Antywsparcie

Im dłużej zajmuję się relacjami międzyludzkimi, tym wyraźniej widzę, że żądamy zmiany od innych ludzi zupełnie wbrew temu, co im dajemy.

Najsilniej widać to na relacjach rodziców z dziećmi – rodzic chce, żeby ktoś (wychowawca, pedagog, psycholog) zmienił zachowanie dziecka, które to zachowanie rodzice sami usilnie (choć nieświadomie) produkują. Wbrew mechanizmom rodziców nikt nie jest w stanie zmienić dziecka, jest to jak pchanie statku pod prąd gołymi rękami.

To samo dzieje się w relacjach partnerskich – chcemy zmiany u drugiej osoby, a to nasz własny lęk prowokuje u partnera zachowanie, które nas drażni czy boli. 

Ukryta transakcja

Najczęstszą postawę rodzicielską, z jaką się spotykam, można by nazwać „ja w ciebie inwestuję, ty spełniasz moje marzenia”. 
Ta postawa ma wiele odmian, ale jeden wspólny mianownik. Czasem jest to „kupię ci co zechcesz, tylko traktuj mnie wyjątkowo, jak króla”, czasem jest to „nie pozwolę na ciebie nawet krzywo spojrzeć, a ty będziesz cudownym dzieckiem”, czasem jest to „poświęcę się dla ciebie, a ty osiągniesz to, co mi się nie udało” – wersje można mnożyć. To, co je łączy, to przekonanie, że miłość polega na wymianie: rodzic da dziecku to, co ma (potrafi), a w zamian ono da rodzicowi to, czego rodzic nie ma (nie potrafi). 
To przekonanie nie tylko się nie sprawdza, ale przede wszystkim nie pochodzi z miłości, tylko z lęku. Bywa jednak silne, „desperackie”, bo zazwyczaj wcześniej zawodzą relacje partnerskie zbudowane na tej samej podstawie: „ja ci dam to, co jest moją mocną stroną, ty mi dasz to, co jest moją słabą stroną”. (O tym, dlaczego to nie działa, pisałam np. tutaj: https://wordpress.com/post/alicjazdankowska.blog/1065 ). Dziecko bywa zatem ostatnią nadzieją swojego rodzica, że uda mu się stworzyć relację wyjątkową, głęboką, zaspokajającą jego emocjonalne potrzeby. 


Wierzymy, że dużo dając dziecku lub nadmiernie je chroniąc zapewnimy sobie jego bezgraniczną, bezwarunkową miłość; że je uszczęśliwimy, a ono w zamian uszczęśliwi nas, czyniąc nas idealnymi rodzicami. To trochę tak, jakbyśmy od zawsze marzyli o graniu na jakimś instrumencie, ale się tego nie uczymy, tylko posyłamy swoje dziecko do szkoły muzycznej, oczekując, że i je, i nas to uszczęśliwi. Mało prawdopodobne, że dziecko, które nie przejawia do tego predyspozycji, i którego rodzice nie grają, znajdzie w tym choćby przyjemność, nie mówiąc o poczuciu spełnienia czy samorealizacji. Projektowanie na dziecko swoich marzeń czy kompensowanie za pomocą dziecka swoich braków z dzieciństwa nie jest miłością, jest traktowaniem małego człowieka przedmiotowo, jak bezkształtnej gliny do dowolnego formowania według własnego pomysłu, pod własne emocjonalne potrzeby. A ono przecież przychodzi na świat z określonym temperamentem i predyspozycjami do tego, co je uszczęśliwi; ma własny potencjał, jedyny w swoim rodzaju. Zadaniem rodzica jest obserwować i wspierać dziecko, wyznaczać granice dla jego bezpieczeństwa i pozwalać mu na jego własne wybory wewnątrz tych granic. Miłość to nieinwazyjne, wspierające towarzyszenie dziecku w jego rozwoju; szanowanie jego indywidualności i zauważanie jego autentycznych potrzeb, pomoc w przezwyciężaniu trudności i lęków. 

Dlaczego tak trudno o taką postawę wychowawczą? Bo nie można dać czegoś, czego się nie ma. A dziecko nie uczy się na naszych słowach i deklaracjach, tylko obserwując nas. Nie możemy go nauczyć, jak ma być szczęśliwe, jeśli sami jesteśmy głęboko nieszczęśliwi. Nie możemy oczekiwać od dziecka emocjonalnej stabilności, kiedy sami krzyczymy i narzekamy na przemian. Nie możemy dać dziecku poczucia bezpieczeństwa, jeśli poddajemy się własnym lękom. Nie możemy nauczyć dziecka uczciwości, oszukując, ani prawdomówności, kłamiąc. Nie możemy dać dziecku miłości, jeśli nie kochamy siebie samych. A zazwyczaj kochamy siebie bardzo wybiórczo, o ile w ogóle (patrz np. poprzedni tekst pt. „Jaszczurczy ogon”).

Dzieci nie są porażką wychowawczą, są odbiciem nas samych: naszych wewnętrznych konfliktów, naszych nieświadomych przekonań i naszych niedostatków miłości wobec samych siebie. Jeśli przeglądając się w tym odbiciu widzimy coś do naprawienia, to musimy to naprawić w sobie. Dając miłość (akceptację i zrozumienie) sobie, dajemy ją automatycznie dziecku, a ono nam ją odwzajemnia. Nie dając miłości sobie, nie jesteśmy w stanie dać jej nikomu – ani swoim przykładem, ani nawet „z głowy”, bo nie wiemy, czym jest.

Zaprogramowani – cz.2

Zaprogramowanie oznacza automatyczne przejęcie przekonań rodziców czy opiekunów przez dziecko, począwszy od obrazu siebie, poprzez kwestie relacji z innymi ludźmi, do przekonań o zasadach rządzących życiem, naturze świata i stosunku do siły wyższej. Te przekonania sterują naszym zachowaniem, choć najczęściej nie jesteśmy tego świadomi.

