Złudzenie wyboru

Z natury jesteśmy wolni, więc każdy przymus budzi w nas bunt – większy czy mniejszy, uświadamiany czy nie. Nieważne czy przymus nakłada ktoś z zewnątrz czy sami sobie nakładamy ograniczenia; nieważne czy uważamy przymus za problem czy pomoc, czy zgadzamy się z jego koniecznością czy nie – nie lubimy presji, lubimy mieć wybór. Ale wybór też może być satysfakcją albo problemem, bo nie zawsze potrafimy porównać to, między czym wybieramy; nie zawsze też widzimy wszystkie opcje, a czasami jest ich po prostu za dużo.

Dlatego mądry rodzic uczy dziecko wyborów od samego początku. Im dziecko jest mniejsze, tym mniejsze jest pole wyboru – „poczytać ci tę bajkę czy tę?” (a nie: „poczytać ci bajkę czy włączyć telewizor?”) „chcesz się bawić klockami czy pluszakami?” (a nie: „chcesz się bawić klockami czy nożami z kuchni?”) „zjesz jabłko czy gruszkę?” (a nie: „zjesz jabłko czy czekoladę?”). Dziecko uczy się pytać siebie co jest jego potrzebą, rodzic sprawia, żeby wybierało z zakresu rzeczy bezpiecznych i rozwijających.

Wydawałoby się, że jako dorośli potrafimy wybierać. Chyba jednak tak nie jest, skoro tak bardzo narzekamy na swoje wybory, wstydzimy się ich lub robimy wszystko, żeby los lub inni ludzie wybrali za nas. Korzystają z tego ci, którym zależy na naszych wyborach, dla których są one kwestią ich zysku. Może nam się wydawać, że mamy wybór w sklepie pełnym żywności, dopóki nie zaczniemy czytać etykiet – najczęściej wybieramy między trucizną a trucizną, tyle że w różnych smakach, postaciach i stężeniach. A może mamy wybór w co się ubrać? Tak, ale nie według własnego pomysłu na siebie, a spośród tego, co zostało wylansowane jako modne w danym sezonie. Kiedy przyjrzymy się bliżej temu, z czego wybieramy, okazuje się zazwyczaj, że mamy jedynie złudzenie wyboru, a tak naprawdę pozwalamy decydować za siebie trendom, kulturowym schematom, regulowanej podaży, lansowanym przez media autorytetom czy reklamom.

Co z tego wynika? Dwie rzeczy.

Pierwsza, że żeby naprawdę wybierać, trzeba być świadomym czego się chce, w przeciwnym razie będziemy wybierać spośród rzeczy, które nie są nam potrzebne albo nam zaszkodzą.

I druga, że możemy być dla siebie mądrym rodzicem i tak aranżować przestrzeń swoich wyborów, żeby nie musieć wciąż ze sobą walczyć, żeby pomóc sobie iść tam, dokąd chcemy iść. Pod warunkiem – patrz wyżej – że wiemy gdzie to jest.

Uczucie przewodnie

W tekście pt. „Sterowniki umysłu” pisałam o tym, że nasze losowe doświadczenie życiowe decyduje, w jakich obszarach nasz umysł pracuje w trybie przetrwania, a w jakich w trybie rozwoju; gdzie stale walczy, a gdzie dąży do samorealizacji. Najkrócej mówiąc, tam, gdzie zaraził nas cudzy lęk, uciekamy przed piekłem, wciąż oglądając się za siebie; tam, gdzie nie zdołał, szukamy raju, patrząc odważnie przed siebie.

Tak jak w Biblii grzech pierworodny (zwątpienie w miłość) zamknął człowiekowi drogę do raju, tak w życiu każdego z nas lęk pierwotny (zwątpienie w miłość) blokuje drogę do szczęścia. Ten lęk to pierwsze zwątpienie w miłość, pierwsze i tym samym najsilniejsze zetknięcie z ciemnością. Nazywam je uczuciem przewodnim, bo po pierwsze jest bardzo silnie w nas zakotwiczone ze względu na bezbronność dziecka i jego całkowitą zależność od dorosłego, a po drugie dopóki jest nieuświadomione, towarzyszy nam w życiu stale jak cień, jak filtr, przez który widzimy rzeczywistość.

