Jak w lustrze

To, co rodzicom podoba się w dziecku, co nagradzają swoim zainteresowaniem i uznaniem, staje się jego przekonaniem o swojej mocnej stronie. To, czego rodzice nie akceptują w swoim dziecku z powodu własnych słabości czy kompleksów, staje się jego przekonaniem o swojej słabej stronie. Mimo, że później inni ludzie mogą wychwalać i komplementować ową „słabą stronę”, zaprzeczając tym zapisom, nie zostają one samoistnie przeprogramowane. Po pierwsze dlatego, że rodzice są dla dziecka pierwszym niepodważalnym autorytetem i ich brak akceptacji wiąże się z bardzo silnymi emocjami. A im silniejsze emocje, tym silniejszy zapis. Po drugie dlatego, że umysł automatycznie broni starych zapisów jako „prawdy”, wzoru, matrycy – i bez naszego świadomego udziału ich nie przeprogramuje. 

Dlaczego tak trudno nam przeprogramować to, że coś jest naszą słabością na przekonanie, że nią nie jest? Bo musimy to sobie (umysłowi) udowodnić, musimy zadziałać tak, jakby to była prawda – musimy złamać lęk, który nas przed tym powstrzymuje. Ten lęk jest problemem, nie samo przekonanie. W zakresie swojej mocnej strony nie boimy się ryzykować, zmieniać, próbować nowego, nie boimy się ośmieszenia, choć wcale nie zawsze wygrywamy. Za to w zakresie swojej słabej strony zaryzykowanie czegokolwiek wydaje się skokiem w przepaść. Tamten stary dziecięcy lęk nas paraliżuje. Próbujemy wszystkiego, żeby go zagłuszyć, ukryć, zapomnieć. Gdybyśmy go wysłuchali, brzmiałby mniej więcej tak: „a co jeśli okaże się że naprawdę nie można mnie kochać, że jestem nie do zaakceptowania?”. To jest myśl małego, całkowicie zależnego od dorosłych, przerażonego dziecka. Ile sensu ma dla dorosłego? Kto decyduje o tym, jaka jest nasza wartość, od czego ona zależy – i jaki to ma związek z miłością? 

Ludzie nie kochają nas tak, jak na to zasługujemy, bo miłość jest bezwarunkowa, nie można na nią zasłużyć. Ludzie kochają nas tak, jak ONI potrafią, niezależnie od tego, jacy jesteśmy. Kiedy pokochamy siebie na tyle, żeby zaryzykować ekspozycję swojej słabej strony, przyciągamy tych, którzy potrafią kochać. Kiedy udajemy doskonały produkt i próbujemy zaprezentować się w jak najlepszym opakowaniu, zakrywając to, czego się wstydzimy, przyciągamy tych, którzy handlują – kupują, sprzedają, porzucają, wymieniają na lepszy model.

My sami decydujemy czy i jak inni nas kochają, bo robią to dokładnie tak, jak my to robimy wobec siebie.

O psychopatach

Skąd się biorą psychopaci?🤔

Nie jestem zwolennikiem teorii, które mówią, że odpowiadają za to geny albo że pojawiają się losowo, bez przyczyny, jako wybryk natury. Moje doświadczenie, obserwacje i wiedza wskazują, że psychopatów się hoduje. Jak roślinki – mogą pięknie wybujać albo mogą zmarnieć w tym procesie; i jak roślinki potrzebują bardzo konkretnych warunków, żeby skutecznie wzrastać w siłę. Jak to się dzieje?

Mamy dwa „odbiorniki” rzeczywistości – Serce i Rozum. Są jak prawe i lewe oko: dobrze widzą tylko wtedy, kiedy oba są jednakowo silne i sprawne. Serce to symbol Matki (wrażliwości), Rozum to symbol Ojca (siły).

Kiedy każde z rodziców nosi w sobie równowagę między Sercem i Rozumem, wrażliwością i siłą, pierwiastkiem żeńskim i męskim, wtedy w relacji też tworzą równowagę, i tej równowagi – korzystania z Serca i Rozumu jednakowo – uczy się dziecko. To jest przykład wzorcowy.

Kiedy jedno z rodziców jest pozornie dominujące, tzn. jego potrzeby i uczucia są stawiane na pierwszym miejscu (nazywane jest głową rodziny), ale drugie ma prawdziwy wpływ na decyzje (jest szyją, która kręci tą głową z góry na dół i z boku na bok), dziecko otrzymuje sprzeczne komunikaty i jego umysł steruje jego własną wrażliwością i siłą dość losowo, różnie w różnych obszarach. W rezultacie w jednych sprawach kieruje się bardziej Sercem, w innych bardziej Rozumem, zarządza sobą w chaosie, zgodnie z otrzymanym wzorcem, co powoduje konflikty wewnętrzne i zewnętrzne.

