Wybory

Wybieramy dla siebie to, co uważamy za najlepsze zgodnie z aktualnym poziomem świadomości siebie. Im więcej prawdy o sobie dopuszczamy do swojej świadomości, tym bardziej uszczęśliwia nas to, co wybieramy. Dlatego warto się starać zrozumieć siebie.

Rutyna

Każde nasze automatyczne, odruchowe, nawykowe zachowanie odzwierciedla schemat – coś, co umysł skopiował lub coś, co powtarza, bo skojarzyło się z nagrodą. Świadome wybory polegają na łamaniu schematów i odkrywaniu swoich prawdziwych potrzeb, tworzeniu satysfakcjonujących relacji z innymi.

Szybko przyzwyczajamy się do schematów, bo wymagają najmniejszego nakładu energii. Ale rutyna upośledza w nas to co ludzkie, prawdziwe; zabija uważność i kreatywność. 

Wolność vs instynkt

Każdy z nas dostaje w dzieciństwie specyficzną postać miłości, w różnym stopniu i na różny sposób zmieszaną z lękami rodziców i opiekunów.

Ci, którzy dostali rodzicielską akceptację także dla tych zachowań, które rodziców krzywdziły, mają tendencję do sięgania po to, co im szkodzi. Ich doświadczenie każe im lubić to, co powoduje ich problemy – dlatego sami dla siebie muszą stać się zdrowo krytyczni i wymagający.Ci, którzy walczyli z brakiem rodzicielskiej akceptacji wobec siebie, mają tendencję do unikania tego, co dla nich korzystne. Ich doświadczenie każe im wierzyć, że to co lubią i czego chcieliby dla siebie im zaszkodzi – dlatego muszą nauczyć się ufać sobie i stać się wobec siebie bardziej wyrozumiali.

Jedni z nas nauczyli się wolności wybierania wśród tego, co przynosi życie, ale nie umieją wybierać tak, żeby się uszczęśliwić. Inni doskonale wiedzą, czego im potrzeba do szczęścia, ale nie mają odwagi po to sięgnąć.

Akceptacja

Wchodząc w relacje z innymi ludźmi zawsze mamy ten sam wybór – być sobą, pokazać się w całości i zaryzykować, jaka będzie reakcja innych ludzi lub zaprezentować przetestowany kawałek siebie, którym jesteśmy w stanie zdobyć akceptację, a nawet aplauz znakomitej większości.

Jakiego dokonamy wyboru zależy to od tego, czy chcemy, żeby jak najwięcej ludzi akceptowało mały kawałek naszego „ja” czy chcemy zaryzykować, żeby ktoś zaakceptował całe nasze „ja”.