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież w każdej chwili mamy wolny wybór, możemy zachować się dowolnie. Teoretycznie jak najbardziej. Praktycznie ten wybór jest zdominowany przez konkretny nawyk, który praktykujemy od dzieciństwa, pewien automatyzm, który zazwyczaj – a szczególnie kiedy sytuacja, jest nowa, nieznana, trudna, kiedy jesteśmy pod wpływem emocji – bierze górę ponad wszystkimi innymi opcjami. Ten schemat działa na poziomie wręcz biologicznym, bo kształtuje się w pierwszych latach naszego życia, kiedy jesteśmy całkowicie zależni od rodziców i dla naszego umysłu wszystko jest kwestią życia i śmierci. Jeśli ktoś doświadczył silnej traumy, wszystko, co z nią skojarzone, będzie wzbudzać lęk. Jeśli ktoś nauczył się pozyskiwać uwagę i akceptację rodziców poprzez jakieś zachowanie (np. rozśmieszanie, bunt, ucieczkę, zasługiwanie, agresję, podporządkowanie się), wybiera ten schemat działania automatycznie w dorosłym życiu wobec innych ludzi, nawet jeśli de facto w tych relacjach przynosi to odwrotny rezultat. 

Dlatego dla wielu z nas wybór zachowania pozostaje tylko potencjalny, bo i tak lądujemy w latami żłobionych koleinach jakiegoś schematu; w rzeczywistości nie wybieramy, bo nasz automatyzm (zachowanie, które praktykowaliśmy latami i stało się nawykiem) wybiera za nas. Co więcej, pozwalamy mu się definiować, myślimy na tej podstawie o sobie: jestem tchórzem (nieudacznikiem, klaunem, cierpiętnikiem, buntownikiem – wstaw cokolwiek). I co więcej, poprzez zachowanie oceniamy innych ludzi, jakby urodzili się nieśmiali albo pracowici, dobrzy albo źli – od zawsze na zawsze, bez wpływu środowiska i możliwości zmiany.

Zatem czy nasza tożsamość to zwykły przypadek? Głęboko wierzymy, że jesteśmy tacy a nie inni, i że mamy swoje mocne strony i słabości. Niektórzy nawet wierzą, że tacy się już urodzili i że nie są w stanie się zmienić. Czy to prawda? I tak, i nie. Tak – bo tworzymy, realizujemy dokładnie to, w co wierzymy, więc każde nasze przekonanie jest samospełniającą się przepowiednią. Nie – bo ten zestaw przekonań, jaki tworzy nasz obraz siebie jest dość przypadkowym zbiorem, utworzonym nie z faktów, a z przekonań osób dla nas ważnych w najwcześniejszych latach naszego życia. Podam uproszczony przykład: dziecko rodzi się z konkretną cechą, np. kręconymi blond włosami, które są neutralnym faktem. Jeśli rodzice będą powtarzać, że włosy są piękne i dziecko wygląda jak aniołek, staną się jego atutem, czymś, co będzie lubić i pielęgnować; dodadzą mu pewności siebie. Jeśli rodzicom nie będą się podobać, i będą oni narzekać, że są kłopotliwe, niesforne i dziecko wygląda przez nie jak czupiradło, dokładnie tak to zapisze się w jego obrazie siebie – będzie z nimi walczyć i się ich wstydzić. Włosy te same, ale dwie zupełnie inne emocjonalne interpretacje podane przez rodziców i w efekcie dwa zupełnie różne przekonania o swojej urodzie. 

Każde dziecko tworzy swoją tożsamość na podstawie tego, jak zwracają się do niego opiekujący się nim dorośli. Ich postawa i ich reakcje stanowią dla dziecka bazę do stworzenia obrazu siebie. Jego predyspozycje nie są tu decydujące – można je zablokować przez zdyskredytowanie ich ważności czy przydatności i można je stworzyć mimo obiektywnych braków. Innymi słowy, co rodzice zobaczą w dziecku, dziecko zobaczy w sobie, bez względu na swój rzeczywisty potencjał. Cechy, umiejętności i zachowania, za które dziecko jest akceptowane, chwalone, nagradzane stają się jego „mocną stroną”. Wszystko to, co wywołuje brak akceptacji rodziców, ich niechęć, krytykę, zdenerwowanie – staje się „słabą stroną” dziecka. Mocna strona jest jak wizytówka – pokazujemy ją, trenujemy, udoskonalamy; z czasem staje się sposobem na pozyskiwanie akceptacji i podziwu innych ludzi. Słaba strona jest jak zawalidroga – staramy się o niej zapomnieć, najchętniej odcięlibyśmy tę część od reszty siebie i zakopali w lesie, żeby nie przeszkadzała nam w życiu, nie torpedowała naszych wysiłków. Nasz obraz siebie od samego początku jest niespójny, podzielony. Gdzieś jesteśmy świetni, gdzieś beznadziejni – czyli jacy…? 

Paradoks polega na tym, że gdyby wychowałby nas ktoś inny, bylibyśmy kimś innym, bo inna osoba zwracałaby uwagę na coś innego, wymagała innych zachowań, reagowałaby inaczej… Coś innego moglibyśmy uznać za swoją mocną stronę, coś innego byłoby nieakceptowane. Z tego jasno wynika, że nasze pierwsze przekonania o sobie nie są ostateczną prawdą, a jedynie pewną wersją nas samych, którą możemy weryfikować, jeżeli czujemy taką potrzebę. Im bardziej jesteśmy przywiązani do swojego obrazu siebie powstałego w dzieciństwie, tym bardziej cierpimy. Zmienia się nasz wiek, wygląd, poglądy, zainteresowania, marzenia – a ramy, w które wstawiliśmy swoje „ja” nie zmieniają się, nie aktualizują, uwierają coraz bardziej, wchodzą w konflikt z każdą zmianą w innym obszarze.

