O dobrym samopoczuciu

Szczęście to dobre samopoczucie, radość, satysfakcja – czyli zadowolenie z siebie, ze swojego życia i z relacji z innymi ludźmi. Skoro sami tworzymy swoje życie i relacje, to dlaczego tak często nie jesteśmy szczęśliwi?Przede wszystkim dlatego, że umysł zagłusza odczuwanie i dyktuje nam co nas uszczęśliwi za pomocą swoich skojarzeń. Utożsamia nasze szczęście z posiadaniem czegoś lub kogoś i każe nam do tego dążyć za wszelką cenę, nawet jeśli czujemy się z tym źle. Jak mamy dojść do szczęścia podążając za czymś, co nas męczy, krzywdzi, stresuje czy dołuje?


Kiedy rodzice lekceważą emocje dziecka, zwracając się tylko do jego umysłu („musisz to zrobić”, „nie płacz”, „to nic strasznego, nie ma czego się bać”, „a teraz przeproś i pocałuj mamę” itp.), umysł przetwarza takie doświadczenia w zasadę „to co się czuje nie jest ważne, ważny jest cel” i tworzy przekonania typu: „trzeba znosić wszystko w milczeniu, żeby coś osiągnąć”, „trzeba zgadzać się na krzywdę, jeśli chce się doświadczyć miłości”, „trzeba ukrywać swoje emocje i kłamać, żeby być akceptowanym” itd. Takie wewnętrznie sprzeczne przekonania zmuszają nas do zanegowania albo siebie albo innych.


W pierwszym przypadku uznajemy, że jesteśmy zależni od miłości innych ludzi jak małe dzieci i szukamy aprobaty, głasków, uznania, podziwu, sławy wszelkimi znanymi sposobami. Im bardziej się w to angażujemy, tym bardziej się uzależniamy – zamiast szczęścia czujemy głównie lęk („co będzie jeśli to się skończy? co będzie jeśli popełnię błąd?”). Dostajemy dużo i coraz więcej, ale paradoksalnie nas to unieszczęśliwia; bo nawet jeśli przez moment czujemy to, o co nam chodziło, to za chwilę wraca lęk – jak kac po alkoholu.


Drugie rozwiązanie to strategia odwrotna – zaprzeczenie zależności od innych, czyli odizolowanie się od ludzi na tyle, na ile to możliwe. Udowadnianie sobie każdego dnia, że da się żyć bez miłych słów, życzliwych gestów, wsparcia, emocjonalnej więzi. Może się wydawać, że wtedy lęk przed odrzuceniem nie ma nad nami władzy, ale to właśnie on skazuje nas na emocjonalne głodowanie. To, że uczymy się żyć z brakiem, nie sprawia, że brak znika czy przestaje być odczuwalny. Nadal nas unieszczęśliwia.
Umysł tworzy konflikt („żeby być szczęśliwym, trzeba cierpieć/znosić krzywdę/zdobyć coś lub kogoś wyjątkowego”), a potem tworzy rozwiązania tego problemu, które nikogo nie uszczęśliwiają. Tworzy obrazek i strategie osiągnięcia tego obrazka, ale zrealizowany scenariusz nie przynosi szczęścia…


Powód jest prosty – szczęście się czuje, i jeśli coś nas może do niego zaprowadzić, to właśnie czucie. To jak zabawa w ciepło – zimno: naszym zadaniem jest iść za tym, co daje nam radość i satysfakcję, nie za scenariuszami umysłu bazującymi na oczekiwaniach innych ludzi. Umysł jest nam potrzebny do tego, żeby odróżnić co daje nam chwilową przyjemność i nieprzyjemne konsekwencje (to ślepe uliczki) od tego, co daje nam prawdziwe poczucie spełnienia, trwale poprawia nam samopoczucie, stwarza zadowolenie z siebie i życia.