Kiedy w rodzinie istnieje ekstremalna polaryzacja, tzn. ojciec jest dominujący, najczęściej przemocowy, reagujący niemal wyłącznie z poziomu Rozumu, a matka jest skrajnie podporządkowana, reagująca z poziomu Serca, dziecko ma idealne warunki na zostanie psychopatą. Jego rodzicielskie wzorce są tak odmienne, że nie jest w stanie ich w sobie połączyć jakimkolwiek wspólnym mianownikiem; są jak oko z przodu i z tyłu głowy: musi wybrać, którym będzie patrzeć na świat, żeby uzyskać jednolity obraz. I zwykle jego umysł wybiera to, co daje mu większą szansę na przeżycie: siłę, czyli Rozum. Odcięcie się od czucia, od swojej wrażliwości, czyni z niego psychopatę.

Skoro typ psychopaty łączy się z typem ofiary i produkuje kolejnych psychopatów, to wyłania nam się tu wizja świata opanowanego przez psychopatów 😱

Na szczęście niekoniecznie, a paradoksalnie nawet wręcz przeciwnie 😁

Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że do inwazji swojego „gatunku” psychopaci potrzebują typu ofiar, zatem musi zostać utrzymana równowaga miedzy nimi. Brak ofiar to brak psychopatów (w kontekście indywidualnym i społecznym jednakowo).

Po drugie, mówimy tu o prawdopodobieństwie, nie o nieuchronności. Mechanizmy nas ograniczają, ale nie determinują. Uświadamiając sobie rolę, w którą nas automatycznie wepchnęły, w każdym momencie świadomie możemy z niej zrezygnować, zmienić scenariusz.

Po trzecie, w procesie tworzonym przez opisane mechanizmy zawsze mogą wystąpić zmienne zakłócające, jak na przykład dodatkowa osoba opiekująca się stale dzieckiem przez pierwsze sześć lat jego życia. Jeśli stanie się dla dziecka autorytetem, będzie ono czerpać także z jej puli wzorców.

I po czwarte, ludzka natura sama broni swojej różnorodności w naturalny sposób. Nawet jeśli psychopaci są jak dominujący „gen” w tym systemie, to jeszcze nie znaczy, że wyprą wszystkich innych. Podobnie jak prawdziwy dominujący gen brązowych oczu: gen niebieskich jest recesywny, co oznacza, że jeśli jeden rodzic ma oczy jasne, a drugi ciemne, to jest większe prawdopodobieństwo, że dzieci odziedziczą ciemne. Ale wcale nie zawsze (bo zawsze jest małe prawdopodobieństwo, że akurat jasne), i wcale nie na pewno, bo dodatkowo to zależy jeszcze, czy rodzice rodzica z ciemnymi oczami byli oboje ciemnoocy, czy tylko jedno z nich: jak bardzo ten gen jest dominujący. Ale nawet u Afrykańczyków, gdzie od pokoleń występują wyłącznie brązowe oczy, natura potrafi spłatać psikusa w postaci albinosa, jakby chciała nam przypomnieć, że nic nie jest niemożliwe.

Wniosek z tego jest taki, że (na szczęście) nie zawsze okoliczności wystarczą, żeby wyprodukować psychopatę, choć przy pewnych ustawieniach rodzinnych prawdopodobieństwo nieświadomego wychowania osoby tego typu istotnie wzrasta. Im bardziej świat staje się czarno-biały (radykalny, konserwatywny, segregujący), tym lepsze warunki do hodowli psychopatów. Im więcej psychopatów, tym bardziej czarno-biały staje się świat. Ale ponieważ to wbrew naturze (nawet czarno-białe fotografie nie są czarne i białe, tylko we wszystkich odcieniach szarości), stan taki jest jedynie przejściowy. I choć przynosi ogółowi wiele kosztów, to jest niezbędny. Dlaczego? Bo bez psychopatów, prześladowców, krzywdzicieli, agresorów nie ma szans na to, żeby typ ofiary się ocknął i powstał z kolan, zawalczył o własne granice, o swoją tożsamość i godność. Nie znam żadnego przypadku psychopaty, którego udałoby się uwrażliwić, sprawić, żeby otworzył zablokowane (z lęku przed byciem ciemiężoną ofiarą) Serce. Znam natomiast mnóstwo przypadków ofiar, którym udało się otworzyć zablokowany Rozum i odzyskać siłę do zarządzania swoją wrażliwością. Kiedy ofiary odzyskują w sobie równowagę, przestają być komplementarne do psychopatów, i ci ostatni zostają skazani na zagładę, muszą odejść w niebyt. I nie ma znaczenia, czy mówimy o rodzinie czy społeczeństwie.