Jednak zmienić możemy tylko to, co nazwiemy po imieniu. Dopóki wstydzimy się siebie, nie chcemy stanąć oko w oko z tym, co uznaliśmy za swoją słabość, dopóty nasze automatyczne zapisy mają zielone światło i decydują za nas. 

Tymczasem każda nasza cecha jest neutralna (ani dobra, ani zła), dopiero emocjonalna interpretacja rodziców czy opiekunów powoduje, że staje się naszą zaletą lub wadą. Tak jest z wrażliwością – w dziewczynkach zazwyczaj się ją wzmacnia („popłacz sobie, to ci przejdzie”, „masz takie dobre serduszko”, „wspaniałe z ciebie dziecko, że się troszczysz o rodzeństwo/mamę/zwierzęta”); chłopców się z jej powodu zawstydza („nie płacz, nie bądź baba”, „facet musi być twardy”, „opiekowanie się to robota dla dziewczyn”). Stąd u dziewczynek wrażliwość staje się zaletą predysponującą je do zawodów opiekuńczych (pielęgniarek, nauczycielek w szkole i przedszkolu, opiekunek dziecięcych i osób starszych itp.), a u chłopców wadą, powodującą odrzucenie w grupie rówieśniczej („mazgaj”, „babski król”, „ciapa”). Ta sama cecha jednym przynosi satysfakcję, innym problemy.

Podobnie jest z innymi cechami – nie są one z natury dobre ani złe, decyduje o tym sposób, w jaki ich używamy. Umiejętność odpoczywania zapobiega przemęczeniu i wypaleniu. Używana w nadmiarze staje się lenistwem, nieużywana prowadzi do pracoholizmu. Umiejętność komunikowania się pozwala na porozumienie. Używana w nadmiarze staje się gadulstwem, które zakłóca dialog; drugi koniec tego kontinuum nazywamy mrukliwością, która blokuje komunikację.

Jeśli popatrzymy w ten sposób, nie zobaczymy „tchórza”, a osobę, której zaszczepiono nadmierną ostrożność, lęk przed konsekwencjami czy porażką. Zamiast „nieśmiałego” zobaczymy człowieka, którego ciągła krytyka zmusiła do wycofania się z relacji. „Histeryk” czy „choleryk” to osoby, od których nie wymagano kontroli emocji, więc się tego nie nauczyli. Buntownik nie urodził się buntownikiem, tylko musiał nauczyć się bronić prze nadmierną presją; klaun błaznuje, bo tylko tak udawało mu się rozbroić negatywne rodzicielskie emocje.

Czy to oznacza, że powinniśmy usprawiedliwiać każde własne i cudze zachowanie? Nie, to oznacza jedynie, że nie powinniśmy oceniać ani siebie, ani innych. Kiedy zamiast oceniać i porównywać próbujemy zrozumieć, otwieramy (sobie i innym) drzwi do zmiany. Bo nie wybraliśmy sobie ani genów, ani wzorców, ale możemy nauczyć się nimi zarządzać tak, żeby czuć się dobrze ze sobą i innymi.

Anioł czy bestia?

Każdy z nas potencjalnie może być aniołem, żyjącym w zgodzie ze swoją naturą, lub bestią, zaprzeczeniem tej natury. Wielu z nas nie staje się bestią tylko dlatego, że nigdy nie znalazło się w sytuacji, która tę bestię mogłaby obudzić. Wielu udaje aniołów tylko dlatego, że boi się przekroczyć granice akceptowalne przez innych. Każdy z nas jest po części Bogiem stworzonym przez Boga na swoje podobieństwo, a po części robotem, stworzonym przez społeczeństwo na jego podobieństwo.

Zaprogramowani

Różnice między kobietami a mężczyznami są oczywiste, a zarazem względne. Nawet fizycznie. Na ogół mężczyzna jest wyższy od kobiety, więcej waży, jest silniejszy. Największy, najsilniejszy mężczyzna i najniższa, najsłabsza kobieta to jak dwa różne światy, trudno byłoby im razem funkcjonować. Ale zdarza się, że kobieta jest większa i silniejsza niż mężczyzna w tym samym wieku, prawda? Podobnie jest z innymi cechami. Mężczyznom przypisuje się racjonalne rozumowanie, logikę, rozsądek; kobietom emocjonalność, intuicję, talenty artystyczne. A przecież jest mnóstwo mężczyzn, którzy są artystami, i jest wiele kobiet wybitnie radzących sobie w zawodzie inżyniera, architekta czy prawnika. Można powiedzieć, że trudno będzie się porozumieć najbardziej „męskiemu” mężczyźnie i najbardziej „kobiecej” kobiecie, ale precyzyjniej jest nie kierować się stereotypem płci, a predyspozycjami mózgu: trudno o porozumienie między kimś, kto cechuje się racjonalnym, praktycznym sposobem myślenia i potrzebuje fizycznych dowodów, żeby zmienić przekonania, a kimś, kto kieruje się czuciem i intuicją, i na tej podstawie buduje swój system przekonań. Osoby tak ukształtowane (przez swoje predyspozycje i osobiste doświadczenie) niezależnie od płci opisują swoje wewnętrzne światy tak różnym językiem, że porozumienie między nimi jest bardzo mało prawdopodobne. Zatem nie negując biologicznych różnic między płciami warto sobie zadać pytanie, czy międzypłciowe różnice w funkcjonowaniu emocjonalnym i społecznym nie wynikają bardziej z odmiennego traktowania chłopców i dziewczynek, z podświadomego kierowania się stereotypami przez rodziców. Bo przecież „chłopaki nie płaczą”, a „dziewczynki muszą się wypłakać”. Tylko co tak naprawdę o tym decyduje – biologia czy kulturowe stereotypy? Natura czy sztywne przekonania bezrefleksyjnie dziedziczone przez pokolenia?