To uczucie może powstać krótko po urodzeniu jako skutek silnego dyskomfortu fizycznego (jak ból spowodowany długotrwałą chorobą, unieruchomieniem, przemocowym traktowaniem, a nawet ciągłą kolką jelitową) lub psychicznego (jak silne negatywne emocje opiekunów związane z trudnymi okolicznościami lub konfliktami we wzajemnych relacjach). Wystarczy sobie wyobrazić, co czuje całkowicie bezbronny niemowlak, który nie ma żadnej wiedzy o świecie, a dokucza mu stały ból, albo doświadcza silnych negatywnych emocji swojego rodzica, albo odgłosów wojny i przerażenia, bezradności tych, którzy mają go chronić. Tak czuje się przywitany przez świat, taki obraz świata w sobie zapisuje jako wzorzec; przez to uczucie będzie później postrzegał innych ludzi i siłę wyższą.

Czasem lęk pierwotny pochodzi z okresu jeszcze wcześniejszego, przed urodzeniem – z czasu życia płodowego, ponieważ dziecko odczuwa emocje matki. Jeśli ciąża jest nieakceptowana, jeśli matka żyje pod presją, jeśli próbuje dokonać aborcji, to dziecko nosi w sobie to uczucie odrzucenia, bycia nieproszonym gościem na tym świecie.

Zasada jest jedna: im wcześniej poczuliśmy na sobie dotyk ciemności, tym trudniej „dokopać się” do tego uczucia, tkwi ono w nas jak dusząca mgła; im później się to stało, tym łatwiej jest je namierzyć, bo zostaje już skojarzone z konkretnym obrazem albo nawet słowami, staje się namacalne, bardziej konkretne.

Mówimy czasem, że dzieci rodzą się „złe”, „inne” (niepodatne na wpływy wychowawcze) i szukamy winy w genach. Ale to właśnie lęk pierwotny potrafi zniweczyć wysiłki opiekunów i sprawić, że dziecko może nieświadomie prowokować odrzucenie, bać się wszystkiego jakby stale wisiał nad nim miecz Damoklesa, widzieć wszędzie zagrożenie, ślepo walczyć przeciwko wszystkiemu i wszystkim.

Lęk pierwotny zniekształca to, co widzimy, nie pozwala nam dostrzec dobra, ciepła, życzliwości, wsparcia, serdeczności, miłości, nie pozwala tego czuć. Przerzuca nasz umysł w tryb przetrwania, każe nam żyć jakbyśmy codziennie wychodzili na pole bitwy. Nie myślimy wtedy o tym, co przynosi nam radość i satysfakcję, myślimy o tym, co nas boli. Nie spodziewamy się nagród, chcemy jedynie uniknąć kary. Nie marzymy o komforcie, pragniemy zniknięcia tego, co nam przeszkadza. Nie pragniemy zdrowia, próbujemy zwalczyć choroby. Wkładamy energię w unikanie toksycznych ludzi, nie w tworzenie przyjaźni. Zajmuje nas definiowanie siebie poprzez to, co nas boli, czym nie jesteśmy, a nie rozwijanie swojego potencjału. Unikanie trucizn to nie to samo co zdrowe odżywianie, w sensie dosłownym i metaforycznym.

Możemy tak żyć przez całe życie, uwięzieni w samospełniającej się przepowiedni (na co kierujemy uwagę, to powołujemy do życia, na co się zgadzamy, to zostaje z nami). Możemy też świadomie dokonać nowego wyboru, zmienić ten scenariusz. Żeby to zrobić, potrzebujemy uświadomić sobie swój lęk pierwotny. Nie jest to łatwe, ponieważ ten lęk pochodzi z okresu, kiedy nie podlegał nazwaniu (ani płód, ani niemowlę czy malutkie dziecko nie myśli słowami) – jest to uczucie, które musimy pozwolić sobie poczuć, żeby móc je nazwać i zrozumieć dorosłym umysłem.

Droga do niego prowadzi przez nazywanie wszystkich swoich lęków ukrytych pod negatywnymi emocjami. Możemy nie pamiętać swojej traumy, ale uczucie powstałe pod jej wpływem jest nadal obecne w naszym życiu pod innymi postaciami, skanalizowane przez umysł do innej, w jakiś sposób podobnej formy (np. możemy nie pamiętać gniewu ojca, który wstrząsnął niemowlakiem, ale zasiany wtedy lęk każe nam panicznie bać się burzy jako symbolicznego gniewu Boga ojca). Żadna fobia ani mania nie bierze się znikąd, jest tylko nową formą starego lęku. Możemy uczyć się z nim żyć w trybie przetrwania i możemy go zneutralizować swoją świadomością, uwolnić się od niego i zacząć się rozwijać.