Jeśli coś lub ktoś powoduje przymus („muszę to mieć”), zachłanność („im więcej tym lepiej, na zapas, niech to się nie kończy”), lęk na myśl o odstawieniu („nie dam rady żyć bez tego”), to uzależnienie – bez względu na to, czy chodzi o piękny wygląd, zakupy, kawę, media społecznościowe, towarzystwo, pracę czy cokolwiek innego. A każde uzależnienie krzywdzi, powoduje spadek samooceny i unieszczęśliwia.Uszczęśliwia nas wybór zgodny z własnymi uczuciami i zweryfikowany umysłem, bez względu na to, czego dotyczy. Podnosi naszą samoocenę, powoduje poczucie mocy, sprawstwa, wolności, niezależności.


Mówiąc krótko: brak szczęścia to stan, w którym podążamy bezrefleksyjnie za przypadkowymi skojarzeniami własnego umysłu; a szczęście to stan, w którym kierujemy się czuciem do wyznaczania kierunku, a umysłem do wyznaczania drogi w taki sposób, aby nie tracić dobrego samopoczucia.


Uważne wybieranie

Generalny poziom ufności wobec innych ludzi i świata w ogóle wynosimy z domu, w postaci przekonania wynikającego z własnego doświadczenia – jeśli rodzice umiejętnie się o nas troszczyli, ufamy innym i sile wyższej, jeśli nie – cechuje nas dystans i brak zaufania. 

Aczkolwiek przyglądając się bliżej można zauważyć, że nawet jeśli jesteśmy bardzo ufni, w jakimś obszarze cechuje nas brak zaufania, i odwrotnie, możemy generalnie nie ufać ludziom, ale w jakimś obszarze paradoksalnie robimy wąski wyjątek. 

Dzieje się tak dlatego, że nasze wczesne doświadczenia tworzące nasze przekonania na temat zaufania są na ogół niespójne (np. jedno z rodziców jest wiarygodne, drugie nie), ale również dlatego, że z czasem nabieramy zaufania do siebie w zakresie swojej wytrenowanej mocnej strony, gdzie jesteśmy w stanie dużo zaryzykować wbrew swojemu generalnemu brakowi ufności; tracimy zaś wiarę w siebie w zakresie swojej zaniedbanej słabej strony, i tam nie jesteśmy w stanie zaryzykować niczego, wbrew generalnej ufności wobec świata. Na przykład nie zauważamy, kiedy ktoś nas notorycznie okłamuje albo naciąga na przysługi (ufamy emocjonalnie), ale nie powierzymy nawet złotówki komuś, kto nie jest sprawdzony (nie ufamy finansowo) – albo odwrotnie: oddamy ostatnie pieniądze naciągaczom, ale nie wierzymy na słowo nawet bliskim. To sygnał, że działamy według automatycznych zapisów w naszym umyśle, który posegregował na osobne „światy” nasze wczesne doświadczenia i nabyte umiejętności według zasady: „tego jest dużo – możesz zaufać, ryzyko dopuszczalne” lub „tego jest mało – nie wolno ufać, ryzyko zabronione”. Pewne sytuacje wyzwalają ufność, a inne – nieufność. I na ogół jedna reakcja jest tą podstawową, najczęstszą, zaś druga – sporadyczną.

Sęk w tym, że ta generalizacja umysłu z indywidualnego doświadczenia w zasadę się nie sprawdza. To, że mogliśmy polegać na rodzicach nie oznacza, że możemy ufać wszystkim napotkanym osobom w życiu; tak jak fakt, że byliśmy okłamywani przez rodziców nie oznacza, że nie można ufać nikomu na świecie. Nie sprawdza się też podział na odrębne światy z różnymi zasadami (można ufać emocjonalnie, ale nie finansowo czy odwrotnie). Bo w życiu jak w gramatyce, czasem jest więcej wyjątków niż zasad.

No to ufać czy nie?

Odpowiedzią jest nie podział, a równowaga; dokładniej to ujmując – świadomy każdorazowy wybór, rezygnacja ze schematów. 