Tu dochodzimy do kolejnej kwestii kulturowej – moralności.

Wielu ludzi uważa moralność za naturalny zestaw właściwych zachowań, nie podlegający dyskusji, dzielący ludzi na dobrych i złych. Tymczasem moralność to niepisane prawo obyczajowe tworzone przez daną kulturę. I tak w jednej kulturze można mieć jedną żonę czy męża i każde odstępstwo od tej zasady jest niemoralne, a w innej kulturze można mieć wiele żon (mężów), i świadczy to o wysokiej pozycji społecznej. Innymi słowy to samo zachowanie oceniane przez członków różnych kultur może być „dobre” i „złe”. Podobnie jest z przekonaniami religijnymi – dla wyznawców jednej religii zabójstwo jest grzechem, dla wyznawców innej jest obowiązkiem. 

To, z czym stykamy się od urodzenia, staje się dla nas „oczywistą oczywistością”, niezależnie czy jest to kwestia religii, zasad moralnych czy jedzenia (kiszona kapusta wzbudza taki sam wstręt u innych społeczności, jak u nas jedzenie owadów, psiego mięsa czy zgniłych jajek). A jednak jest tylko zestawem przekonań panującej w danej społeczności; gdybyśmy urodzili się gdzieś indziej, nasz zestaw wyglądałby zupełnie inaczej, choć z taką samą mocą wierzylibyśmy, że jest jedynie prawdziwy. 

Dla każdej osoby jej system przekonań rzeczywiście jest jedynie prawdziwy – bo jest jej indywidualnym, osobistym programem, innego po prostu nie ma. Wszystko, co poznaje później, jest już oceniane, porównywane do tego, co jest, więc najczęściej wydaje się obce, dziwne i nienaturalne.

Warto czasem zmienić swoją perspektywę i popatrzeć na swoje przekonania z pozycji obserwatora, nie utożsamiając się z nimi. Tak naprawdę nie jesteśmy swoimi przekonaniami – nawet jeśli je zmienimy, nadal pozostajemy sobą. Wydaje nam się inaczej; wydaje nam się, że nasza tożsamość się rozpadnie jak tylko dopuścimy do siebie wątpliwości, więc często walczymy o to, żeby ktoś uznał nasze racje, jakby od tego zależało nasze życie. To sygnał, że odzywa się w nas program („jest i musi być tak, jak zostało zapisane”). Ale jeśli każdy ma nieco inne zapisy, i każdy będzie zażarcie walczył o swoją rację, to jedyne co uzyskamy, to nieustanny konflikt, walka, wojna. Może więc warto spróbować popatrzeć na wszystko z góry, z lotu ptaka? 

Czy zatem każde nasze przekonanie jest fałszywe, szkodliwe?

Każde, które jest automatycznym zapisem, nawet jeśli ze społecznego punktu widzenia jest „dobre”, moralne. Ktoś, kto poświęca się dla innych dlatego, że tak został nauczony, robi to z poczucia wewnętrznego obowiązku, mając mieszane uczucia. Ktoś, kto robi to samo z własnego świadomego wyboru, odczuwa satysfakcję, radość. Zachowanie to samo, ale emocje zupełnie inne. 

Można powiedzieć, że każde automatycznie przyjęte przekonanie staje się naszym wewnętrznym przymusem, więzieniem, które boimy się opuścić (jeśli przynosi społeczną akceptację), lub którego nie potrafimy opuścić (choć spotyka się ze społecznym potępieniem), i to mówią nam odczuwane emocje. To samo przekonanie przyjęte przez nas świadomie jako własne może stać się samorealizacją, pasją, i źródłem pozytywnych emocji. Kiedy umysł każe nam w coś wierzyć, cierpimy; kiedy wybieramy w co wierzyć, odczuwamy radość z życia.

Czy niektóre przekonania są bardziej szkodliwe od innych?

Szczególnie blokujące są przekonania negatywne na własny temat – że jesteśmy brzydcy, źli, głupi, niewystarczający, żeby nas kochać. Te przekonania odbierają nam radość z życia, energię potrzebną do zmiany i motywację do działania. Dezaktywują nasz prawdziwy potencjał, stawiają nam ograniczenia. Kiedy uwierzymy, że czegoś w sobie nie mamy czy czegoś nie potrafimy, zachowujemy się, jakby to była niepodważalna prawda, nawet jeśli inni widzą to inaczej. 

W taki właśnie sposób ludzie podporządkowali sobie ogromne i silne słonie: młodziutkie przywiązuje się mocną liną do drzewa, aż nauczą się, że nie warto się szarpać; kiedy już w to uwierzą, jako dorosłe osobniki będą stać posłuszne przywiązane sznurkiem do małego palika, nie zdając sobie sprawy ze swojej siły i możliwości zmiany swojej sytuacji.

Wszystkie przekonania automatycznie zapisane w umyśle są niekorzystne, bo wprowadzają poczucie wewnętrznego przymusu reagowania w określony sposób, a co za tym idzie dyskomfort emocjonalny. Przekonania negatywne dodatkowo nas „dołują”, blokują, unieruchamiają, zabierają nadzieję na możliwość zmiany. Ale to nie wszystko: przekonania mogą wchodzić ze sobą w konflikt, powodując kompletny chaos w naszych myślach i odczuciach.

Co powoduje powstanie sprzecznych przekonań?