Albert Einstein powiedział: „Najważniejszą decyzją, jaką możemy podjąć jest odpowiedź na pytanie, czy wierzymy, że żyjemy w przyjaznym czy wrogim Wszechświecie. Z tej jednej decyzji wszystko wypływa.” O tym jest ten tekst. Lęk pierwotny każe nam wierzyć, że Wszechświat jest zimny, nieprzyjazny i groźny, i taki się wtedy dla nas staje, bo na tym się skupiamy, to z niego podświadomie wybieramy. Jeśli zdołamy odseparować swoje doświadczenie i swoją wiarę, czyli wbrew temu co nas spotkało uwierzyć we Wszechświat, który jest miłością, wszystko co dobre stanie przed nami otworem.

„Jak zobaczę to uwierzę” powiedział człowiek. „Jak uwierzysz to zobaczysz” powiedział Wszechświat.

O dobrym samopoczuciu

Szczęście to dobre samopoczucie, radość, satysfakcja – czyli zadowolenie z siebie, ze swojego życia i z relacji z innymi ludźmi. Skoro sami tworzymy swoje życie i relacje, to dlaczego tak często nie jesteśmy szczęśliwi?Przede wszystkim dlatego, że umysł zagłusza odczuwanie i dyktuje nam co nas uszczęśliwi za pomocą swoich skojarzeń. Utożsamia nasze szczęście z posiadaniem czegoś lub kogoś i każe nam do tego dążyć za wszelką cenę, nawet jeśli czujemy się z tym źle. Jak mamy dojść do szczęścia podążając za czymś, co nas męczy, krzywdzi, stresuje czy dołuje?


Kiedy rodzice lekceważą emocje dziecka, zwracając się tylko do jego umysłu („musisz to zrobić”, „nie płacz”, „to nic strasznego, nie ma czego się bać”, „a teraz przeproś i pocałuj mamę” itp.), umysł przetwarza takie doświadczenia w zasadę „to co się czuje nie jest ważne, ważny jest cel” i tworzy przekonania typu: „trzeba znosić wszystko w milczeniu, żeby coś osiągnąć”, „trzeba zgadzać się na krzywdę, jeśli chce się doświadczyć miłości”, „trzeba ukrywać swoje emocje i kłamać, żeby być akceptowanym” itd. Takie wewnętrznie sprzeczne przekonania zmuszają nas do zanegowania albo siebie albo innych.


W pierwszym przypadku uznajemy, że jesteśmy zależni od miłości innych ludzi jak małe dzieci i szukamy aprobaty, głasków, uznania, podziwu, sławy wszelkimi znanymi sposobami. Im bardziej się w to angażujemy, tym bardziej się uzależniamy – zamiast szczęścia czujemy głównie lęk („co będzie jeśli to się skończy? co będzie jeśli popełnię błąd?”). Dostajemy dużo i coraz więcej, ale paradoksalnie nas to unieszczęśliwia; bo nawet jeśli przez moment czujemy to, o co nam chodziło, to za chwilę wraca lęk – jak kac po alkoholu.


Drugie rozwiązanie to strategia odwrotna – zaprzeczenie zależności od innych, czyli odizolowanie się od ludzi na tyle, na ile to możliwe. Udowadnianie sobie każdego dnia, że da się żyć bez miłych słów, życzliwych gestów, wsparcia, emocjonalnej więzi. Może się wydawać, że wtedy lęk przed odrzuceniem nie ma nad nami władzy, ale to właśnie on skazuje nas na emocjonalne głodowanie. To, że uczymy się żyć z brakiem, nie sprawia, że brak znika czy przestaje być odczuwalny. Nadal nas unieszczęśliwia.
Umysł tworzy konflikt („żeby być szczęśliwym, trzeba cierpieć/znosić krzywdę/zdobyć coś lub kogoś wyjątkowego”), a potem tworzy rozwiązania tego problemu, które nikogo nie uszczęśliwiają. Tworzy obrazek i strategie osiągnięcia tego obrazka, ale zrealizowany scenariusz nie przynosi szczęścia…


Powód jest prosty – szczęście się czuje, i jeśli coś nas może do niego zaprowadzić, to właśnie czucie. To jak zabawa w ciepło – zimno: naszym zadaniem jest iść za tym, co daje nam radość i satysfakcję, nie za scenariuszami umysłu bazującymi na oczekiwaniach innych ludzi. Umysł jest nam potrzebny do tego, żeby odróżnić co daje nam chwilową przyjemność i nieprzyjemne konsekwencje (to ślepe uliczki) od tego, co daje nam prawdziwe poczucie spełnienia, trwale poprawia nam samopoczucie, stwarza zadowolenie z siebie i życia.