Konsekwencje braku więzi emocjonalnej

Potrzebujemy genów dwojga rodziców, żebyśmy zaistnieli w sensie biologicznym, i potrzebujemy wzorców obojga rodziców, żebyśmy mogli rozwijać się w sensie emocjonalno-społecznym. 

Wiadomo, że fizyczny brak obecności jednego z rodziców w procesie wychowania  powoduje u dziecka zaburzenia samooceny i trudności w nawiązywaniu relacji z rówieśnikami czy w pełnieniu ról społecznych. Jednak sama fizyczna obecność rodzica nie gwarantuje prawidłowego rozwoju dziecka. 

Nader często zdarza się, że rodzice są fizycznie obecni, ale nie nawiązują z dzieckiem więzi emocjonalnej. Nie nawiązują, bo nie potrafią, ponieważ nie uporali się z własnymi problemami emocjonalnymi. Skutki braku tej więzi mają swoje odbicie w rozwoju emocjonalnym dziecka tak samo, jak nieobecność fizyczna któregoś z rodziców.

Aby nauczyć się zarządzać sobą, potrzebujemy nauczyć się od swoich opiekunów jak siebie wspierać (wzorzec „matki”: wrażliwości i zrozumienia, rodzicielskiego „tak”) oraz jak się chronić (wzorzec „ojca”: stanowczości i wymagania, rodzicielskiego „nie”). 

Generalizując, prawidłowa więź emocjonalna z matką powoduje prawidłowy rozwój własnej wrażliwości, umiejętności rozumienia i wspierania siebie (i w następstwie innych ludzi). Brak lub zaburzenia tej więzi skutkują problemami w zarządzaniu swoją wrażliwością, zwracaniem swojej wrażliwości przeciwko sobie – blokowaniem jej w pewnych obszarach i kompensacyjnym nadużywaniem w innych. 

Z kolei prawidłowa więź emocjonalna z ojcem powoduje prawidłowy rozwój poczucia własnej siły, umiejętności obrony siebie, stawiania granic i wymagań – najpierw sobie, potem innym. Brak lub zaburzenia tej więzi skutkują brakiem umiejętności zarządzania swoją siłą, zwracaniem swojej mocy przeciwko sobie – blokowaniem jej w pewnych obszarach i przemocowym nadużywaniem w innych (wobec siebie, a lustrzanie także wobec innych).

Brak zdrowej więzi emocjonalnej z każdym z rodziców powoduje zakłócenia w rozwoju emocjonalnym dziecka, objawiającem się jego dyskomfortem emocjonalnym, zmianami nastrojów, naprzemiennym poczuciem winy i krzywdy, nieumyślnym, ale nie mniej przez to bolesnym krzywdzeniem siebie i innych. W efekcie z czasem powstają i utrwalają się problemy czy zaburzenia emocjonalne, które nierozwiązane blokują tworzenie więzi emocjonalnej dorosłej już osoby ze swoimi własnymi dziećmi: cykl się powtarza, trauma w postaci braku zdrowej więzi emocjonalnych w rodzinie zostaje przekazana z pokolenia na okolenie.

Stąd cokolwiek robimy dla swojego zdrowia emocjonalnego, robimy to automatycznie dla swoich dzieci, ale także swojego partnera życiowego i wszystkich, którzy pozostają z nami w jakichkolwiek relacjach. Zmiana jednego elementu w systemie zmienia cały system. A sterowniki do tej zmiany są wewnątrz każdego z nas 🙂

Klatka

Sposób wychowania nas przez naszych rodziców powoduje, że zostajemy wtłoczeni w pewną rolę – poruszamy się w niej jak w klatce, nigdy nie przekraczając pewnych granic. Nawet wtedy, kiedy stajemy się dorośli, nadal automatycznie przestrzegamy limitów wyznaczonych przez pręty klatki, choć samej klatki już nie ma – jak olbrzymie słonie w Indiach przywiązane sznurkiem do palika nie próbują się uwolnić, bo pamiętają, że jak były małe i mocno przywiązane do drzewa, to nic to nie dawało.