Dzieje się tak wtedy, kiedy w pierwszych latach życia otrzymujemy sprzeczne, ale równie ważne informacje od równie dla nas ważnych osób, autorytetów. Wtedy umysł nie może zapisać jednej generalnej zasady („należy być zaangażowanym” lub „opłaca się być leniwym”; „należy szanować inne istoty żyjące” lub „cudze życie nie ma znaczenia”; „poświecenie dla innych daje satysfakcję” lub „wykorzystywanie innych jest w porządku”), zapisuje więc obie, każdą zamykając w jakimś obszarze związanym ze związanym z tym doświadczeniem (praca kontra dom, ludzie kontra zwierzęta, rodzina kontra obcy). Ponieważ jednak nie da się perfekcyjnie rozdzielić tych obszarów, sprzeczne przekonania rodzą wewnętrzne konflikty i utrudniają stworzenie spójnego obrazu siebie. 

Stosunkowo łatwo jest wytropić pojedyncze przekonanie, które nam nie służy, za pomocą negatywnych emocji pojawiających się przy jego realizacji. Konflikt sprzecznych przekonań daje mieszane emocje, czujemy się jak uwięzieni w potrzasku – żadne rozwiązanie nie wydaje się właściwe, żadne działanie nie przynosi ulgi; albo przeciwnie: ciągnie nas jednakowo w obie strony, nie potrafimy wybrać, co będzie dla nas korzystne, nie potrafimy określić, z czym będziemy czuć się lepiej. Emocje mówią nam wtedy, że żadne ze znanych rozwiązań nie działa; że mamy jedynie złudzenie wyboru, a tak naprawdę wybieramy między schematami, starymi automatyzmami, które nas ograniczają jak mury więzienia.

Podsumowując…

Pierwsze doświadczenia i obserwacje w naszym życiu są jak suwaki na konsoli – unikalnie programują nasz sposób myślenia, nasz własny „język”, a więc i nasze relacje ze sobą i światem zewnętrznym.

Próbujemy sterować tym, co materialne, wytworami naszego myślenia – próbujemy zmieniać innych ludzi, zmieniać sytuacje. Ale dopóki nie zmienimy naszego myślenia, wciąż od nowa będziemy wytwarzać to samo. Możemy zmienić jedynie dekoracje – robić to z innymi ludźmi, w innych okolicznościach – ale i tak wytworzymy ten sam rodzaj relacji, oparty na tym, w co gdzieś głęboko wierzymy na podstawie pierwszych doświadczeń; często zupełnie przypadkowych doświadczeń, które jednak stały się naszymi nieświadomymi generalnymi przekonaniami.

 Jak możesz sobie uświadomić swoje zaprogramowanie?

Zaprogramowanie to zestaw nieświadomie przyjętych przekonań i związanych z nimi schematów zachowania. Możesz spróbować wytropić te przekonania:

  • zadając sobie pytania o to, w co wierzysz i dlaczego (na temat siebie, innych ludzi, natury świata, sensu życia, istnienia Boga);
  • obserwując typowe dla siebie zachowania i odkrywając stojące za tym zachowaniem przekonania;
  • zwracając uwagę na negatywne emocje powtarzające się w konkretnych sytuacjach, wskazujące na konflikt przekonań.

Komfort czy rozwój?

Wyobraźmy sobie, że w rodzinie pojawia się nowy komputer. Każdy z domowników wrzuca do niego swoje ulubione programy i aplikacje i używa po swojemu, nie uzgadniając tego z innymi. Jeden konfiguruje komputer pod gry, drugi pod media społecznościowe, zdjęcia i filmy, trzeci pod wymagania pracy zdalnej. Co stanie się wcześniej czy później? System zostanie przeciążony, zaczną się pojawiać konflikty między programami i aplikacjami, komputer zacznie się „zawieszać”.
To metafora dziecięcego umysłu, który od urodzenia jest zapełniany niefiltrowaną treścią przekazywaną mu przez opiekunów. Przez pierwsze kilka lat umysł przyjmuje wszystko z czym się styka, bezkrytycznie, bez analizowania i wartościowania. To są po prostu pierwsze dane o świecie, o ludziach, o sobie. Te pierwsze standardy co jest „właściwe”, „dobre”, „normalne”, a co nie, stają się definicjami i wzorcami, które nie zmieniają się bez naszej późniejszej świadomej decyzji.
Siłą rzeczy nasz umysł przypomina śmietnik. Próbujemy go używać, nie widząc wszystkiego, co w nim jest, nie potrafiąc zarządzać sprzecznymi danymi, poruszając się wśród nieaktualnych informacji, praktycznie po omacku. Na dodatek ten bałagan jest niepowtarzalny, nikt nie ma bliźniaczego zestawu, i nikt nie posprząta tego za nas.

Jak to możliwe, że każdy umysł ma inny zestaw danych, nawet w jednej rodzinie?
To tak jak z genami – każde dziecko dziedziczy z puli genowej matki i ojca, ale nigdy nie są to zestawy identyczne w 100%. I nawet wtedy, kiedy matryca jest bardzo podobna (jak u bliźniąt jednojajowych), wpływ otoczenia tworzy różnice. Na przykład dwójka dzieci może mieć identyczny rodzaj włosów, ale jedno zachęcone do uprawiania sportu zdecyduje się je nosić krótko obcięte z grzywką, a drugie marzące o karierze modelki zapuści je do pasa bez grzywki – ten sam materiał wyjściowy w zetknięciu z różnymi ustawieniami umysłu da zupełnie różny efekt wizualny. Indywidualne skojarzenia wpływają na nasze zachowanie i wybory, na percepcję siebie, innych ludzi i świata. Niezależnie więc czy dzieci w rodzinie są podobne do siebie, czy różne, każde z nich doświadcza i uczy się na swój własny sposób. Dla jednego jakieś wydarzenie stanie się traumą, drugie o nim zapomni; jedno zostanie pochwalone za jakieś zachowanie, inne trafi na zły moment i zostanie zganione za to samo – ich skojarzenia będą odmienne. Stąd nawet mając podobne geny i tych samych opiekunów zawsze mamy część zapisów podobną, a część różną. I zdarza się, że więcej podobnych skojarzeń odkrywamy z kimś obcym, a nie w obrębie własnej rodziny.