Życie w cywilizowanym świecie bazuje na zaufaniu: wjeżdżamy na most z przekonaniem, że się nie zawali, wchodzimy na balkon nie myśląc o tym, czy się zarwie, wsiadamy do pojazdów z wiarą, że dotrzemy bezpiecznie na miejsce, kupujemy jedzenie zakładając, że się nie otrujemy; powierzamy swoją sprawę prawnikowi czy swoje zdrowie lekarzowi ufając w ich wiedzę i umiejętności itd. Niemniej zdarzają się przypadki zawalenia mostów i zarwania balkonów, wypadki drogowe i lotnicze, zatrucia w restauracjach i wycofane niebezpieczne dla zdrowia produkty ze sklepów; bywa, że ekspert czy specjalista zamiast nam pomóc, poważnie nam zaszkodzi. Więc jak? Ufać (bo zwykle się udaje) czy nie (bo może zdarzyć się pech)? 

Jedni ufają bezkrytycznie jak dzieci (bo ktoś za to odpowiada przecież), inni wszędzie widzą zamach na swoje życie lub zdrowie. Prawda leży pośrodku: nie mamy wpływu na wszystko ani wiedzy pozwalającej wszystko sprawdzić, ale kiedy bierzemy odpowiedzialność za swoje wybory, nasze szanse dożycia sędziwego wieku w zdrowiu i dobrostanie wzrastają bardzo istotnie. Bo zamiast wbiec z rozpędu na pasy (bo jest zielone światło), rozglądamy się wcześniej w obie strony; bo zamiast pakować do koszyka w sklepie produkty jak leci czytamy etykiety z opisem ich zawartości; bo zanim powierzymy swoje sprawy przypadkowej osobie najpierw sprawdzamy jej wiarygodność; bo zanim połkniemy tabletki przepisane przez lekarza czytamy ulotkę leku; bo zanim wsiądziemy do czyjegoś samochodu, oceniamy swoje bezpieczeństwo; bo zanim klikniemy w przysłany nam przez obcego nadawcę link sprawdzamy rzecz w wyszukiwarce itd. 

Zasada ograniczonego zaufania nas chroni (wszyscy przecież jesteśmy ludźmi i każdy może się pomylić, zagapić, zasugerować błędną informacją, nie wspominając o tych, którzy mogą chcieć nam zaszkodzić swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem, zmanipulować czy wykorzystać). Ale oprócz tego wybieranie z uważnością poszerza naszą percepcję. Im częściej pytamy siebie „czy to dla mnie dobre? czy tego chcę?”, tym bardziej otwieramy się na odpowiedzi pochodzące z różnych kanałów, nie tylko z umysłu (wiedzy i logiki), ale także czucia i intuicji – dopuszczamy do głosu dane z naszej podświadomości; nasze postrzeganie sytuacji staje się pełniejsze, nabiera szerszej perspektywy; słowem wzrasta trafność i naszych spostrzeżeń i dokonywanych wyborów. 

Traktując świat z pozycji ufnego beztroskiego dziecka, za które ktoś inny decyduje i bierze za nie odpowiedzialność, musimy być przygotowani na przykre niespodzianki i bolesne rozczarowania. 

Traktując świat z pozycji nieufnego zalęknionego dziecka, które bierze na siebie odpowiedzialność za to, na co nie ma wpływu i boi się korzystać z czegokolwiek, tracimy radość i sens życia.

Traktując świat z pozycji dorosłego, który uważnie i świadomie dokonuje wyborów  i bierze odpowiedzialność za swoje decyzje, uczymy się tworzyć optymalną dla siebie rzeczywistość.