Kiedy decydujemy się wbrew swoim lękom zrobić to, do czego nie byliśmy zdolni wobec rodziców, i dać sobie to, czego od nich nie dostaliśmy, sami na nowo definiujemy siebie i swoje możliwości.

Aktywator

Mówi się, że mamy wpływ na swoje życie, że sami je tworzymy. A jednocześnie wielu ludzi tego wpływu wcale nie czuje, wręcz przeciwnie, ma wrażenie, że los kieruje nimi chaotycznie i przypadkowo, zupełnie wbrew temu, czego dla siebie chcą. Paradoksalnie jedno i drugie jest prawdą. Metaforycznie mówiąc, to my sami naciskamy przyciski w maszynie, która nas wiezie przez życie, problem w tym, że nie tylko nie wiemy, który przycisk do czego służy (bo przekonania rządzące naszymi wyborami są zapisane w naszej podświadomości, nie zdajemy sobie z nich sprawy), ale na dodatek zazwyczaj jeszcze widzimy te przyciski przez podwójnie deformujące okulary… Mam tu na myśli zniekształcenie odczuwania dziecka w procesie jego wychowania, zaburzające i jego widzenie tego, co jest, i jego ocenę tego, co można z tym zrobić. Generalnie dzieje się to według dwóch schematów.

Kiedy rodzice gwałtownie, bez zahamowań wyrażają swoje emocje, a jednocześnie wymagają, aby dziecko silnie kontrolowało własne (było grzeczne i podporządkowane w sytuacjach społecznych), dziecko rozumie to jako „inni są ok, ja nie jestem ok”. To sprawia, że widzi wszystko i wszystkich (poza sobą) w ulepszonej wersji; wybacza krzywdzące zachowania („bo tak naprawdę ludzie są dobrzy”) usprawiedliwia brak szacunku wobec siebie („ten ktoś pewnie nie chciał”), widzi w ludziach i sytuacjach tylko to, co dobre i pozytywne, jak książkowa Polyanna. Tworzy się u niego przekonanie, że żyje po to, żeby służyć innym. Kiedy mimo tłumienia pojawiają się negatywne emocje, informujące o tej zafałszowanej percepcji, tak ukształtowana osoba obwinia samą siebie, i skupia się na sposobach jak może lepiej, efektywniej kontrolować swoje emocje. To podwójne zafałszowanie w obszarze odczuwania kształtuje dziecko – bohatera. Jako dorosły taka osoba funkcjonuje w paradygmacie „należy poświęcać się dla innych”, nie widząc cudzych przewinień i własnej krzywdy. Jej podwójnie deformujące okulary to wybiórczo widziana rzeczywistość i próbowanie wpływania na nią przez zmianę swojego odczuwania (udawanie, że coś jest lepsze niż jest i udawanie, że jej to odpowiada).

Kiedy rodzice tłumią i ukrywają swoje emocje, jednocześnie pozwalając dziecku na nieograniczoną ekspresję jego własnych (żeby czuło się bezwarunkowo akceptowane), dziecko interpretuje to jako „ja jestem ok, inni nie są ok”. To sprawia, że widzi wszystko i wszystkich (z wyjątkiem siebie) przez czarne okulary, jako niewystarczające i wybrakowane; staje się roszczeniowe („bo inni powinni”), oskarżające („to ich wina”), nie potrafi odczuwać i wyrażać szacunku ani wdzięczności. Tworzy się u niego przekonanie, że inni żyją wyłącznie po to, żeby starać się je zadowalać i uszczęśliwiać. W związku z tym zafałszowaniem percepcji pojawia się mnóstwo ostrzegawczych negatywnych emocji, które dziecko (a potem dorosły) automatycznie i bez zahamowań wylewa na innych, ponieważ tam – na zewnątrz, w zachowaniu innych ludzi – umiejscawia problem. Takie podwójne zafałszowanie w obszarze odczuwania kształtuje dziecko – ofiarę. Jako dorosły taka osoba funkcjonuje w paradygmacie „wszyscy są przeciwko mnie”, nie widząc swojej roszczeniowości i wyrządzanej innym krzywdy. Jej podwójnie deformujące okulary to wybiórczo widziana rzeczywistość i próbowanie wpływania na nią przez manipulowanie innymi (oskarżanie innych, że są gorsi niż są i zmuszanie ich do zwiększonego wysiłku na swoją korzyść).