Jeśli coś lub ktoś powoduje przymus („muszę to mieć”), zachłanność („im więcej tym lepiej, na zapas, niech to się nie kończy”), lęk na myśl o odstawieniu („nie dam rady żyć bez tego”), to uzależnienie – bez względu na to, czy chodzi o piękny wygląd, zakupy, kawę, media społecznościowe, towarzystwo, pracę czy cokolwiek innego. A każde uzależnienie krzywdzi, powoduje spadek samooceny i unieszczęśliwia.Uszczęśliwia nas wybór zgodny z własnymi uczuciami i zweryfikowany umysłem, bez względu na to, czego dotyczy. Podnosi naszą samoocenę, powoduje poczucie mocy, sprawstwa, wolności, niezależności.


Mówiąc krótko: brak szczęścia to stan, w którym podążamy bezrefleksyjnie za przypadkowymi skojarzeniami własnego umysłu; a szczęście to stan, w którym kierujemy się czuciem do wyznaczania kierunku, a umysłem do wyznaczania drogi w taki sposób, aby nie tracić dobrego samopoczucia.


Uważne wybieranie

Generalny poziom ufności wobec innych ludzi i świata w ogóle wynosimy z domu, w postaci przekonania wynikającego z własnego doświadczenia – jeśli rodzice umiejętnie się o nas troszczyli, ufamy innym i sile wyższej, jeśli nie – cechuje nas dystans i brak zaufania. 

Aczkolwiek przyglądając się bliżej można zauważyć, że nawet jeśli jesteśmy bardzo ufni, w jakimś obszarze cechuje nas brak zaufania, i odwrotnie, możemy generalnie nie ufać ludziom, ale w jakimś obszarze paradoksalnie robimy wąski wyjątek. 

Dzieje się tak dlatego, że nasze wczesne doświadczenia tworzące nasze przekonania na temat zaufania są na ogół niespójne (np. jedno z rodziców jest wiarygodne, drugie nie), ale również dlatego, że z czasem nabieramy zaufania do siebie w zakresie swojej wytrenowanej mocnej strony, gdzie jesteśmy w stanie dużo zaryzykować wbrew swojemu generalnemu brakowi ufności; tracimy zaś wiarę w siebie w zakresie swojej zaniedbanej słabej strony, i tam nie jesteśmy w stanie zaryzykować niczego, wbrew generalnej ufności wobec świata. Na przykład nie zauważamy, kiedy ktoś nas notorycznie okłamuje albo naciąga na przysługi (ufamy emocjonalnie), ale nie powierzymy nawet złotówki komuś, kto nie jest sprawdzony (nie ufamy finansowo) – albo odwrotnie: oddamy ostatnie pieniądze naciągaczom, ale nie wierzymy na słowo nawet bliskim. To sygnał, że działamy według automatycznych zapisów w naszym umyśle, który posegregował na osobne „światy” nasze wczesne doświadczenia i nabyte umiejętności według zasady: „tego jest dużo – możesz zaufać, ryzyko dopuszczalne” lub „tego jest mało – nie wolno ufać, ryzyko zabronione”. Pewne sytuacje wyzwalają ufność, a inne – nieufność. I na ogół jedna reakcja jest tą podstawową, najczęstszą, zaś druga – sporadyczną.

Sęk w tym, że ta generalizacja umysłu z indywidualnego doświadczenia w zasadę się nie sprawdza. To, że mogliśmy polegać na rodzicach nie oznacza, że możemy ufać wszystkim napotkanym osobom w życiu; tak jak fakt, że byliśmy okłamywani przez rodziców nie oznacza, że nie można ufać nikomu na świecie. Nie sprawdza się też podział na odrębne światy z różnymi zasadami (można ufać emocjonalnie, ale nie finansowo czy odwrotnie). Bo w życiu jak w gramatyce, czasem jest więcej wyjątków niż zasad.

No to ufać czy nie?

Odpowiedzią jest nie podział, a równowaga; dokładniej to ujmując – świadomy każdorazowy wybór, rezygnacja ze schematów. 