Hologram

Wierzymy, że jedni ludzie są lepsi i ważniejsi od innych. Wierzymy, że niektórzy mają specjalne przywileje u Pana Boga, a niektórzy wręcz przeciwnie. Przenosimy przekonania z własnego dzieciństwa na siebie, innych ludzi i Boga czy Wszechświat. Szukamy autorytetów i pośredników w kontakcie z Bogiem i wciąż na nowo się rozczarowujemy. 

A co jeśli każdy z nas jest tak samo ważny? A co jeśli nie ma doskonałych i takich co wiedzą wszystko, tylko każdy ma jakiś kawałek wspólnej układanki? I tylko kiedy każdy z nas go pokazuje innym wyrażając siebie, wtedy wszyscy możemy zobaczyć cały obrazek, mając w tym równy udział?

A co jeśli wszyscy jesteśmy kochani tak samo, ale czujemy to na tyle, na ile pozwalamy sobie to poczuć, na ile jesteśmy w stanie w to uwierzyć?

Przekonania o miłości warunkowej są ograniczeniami, które stawiamy sobie w życiu. Każda zmiana takiego przekonania jest jak otwarcie drzwi, przez które wchodzi bezwarunkowa prawdziwa Miłość. Nie trzeba jej szukać ani zdobywać, ona jest wszędzie wokół – ale nie dotknie nas, dopóki nie otworzymy jej drzwi, nie wpuścimy do siebie. To się nazywa wolna wola, pełne prawo wyboru. Sami możemy zdecydować w co wierzymy, a w co wierzymy staje się naszą rzeczywistością.

Kontakt ze sobą

Kiedy chorujemy albo mamy złe samopoczucie, pytamy innych „Co mam zrobić?”. A inni odpowiadają: „Weź ten lek, mojej siostrze bardzo pomógł”, „Idź na imprezę i o wszystkim zapomnisz, jutro będziesz jak nowy ”. Zakładamy, że jeśli coś pomogło komuś w podobnej sytuacji, to tak samo pomoże innym. W rzeczywistości czasem pomaga , a czasem… szkodzi. Tak jest z każdym lekiem, dietą i poradą. 

Każdy problem, i ten zdrowotny, i ten emocjonalny, pochodzi z naruszenia wewnętrznej równowagi. Kłopot w tym, że na zewnątrz widać tylko, że coś jest nie tak, ale ten sam objaw może wskazywać na zupełnie różną przyczynę – więc i na potrzebę zupełnie różnej reakcji. 

Ktoś nie daje sobie rady ze swoimi obowiązkami, więc pouczamy go, żeby wprowadził więcej samodyscypliny. A może ta osoba wzięła sobie na głowę za dużo, bo uwierzyła, że skoro tak dobrze zarządza swoim czasem, to da sobie radę z podwójnym obciążeniem? To, czego naprawdę potrzebuje, żeby odzyskać równowagę, to mniej samodyscypliny, a więcej odpoczynku…

Ktoś krzyczy – może próbuje wywrzeć na nas presję i trzeba go potraktować stanowczo, a może krzyczy z bezsilności i potrzebuje wsparcia…?

Ktoś choruje – jego organizm może potrzebować albo oczyszczenia albo odżywienia; zastosowanie niewłaściwej procedury może tylko pogorszyć jego stan…

Ilekroć kierujemy się reklamami i poradami innych osób, kierujemy się bezrefleksyjnym zaufaniem pochodzącym z relacji z rodzicami; przekonaniem, że tak jak kiedyś rodzice, tak teraz inni ludzie wiedzą więcej, chcą dla nas dobrze i należy ich słuchać. 

Prawda zaś jest taka, że inni są nieskończonym magazynem inspiracji, ale nikt nie zna nas lepiej niż my samych siebie, i to my sami musimy zdecydować, co z tego magazynu wybrać dla siebie, żeby odzyskać równowagę. Jeśli jesteśmy w głębokim kontakcie ze sobą, swoimi odczuciami i uczuciami, to jak zwierzęta kierowane instynktem potrafimy wybrać właściwie to, co nas uleczy.