Dlaczego każde bez wyjątku zaprogramowanie stanowi problem?
Używanie zaprogramowanego umysłu jest jak mówienie w tylko sobie znanym języku – utrudnia komunikację, komplikuje życie społeczne, nie pozwala na poczucie jedności z innymi ludźmi. Utożsamiając się ze swoim umysłem, skazujemy się na głębokie poczucie samotności i izolacji, jak w życiu na bezludnej wyspie na oceanie. A że jesteśmy z natury istotami społecznymi, powoduje to wiele niepotrzebnego cierpienia. Dlatego staramy się szukać ludzi, którzy są do nas podobni, mają podobne skojarzenia (np. lubią to samo jedzenie, te same przedmioty w szkole, mają to samo hobby, podobnie reagują w sytuacjach społecznych). To ludzie, z którymi chociaż częściowo mamy wspólny język, a to powoduje, że czujemy się zrozumiani, tworzymy z kimś jakiś rodzaj bliskości.

A przecież mówi się, że przyciągają się przeciwieństwa?
To prawda, bo w naturalny, intuicyjny sposób dążymy do uzupełnienia swojego doświadczenia, zrównoważenia go. Ci, którzy zostali wcześnie uspołecznieni, szanują normy i zasady; ci, którzy nie zostali wdrożeni do życia w społeczeństwie, łamią normy i zasady. Jednych ciągnie do drugich (standardowo grzeczne dziewczynki wybierają niegrzecznych chłopców), bo prawda leży pośrodku: jesteśmy istotami społecznymi, żyjemy w kontekście innych ludzi, ale największą wartością, jaką możemy dać społeczeństwu, jest nasza indywidualność. Innymi słowy musimy umieć się podporządkować, kiedy nam to służy (np. zapewnia bezpieczeństwo), i musimy umieć wyrażać siebie, wnosić swoją perspektywę, dzielić się swoimi talentami. Dziecięce doświadczenie zazwyczaj uczy nas jednej z tych rzeczy, tej drugiej musimy później nauczyć się sami, dlatego fascynują i przyciągają nas ludzie najbardziej od nas różni.

Stąd pochodzi ciągła wewnętrzna walka: poczucie komfortu i tęsknota za bliskością każą nam szukać ludzi podobnych do nas, a potrzeba rozwoju i uruchomienia całego swojego potencjału kierują nas ku osobom, które są od nas diametralnie różne.

Zobaczyć to, co jest

Z rodzinnego środowiska wynosimy przyzwyczajenie do małej lub dużej ilości dobrych słów, gestów wsparcia, dotyku, wychodzenia nam naprzeciw. Co dla jednych jest manną z nieba, dla innych jest porcją głodową. Są tacy, którzy potrafią przeżyć dzień radośnie na jednym dobrym słowie i są tacy, którzy potrzebują silnego okazywania im uczuć bez przerwy, żeby w ogóle mogli przetrwać.

Ci, którzy byli w dzieciństwie emocjonalnie rozpieszczani, nawet ciepłą rzeczywistość odczuwają jako zbyt chłodną. Ci, którzy byli emocjonalnie hartowani, mają tendencję do jej upiększania, do udawania, że zimne wcale nie jest takie zimne.

Mamy moc zmieniania rzeczywistości – w tym siebie – ale tylko wtedy, kiedy widzimy ją taką, jaka jest, a nie taką, jaką każą nam ją widzieć nasze mechanizmy obronne.

Pomaganie i wymaganie

Miłość rodzicielska przejawia się we wspieraniu rozwoju dziecka na dwa sposoby: przez pomaganie – tam, gdzie nie ma ono jeszcze gotowości do samodzielnego poradzenia sobie z trudnością, i przez wymaganie – tam, gdzie ta gotowość została już osiągnięta. Problem w tym, że rodzice oceniają tę gotowość bardziej na podstawie wspomnień z własnego dzieciństwa niż na podstawie realnych potrzeb swojego dziecka, w efekcie czego zamiast potrzebnego wsparcia dzieci doświadczają rodzicielskiej nadopiekuńczości lub presji. Bardzo często zaś i jednego i drugiego, tylko różnie w różnych obszarach; im większe przegięcie następuje w jednym obszarze, tym większe jest odbicie w drugą stronę w innym obszarze, dla równowagi. W dorosłym życiu to, jak byliśmy widziani i traktowani przez naszych opiekunów staje się dla nas automatycznym wzorcem jak sami mamy traktować siebie (nawet jeśli nie czujemy się z tym dobrze); po prostu nie jesteśmy świadomi tego mechanizmu.

Jeśli rodzice byli przewrażliwieni na punkcie naszego zdrowia, zaczynamy wierzyć, że jesteśmy fizycznie słabi. Traktując siebie w ten sam sposób („tego nie mogę”,”to by mnie zabiło”, „to nie na moje zdrowie”), nie hartujemy się i nie dbamy o kondycję, a więc chorujemy, uzyskując potwierdzenie, że rzeczywiście coś z naszym zdrowiem jest nie tak, nawet jeśli już dawno pozbyliśmy się dziecięcych dolegliwości, ba, nawet, jeśli w rzeczywistości wcale nie byliśmy bardziej chorowici niż inne dzieci. Organizm „wie”, że ma być słaby – tak został zaprogramowany.

Jeśli spędzaliśmy czas na dworze, grzejąc się, marznąc i hartując, to i w dorosłym życiu traktujemy swój organizm jako samoregulującą się machinę, i nawet jeśli mamy indywidualne predyspozycje do przeziębień czy alergii, paradoksalnie pojawiają się one rzadziej niż u innych. Organizm radzi sobie jak sprawnie działające urządzenie, bo tak każe mu nasze przekonanie, że wszystko z nim jest w porządku.

