Zobaczyć to, co jest

Z rodzinnego środowiska wynosimy przyzwyczajenie do małej lub dużej ilości dobrych słów, gestów wsparcia, dotyku, wychodzenia nam naprzeciw. Co dla jednych jest manną z nieba, dla innych jest porcją głodową. Są tacy, którzy potrafią przeżyć dzień radośnie na jednym dobrym słowie i są tacy, którzy potrzebują silnego okazywania im uczuć bez przerwy, żeby w ogóle mogli przetrwać.

Ci, którzy byli w dzieciństwie emocjonalnie rozpieszczani, nawet ciepłą rzeczywistość odczuwają jako zbyt chłodną. Ci, którzy byli emocjonalnie hartowani, mają tendencję do jej upiększania, do udawania, że zimne wcale nie jest takie zimne.

Mamy moc zmieniania rzeczywistości – w tym siebie – ale tylko wtedy, kiedy widzimy ją taką, jaka jest, a nie taką, jaką każą nam ją widzieć nasze mechanizmy obronne.

Pomaganie i wymaganie

Miłość rodzicielska przejawia się we wspieraniu rozwoju dziecka na dwa sposoby: przez pomaganie – tam, gdzie nie ma ono jeszcze gotowości do samodzielnego poradzenia sobie z trudnością, i przez wymaganie – tam, gdzie ta gotowość została już osiągnięta. Problem w tym, że rodzice oceniają tę gotowość bardziej na podstawie wspomnień z własnego dzieciństwa niż na podstawie realnych potrzeb swojego dziecka, w efekcie czego zamiast potrzebnego wsparcia dzieci doświadczają rodzicielskiej nadopiekuńczości lub presji. Bardzo często zaś i jednego i drugiego, tylko różnie w różnych obszarach; im większe przegięcie następuje w jednym obszarze, tym większe jest odbicie w drugą stronę w innym obszarze, dla równowagi. W dorosłym życiu to, jak byliśmy widziani i traktowani przez naszych opiekunów staje się dla nas automatycznym wzorcem jak sami mamy traktować siebie (nawet jeśli nie czujemy się z tym dobrze); po prostu nie jesteśmy świadomi tego mechanizmu.

Jeśli rodzice byli przewrażliwieni na punkcie naszego zdrowia, zaczynamy wierzyć, że jesteśmy fizycznie słabi. Traktując siebie w ten sam sposób („tego nie mogę”,”to by mnie zabiło”, „to nie na moje zdrowie”), nie hartujemy się i nie dbamy o kondycję, a więc chorujemy, uzyskując potwierdzenie, że rzeczywiście coś z naszym zdrowiem jest nie tak, nawet jeśli już dawno pozbyliśmy się dziecięcych dolegliwości, ba, nawet, jeśli w rzeczywistości wcale nie byliśmy bardziej chorowici niż inne dzieci. Organizm „wie”, że ma być słaby – tak został zaprogramowany.

Jeśli spędzaliśmy czas na dworze, grzejąc się, marznąc i hartując, to i w dorosłym życiu traktujemy swój organizm jako samoregulującą się machinę, i nawet jeśli mamy indywidualne predyspozycje do przeziębień czy alergii, paradoksalnie pojawiają się one rzadziej niż u innych. Organizm radzi sobie jak sprawnie działające urządzenie, bo tak każe mu nasze przekonanie, że wszystko z nim jest w porządku.

Jeśli rodzice traktowali własne ciała „po macoszemu” albo wywierali presję, żebyśmy zostali zawodowymi sportowcami, to według wzorca lub zaprogramowanych wymagań będziemy żyłować swoje ciało ponad jego realne możliwości, krzywdząc się. W tym przypadku organizm realizuje informację, że ciało ma pracować – nawet na długu – za inne sfery, tak długo jak to jest możliwe, do samozniszczenia.

Jeśli rodzice wątpili w naszą intelektualną sprawność, wciąż nas krytykując i porównując nasze osiągnięcia do sukcesów innych dzieci, to nie stanie się ona naszą mocną stroną, choćbyśmy mieli do tego wszelkie predyspozycje; nie podejmiemy żadnych intelektualnych wyzwań, bo z góry zakładamy, że nas przerastają.