Szukaj w sobie

Kilkakrotnie zmieniałam pracę. I kilkakrotnie w trakcie mojej pracy w danym miejscu zmieniał się dyrektor. Razem z dyrektorem zmieniały się zasady. Nie tyle zasady funkcjonowania placówki, co zasady współżycia społecznego. I ku mojemu ogromnemu wtedy zdumieniu większość moich współpracowników się do tych wymagań dostosowywała. Kiedy wymagano uczciwości, wywiązywania się ze swoich obowiązków, współdziałania – tak właśnie się zachowywali. Kiedy przyszło pozwolenia na oszukiwanie, manipulację, donoszenie na siebie nawzajem – tak właśnie się zachowywali. Ci sami ludzie. Bo kiedy człowiek jest nieświadomy tego, kim jest i czego naprawdę chce, podporządkowuje się temu co jest, wierząc, że tak musi być – jakby był cudzą marionetką albo małym dzieckiem zależnym od dużego dorosłego. Dyrektor nie dbał o nikogo poza sobą i nie miał żadnej władzy, ale wmówił ludziom, że jest inaczej – więc zagłosowali na niego niemal jednogłośnie, twierdząc przy tym, że robią to wbrew sobie.
Tak było w jednej czy drugiej małej placówce, tak jest w skali całego kraju. I nie zmieni tego postawienie krzyżyka w odpowiedniej kratce, ani zażarte dyskusje, ani bitwy na argumenty (ktoś potrafi z całą pewnością wskazać, że którykolwiek „w dobrej wierze” nie przeszedł przez jakiegoś „Photoshopa”?). Wiem, bo w mojej historii próbowałam wszystkiego – rozumienia i tłumaczenia (młyn na wodę dla manipulanta), walki o swoje (koszty emocjonalne przewyższyły formalne zyski), usunięcia się w cień i robienia swojej roboty (co zrobiło wrażenie osłabienia, więc zostałam bezpodstawnie zaatakowana i oskarżona publicznie).
Gdzie jest więc wyjście? Nie w naprawianiu innych, miejsc pracy i kraju. Prawdziwa, realna zmiana zaczyna się od środka, od siebie. Od niezgody na bycie źle traktowanym, od odmowy złego traktowania innych. Nie od gadania, że ktoś jest be, tylko od pokazania, jak to może działać dobrze. Nie od wytykania komuś kłamstw, tylko od mówienia prawdy. Nie od oburzania się na nierówności, tylko od równego traktowania wszystkich wokół siebie. Nie od krytykowania innych, ale od skupienia się na tym, co robimy, żeby robić to dobrze, jak najlepiej. 
Wiele lat pracuję w edukacji i wiem na pewno, że dzieci, które słyszą mowę nienawiści rodziców, nie zwracają uwagi, czy chodzi o polityka, sąsiadkę czy jakąś grupę ludzi – za to czują, że dostają przyzwolenie na agresję wobec rówieśników, którzy się z nimi w czymkolwiek nie zgadzają. Nie rozumieją kontekstu, ale szybko się uczą, czy kradzież albo kłamstwo to dopuszczalne rozwiązanie problemu czy nie. Czy zrzucanie winy na kogoś innego to skuteczna strategia. Czy atak jest najlepszą formą obrony, kiedy się już wpadnie.
Bądź tym, co chcesz zobaczyć w swoim dziecku. Bądź tym, co chcesz zobaczyć w skali kraju i świata. Bądź – w działaniu, nie w poglądach. To przykład uczy i zaraża, nie słowa. Twoja świadoma postawa, nie automatyczne poddanie się temu, kto jest szczebel wyżej w społecznej hierarchii. Twoje wybory w pracy, w domu, w urzędzie, w tramwaju.
W przeciwnym wypadku możemy z papierosem w ręku wymagać od dzieci, żeby nie paliły i pomstować na rządzących, że papierosy są legalne i trują nam dzieci. Tylko nie oszukujmy się, że to coś zmieni.

Przyszłość

Nie warto wybiegać myślami w przyszłość, bo ze swojego obecnego punktu widzenia nie jesteśmy w stanie jej zrozumieć, więc tym samym przewidzieć. Dzisiaj jest nasionem przyszłości – nie widać, co z niego wyrośnie, ale jeśli dobrze o nie zadbamy tu i teraz, to codziennie bardziej będzie cieszyć nasze oczy i serca. Innymi słowy dobre wybory i dobre decyzje tworzą dobrą przyszłość.

Blokada emocjonalna

Czasem rodzice śmieją się z emocji dziecka lub reagują na nie niezadowoleniem, powodując, że w umyśle dziecka powstaje przekonanie, że z jego emocjami coś jest nie tak, że odczuwa w niewłaściwy sposób, że jest „uszkodzone”.

Czasem rodzice tak bardzo chcą utrzymać uśmiech na twarzy dziecka, że chronią je przed wszelkimi potencjalnymi przykrościami i trudnymi sytuacjami, powodując, że w umyśle dziecka powstaje przekonanie, że samo nie poradzi sobie z najmniejszą życiową przeszkodą, że potrzebuje kogoś, kto będzie stale dbał o jego dobre samopoczucie. Ale że inni zazwyczaj nie chcą pełnić takiej roli, więc wcześniej czy później dziecko doświadcza takiego samego odrzucenia jak w pierwszym przypadku.

W ten czy inny sposób często w umyśle dziecka powstaje przekonanie o swojej emocjonalnej słabości, wręcz upośledzeniu. Sprawia, że z wiekiem dziecko coraz bardziej rezygnuje z wyrażania emocji i mówienia o swoich uczuciach; co więcej, takie dziecko robi wszystko, żeby nie czuć: ucieka w świat wirtualny, zagłusza swój wewnętrzny głos używkami albo próbuje uzyskać aprobatę innych czymś przeciwnym do emocji, czymś, co łatwiej kontrolować – intelektem.

Niezależnie od upływu lat tak uformowana osoba czuje się zależna od emocjonalnego wsparcia i aprobaty innych, co powoduje u niej stałe wewnętrzne napięcie. Nie komunikując swoich emocji, pozostaje nierozumiana, więc lęk i przekonanie o swojej „kalekiej inności” rosną, często prowadząc do izolacji i depresji.