Jeśli rodzice traktowali własne ciała „po macoszemu” albo wywierali presję, żebyśmy zostali zawodowymi sportowcami, to według wzorca lub zaprogramowanych wymagań będziemy żyłować swoje ciało ponad jego realne możliwości, krzywdząc się. W tym przypadku organizm realizuje informację, że ciało ma pracować – nawet na długu – za inne sfery, tak długo jak to jest możliwe, do samozniszczenia.

Jeśli rodzice wątpili w naszą intelektualną sprawność, wciąż nas krytykując i porównując nasze osiągnięcia do sukcesów innych dzieci, to nie stanie się ona naszą mocną stroną, choćbyśmy mieli do tego wszelkie predyspozycje; nie podejmiemy żadnych intelektualnych wyzwań, bo z góry zakładamy, że nas przerastają.

Jeśli lubiliśmy intelektualne zabawy, zagadki i zadania, to i w dorosłym życiu podchodzimy do nowych wyzwań z otwartością i ciekawością.

Jeśli nadmiernie chwalono nas za intelekt lub wywierano presję, żebyśmy się uczyli i „stali się kimś”, to będziemy nadmiernie wykorzystywać ten obszar siebie kosztem innych obszarów aż doprowadzimy do problemu: choroby fizycznej z zaniedbania organizmu czy rozpadu rodziny z powodu zaniedbania relacji.

Jeśli nasi rodzice czuli się złymi rodzicami, widząc nasze negatywne emocje, i próbowali temu zapobiec z całych sił, jako dorośli także traktujemy każdą pojawiającą się negatywną emocję jak koniec świata, obarczając nią innych i oczekując, że ktoś zaradzi naszemu złemu samopoczuciu.

Jeśli opiekunowie uczyli nas jak sobie poradzić z przykrymi emocjami, umiemy to i robimy, utrzymując dobre samopoczucie.

Jeśli wywierano na nas presję, żebyśmy nie okazywali swoich emocji bez względu na sytuację, to właśnie sami sobie robimy w dorosłym życiu, udając, że nic nas nie rusza i utrudniając porozumienie z innymi ludźmi, którzy nie są świadomi tego, co przeżywamy.

Można by tak mnożyć przykłady w nieskończoność, bo wzorce dotyczą wszystkiego, od jedzenia po komunikację międzyludzką. Nasze doświadczenie różni się czasem w najdrobniejszych szczegółach, trudno więc byłoby zrobić z tego listę, według której moglibyśmy się sami zdiagnozować – i nie to jest celem tego tekstu. Moim zamiarem jest zachęcenie do samoobserwacji i refleksji, do uważniejszego przyjrzenia się sobie – bo to, co uważamy za swoją wrodzoną cechę zazwyczaj jest po prostu utrwaloną reakcją dziecka na konkretne i powtarzające się zachowanie rodziców. Klucz jest prosty: tam, gdzie doświadczyliśmy rodzicielskiej nadopiekuńczości, uważamy się za słabych, co powoduje, że gdzieś niepotrzebnie zamykamy sobie drogę do dobrego samopoczucia i samorealizacji. Jedynymi osobami, które mogą zmienić to przekonanie jesteśmy my sami: zmieniając myślenie o sobie i mądrze dostarczając sobie nowe, potwierdzające to doświadczenie (hartując ciało, otwierając umysł, kontrolując emocje); słowem, wymagając od siebie tam, gdzie od nas nie wymagano. Tam zaś, gdzie doświadczyliśmy rodzicielskiej presji, uważamy się za nadmiernie silnych, wręcz niezniszczalnych, co nieuchronnie prowadzi nas do wyrządzenia sobie krzywdy. Tu także potrzebujemy dać sobie to, czego nam nie dano: opiekę, wsparcie, wyrozumiałość. Zwolnienie tempa, obniżenie poprzeczki, docenienie wysiłku i efektów.

Nie możemy zmienić swojego dzieciństwa, i tym samym nie możemy uniknąć przegięć wychowując własne dzieci. Możemy jednak zacząć traktować siebie tak, jak chcielibyśmy być potraktowani przez idealnego rodzica, przyjaciela czy partnera – z miłością, która wspiera; która tam, gdzie trzeba, pomaga nam stanąć na nogi, żebyśmy złapali równowagę; a tam, gdzie trzeba, wymaga, żebyśmy mogli zakosztować satysfakcji z przekraczania własnych ograniczeń. Umiejąc to wobec siebie samych, automatycznie będziemy umieć to wobec innych – także własnych dzieci.

Dwa skrzydła

Doświadczenie braku, niedoboru, traumy powoduje, że widzimy szczęście w przeciwieństwie tego, co nas spotkało, że marzymy o spotkaniu kogoś, kto nam udowodni, że miłość, dobro i szczęście istnieją. To jest myślenie dziecka – zostałem skrzywdzony, chcę żeby ktoś się mną zaopiekował, rozpieszczał. Innymi słowy – byłem uzależniony od złego człowieka, teraz chcę być uzależniony od dobrego człowieka. 

Uzależnienie nie daje szczęścia, szczęście trzeba najpierw znaleźć w sobie. Może jesteśmy aniołami z jednym skrzydłem (otrzymanego doświadczenia), ale latanie razem w ten sposób wynika z konieczności i jest mocno ryzykowne. Kiedy każdemu aniołowi wyrośnie drugie skrzydło (stworzonego dla siebie przeciwnego doświadczenia), latanie razem wynika ze wspólnej chęci i jest czystą przyjemnością.