Jeśli lubiliśmy intelektualne zabawy, zagadki i zadania, to i w dorosłym życiu podchodzimy do nowych wyzwań z otwartością i ciekawością.

Jeśli nadmiernie chwalono nas za intelekt lub wywierano presję, żebyśmy się uczyli i „stali się kimś”, to będziemy nadmiernie wykorzystywać ten obszar siebie kosztem innych obszarów aż doprowadzimy do problemu: choroby fizycznej z zaniedbania organizmu czy rozpadu rodziny z powodu zaniedbania relacji.

Jeśli nasi rodzice czuli się złymi rodzicami, widząc nasze negatywne emocje, i próbowali temu zapobiec z całych sił, jako dorośli także traktujemy każdą pojawiającą się negatywną emocję jak koniec świata, obarczając nią innych i oczekując, że ktoś zaradzi naszemu złemu samopoczuciu.

Jeśli opiekunowie uczyli nas jak sobie poradzić z przykrymi emocjami, umiemy to i robimy, utrzymując dobre samopoczucie.

Jeśli wywierano na nas presję, żebyśmy nie okazywali swoich emocji bez względu na sytuację, to właśnie sami sobie robimy w dorosłym życiu, udając, że nic nas nie rusza i utrudniając porozumienie z innymi ludźmi, którzy nie są świadomi tego, co przeżywamy.

Można by tak mnożyć przykłady w nieskończoność, bo wzorce dotyczą wszystkiego, od jedzenia po komunikację międzyludzką. Nasze doświadczenie różni się czasem w najdrobniejszych szczegółach, trudno więc byłoby zrobić z tego listę, według której moglibyśmy się sami zdiagnozować – i nie to jest celem tego tekstu. Moim zamiarem jest zachęcenie do samoobserwacji i refleksji, do uważniejszego przyjrzenia się sobie – bo to, co uważamy za swoją wrodzoną cechę zazwyczaj jest po prostu utrwaloną reakcją dziecka na konkretne i powtarzające się zachowanie rodziców. Klucz jest prosty: tam, gdzie doświadczyliśmy rodzicielskiej nadopiekuńczości, uważamy się za słabych, co powoduje, że gdzieś niepotrzebnie zamykamy sobie drogę do dobrego samopoczucia i samorealizacji. Jedynymi osobami, które mogą zmienić to przekonanie jesteśmy my sami: zmieniając myślenie o sobie i mądrze dostarczając sobie nowe, potwierdzające to doświadczenie (hartując ciało, otwierając umysł, kontrolując emocje); słowem, wymagając od siebie tam, gdzie od nas nie wymagano. Tam zaś, gdzie doświadczyliśmy rodzicielskiej presji, uważamy się za nadmiernie silnych, wręcz niezniszczalnych, co nieuchronnie prowadzi nas do wyrządzenia sobie krzywdy. Tu także potrzebujemy dać sobie to, czego nam nie dano: opiekę, wsparcie, wyrozumiałość. Zwolnienie tempa, obniżenie poprzeczki, docenienie wysiłku i efektów.

Nie możemy zmienić swojego dzieciństwa, i tym samym nie możemy uniknąć przegięć wychowując własne dzieci. Możemy jednak zacząć traktować siebie tak, jak chcielibyśmy być potraktowani przez idealnego rodzica, przyjaciela czy partnera – z miłością, która wspiera; która tam, gdzie trzeba, pomaga nam stanąć na nogi, żebyśmy złapali równowagę; a tam, gdzie trzeba, wymaga, żebyśmy mogli zakosztować satysfakcji z przekraczania własnych ograniczeń. Umiejąc to wobec siebie samych, automatycznie będziemy umieć to wobec innych – także własnych dzieci.

Dwa skrzydła

Doświadczenie braku, niedoboru, traumy powoduje, że widzimy szczęście w przeciwieństwie tego, co nas spotkało, że marzymy o spotkaniu kogoś, kto nam udowodni, że miłość, dobro i szczęście istnieją. To jest myślenie dziecka – zostałem skrzywdzony, chcę żeby ktoś się mną zaopiekował, rozpieszczał. Innymi słowy – byłem uzależniony od złego człowieka, teraz chcę być uzależniony od dobrego człowieka. 