Mówiąc w skrócie, jeśli rodzice stosują inną miarę do własnych emocji, a inną do emocji dziecka, dziecko uczy się widzieć rzeczywistość przez jakiś filtr (pierwsze deformujące okulary) i umiejscawia swoje poczucie sprawstwa tam, gdzie ono nie działa – w manipulowaniu swoimi lub cudzymi emocjami (drugie deformujące okulary). Wtedy naprawdę trudno o trafną ocenę tego co jest i podjęcie efektywnych działań, żeby zmienić to, co nam nie odpowiada. Trudno o poczucie wpływu, kiedy nie widzi się, z czym ma się do czynienia i próbuje się tym sterować za pomocą niewłaściwego narzędzia.

Wbrew pozorom mamy ogromny wpływ na swoje życie. Pod warunkiem jednak, że widzimy to, co jest jak w zwykłym lustrze, nie jak w krzywym zwierciadle – czyli kiedy w naszym umyśle nasze uczucia i potrzeby są równie ważne jak uczucia i potrzeby innych ludzi, nie mniej i nie bardziej. Nie będąc ani bohaterem, ani ofiarą nie stosujemy innej miary do siebie, a innej do pozostałych; nie szukamy winy w sobie, kiedy jesteśmy krzywdzeni, ani nie krzywdzimy innych, kiedy naszym zdaniem niewystarczająco dbają o nasze uczucia czy zaspokajają nasze potrzeby. 

Wracając do mojej metafory – dopiero patrząc bez zniekształcających okularów na przyciski pojazdu, który nas wiezie przez życie, jesteśmy gotowi do nauki jazdy, do uczciwego wglądu w siebie bez filtrów; do zobaczenia tego, co naprawdę jest i do zmieniania tego, co nam nie odpowiada. Każde uświadomione przekonanie jest jak kolejny opanowany przycisk, który pozwala nam coraz bardziej świadomie kierować naszym pojazdem.

Nasuwa się tu pytanie: skoro kluczem do uzyskania dostępu do wpływu na swoje życie jest przekonanie o równości emocjonalnej wszystkich ludzi, to co zrobić, aby skutecznie przeprogramować swoje myślenie w tym kierunku? Paradoksalnie nie da się tego zrobić głową, bo umysł zrobi dosłownie wszystko w obronie swojej logiki utworzonej na bazie pierwszych dziecięcych doświadczeń. Można to zrobić tylko stawiając czoła temu, co przed sobą ukrywamy przez całe życie w obawie o swój wizerunek: kontaktując się w pełni ze swoimi emocjami, z całą krzywdą, którą wyrządziliśmy innym i sobie. Takie doświadczenie ustawia nas na równi z innymi, odbiera nam chęć dalszego krzywdzenia, aktywuje empatię, przywraca nam ustawienia zgodne z naszą prawdziwą naturą, resetując te dziecięce. 

Ktoś powiedział, że cierpienie jest potrzebne po to, żeby zrozumieć, że jest niepotrzebne, i ja się pod tym podpisuję. Cierpienie ma nas zmusić do uznania krzywdy i do zmiany w sobie tego, co jest jej przyczyną: nierówności w postrzeganiu siebie i innych. A wtedy i krzywda, i cierpienie przestają istnieć, bo stają się niepotrzebne.

Pokoleniowy transfer schematów

Dziecko zależy od rodziców nie tylko w sensie fizycznym i materialnym, ale także emocjonalnym. To, jak rodzice traktują swoje emocje decyduje o tym, co dziecko zrobi z własnymi.

Jeśli rodzice są narcystycznie skupieni na sobie i uważają, że ich emocje są najważniejsze, to dziecko zgodnie z tym wzorcem uczy się troszczyć o ICH samopoczucie. Jako dorosły będzie dbało o innych bardziej niż o siebie, tracąc drogę do swojego szczęścia – silnie kontrolując oraz tłumiąc własne emocje, i nadmiernie troszcząc się o cudze. 

Jeśli z kolei rodzice dbają o dobre samopoczucie dziecka kosztem własnych potrzeb i uczuć, to dziecko uczy się, że jego samopoczucie jest ważniejsze od samopoczucia innych ludzi; uczy się także, że zależy ono od działań innych, i oczekuje nadopiekuńczości jako standardu. Nabiera przekonania, że każda najmniejsza emocja jest ponad jego siły, a inni są jak worek treningowy, w który można uderzać bez ograniczeń, bo cierpliwie zniesie to w milczeniu.