Skutki łatwego życia

Próbujemy z całych sił sprawić, żeby życie stało się łatwiejsze, myśląc, że to nas uszczęśliwi.

Gotowanie zabiera za dużo czasu i jest pracochłonne, więc jemy byle co byle gdzie – ale to sprawia, że chorujemy.

Wybieramy przypadkowy seks zamiast związków, żeby uniknąć zaangażowania i wysiłku – ale to sprawia, że czujemy się samotni.

Unikamy ruchu, używamy samochodów, żeby oszczędzić czas i siły – ale to sprawia, że stajemy się zniedołężniali w młodym wieku.

Spędzamy zaoszczędzony czas przed telewizorem lub komputerem, bo to łatwiejsze niż utrzymywanie i pielęgnowanie relacji z ludźmi – ale to sprawia, że stajemy się bezradni w sytuacjach społecznych.

Sięgamy po alkohol albo narkotyki żeby się zrelaksować, bo to prostsze niż posiadanie pasji czy jakiegoś hobby – ale to sprawia, że stajemy się uzależnieni.

Czy na pewno łatwe życie nas uszczęśliwia, czy po prostu sprawia, że stajemy się słabi fizycznie i psychicznie? Czy pogoń za optymalnymi warunkami do życia to pogoń za szczęściem czy samozniszczeniem?

Ku refleksji: https://ciekawe.org/?s=eksperyment+calhouna

Tożsamość

Rodzimy się z pewnymi predyspozycjami, a proces wychowania i socjalizacji wymusza na nas rozwijanie pewnych cech i tłumienie innych. Ten unikalny zestaw predyspozycji, mocnych i słabych stron tworzy nasze „ja”, naszą tożsamość. Mówimy o sobie na przykład „jestem odważny i niecierpliwy” tak jak mówimy o kanapie, że jest czerwona – tak jakby to wykluczało inne możliwości, inne nasze cechy czy zachowania. O ile kanapa może być w całości czerwona i tylko czerwona, o tyle każdy odważny człowiek ma w doświadczeniu sytuację, w której stchórzył, a każdy niecierpliwy gdzieś, kiedyś wykazał się cierpliwością.


Nie rodzimy się z określoną tożsamością, nabywamy jej przeglądając się w oczach innych ludzi. To, że tłumimy w sobie pewne cechy, nie oznacza, że jesteśmy ich pozbawieni. Oznacza to tylko tyle, że nie były one przydatne do przeżycia w tym środowisku, w którym dorastaliśmy. Potencjalnie możemy rozwijać każdą cechę, praktycznie jednak rozwijamy te, które świadomie lub nieświadomie nagradzają opiekunowie, które nam się „opłacają”.


Ta wyuczona tożsamość jest jak jedno skrzydło, które każdy z nas dostaje na start od innych. Pozwala nam ono podfruwać od czasu do czasu, jak hodowlanym ptakom. I jak hodowlanego ptaka ta wyuczona tożsamość trzyma nas w swojej klatce, w swoich ograniczeniach, nie pozwalając spełniać marzeń.

Żeby utrzymywać równowagę i móc swobodnie latać tam, gdzie nam dusza podpowie, potrzebujemy drugiego skrzydła. Nie możemy go jednak dostać od innych, musimy je sobie wyhodować sami, świadomie odnajdując w sobie te nieużywane, stłumione cechy, ryzykując zachowania zapisane w naszej pamięci jako nieopłacalne, powodujące dezaprobatę czy odrzucenie rodziców – słowem przekraczając granice swojej tożsamości, rozszerzając ją o to, co z siebie z wyparliśmy w dziecięcym lęku, poświęcając kawałek siebie, żeby nie stracić akceptacji opiekunów.