Uzależnienie nie daje szczęścia, szczęście trzeba najpierw znaleźć w sobie. Może jesteśmy aniołami z jednym skrzydłem (otrzymanego doświadczenia), ale latanie razem w ten sposób wynika z konieczności i jest mocno ryzykowne. Kiedy każdemu aniołowi wyrośnie drugie skrzydło (stworzonego dla siebie przeciwnego doświadczenia), latanie razem wynika ze wspólnej chęci i jest czystą przyjemnością.

Emocjonalne drogowskazy

Kontakt ze swoimi emocjami jest podstawowym drogowskazem w relacjach z innymi ludźmi. Poziom wrażliwości emocjonalnej jest różny u różnych ludzi tak samo jak poziom wrażliwości na ból fizyczny, jak spostrzegawczość, rozróżnianie kolorów i każda inna cecha. I jak każdą inną cechę bez względu na jej poziom wyjściowy można tę wrażliwość emocjonalną rozwinąć albo stłumić. Właściwie dokonuje się to „samo” poprzez reakcje opiekunów na zachowanie dziecka. Najczęściej dziewczynki słyszą „popłacz sobie, to ci przejdzie”, a chłopcom mówi się: „prawdziwi faceci nie płaczą”.

Efekt jest porażająco widoczny już wśród nastolatków. Znakomita większość chłopców reaguje biernym lub czynnym oporem na zajęcia z psychologiem – na każde zadanie, dyskusję, a nawet wykład w jakikolwiek sposób związany z emocjami. Emocje dla większości chłopców to obszar tak niezrozumiały i obcy (więc niebezpieczny) jak fizyka dla większości dziewcząt, z góry nie chcą mieć z nim nic do czynienia, bo przywołuje negatywne skojarzenia. 


Ktoś, kto nie potrafi rozpoznać, nazwać i zakomunikować swoich emocji, nie potrafi nawiązać bliskości emocjonalnej z drugim człowiekiem. Cierpi, ale nie potrafi. Cierpią też partnerzy w takich relacjach, bo ich emocjonalność musi wystarczyć za dwoje, a nie dostają nic w zamian. Kiedy przychodzą na świat dzieci, kółko się zamyka – mamusie próbują nawiązać z synami więź, której brakuje im u partnerów, rozpieszczając i pozwalając na przekraczanie swoich granic („emocjonalnie wolno ci wszystko, bo chcę, żebyś mnie kochał najbardziej na świecie”); tatusiowie z kolei zazdrośni o ten rodzaj więzi, którego nie potrafią sami stworzyć ostro musztrują potomków, żeby zrobić z nich „prawdziwych mężczyzn”.


A prawdziwy mężczyzna to taki, który udaje, że nie ma miękkich emocji i wrażliwości. Może krzyczeć, ale nie wolno mu być smutnym. Ma prawo być wściekły, ale nie wolno mu być rozżalonym, rozczarowanym, osamotnionym, bezradnym, zawstydzonym. Może wymagać, ale nie wspierać. Może trzaskać drzwiami, ale nie powinien za nic przepraszać. Może mieć romanse na boku, ale nie może zostać zdradzony. Może kląć z podziwu, ale nie wolno mu kogoś pochwalić wprost ani bezpośrednio wyrazić swojego zachwytu, radości, miłości, czułości. Poza okresem zakochania to niebezpieczne, nie-męskie; grozi utratą tożsamości i napiętnowaniem społecznym. Zdarzają się tacy, którym to nie pasuje, którzy rezygnują z wyrażania twardych emocji „po męsku” – nie krzyczą, nie przeklinają, nie rzucają przedmiotami – milczą jak głaz, zamknięci we własnym świecie uczuć jak księżniczka w wieży.

Bardzo często takie dwutorowe wychowanie (przyzwalająca na brak kontroli emocjonalnej matka i nieobecny emocjonalnie, wymagający ojciec) tworzy osobowość socjopatyczną – człowieka, który z jednej strony jest narcystycznie zapatrzony w siebie i niezdolny do tworzenia emocjonalnej więzi (bo nauczony, że tylko on ma emocje i tylko jego potrzeby się liczą), a który z drugiej strony szuka ujścia dla swojej frustracji związanej z niespełnianiem cudzych oczekiwań (w postaci fizycznej lub słownej agresji wobec innych). Im mniej bezpośrednia była presja ze strony ojca, tym bardziej zachowania przemocowe takiej osoby mogą mieć ukryty charakter i przejawiać się w lekceważeniu innych ludzi, uszczypliwych żartach, sarkazmie, słownej złośliwości, ignorowaniu niewygodnych pytań, celowym „zapominaniu” o czymś ważnym dla partnera i w całej gamie zachowań pasywno-agresywnych.