Dzieci narcyzów stają się silne i niezależne, ale towarzyszący im emocjonalny głód z dzieciństwa sprawia, że chcą go zaoszczędzić swoim dzieciom, więc skupiają się na ich samopoczuciu nadmiernie, tworząc z nich… skupionych na sobie i pozbawionych empatii narcyzów. Z kolei ci zależni od innych i przekonani o własnej emocjonalnej słabości narcyzi traktują swoje dzieci jak swoich opiekunów, wymagając od nich tego wszystkiego, czego sami nie potrafią. I cykl się powtarza.

W dużym uproszczeniu tak wygląda mechanizm pokoleniowego transferu schematu dominacji i podporządkowania, egoizmu i altruizmu, siły i słabości; tworzenia swoich dzieci na wzór swoich rodziców. Będzie on działał tak długo, aż jakaś osoba w tym łańcuchu uświadomi go sobie i przerwie cykl – to znaczy da SOBIE to, czego jej brakowało w dzieciństwie zamiast dawać to w nadmiarze swoim dzieciom i innym ludziom; kiedy ktoś stworzy w sobie równowagę, żeby móc ją posłać dalej. 

Bardziej czy mniej

Dzieci w relacji z rodzicami czy opiekunami uczą się, że aby zasłużyć na ich akceptację muszą zaistnieć w tej relacji bardziej lub mniej.


„Bardziej” oznacza przyciągnięcie rodzicielskiej uwagi poprzez więcej hałasu, więcej krzyku lub płaczu, więcej wygłupiania się i brojenia, więcej wystawiania się na pierwszy plan. „Bardziej” oznacza przyciąganie uwagi na siłę, za wszelka cenę. Jak krzyk:„Zobacz, że jestem, pokaż, że kochasz!”.


„Mniej” oznacza zasłużenie na rodzicielskie uznanie poprzez wycofanie się, podporządkowanie, bycie grzecznym, tłumienie swoich emocji, uznanie swoich potrzeb jako mniej ważnych, znikanie z pola widzenia, żeby nie sprawiać kłopotu. Jak szept: „Nie będę ci przeszkadzać, tylko mnie kochaj”.


Potem, w dorosłym życiu, nadal działa to przekonanie, co się opłaca – być w relacjach z innymi bardziej czy mniej.


Ci, dla których „więcej znaczy lepiej”, będą przyciskać pedał gazu, choćby mieli się roztrzaskać. Będą ładować na swoją łódkę wszystko co się da, nie widząc, że ją zatapiają.


Ci, dla których „mniej znaczy efektywniej”, będą trzymać nogę na hamulcu, choćby miał ich staranować pociąg. Będą wyrzucać ze swojej łódki wszystko co się da, aż ją rozbiorą do ostatniej deski.


Zapisy z dzieciństwa nie są ani dobre ani złe – są niepełne, jednostronne. Uczą nas jednego rodzaju zachowań, reagowania schematem niezależnie od okoliczności. Stąd czasem przynoszą nam korzyść, a czasem szkodę. Żeby móc elastycznie wybierać to, co daje nam pozytywne rezultaty i dobre samopoczucie, potrzebujemy świadomie nauczyć się tego, co jest odwrotnością naszego schematu; tego, czego zabrakło w naszym dziecięcym doświadczeniu.

Kij czy marchewka?

Jak wiadomo, istnieją dwa sposoby motywowania: za pomocą kija i za pomocą marchewki.

Jeden i drugi sposób ma tyle samo zwolenników, co i przeciwników, i każdy ma swoje argumenty na to, co działa lepiej. Jednak tak postawione pytanie: czy lepiej działa kij czy marchewka, jest jak pytanie, czy lepsze są opony letnie czy zimowe do samochodu. Nie da się na nie odpowiedzieć bez uściślenia: zależy kiedy, zależy gdzie.

W obszarach, gdzie dostawaliśmy dużo „marchewki” od rodziców, czujemy się słabi i zależni – tam „więcej marchewki” nie działa, nie wzmacnia, jedynie coraz bardziej uzależnia. Aby poczuć się silnym, niezależnym, potrzebujemy się sprawdzić, przetestować, praktycznie zaprzeczyć tej słabości, w którą uwierzyliśmy. A nie opuścimy swojej strefy komfortu dla najokazalszej marchewki, zmusi nas do tego jedynie „kij” – wymagania, wysiłek, ból, a czasem dopiero przewlekłe cierpienie.