Życie w cywilizowanym świecie bazuje na zaufaniu: wjeżdżamy na most z przekonaniem, że się nie zawali, wchodzimy na balkon nie myśląc o tym, czy się zarwie, wsiadamy do pojazdów z wiarą, że dotrzemy bezpiecznie na miejsce, kupujemy jedzenie zakładając, że się nie otrujemy; powierzamy swoją sprawę prawnikowi czy swoje zdrowie lekarzowi ufając w ich wiedzę i umiejętności itd. Niemniej zdarzają się przypadki zawalenia mostów i zarwania balkonów, wypadki drogowe i lotnicze, zatrucia w restauracjach i wycofane niebezpieczne dla zdrowia produkty ze sklepów; bywa, że ekspert czy specjalista zamiast nam pomóc, poważnie nam zaszkodzi. Więc jak? Ufać (bo zwykle się udaje) czy nie (bo może zdarzyć się pech)? 

Jedni ufają bezkrytycznie jak dzieci (bo ktoś za to odpowiada przecież), inni wszędzie widzą zamach na swoje życie lub zdrowie. Prawda leży pośrodku: nie mamy wpływu na wszystko ani wiedzy pozwalającej wszystko sprawdzić, ale kiedy bierzemy odpowiedzialność za swoje wybory, nasze szanse dożycia sędziwego wieku w zdrowiu i dobrostanie wzrastają bardzo istotnie. Bo zamiast wbiec z rozpędu na pasy (bo jest zielone światło), rozglądamy się wcześniej w obie strony; bo zamiast pakować do koszyka w sklepie produkty jak leci czytamy etykiety z opisem ich zawartości; bo zanim powierzymy swoje sprawy przypadkowej osobie najpierw sprawdzamy jej wiarygodność; bo zanim połkniemy tabletki przepisane przez lekarza czytamy ulotkę leku; bo zanim wsiądziemy do czyjegoś samochodu, oceniamy swoje bezpieczeństwo; bo zanim klikniemy w przysłany nam przez obcego nadawcę link sprawdzamy rzecz w wyszukiwarce itd. 

Zasada ograniczonego zaufania nas chroni (wszyscy przecież jesteśmy ludźmi i każdy może się pomylić, zagapić, zasugerować błędną informacją, nie wspominając o tych, którzy mogą chcieć nam zaszkodzić swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem, zmanipulować czy wykorzystać). Ale oprócz tego wybieranie z uważnością poszerza naszą percepcję. Im częściej pytamy siebie „czy to dla mnie dobre? czy tego chcę?”, tym bardziej otwieramy się na odpowiedzi pochodzące z różnych kanałów, nie tylko z umysłu (wiedzy i logiki), ale także czucia i intuicji – dopuszczamy do głosu dane z naszej podświadomości; nasze postrzeganie sytuacji staje się pełniejsze, nabiera szerszej perspektywy; słowem wzrasta trafność i naszych spostrzeżeń i dokonywanych wyborów. 

Traktując świat z pozycji ufnego beztroskiego dziecka, za które ktoś inny decyduje i bierze za nie odpowiedzialność, musimy być przygotowani na przykre niespodzianki i bolesne rozczarowania. 

Traktując świat z pozycji nieufnego zalęknionego dziecka, które bierze na siebie odpowiedzialność za to, na co nie ma wpływu i boi się korzystać z czegokolwiek, tracimy radość i sens życia.

Traktując świat z pozycji dorosłego, który uważnie i świadomie dokonuje wyborów  i bierze odpowiedzialność za swoje decyzje, uczymy się tworzyć optymalną dla siebie rzeczywistość.

Hologram

Wierzymy, że jedni ludzie są lepsi i ważniejsi od innych. Wierzymy, że niektórzy mają specjalne przywileje u Pana Boga, a niektórzy wręcz przeciwnie. Przenosimy przekonania z własnego dzieciństwa na siebie, innych ludzi i Boga czy Wszechświat. Szukamy autorytetów i pośredników w kontakcie z Bogiem i wciąż na nowo się rozczarowujemy. 

A co jeśli każdy z nas jest tak samo ważny? A co jeśli nie ma doskonałych i takich co wiedzą wszystko, tylko każdy ma jakiś kawałek wspólnej układanki? I tylko kiedy każdy z nas go pokazuje innym wyrażając siebie, wtedy wszyscy możemy zobaczyć cały obrazek, mając w tym równy udział?

A co jeśli wszyscy jesteśmy kochani tak samo, ale czujemy to na tyle, na ile pozwalamy sobie to poczuć, na ile jesteśmy w stanie w to uwierzyć?