Ten wzorzec wychowawczy funkcjonuje przez pokolenia, separując emocjonalnie kobiety i mężczyzn, choć wcale nie musi tak być. Empatia jest cechą wrodzoną. Każdy, dosłownie każdy, w każdym momencie powtarzającego się cyklu może świadomie wybrać inne zachowanie, zaryzykować zmianę toru. Potencjalnie – bo praktycznie musi najpierw odczuć potrzebę więzi emocjonalnej zamiast wypierania jej czy zastępowania innym rodzajem więzi, nazwać tę potrzebę zamiast racjonalizowania czy ignorowania, i zaryzykować zachowanie wbrew swojemu automatyzmowi, wbrew własnemu doświadczeniu. Realnie prawdopodobieństwo takiej zmiany jest bardzo nikłe z jednej prostej przyczyny: narcyzi co prawda czują, i cierpią, a nawet wyolbrzymiają swoje emocje do gigantycznych rozmiarów, ale nie biorąc cudzego odczuwania w ogóle pod uwagę, nie rozumieją swojego wpływu na sytuację – winni są zawsze ci na zewnątrz, którzy nie chcą spełnić ich oczekiwań. Dlatego ich życie upływa na próbie „naprawiania” innych lub szukania odpowiednich „opiekunów”, potrafiących odgadnąć i zaspokoić wszelkie ich potrzeby. Szukając kontroli poza sobą, blokują sobie możliwość zmiany i w rzeczywistości tracą kontrolę nad swoim życiem, coraz bardziej pogrążając się w frustracji.

Kontakt ze swoimi emocjami jest podstawowym drogowskazem w relacjach z innymi ludźmi, ale pod warunkiem, że ani nie tłumimy, ani nie nakręcamy tego, co czujemy, i że uwzględniamy to, co czują inni na równi z tym, co sami odczuwamy.

Dlaczego nie lubimy siebie?

Nie lubimy siebie, bo nauczyliśmy się widzieć siebie w sposób krytyczny i oceniający na podstawie naszego wczesnego doświadczenia – tak jak patrzyli na nas bliscy przez swoje własne wzorce i kompleksy. Ma tu znaczenie nie tylko to, co opiekunowie mówili nam wprost, ale także to, co sami wywnioskowaliśmy z ich postawy względem nas, z ich reakcji na nasze zachowanie.

Gdyby po urodzeniu przeniesiono nas do innej rodziny o odmiennych przekonaniach i wzorcach, dzisiejsze kompleksy mogłyby być naszymi atutami… Brzmi to niewiarygodnie, ale tak właśnie się dzieje – przejmujemy sposób myślenia o sobie od naszych pierwszych autorytetów. Dlatego na przykład są osoby otyłe, które mimo społecznej presji nie mają na tym tle żadnych kompleksów i są osoby perfekcyjnie wyglądające, które wstydzą się swojego ciała. Obiektywnie mierzalny stan rzeczy nie ma decydującego znaczenia, znaczenie ma to, w co wierzymy, w co nauczyliśmy się wierzyć – bez względu na to, czy jesteśmy swoich przekonań świadomi czy nie. A ponieważ nie można dać czegoś, czego się nie ma, więc jeśli w jakimś zakresie nie potrafimy polubić siebie, nie potrafimy tego także wobec innych.

Czy można to zmienić? Tak, ale nie można tej zmiany otrzymać w prezencie z zewnątrz, od innych, ani zmienić kogoś. Każdy z nas może to zrobić jedynie sam dla siebie za pomocą swojej świadomości. Jeśli w obrazie siebie z dzieciństwa jest zapis o kompleksie na punkcie urody, to żadna ilość komplementów od innych ludzi tego całkowicie nie zmieni; jeżeli jest zapis o jakimś braku (inteligencji, umiejętności zachowania się w towarzystwie, talentu do czegoś), to żadna ilość zapewnień, kursów, certyfikatów i innych obiektywnych dowodów tego nie wymaże, wciąż pozostanie niepewność. Zmienić obraz siebie może tylko jego właściciel, uświadamiając sobie ograniczające go przekonania i decydując się je zweryfikować, świadomie przyjąć inne.