W obszarach, gdzie w doświadczyliśmy „kija” i dzięki temu staliśmy się silni, poczuliśmy swoją moc, „marchewka” perfekcyjnie spełnia swoją, otwierając nam kolejne i kolejne drzwi.

Jeśli więc mamy wrażenie, że los motywuje nas kijem, to znak, że na tym polu potrzebujemy rozbić swoje mentalne kajdanki, uwolnić się od fałszywych przekonań, uwierzyć w siebie, poczuć swoją siłę. Tam, gdzie to zrobi(liś)my, los rozdaje marchewki 😉

O parentyfikacji

Poczucie bezpieczeństwa i prawidłowy rozwój dziecka zależą od jego relacji z rodzicami; na ile dziecko czuje się kochane, rozumiane i wspierane, na tyle wykształca w sobie poczucie własnej wartości, otwartość na innych ludzi i ciekawość świata.

Zdarza się jednak, że rodzice (oboje lub jedno z nich) ciężko i przewlekle chorują, cierpią na zaburzenia psychiczne, są uzależnieni lub po prostu są emocjonalnie głęboko niedojrzali i de facto nie pełnią roli rodzica, paradoksalnie wymagając tego od swojego dziecka – wtedy najczęściej dziecko zgodnie z ich oczekiwaniami przejmuje ich rolę. Staje się rodzicem swojego rodzica – opiekuje się nim fizycznie lub emocjonalnie, zaspokaja jego potrzeby kosztem swoich, uczy się dbać o jego komfort zamiast o własny. Rozwija w sobie cechy, które są konieczne do pełnienia tej roli – odpowiedzialność, empatię, samodyscyplinę, cierpliwość, poświęcenie. Nazywamy to parentyfikacją.

Im mniej miłości taki narcystyczny, skupiony na sobie rodzic okazuje dziecku, tym bardziej dziecko stara się okazywać miłość rodzicowi w nadziei, że swoim poświęceniem zapracuje na jego wdzięczność i szacunek, że w końcu „zmusi” rodzica do okazania mu miłości – bo uczucia rodzica to dla dziecka jedyny dowód na to, że jest coś warte. Dlatego im mniej czasu, uwagi, zainteresowania, docenienia czy wsparcia takie dziecko dostaje, tym bardziej poświęca się dla rodzica, lekceważąc swoje własne potrzeby i emocje, i systematycznie zmierzając ku autodestrukcji.

Przyjęcie roli rodzica przez dziecko powoduje, że staje się ono bardzo silnym i bardzo samotnym dorosłym. Wzorzec relacji z innymi wyniesiony z domu oznacza dla takiej osoby pełne poświęcenie w relacji z drugim człowiekiem, dawanie z siebie wszystkiego, nawet jeśli z drugiej strony nie dostaje prawie nic. Taki ma standard, to jest dla tak wychowanej osoby normą, tylko tak umie funkcjonować, więc takich nadmiernie wymagających, słabych i wykorzystujących ją ludzi przyciąga do siebie: szefa w pracy, znajomych, partnera. Próbuje ich wyręczać, zgaduje ich potrzeby i skupia się na ich samopoczuciu; rozumie, wspiera i usprawiedliwia; praktycznie nosi wszystkich na swoich barkach, biorąc odpowiedzialność za ich komfort fizyczny i psychiczny; wierząc, że nie może być szczęśliwa, dopóki najpierw nie uszczęśliwi wszystkich innych. Nic dziwnego, że ulega permanentnemu przeciążeniu; nie prosi jednak o pomoc, bo nie spodziewa się od innych pomocy – nie ma takiego doświadczenia, że może na nią liczyć. W sytuacji krańcowego zagrożenia w instynkcie samoobrony wycofuje się, odcina od innych, żeby w samotności (bez obciążenia) złapać oddech i nabrać sił… do dalszego dźwigania cudzych krzyży. Nadzieja na bliskość każe takiej osobie walczyć o ludzi, oddać im wszystko co ma, żeby ją zauważono i zaakceptowano. Nadzieja na wolność i samorealizację każe jej uciekać od ludzi, którzy ją krzywdzą, zabierają jej wszystko co ma i dają niewiele w zamian. Ten wewnętrzny konflikt sprawia, że zachowanie takiej osoby wydaje się niekonsekwentne, nieracjonalne, pozbawione sensu: walczy o coś i odpuszcza, odchodzi i wraca, robi krok w przód i krok w tył. 