Przekonania o miłości warunkowej są ograniczeniami, które stawiamy sobie w życiu. Każda zmiana takiego przekonania jest jak otwarcie drzwi, przez które wchodzi bezwarunkowa prawdziwa Miłość. Nie trzeba jej szukać ani zdobywać, ona jest wszędzie wokół – ale nie dotknie nas, dopóki nie otworzymy jej drzwi, nie wpuścimy do siebie. To się nazywa wolna wola, pełne prawo wyboru. Sami możemy zdecydować w co wierzymy, a w co wierzymy staje się naszą rzeczywistością.

Kontakt ze sobą

Kiedy chorujemy albo mamy złe samopoczucie, pytamy innych „Co mam zrobić?”. A inni odpowiadają: „Weź ten lek, mojej siostrze bardzo pomógł”, „Idź na imprezę i o wszystkim zapomnisz, jutro będziesz jak nowy ”. Zakładamy, że jeśli coś pomogło komuś w podobnej sytuacji, to tak samo pomoże innym. W rzeczywistości czasem pomaga , a czasem… szkodzi. Tak jest z każdym lekiem, dietą i poradą. 

Każdy problem, i ten zdrowotny, i ten emocjonalny, pochodzi z naruszenia wewnętrznej równowagi. Kłopot w tym, że na zewnątrz widać tylko, że coś jest nie tak, ale ten sam objaw może wskazywać na zupełnie różną przyczynę – więc i na potrzebę zupełnie różnej reakcji. 

Ktoś nie daje sobie rady ze swoimi obowiązkami, więc pouczamy go, żeby wprowadził więcej samodyscypliny. A może ta osoba wzięła sobie na głowę za dużo, bo uwierzyła, że skoro tak dobrze zarządza swoim czasem, to da sobie radę z podwójnym obciążeniem? To, czego naprawdę potrzebuje, żeby odzyskać równowagę, to mniej samodyscypliny, a więcej odpoczynku…

Ktoś krzyczy – może próbuje wywrzeć na nas presję i trzeba go potraktować stanowczo, a może krzyczy z bezsilności i potrzebuje wsparcia…?

Ktoś choruje – jego organizm może potrzebować albo oczyszczenia albo odżywienia; zastosowanie niewłaściwej procedury może tylko pogorszyć jego stan…

Ilekroć kierujemy się reklamami i poradami innych osób, kierujemy się bezrefleksyjnym zaufaniem pochodzącym z relacji z rodzicami; przekonaniem, że tak jak kiedyś rodzice, tak teraz inni ludzie wiedzą więcej, chcą dla nas dobrze i należy ich słuchać. 

Prawda zaś jest taka, że inni są nieskończonym magazynem inspiracji, ale nikt nie zna nas lepiej niż my samych siebie, i to my sami musimy zdecydować, co z tego magazynu wybrać dla siebie, żeby odzyskać równowagę. Jeśli jesteśmy w głębokim kontakcie ze sobą, swoimi odczuciami i uczuciami, to jak zwierzęta kierowane instynktem potrafimy wybrać właściwie to, co nas uleczy.

Skutki łatwego życia

Próbujemy z całych sił sprawić, żeby życie stało się łatwiejsze, myśląc, że to nas uszczęśliwi.

Gotowanie zabiera za dużo czasu i jest pracochłonne, więc jemy byle co byle gdzie – ale to sprawia, że chorujemy.

Wybieramy przypadkowy seks zamiast związków, żeby uniknąć zaangażowania i wysiłku – ale to sprawia, że czujemy się samotni.

Unikamy ruchu, używamy samochodów, żeby oszczędzić czas i siły – ale to sprawia, że stajemy się zniedołężniali w młodym wieku.

Spędzamy zaoszczędzony czas przed telewizorem lub komputerem, bo to łatwiejsze niż utrzymywanie i pielęgnowanie relacji z ludźmi – ale to sprawia, że stajemy się bezradni w sytuacjach społecznych.

Sięgamy po alkohol albo narkotyki żeby się zrelaksować, bo to prostsze niż posiadanie pasji czy jakiegoś hobby – ale to sprawia, że stajemy się uzależnieni.

Czy na pewno łatwe życie nas uszczęśliwia, czy po prostu sprawia, że stajemy się słabi fizycznie i psychicznie? Czy pogoń za optymalnymi warunkami do życia to pogoń za szczęściem czy samozniszczeniem?