Tworzymy swoje życie jak wydruk z programu pracującego w naszym umyśle. Kiedy jesteśmy niezadowoleni z tego co tworzymy, kiedy towarzyszą nam rozczarowania efektem i częste negatywne emocje, to właśnie znak, że nie działamy w zgodzie z prawdziwym sobą, że robi to za nas autopilot – zlepek cudzych wierzeń, cudzych pomysłów na życie i cudzych opinii o nas samych. To sygnał, żeby zweryfikować swoje przekonania, zrobić w umyśle porządek – posprzątać go za pomocą swojej świadomości.

Na autopilocie

Przez kilka pierwszych lat życia mózg każdego człowieka chłonie wszystko jak gąbka – dosłownie przesiąka tym, z czym ma styczność. Zwykle ma codzienną styczność z najbliższą rodziną i panującymi w niej przekonaniami, które przejawiają się w zachowaniu rodziców i opiekunów, w ich reakcjach na każdy ruch dziecka. W ten sposób w naszych dziecięcych umysłach tworzą się pierwsze, podstawowe założenia – jacy są ludzie, czego można oczekiwać od życia, co jest dobre, a co złe, jacy jesteśmy my sami. Jako dorośli nie jesteśmy nawet świadomi wielu tych przekonań, ale kiedy próbujemy za czyjąś namową zmienić swoje zachowanie i zrobić coś wbrew tym starym zapisom, czujemy negatywne emocje, wewnętrzny konflikt. Logicznie przyznajemy czemuś rację, ale emocje każą nam wybrać coś innego, zgodnego z automatycznie przyjętym kiedyś przekonaniem.

Zmiana samego zachowania bez zweryfikowania swoich przekonań jest najczęściej skazana na niepowodzenie, dlatego takie istotne jest uświadomienie sobie tego „autopilota” utworzonego z cudzych przekonań i naszych starych przypadkowych skojarzeń, które umysł włącza automatycznie poza naszą świadomością. Rozpoznanie, co jest tym naszym autopilotem wyzwala nas z rodzinnych i kulturowych schematów, pozwala nam na dokonanie świadomego wyboru: czym chcemy się kierować w życiu, kim być, co osiągnąć, żeby towarzyszyło temu poczucie spełnienia i radości.

Dlaczego życie na „autopilocie” nie jest satysfakcjonujące?

Życie oferuje nam wszystko, ale możemy przyjąć tylko tyle, na ile pozwalają nam nasze przekonania. Na przykład jeżeli w rodzinie panowało przekonanie (oparte na czyimś konkretnym, ale przypadkowym przecież doświadczeniu), że życie kończy się po czterdziestce, to wraz z czterdziestymi urodzinami tracimy chęć do życia, uczenia się, szukania czegoś nowego – bo przecież już nic na nas nie czeka, to my zaczynamy czekać na śmierć. Jeżeli w rodzinie panowało przeciwne przekonanie (tak samo oparte na czyjejś losowej historii), że nigdy nie jest za późno na spełnianie marzeń, to czterdzieste urodziny nie będą miały dla nas znaczenia, nie będą żadnym ograniczeniem. Nasze nieświadomie przyjęte przekonania stają się samospełniającą przepowiednią, bo kiedy w coś wierzymy, zachowujemy się odpowiednio do tego, wywołujemy konkretny efekt. W tym przypadku albo się wycofujemy z życia (więc nic nam ono nie dostarcza – czyli się dla nas skończyło tak jak się spodziewaliśmy), albo nadal z niego aktywnie korzystamy (więc znajdujemy nowe możliwości, pasje – czyli spełniamy marzenia, bo nie przychodzi nam do głowy, że już na to za późno).