Kiedy rodzic z jakiegoś powodu pozostaje w roli dziecka, jego dziecko przyjmuje rolę jego rodzica, tracąc własne dzieciństwo, poczucie własnej wartości, zaufanie do innych, radość z życia. Trwała parentyfikacja (niezwiązana z chwilowymi okolicznościami, a wynikająca z utrwalonych postaw rodzicielskich) jest ukrytą formą przemocy psychicznej, która powoduje poważne konsekwencje dla rozwoju emocjonalno-społecznego dziecka. Rzadko jednak dorośli, którzy pełnili rolę rodzica swojego rodzica zdają sobie z tego sprawę. Z jednej strony to ich jedyne doświadczenie z rodzicami, więc taki układ uważają za normę, z drugiej – społeczeństwo chętnie gloryfikuje bohaterskie dzieci, nie chcąc widzieć, ile cierpienia kryje się za tym bohaterstwem.

Rzeźbienie ludzi

Wychowanie jest jak rzeźbienie: jeśli uderzamy dłutem zbyt mocno, rozłupiemy obiekt na części, jeśli jedynie głaszczemy kawałek drewna czy kamienia, nie stworzymy żadnego kształtu.

Rodzice, którzy wierzą w kształtowanie człowieka pod presją, przekraczają granice tożsamości dziecka, nie pozwalają mu stać się sobą – próbują na siłę rzeźbić to, co chcą, bez względu na to, do czego materiał się nadaje; dlatego materiał pęka, a w najlepszym wypadku staje się rzeźbą z ostrymi, raniącymi, nieoszlifowanymi krawędziami, niebezpiecznymi dla każdego, kto zechce jej dotknąć. Presja i nadmierna kontrola rodzą mechanizmy obronne zapobiegające tworzeniu bliskości, utrudniające tworzenie relacji z innymi ludźmi.

Rodzice, którzy wierzą w kształtowanie człowieka bez stawiania mu granic, nie tworzą tożsamości dziecka, nie pomagają mu się określić. Są jak rzeźbiarze, którzy próbują stworzyć coś wyjątkowego, głaszcząc i polerując kawałek drewna czy kamienia miękką szmatką. Ich materiał nie staje się rzeźbą, pozostaje nieobrobiony. Dzieci traktowane w ten sposób nie wiedzą kim są ani czego chcą; wciąż czekają aż ktoś z zewnątrz zdecyduje o tym za nie, ale mówiąc metaforycznie tak bardzo są przyzwyczajone do miękkiej szmatki, że na widok dłuta natychmiast wpadają w panikę i uciekają. Szarpią się więc pomiędzy chęcią zbliżenia się do innych a lękiem przed przekroczeniem własnych i cudzych granic, których nie rozpoznają. Niestabilność emocjonalna i brak tożsamości nie pozwalają im na tworzenie satysfakcjonujących relacji z innymi.

Rodzice, którzy wyznaczają granice dziecku po to, by czuło się bezpiecznie i wspierają jego rozwój w tych granicach, są jak rzeźbiarze, którzy używają dłuta tam, gdzie to konieczne, aby nadać rzeźbie kształt, papieru ściernego tam, gdzie trzeba wygładzić krawędzie, i miękkiej szmatki, aby wypolerować całość. Rodzicielska stanowczość uczy dzieci granic, a wsparcie – ufności i sięgania po to, co im potrzebne do realizacji siebie i tworzenia szczęśliwych związków z innymi ludźmi. 

Jednak wychowując dzieci rodzice nie używają tego, co chcą, tylko tego, co mają. A mają to, co znają, co zabrali z rodzinnego domu. Czasem zauważają, że rzeźbiarskie narzędzia ich rodziców nie działały jak należy, więc je zamieniają – wymieniają dłuto na szmatkę lub szmatkę na dłuto. Ale w obu przypadkach używają jednego narzędzia częściej i silniej, więc nadal efekt ich starań nie jest taki, jakby chcieli.

Rzeźbę tworzy się na swoje podobieństwo, swoim wyczuciem, swoją równowagą i umiarem, swoimi narzędziami; dlatego najpierw trzeba dać sobie samemu to, czego zabrakło w dziecięcym doświadczeniu – trzeba sobie wypolerować własne ostre krawędzie miękką szmatką zrozumienia i akceptacji lub nadać sobie kształt, wyznaczyć granice, zdecydowanym ruchem dłuta. Bo bez względu na to, co i jak bardzo chcemy dać innym, możemy im dać tylko to, co mamy. Nie można dać ani użyć tego, czego się nie ma – czego się nie odnalazło w sobie.