, porzuca ją jak jaszczurka ogon – żeby przeżyć (nie doświadczać braku miłości, emocjonalnego odrzucenia). Im bardziej warunkowa jest akceptacja opiekunów, tym bardziej dziecko porzuca siebie, swoje prawdziwe „ja” na rzecz rodzicielskiej wizji tego, kim powinno być, jakie powinno być. Wyrzeka się siebie, żeby zasłużyć na rodzicielską miłość. W jego umyśle powstaje przekonanie, że nie można być sobą, żeby być kochanym, żeby doświadczać miłości.

To przekonanie nie znika, dopóki nie zostanie świadomie zmienione. Dziecko, które nauczyło się nie być sobą, żeby być kochane, jako dorosły robi to nadal. Oddaje kawałki siebie, poddając się presji, poświęca siebie „dla świętego spokoju”: tłumi emocje, nie ma własnych opinii, łatwo idzie na ustępstwa, rezygnuje z ważnych dla siebie rzeczy, zajęć czy relacji. I kiedy okazuje się, że już nie ma czego oddać, a presja czy roszczenia się nie zmniejszają, dochodzi do ściany. Jedni w takiej sytuacji się poddają i popadają w depresję, inni zaczynają odgrzebywać siebie spod gruzów, walczyć o prawo do bycia sobą, do własnych emocji, myśli, poglądów, wyborów, decyzji i granic.

To, co budujemy na bazie swojego prawdziwego ja, tworzy pozytywne emocje i relacje, wzmacnia nas i rozwija. To, co budujemy na bazie swojego wizerunku powstałego z odcięcia części siebie jest jak maska, którą wciąż musimy przytrzymywać, żeby nie odpadła. Ta maska („ego”) powstała po to, żeby utrzymać akceptację innych, ale w rzeczywistości dostarcza nam mieszanych uczuć; oprócz satysfakcji, że działa, przynosi niepokój, lęk i wyczerpanie udawaniem.

Warto więc zadać sobie pytanie, na jakie ustępstwa jesteśmy gotowi pod cudzą presją, poddając się autorytetom w różnych sprawach, naciskom rodziny, znajomych, presji społecznej, wymaganiom środowiska, w którym żyjemy i pracujemy.

Warto też popatrzeć jeszcze głębiej, bo istniejące przekonanie żyje swoim życiem, rozrasta się i przybiera nowe kształty. Możemy przestać bać się odrzucenia rodzica, a nawet w ogóle innych ludzi, ale stawiać sobie cele, które wymagają od nas porzucenia, wyparcia się jakiejś części siebie – zgodnie z pierwotnym przekonaniem, że można coś dostać czy osiągnąć tylko wtedy, kiedy nie jest się sobą, kiedy się udaje. Mój znajomy napisał kiedyś ku refleksji takie pytanie: „Ile jesteś gotowy/a zapłacić za pieniądze, które zarabiasz?”…Na ile wyrzeczeń jesteś gotowy/a, żeby zdobyć swój cel? Czy droga do szczęścia prowadzi przez nieszczęście? Czy radość osiąga się przez cierpienie? Czy osiągniecie sukcesu wymaga porzucenia tego, co nam w duszy gra?

W co wierzymy, to dla siebie tworzymy.

Mini-przewodnik (1)

„Czy jesteśmy swoimi emocjami czy myślami? Jednym i drugim? A może żadnym z nich?

Zanim zdecydujemy, czy utożsamiać siebie ze swoimi emocjami, zadajmy sobie pytanie, czym w ogóle są emocje. Często myślimy o nich jak o niewidzianej sile, która przychodzi kiedy chce, i robi z naszym samopoczuciem co chce, niemal bez naszego udziału. Tak to możemy odczuwać, ale prawda jest znacznie mniej magiczna, a dużo bardziej racjonalna. Gdyby człowiek był samochodem, emocje byłyby lampkami kontrolnymi, które sygnalizują co się dzieje – te ostrzegawcze (emocje negatywne) zapalają się, kiedy występuje awaria. Taka jest właśnie rola emocji – informować „centrum dowodzenia”, jaki jest stan systemu, którym jesteśmy; czego nam potrzeba, a co jest dla nas zagrożeniem; czy podejść, czy uciec. 
Kiedy emocje nas ostrzegają, są odczuwane jako nieprzyjemne, nazywa się je „negatywnymi emocjami”; odruchowo próbujemy z nimi walczyć jak z wrogiem. Tylko że walczenie z emocjami jest jak walczenie z lampkami kontrolnymi w samochodzie: można coś z nimi zrobić – przykryć, zamalować, rozbić – ale to nie zmienia faktu, że awaria, którą sygnalizowały, pozostaje. I to ona powinna przyciągnąć naszą uwagę, nie same emocje, które są jedynie posłańcami. Szczególnie, że emocje są nieśmiertelnymi posłańcami – wysłuchane odchodzą same, ale zabić ich nie można. Powiem więcej – o ile zabicie posłańca generalnie nie rozwiązuje problemu, o którym przyszedł powiedzieć, o tyle próba zabijania posłańca, któremu na miejscu jednej ściętej głowy wyrastają dwie nowe, to już zupełnie bezsensowna praktyka…

Skoro nic to nie daje, dlaczego mimo to walczymy z nieprzyjemnymi emocjami? 