Egocentryczni potrzebują odkryć w sobie wrażliwość na innych, nadmiernie empatyczni – nauczyć się niezależności od cudzych nastrojów;

odpowiedzialni – doświadczyć ulgi odpuszczenia kontrolowania tego, co jest poza ich kontrolą, nieodpowiedzialni – odkrycia w sobie guzika kontroli nad sobą;

aktywni potrzebują odkryć zalety bierności i odpoczynku, bierni – aktywnego działania i poczucia sprawstwa;

wycofani – asertywności, dominujący – odpuszczania;

kontrolujący swoje emocje – utraty kontroli nad nimi, rozhamowani – kontrolowania się;

niezależni – przyjmowania pomocy, zależni – samodzielności i niezależności;

zaprzątnięci dogadzaniem innym – dogadzania sobie,

dogadzający sobie – zauważania potrzeb innych…


Nie rodzimy się „jacyś”, stajemy się tacy, jakimi nieświadomie rzeźbią nas ludzie, od których zależymy jako dzieci. Jako dorośli możemy sami zdecydować o swojej tożsamości – możemy świadomie zakwestionować założenia o sobie i przekonać się, że stać nas na wszystko: na bycie cierpliwym i niecierpliwym, ładnym i brzydkim, bogatym i biednym, na ryzykowanie i asekurację, na wrażliwość i stawianie granic, na odpowiedzialność i spontaniczność, na dawanie i przyjmowanie, na bycie samemu i z innymi, na przyjemne i nieprzyjemne emocje, na sukcesy i porażki, na stare i nowe, znane i nieznane…


Kiedy odkrywamy w sobie to potencjalne wszystko, uzyskujemy wolność. Po pierwsze wolność wyboru – bo możemy użyć tego, co potrzebujemy, zamiast przymusu używania tego co zawsze. Po drugie, wolność od lęku związanego z ciągłym udowadnianiem innym jakiejś wartościowej części swojej „tożsamości” i ukrywaniem przed nimi innej, wstydliwej jej części.


Lęk każe nam być „czymś”, „kimś”, kosztem naszego samopoczucia. Miłość pozwala nam być wszystkim, doświadczać wszystkiego i wybrać to, z czym czujemy się dobrze.

Pieniądze

Kiedy pieniądze stają się nadrzędną wartością, inne wartości umierają śmiercią naturalną.

Nie ma prawdy, bo można kupić jej wersję.

Nie ma autentyczności, bo opłaca się udawanie.

Nie ma wiedzy i mądrości, jest lobby.

Nie ma piękna, jest jakiś jego promowany kanon.

Nie ma bliskich relacji, bo jest nadmierne zaangażowanie w zarabianie.

Nie ma sprawiedliwości, jest przekupstwo.

Nie ma zaufania, jest biznes.

Nie ma lojalności, jest cena.

Nie ma uczciwości, jest opłacalność.


Kiedy pieniądze są jedną z wartości, pozostają pieniędzmi, i pozwalają osiągać inne wartości – jak komfort, dobrobyt, sukces. Kiedy pieniądze stają się nadrzędną wartością, kasują inne wartości.

Człowiek – anioł czy bestia?

Nikt nie rodzi się ani aniołem, ani bestią. 

Wszyscy odczuwamy te same emocje – te przyjemne jak radość, satysfakcja czy przyjemność, i te nieprzyjemne jak złość, zazdrość, smutek czy lęk. Odczuwane emocje są neutralnymi informacjami, ani dobrymi, ani złymi. 