Drugim powodem, dla którego życie na autopilocie nie jest satysfakcjonujące jest fakt, że umysł dziecka zapisuje wszystko bezkrytycznie, bez analizowania, a rodzice mają często odmienne poglądy w różnych kwestiach. Stąd często nosimy w sobie sprzeczne przekonania, które ciągną nas w różne strony. W jednych sprawach zachowujemy się według mechanizmu przyjętego od jednego rodzica, w innych według mechanizmu drugiego rodzica – co sprawia, że nasze zachowanie jest niespójne i niekonsekwentne, stwarza wewnętrzne i zewnętrzne konflikty i wywołuje silne negatywne emocje.

Dwie strony

Empatia umożliwia zrozumienie drugiego człowieka bez oceniania go. Jeśli jednak dziecko stale jest zmuszane do podporządkowania się potrzebom i uczuciom rodziców czy opiekunów, uczy się obdarzania empatią innych z wyłączeniem siebie.

Brak empatii wobec siebie prowadzi do tego samego co brak empatii wobec innych: do oceniania, nadmiernego krytycyzmu, lękowego szufladkowania i w konsekwencji potrzeby wybaczenia.

Empatia pozwala na porozumienie jeśli obejmujemy nią i siebie, i innych.

Zarządzanie sobą

W pierwszych latach życia o wszelkie nasze potrzeby dbają nasi opiekunowie – to oni muszą odgadnąć, czy płaczące niemowlę jest głodne, mokre czy chore; opiekunowie muszą zdecydować, co można dać do jedzenia rocznemu dziecku; czym może bawić się dwulatek, żeby nie zrobił sobie krzywdy; czy trzylatek powinien iść do przedszkola czy zostać z opiekunką w domu; czy pozwolić pięciolatce samej wybierać ubrania, itp. 

Optymalnie jest wtedy, kiedy rodzice stymulują samodzielność dziecka i tam, gdzie ją osiągnie, przestają je wyręczać. Najkorzystniej jest wtedy, kiedy dorośli wyznaczają bezpieczne granice i w ich ramach pozwalają dziecku wybierać. 

Praktycznie jednak bardzo często rodzice mylą potrzeby dziecka z własnymi, jak w tym żarcie, że „sweterek to rzecz, którą mama zakłada dziecku, kiedy jej się robi zimno”. I czasem dziecko nie ma wyboru, bo musi nosić/jeść/robić tylko to, co jest akceptowane przez rodziców, co jest spełnieniem ich, nie jego potrzeb czy pragnień. Kiedy rodzice nie pytają dziecka, czego chce (bo autorytarnie wiedzą lepiej), dziecko nie uczy się pytać siebie, zastanawiać się nad swoimi potrzebami i preferencjami; podporządkowuje swoje realne potrzeby wizji opiekunów, aby utrzymać ich akceptację, a potem akceptację innych ważnych dla siebie osób. W dorosłym życiu taka osoba nie pyta siebie, czego chce; pyta innych, co powinna zrobić, pyta szefa, jak ma pracować, pyta dietetyka, co ma jeść, pyta dekoratora jak ma urządzić mieszkanie, sprawdza trendy mody, żeby wiedzieć jak się ubrać.

Bywa też odwrotnie, kiedy rodzice nie chcą ograniczać dziecka w jego wyborach i pozwalają mu decydować o wszystkim, choć ono nie ma pojęcia o konsekwencjach tych wyborów. Pozwalają mu spędzać czas przed ekranami, chodzić spać o dowolnej porze, decydować o tym, co i kiedy mają robić dorośli. Wbrew pozorom bez pomocy opiekunów także i w tym przypadku dziecko nie nauczy się wybierać właściwie – wie, czego chce, ale nie uczy się konsekwencji tych wyborów (np. jest zmęczone i rozdrażnione, ale nie wiąże tego z faktem, że nie przespało nocy czy że jego dieta jest oparta głównie na słodyczach). W dorosłym życiu taka osoba sięga po wszystko, na co ma ochotę, ale konsekwencjami swoich wyborów, swoim złym samopoczuciem, obarcza innych. Mówi na przykład „to było po pijanemu, to się nie liczy”, jakby to ktoś inny podjął decyzję o piciu alkoholu; albo uważa, że ma prawo być arogancki, bo jest głodny, jakby to ktoś inny podejmował za niego decyzję, kiedy jeść; albo stale narzeka na swoją pracę czy partnera, jakby to ktoś inny wybrał to dla niego.