Bo ich nie rozumiemy, nikt nas nie uczy czym są. A są doskonałymi informatorami, choć jednocześnie fatalnymi doradcami, i może stąd taka ich zła opinia. Przekonał się o tym każdy, kto zadziałał na silnych emocjach – powiedział za dużo i za mocno czy podjął gwałtowną, nadmiarową decyzję. Emocje przynoszą informację – im są silniejsze, tym sprawa pilniejsza i wymaga szybkiego rozpatrzenia, ale nie natychmiastowego działania: ani przeciwko emocjom, ani przeciwko tym, którzy te emocje wzbudzili, bo wbrew pozorom nie tam leży problem (a dlaczego — wyjaśnię dalej). Kierując się wyłącznie emocjami, w zwierzęcy, biologiczny sposób walczymy o swoje dobro, nie dbając o innych, nie widząc konsekwencji społecznych, nie dopuszczając innych danych. Działając w złości i gniewie robilibyśmy innym krzywdę, kradlibyśmy z zazdrości, zabijali z nienawiści. Coś nas przed tym powstrzymuje – jednych bardziej, innych mniej, ale jednak. 

Co to takiego?…”

Pozwolę sobie tutaj na mały suspens 😉
Powyższy tekst to fragment mojego mini-przewodnika „Kim jestem?”. Jeśli jesteś ciekawa/y dalszego ciągu, napisz do mnie na adres amzpsycholog@gmail.com – prześlę Ci go za darmo, po polsku albo po angielsku, jak wolisz. W zamian proszę jedynie o jakiś gest wsparcia – polecenie komuś mojej książki, tego przewodnika lub moich usług jako psychologa. Może być w sieci albo w realu, pisemnie lub ustnie, teraz lub później, po przeczytaniu, bez znaczenia. Jeśli lubisz i wspierasz to, co robię, z radością podzielę się z Tobą swoją wiedzą 🙂

„K-PAX” (2001)

Ostrzeżenie: poniższy tekst można uznać za spoiler (może zepsuć przyjemność oglądania filmu po raz pierwszy).

Kiedy doświadczamy traumy, emocje zostają zamknięte niczym w pudełku. Umysł „otorbia” je, izolując cały powiązany z nimi obszar. Mniejszy lub większy – czasem po wypadku nie potrafimy ponownie wsiąść do samochodu, a czasem na skutek zbyt bolesnych doświadczeń dochodzi do rozszczepienia osobowości lub zmiany całej tożsamości. Gdy jedna część staje się „martwa”, pozostała zostaje zasilona w dwójnasób, jak przy każdej kompensacji. Może przekraczać granice, może stać się „genialna”, może inspirować innych. Ale dla swojego właściciela jest jedynie mechanizmem obronnym, zastępnikiem prawdziwego pełnego „ja”, życiem warunkowym. Jest jak granie roli na scenie, za którą otrzymuje się wielki aplauz, ale nie można poczuć satysfakcji, bo nigdy nie przestaje się być graną postacią – albo przestaje się istnieć.

Kiedy umysł uzna emocje za zagrażające przetrwaniu, dzieli się na dwie tożsamości, dwa równoległe światy. Jeden jest jak przerażające więzienie bez wyjścia, drugi jak piękny sen o wszechmocy. Życie w jednym z nich ze świadomością istnienia tego drugiego tworzy stały niepokój, lęk, cierpienie. Ukojenie może przynieść jedynie ponowne połączenie ich w jedną autentyczną rzeczywistość. Jedynym, ale koniecznym warunkiem tego procesu jest odtworzenie, uznanie i zaakceptowanie tych emocji, które spowodowały rozdział „ja”. To z kolei jest możliwe wtedy, kiedy wiara w miłość jest większa niż doświadczony lęk przed jej utratą.

Lęk jest sprawcą dysfunkcji umysłu, który zmienia metabolizm. Leki mogą w jakimś stopniu przywrócić właściwy metabolizm (znieść objawy), ale nie mogą przywrócić wiary w miłość, która uzdrawia. To lekarstwo możemy wytworzyć tylko sami dla siebie.