Niemowlak płacze, kiedy jest mu źle i jest radosny, kiedy czuje się dobrze. Ale im jest starszy i rozumie więcej, tym bardziej rodzice oczekują, że będzie stale zadowolony, bo szczęśliwe i grzeczne dziecko to dowód, że jest się dobrym rodzicem… Kiedy więc dziecko płacze, złości się czy boi, zaczyna być zawstydzane i wyśmiewane, karane odrzuceniem. To rodzic sobie nie radzi (ze swoimi emocjami), ale dziecko szybko uznaje, że jego negatywne emocje są czymś złym, i że ono jest złe, skoro je czuje. Musi coś z nimi zrobić, więc przygląda się rodzicom i naśladuje któreś z nich – albo wypłakuje emocje ukradkiem albo udaje, że nic nie czuje, albo je odreagowuje robiąc krzywdę innym…
W tym momencie dzielimy się na tych podporządkowanych („dobrych” w rozumieniu społeczeństwa) i tych zbuntowanych (czyli „złych”). Zachowujemy się różnie, ale czujemy to samo, i tak samo boimy się „niewłaściwych”, nieakceptowanych przez innych emocji. Tylko w różny sposób z nimi walczymy. Jedni przed nimi uciekają, tłumią je w sobie, żeby nikt nie zauważył, że nie są dobrzy. Drudzy dają tym emocjom ujście prowokując innych, żeby uzyskać od nich potwierdzenie, że są źli.

Nikt nam w dzieciństwie nie powiedział, że żadna emocja nie czyni nikogo złym, bo nie możemy sobie wybrać, co czujemy. Emocja to informacja z systemu, którym jesteśmy. Krzywdzimy dopiero wtedy, kiedy pozwolimy emocjom działać w naszym imieniu. Na podstawie swojego zachowania krzywdzącego innych bezpośrednio lub pozwalającego na krzywdę możemy myśleć o sobie jako złych ludziach, ale skoro to jest jedyny mechanizm poradzenia sobie z emocjami jaki znamy, jeżeli reagujemy automatycznie według wzorca, który nieświadomie skopiowaliśmy, to przecież nie wybieramy zła…

Nikt nie radzi się ani aniołem, ani bestią. Programy rodzinne popychają jednych w jedną stronę, drugich w drugą, ale schematy nie są w stanie uczynić z nas ani anioła, ani bestii – mogą nas nauczyć bezrefleksyjnie grać jedną z tych ról. 

Możemy sobie jednak uświadomić swój wzorzec i zrezygnować z programu, roli i scenariusza, a wtedy uzyskamy prawdziwy wybór czy chcemy być aniołem czy bestią. Dopiero wtedy tak naprawdę, świadomie możemy chcieć stać się źli. Ale kiedy mamy wybór, okazuje się, że bycie bestią nie daje ani radości, ani satysfakcji. Kiedy mamy wybór, chcemy być dobrzy. Rodzimy się potencjalnymi aniołami, dlatego tak cierpimy podejrzewając u siebie zło.

Świeczka i ogarek

Panu Bogu świeczkę… a diabłu ogarek. To chyba najsilniejsza i najbardziej zdradliwa ludzka pokusa. Nie wybierać żadnych drzwi, tylko tak trochę tu, trochę tam, mieć to i to, żeby niczego nie stracić, żeby zatrzymać wszystko. Więc kombinujemy jak zjeść ciastko i mieć ciastko – i tak naprawdę nie mamy ani tego, ani tamtego, bo robiąc krok w jedną stronę i następny w drugą, stoimy w miejscu, żałując tego co zrobiliśmy i tego, czego nie zrobiliśmy… Może to i truizm, ale życie to sztuka wyborów. Wygrywają ci, którzy wiedzą, na jaką kartę postawić i mają odwagę to zrobić – nie raz, ale stale.


Żeby wiedzieć, co wybrać, co dla nas właściwe i najlepsze, musimy poznać siebie – zajrzeć pod wizerunek, jaki tworzymy na potrzeby podtrzymania pewnych złudzeń chroniących nas przed wysiłkiem i dyskomfortem. Nazwać rzeczy po imieniu, bez udawania, że lubimy to, co nas uwiera, że to, co łatwe nam służy, że smakuje nam to, co ładnie wygląda, że jesteśmy tym, co podoba się innym. Wtedy właściwe drzwi (ze wszystkim co za nimi) stają przed nami otworem; wiemy, co mamy zrobić, gdzie iść.