Ku refleksji: https://ciekawe.org/?s=eksperyment+calhouna

Tożsamość

Rodzimy się z pewnymi predyspozycjami, a proces wychowania i socjalizacji wymusza na nas rozwijanie pewnych cech i tłumienie innych. Ten unikalny zestaw predyspozycji, mocnych i słabych stron tworzy nasze „ja”, naszą tożsamość. Mówimy o sobie na przykład „jestem odważny i niecierpliwy” tak jak mówimy o kanapie, że jest czerwona – tak jakby to wykluczało inne możliwości, inne nasze cechy czy zachowania. O ile kanapa może być w całości czerwona i tylko czerwona, o tyle każdy odważny człowiek ma w doświadczeniu sytuację, w której stchórzył, a każdy niecierpliwy gdzieś, kiedyś wykazał się cierpliwością.


Nie rodzimy się z określoną tożsamością, nabywamy jej przeglądając się w oczach innych ludzi. To, że tłumimy w sobie pewne cechy, nie oznacza, że jesteśmy ich pozbawieni. Oznacza to tylko tyle, że nie były one przydatne do przeżycia w tym środowisku, w którym dorastaliśmy. Potencjalnie możemy rozwijać każdą cechę, praktycznie jednak rozwijamy te, które świadomie lub nieświadomie nagradzają opiekunowie, które nam się „opłacają”.


Ta wyuczona tożsamość jest jak jedno skrzydło, które każdy z nas dostaje na start od innych. Pozwala nam ono podfruwać od czasu do czasu, jak hodowlanym ptakom. I jak hodowlanego ptaka ta wyuczona tożsamość trzyma nas w swojej klatce, w swoich ograniczeniach, nie pozwalając spełniać marzeń.

Żeby utrzymywać równowagę i móc swobodnie latać tam, gdzie nam dusza podpowie, potrzebujemy drugiego skrzydła. Nie możemy go jednak dostać od innych, musimy je sobie wyhodować sami, świadomie odnajdując w sobie te nieużywane, stłumione cechy, ryzykując zachowania zapisane w naszej pamięci jako nieopłacalne, powodujące dezaprobatę czy odrzucenie rodziców – słowem przekraczając granice swojej tożsamości, rozszerzając ją o to, co z siebie z wyparliśmy w dziecięcym lęku, poświęcając kawałek siebie, żeby nie stracić akceptacji opiekunów.


Egocentryczni potrzebują odkryć w sobie wrażliwość na innych, nadmiernie empatyczni – nauczyć się niezależności od cudzych nastrojów;

odpowiedzialni – doświadczyć ulgi odpuszczenia kontrolowania tego, co jest poza ich kontrolą, nieodpowiedzialni – odkrycia w sobie guzika kontroli nad sobą;

aktywni potrzebują odkryć zalety bierności i odpoczynku, bierni – aktywnego działania i poczucia sprawstwa;

wycofani – asertywności, dominujący – odpuszczania;

kontrolujący swoje emocje – utraty kontroli nad nimi, rozhamowani – kontrolowania się;

niezależni – przyjmowania pomocy, zależni – samodzielności i niezależności;

zaprzątnięci dogadzaniem innym – dogadzania sobie,

dogadzający sobie – zauważania potrzeb innych…


Nie rodzimy się „jacyś”, stajemy się tacy, jakimi nieświadomie rzeźbią nas ludzie, od których zależymy jako dzieci. Jako dorośli możemy sami zdecydować o swojej tożsamości – możemy świadomie zakwestionować założenia o sobie i przekonać się, że stać nas na wszystko: na bycie cierpliwym i niecierpliwym, ładnym i brzydkim, bogatym i biednym, na ryzykowanie i asekurację, na wrażliwość i stawianie granic, na odpowiedzialność i spontaniczność, na dawanie i przyjmowanie, na bycie samemu i z innymi, na przyjemne i nieprzyjemne emocje, na sukcesy i porażki, na stare i nowe, znane i nieznane…


Kiedy odkrywamy w sobie to potencjalne wszystko, uzyskujemy wolność. Po pierwsze wolność wyboru – bo możemy użyć tego, co potrzebujemy, zamiast przymusu używania tego co zawsze. Po drugie, wolność od lęku związanego z ciągłym udowadnianiem innym jakiejś wartościowej części swojej „tożsamości” i ukrywaniem przed nimi innej, wstydliwej jej części.