Jest tylko jedno lekarstwo na tę przypadłość – przekonanie swojego umysłu, że założenie o emocjonalnej słabości jest przypadkowe i nieprawdziwe. Krok po kroku, zaczynając od drobnych rzeczy, trzeba udowodnić sobie, że każda cecha jest jak mięsień, który można ćwiczyć. Zamiast oczekiwać, że inni znajdą sposób, żebyśmy poczuli się dobrze – zrozumieć swoje emocje i kryjące się za nimi potrzeby i samemu wyjść im naprzeciw, a potem spróbować zakomunikować je innym. Zamiast uzależniać się od aprobaty innych ludzi – zacząć być lojalnym wobec siebie, wobec tego, co się czuje. Zamiast przewidywać odrzucenie – zaryzykować otwartość, zaufać, że ktoś zrozumie. 

Tam, gdzie wierzymy, że jesteśmy silni, chcemy dawać, dzielić się, pomagać; tam, gdzie czujemy się słabi, stajemy się biernym, uzależnionym od innych biorcą. Bywa więc tak, że potrzeba dawania w obszarze mocnej strony jest tak silna, że potrafi zaangażować tę słabą, pociągnąć ją za sobą, nauczyć ją dotrzymywać kroku tej silnej. I bywa tak, że chęć pomocy komuś jest tak silna, że sprawia, że dzielimy się tym, czego ponoć nie mamy (jak przeczytałam jako młoda dziewczyna w poradniku dla nastolatek: „Najlepszym sposobem na własną chandrę jest cudza chandra, pod warunkiem, że się nią wystarczająco przejmujesz”).

W momencie, w którym doświadczamy, że w każdym obszarze swojego ja możemy i brać, i dawać, stajemy się w pełni sobą, odzyskujemy wybór, wpływ na życie i relacje z innymi, a przede wszystkim – dobre samopoczucie. 

Elastyczność wyboru

Życie to nauka równowagi we wszystkich obszarach. Jeśli coś na wejściu zostało ustawione w punkcie „minimum”, wymaga od nas poznania zakresu „maksimum”, i odwrotnie. Inaczej trudno znaleźć ten środek, który wyważa jedno i drugie, i daje nam możliwość elastycznego wyboru – bycia sobą w pełni, poza programem.

Ci, których nieustannie obdarowywano, potrzebują nauczyć się radości dawania. Ci, których nauczono dawać kosztem siebie, potrzebują otworzyć się na możliwość dostawania manny z nieba.

Ci, którzy stawiają siebie w centrum świata, potrzebują zauważyć, że współistnieją z innymi takimi samymi istotami. Ci, którzy widzą wszystkich oprócz siebie, potrzebują zauważyć swoją wartość.

Ci, którzy żyją na zewnątrz siebie, potrzebują nawiązać kontakt ze swoimi uczuciami i potrzebami. Ci, którzy żyją w swojej bańce, potrzebują innej perspektywy niż własna.

Ci, którzy unikają aktywności, potrzebują się nauczyć, że wysiłek przynosi satysfakcję. Ci, którzy nadmiernie się angażują, potrzebują nauczyć się odpoczywać i czerpać radość z relaksu.

Ci, którzy wciąż oczyszczają swoje ciało i umysł, potrzebują odżywienia. Ci, który pochłonęła konsumpcja, potrzebują oczyszczenia.

Ci, którzy szukają autorytetów, potrzebują uwierzyć w swoją mądrość. Ci, którzy negują autorytety, potrzebują nauczyć się czerpać z nich inspirację.

Ci, którzy do perfekcji opanowali samodyscyplinę, potrzebują nauczyć się spontaniczności. Ci, którzy działają spontanicznie, potrzebują nauczyć się dyscypliny.

Zapisy z dzieciństwa

To, czego jesteśmy świadkami we wczesnym dzieciństwie, staje się pierwszym programem dla naszego mózgu, standardem wiedzy o świecie i ludziach. Późniejsze doświadczenia mogą zmienić część tego programu, ale bazowa część będzie nadal pracowała automatycznie po staremu, powodując niespójność i konflikt. 

Czasami zmieniamy metodę, jaką działali nasi rodzice, ale nieświadomie powtarzamy ich intencję, przekonania; czasami odwrotnie – zmieniamy intencję, ale automatycznie powielamy metodę, sposób działania. Tak czy siak, dopóki nie zmienimy jednego i drugiego, powtórzymy efekty wychowawcze swoich rodziców. Nie tylko w relacjach ze swoimi dziećmi, ale ogólnie w relacjach z innymi ludźmi. 

Innymi słowy – tak sobie wychowamy innych, tak pozwolimy się traktować, jak pozwala na to program w naszej głowie. Czy będzie to przypadkowy zapis z dzieciństwa, czy świadomy wybór, zależy od nas samych.