Żeby to zrobić, potrzebujemy odwagi, żeby opuścić miejsce, które znamy i które wydaje nam się bezpieczne, nawet jeśli nie czujemy się tam szczęśliwi. Potrzebujemy wytrwałości, żeby nie zawrócić przy pierwszej trudności. I konsekwencji, żeby nie oglądać się za siebie, nie zgubić kierunku.


Wtedy cokolwiek jest naszym celem, stanie się nasze. Jeśli cel był ustalony w konsultacji z naszym prawdziwym „ja”, nie może nas rozczarować. Każdy, kto tego doświadczył, staje się pewniejszy siebie i swoich wyborów, bezkompromisowy na swojej drodze – bo przestaje się bać; zaczyna czuć, że jego życie jest jego dziełem, że ma na nie wpływ. Bo tak naprawdę i ten przysłowiowy Bóg, i diabeł są w nas – dopóki nie wiemy, z czym się utożsamić, czujemy się sługą obu i próbujemy zadowolić obu: walczymy z samym sobą. Ale jeśli tylko zdobędziemy się na odwagę, żeby posłuchać naszego wewnętrznego głosu, okazuje się, że zdecydowanie odrzucamy kosztorodne diable podpowiedzi, a zyskujemy boską twórczą moc.


Żeby stać się świadomym i skutecznym kreatorem swojego życia, musimy nauczyć się świadomie i bezkompromisowo wybierać. Nawet jeśli nie słyszymy wyraźnie naszego wewnętrznego głosu i wybierzemy niewłaściwie, to konsekwencje tego wyboru szybko nakierują nas na właściwe tory, jeśli tylko pozostaniemy uczciwi wobec samych siebie, wobec tego, co czujemy.


Wszyscy mamy taki sam wewnętrzny radar, tylko jedni uczą się go obsługiwać szybciej, inni wolniej, a jeszcze inni – wcale.

Człowiek

Człowiek wstaje rano. Nie, nie wstaje – dźwięk budzika wyrywa go ze środka cyklu snu, więc zrywa się zły. 

Zaczyna dzień od kawy i papierosa, które od razu dociążają organizm, zanim ten zdołał się pozbyć nocnych toksyn. 

Potem Człowiek przegląda wiadomości – jego wzrok przelatuje po nagłówkach: skandal polityczny, wypadek samolotu, katastrofa ekologiczna, zamieszki, seksafera, epidemia nowej choroby, akt terroryzmu, szalejący żywioł, morderstwo w sąsiedztwie… 

Idzie do pracy, narzeka i plotkuje, kłóci się z szefem. Kiedy zgłodnieje, kupuje batonik, popija kawą albo napojem energetycznym, żeby na siłę wydusić z organizmu energię potrzebną do dotrwania do końca godzin pracy. Przegląda Instagram, żeby upewnić się, że wszyscy inni mają w życiu lepiej od niego.
Wraca do domu, gdzie nabuzowany zgromadzonymi negatywnymi myślami kłóci się z rodziną.
Żeby się zrelaksować, sięga po piwo albo drinka i włącza telewizor – trup ściele się gęsto, przekleństwa stanowią większość dialogów, w tle brutalny seks, albo seks jako narzędzie manipulacji, albo seks jako zdrada.
W przerwie na reklamę Człowiek dowiaduje się, czego nie ma, a koniecznie potrzebuje do szczęścia i jakie nowe lekarstwa na ból ciała i duszy weszły na rynek.
Kładzie się spać z przekonaniem, że życie jest do kitu, i z takim przekonaniem wstaje kolejnego dnia. Kurtyna.

Nie wybieramy kultury, w której się rodzimy, przywykamy do standardów, które nas otaczają, naśladujemy to, jak myślą i co robią inni. Ale wciąż to my sami decydujemy co z zewnętrznego świata wpuszczamy do swojego życia – ile jest w naszym życiu zakwaszaczy ciała, zamulaczy umysłu i przytłumiaczy duszy.