Lęk każe nam być „czymś”, „kimś”, kosztem naszego samopoczucia. Miłość pozwala nam być wszystkim, doświadczać wszystkiego i wybrać to, z czym czujemy się dobrze.

Pieniądze

Kiedy pieniądze stają się nadrzędną wartością, inne wartości umierają śmiercią naturalną.

Nie ma prawdy, bo można kupić jej wersję.

Nie ma autentyczności, bo opłaca się udawanie.

Nie ma wiedzy i mądrości, jest lobby.

Nie ma piękna, jest jakiś jego promowany kanon.

Nie ma bliskich relacji, bo jest nadmierne zaangażowanie w zarabianie.

Nie ma sprawiedliwości, jest przekupstwo.

Nie ma zaufania, jest biznes.

Nie ma lojalności, jest cena.

Nie ma uczciwości, jest opłacalność.


Kiedy pieniądze są jedną z wartości, pozostają pieniędzmi, i pozwalają osiągać inne wartości – jak komfort, dobrobyt, sukces. Kiedy pieniądze stają się nadrzędną wartością, kasują inne wartości.

Człowiek – anioł czy bestia?

Nikt nie rodzi się ani aniołem, ani bestią. 

Wszyscy odczuwamy te same emocje – te przyjemne jak radość, satysfakcja czy przyjemność, i te nieprzyjemne jak złość, zazdrość, smutek czy lęk. Odczuwane emocje są neutralnymi informacjami, ani dobrymi, ani złymi. 

Niemowlak płacze, kiedy jest mu źle i jest radosny, kiedy czuje się dobrze. Ale im jest starszy i rozumie więcej, tym bardziej rodzice oczekują, że będzie stale zadowolony, bo szczęśliwe i grzeczne dziecko to dowód, że jest się dobrym rodzicem… Kiedy więc dziecko płacze, złości się czy boi, zaczyna być zawstydzane i wyśmiewane, karane odrzuceniem. To rodzic sobie nie radzi (ze swoimi emocjami), ale dziecko szybko uznaje, że jego negatywne emocje są czymś złym, i że ono jest złe, skoro je czuje. Musi coś z nimi zrobić, więc przygląda się rodzicom i naśladuje któreś z nich – albo wypłakuje emocje ukradkiem albo udaje, że nic nie czuje, albo je odreagowuje robiąc krzywdę innym…
W tym momencie dzielimy się na tych podporządkowanych („dobrych” w rozumieniu społeczeństwa) i tych zbuntowanych (czyli „złych”). Zachowujemy się różnie, ale czujemy to samo, i tak samo boimy się „niewłaściwych”, nieakceptowanych przez innych emocji. Tylko w różny sposób z nimi walczymy. Jedni przed nimi uciekają, tłumią je w sobie, żeby nikt nie zauważył, że nie są dobrzy. Drudzy dają tym emocjom ujście prowokując innych, żeby uzyskać od nich potwierdzenie, że są źli.

Nikt nam w dzieciństwie nie powiedział, że żadna emocja nie czyni nikogo złym, bo nie możemy sobie wybrać, co czujemy. Emocja to informacja z systemu, którym jesteśmy. Krzywdzimy dopiero wtedy, kiedy pozwolimy emocjom działać w naszym imieniu. Na podstawie swojego zachowania krzywdzącego innych bezpośrednio lub pozwalającego na krzywdę możemy myśleć o sobie jako złych ludziach, ale skoro to jest jedyny mechanizm poradzenia sobie z emocjami jaki znamy, jeżeli reagujemy automatycznie według wzorca, który nieświadomie skopiowaliśmy, to przecież nie wybieramy zła…

Nikt nie radzi się ani aniołem, ani bestią. Programy rodzinne popychają jednych w jedną stronę, drugich w drugą, ale schematy nie są w stanie uczynić z nas ani anioła, ani bestii – mogą nas nauczyć bezrefleksyjnie grać jedną z tych ról. 

Możemy sobie jednak uświadomić swój wzorzec i zrezygnować z programu, roli i scenariusza, a wtedy uzyskamy prawdziwy wybór czy chcemy być aniołem czy bestią. Dopiero wtedy tak naprawdę, świadomie możemy chcieć stać się źli. Ale kiedy mamy wybór, okazuje się, że bycie bestią nie daje ani radości, ani satysfakcji. Kiedy mamy wybór, chcemy być dobrzy. Rodzimy się potencjalnymi aniołami, dlatego tak cierpimy podejrzewając u siebie zło.