Emocjonalne drogowskazy

Kontakt ze swoimi emocjami jest podstawowym drogowskazem w relacjach z innymi ludźmi. Poziom wrażliwości emocjonalnej jest różny u różnych ludzi tak samo jak poziom wrażliwości na ból fizyczny, jak spostrzegawczość, rozróżnianie kolorów i każda inna cecha. I jak każdą inną cechę bez względu na jej poziom wyjściowy można tę wrażliwość emocjonalną rozwinąć albo stłumić. Właściwie dokonuje się to „samo” poprzez reakcje opiekunów na zachowanie dziecka. Najczęściej dziewczynki słyszą „popłacz sobie, to ci przejdzie”, a chłopcom mówi się: „prawdziwi faceci nie płaczą”.

Efekt jest porażająco widoczny już wśród nastolatków. Znakomita większość chłopców reaguje biernym lub czynnym oporem na zajęcia z psychologiem – na każde zadanie, dyskusję, a nawet wykład w jakikolwiek sposób związany z emocjami. Emocje dla większości chłopców to obszar tak niezrozumiały i obcy (więc niebezpieczny) jak fizyka dla większości dziewcząt, z góry nie chcą mieć z nim nic do czynienia, bo przywołuje negatywne skojarzenia. 


Ktoś, kto nie potrafi rozpoznać, nazwać i zakomunikować swoich emocji, nie potrafi nawiązać bliskości emocjonalnej z drugim człowiekiem. Cierpi, ale nie potrafi. Cierpią też partnerzy w takich relacjach, bo ich emocjonalność musi wystarczyć za dwoje, a nie dostają nic w zamian. Kiedy przychodzą na świat dzieci, kółko się zamyka – mamusie próbują nawiązać z synami więź, której brakuje im u partnerów, rozpieszczając i pozwalając na przekraczanie swoich granic („emocjonalnie wolno ci wszystko, bo chcę, żebyś mnie kochał najbardziej na świecie”); tatusiowie z kolei zazdrośni o ten rodzaj więzi, którego nie potrafią sami stworzyć ostro musztrują potomków, żeby zrobić z nich „prawdziwych mężczyzn”.


A prawdziwy mężczyzna to taki, który udaje, że nie ma miękkich emocji i wrażliwości. Może krzyczeć, ale nie wolno mu być smutnym. Ma prawo być wściekły, ale nie wolno mu być rozżalonym, rozczarowanym, osamotnionym, bezradnym, zawstydzonym. Może wymagać, ale nie wspierać. Może trzaskać drzwiami, ale nie powinien za nic przepraszać. Może mieć romanse na boku, ale nie może zostać zdradzony. Może kląć z podziwu, ale nie wolno mu kogoś pochwalić wprost ani bezpośrednio wyrazić swojego zachwytu, radości, miłości, czułości. Poza okresem zakochania to niebezpieczne, nie-męskie; grozi utratą tożsamości i napiętnowaniem społecznym. Zdarzają się tacy, którym to nie pasuje, którzy rezygnują z wyrażania twardych emocji „po męsku” – nie krzyczą, nie przeklinają, nie rzucają przedmiotami – milczą jak głaz, zamknięci we własnym świecie uczuć jak księżniczka w wieży.

Bardzo często takie dwutorowe wychowanie (przyzwalająca na brak kontroli emocjonalnej matka i nieobecny emocjonalnie, wymagający ojciec) tworzy osobowość socjopatyczną – człowieka, który z jednej strony jest narcystycznie zapatrzony w siebie i niezdolny do tworzenia emocjonalnej więzi (bo nauczony, że tylko on ma emocje i tylko jego potrzeby się liczą), a który z drugiej strony szuka ujścia dla swojej frustracji związanej z niespełnianiem cudzych oczekiwań (w postaci fizycznej lub słownej agresji wobec innych). Im mniej bezpośrednia była presja ze strony ojca, tym bardziej zachowania przemocowe takiej osoby mogą mieć ukryty charakter i przejawiać się w lekceważeniu innych ludzi, uszczypliwych żartach, sarkazmie, słownej złośliwości, ignorowaniu niewygodnych pytań, celowym „zapominaniu” o czymś ważnym dla partnera i w całej gamie zachowań pasywno-agresywnych.

Ten wzorzec wychowawczy funkcjonuje przez pokolenia, separując emocjonalnie kobiety i mężczyzn, choć wcale nie musi tak być. Empatia jest cechą wrodzoną. Każdy, dosłownie każdy, w każdym momencie powtarzającego się cyklu może świadomie wybrać inne zachowanie, zaryzykować zmianę toru. Potencjalnie – bo praktycznie musi najpierw odczuć potrzebę więzi emocjonalnej zamiast wypierania jej czy zastępowania innym rodzajem więzi, nazwać tę potrzebę zamiast racjonalizowania czy ignorowania, i zaryzykować zachowanie wbrew swojemu automatyzmowi, wbrew własnemu doświadczeniu. Realnie prawdopodobieństwo takiej zmiany jest bardzo nikłe z jednej prostej przyczyny: narcyzi co prawda czują, i cierpią, a nawet wyolbrzymiają swoje emocje do gigantycznych rozmiarów, ale nie biorąc cudzego odczuwania w ogóle pod uwagę, nie rozumieją swojego wpływu na sytuację – winni są zawsze ci na zewnątrz, którzy nie chcą spełnić ich oczekiwań. Dlatego ich życie upływa na próbie „naprawiania” innych lub szukania odpowiednich „opiekunów”, potrafiących odgadnąć i zaspokoić wszelkie ich potrzeby. Szukając kontroli poza sobą, blokują sobie możliwość zmiany i w rzeczywistości tracą kontrolę nad swoim życiem, coraz bardziej pogrążając się w frustracji.

Kontakt ze swoimi emocjami jest podstawowym drogowskazem w relacjach z innymi ludźmi, ale pod warunkiem, że ani nie tłumimy, ani nie nakręcamy tego, co czujemy, i że uwzględniamy to, co czują inni na równi z tym, co sami odczuwamy.