Uczymy się zarządzania swoimi potrzebami tak jak wszystkiego innego: w obszarach, gdzie nas zaniedbywano, zaniedbujemy siebie; gdzie nas wyręczano, oczekujemy, aż inni się nami zajmą; gdzie decydowano za nas, czekamy na polecenia z zewnątrz. I tylko tam, gdzie przeszliśmy właściwy trening samoobsługi,  automatycznie robimy to właściwie, czyli w sposób, który przynosi nam dobre samopoczucie i zadowolenie z siebie.

Resetowanie przekonań

Powiedzmy, że ktoś w dzieciństwie był wyśmiewany z powodu niskiego wzrostu. Jeśli krytyka pochodziła od osób ważnych i towarzyszyły jej silne emocje, bycie niskim zostało zapisane w umyśle jako słabość – coś, co spowoduje odrzucenie przez innych ludzi. Taki ktoś staje się przewrażliwiony na tym punkcie i stara się zatuszować „wadę” – nosić buty na obcasie, unikać wysokich ludzi, odpowiednio ustawiać się do zdjęć itp.

Kiedy wzorzec zostaje zapisany, reakcje innych ludzi przestają mieć na niego bezpośredni wpływ; jeśli ktoś nie robi na ten temat żadnych uwag, umysł interpretuje to jako „nie zauważył” albo „dał się oszukać” i nie zmienia to w żaden sposób przekonania, że niski wzrost to coś nieakceptowalnego. Jeśli ktoś uzna niski wzrost za atut, też nie spowoduje to automatycznie zmiany samooceny u niskiej osoby, ale może ją zainspirować, żeby przeciwstawiła się swojemu przekonaniu, żeby spróbowała swój wzrost podkreślać, eksponować, żeby przestała się go wstydzić. 


Wtedy jednak umysł zaczyna wariować, bo w niesprzyjających warunkach odzywa się stare przekonanie (niski wzrost powoduje odrzucenie innych), w sprzyjających nowe (niski wzrost może powodować akceptację innych), i jedyne co się dzieje, to zamęt. Powstają mieszane emocje wynikające z powtarzającej się stale zmiany zaszufladkowania przez umysł niskiego wzrostu – raz jest on akceptowalny, innym razem nie, zgodnie z bieżącym doświadczeniem, które albo jest w zgodzie z tym najstarszym, albo nie jest.

Znajdziemy zawsze argumenty potwierdzające oba przekonania – niski wzrost (jak zresztą wszystko inne) może być zarówno problemem, jak i atutem. Tak naprawdę nie ma to znaczenia, bo w obu przypadkach nasze myślenie jest dyktowane przez ten sam lęk tworzony przez założenie, że to akceptacja innych daje nam prawo bytu. To założenie było prawdziwe dla małego dziecka całkowicie zależnego od swoich konkretnych opiekunów, ale nie jest prawdziwe dla osoby dorosłej, samodzielnej i niezależnej, dokonującej własnych wyborów.

Odpowiedź, która resetuje ustawienia umysłu i tworzone przez nie negatywne emocje brzmi: niski wzrost (czy jakakolwiek inna cecha) nie ma związku z miłością, bo miłość jest bezwarunkowa. Może mieć jedynie związek z akceptacją ludzi, którzy nie zamierzają lub nie potrafią nas kochać – ale to my sami decydujemy, jakie miejsce będą zajmować ci ludzie w naszym życiu.

Zaprogramowanie

Rodzimy się bez przekonania, jacy jesteśmy. Pierwsze określenia, jakie słyszymy o sobie, bierzemy za fakt. Wierzymy w nie, więc zachowujemy się zgodnie z nimi. Reakcje innych na nasze zachowanie potwierdzają, że jest tak, jak myślimy, więc nie ma powodu, żeby w to wątpić ani to podważać, tym bardziej z tym walczyć. I możemy nigdy – przez całe życie – nie dowiedzieć się, kim moglibyśmy być bez tych barier utworzonych przez pierwsze, najczęściej przypadkowe założenia… 

Każdy z nas może być tym, kim ktoś go nieświadomie zaprogramował – albo tym, kim wybiera być wbrew swojemu wcześniejszemu doświadczeniu.