Ego vs naturalne ja

Podążanie za swoim ego powoduje, że widzi się nie to, co jest, tylko to, co chciałoby się widzieć. Forsuje się wtedy mury w przekonaniu, że są tam ukryte drzwi; znosi cierpienie dla jakiegoś wyższego celu, który okazuje się mitem.

Życie w zgodzie ze swoim prawdziwym ja i rzeczywistością polega na tym, że widzi się to co jest, i podąża się za tym, co sprawia radość. Nie pcha się tam, gdzie nie ma drzwi i unika tego, co sprawia ból.

Teoretycznie oczywista oczywistość, praktycznie odróżnienie tego, co pochodzi od ego od tego, co pochodzi od ja, to wyższa szkoła jazdy.

Do Boga czyli do siebie

Dziecięca trauma – oderwanie od źródła miłości – polega na tym, że dziecko porzuca siebie, żeby zostać zaakceptowane przez innych, „większych” i „silniejszych” ludzi – rodziców, opiekunów, rodzeństwo, rówieśników. Porzucenie siebie oznacza uznanie swojego instynktu – czucia – za mylne, fałszywe, niewłaściwe, nieodpowiednie, nieakceptowalne; oznacza utworzenie przekonania, że żeby zasłużyć na miłość, nie można czuć tego, co się czuje. Że trzeba ZROZUMIEĆ, że rodzic chce dla dziecka dobrze, chociaż je to boli; że to ubranie jest ładne, chociaż mu się nie podoba; że to jedzenie jest zdrowe, chociaż mu nie smakuje. Że autorytet na zewnątrz wie lepiej, co dla dziecka dobre bez konsultacji z nim, a skoro lekceważy uczucia dziecka, to dziecko też powinno je zlekceważyć.

Relacja z rodzicami jest bezpośrednim wzorcem dla relacji z siłą wyższą. Im bardziej intelektualnie wychowywali nas rodzice, nie zauważając naszych uczuć i nie odnosząc się do nich, tym bardziej wierzymy, że Bóg będzie nam dawał to, czego nie chcemy „dla naszego dobra”, że musimy zaakceptować to, co dostajemy, nawet jeśli jest nam z tym źle. 
Ten „Bóg” nie jest prawdziwy, to nasze ego. Nasze intelektualne ego powstałe na bazie tych uczuć, których się wyrzekliśmy, tworzy to, co nam nie odpowiada, co nas krzywdzi. Sami się krzywdzimy tym, że identyfikujemy się z ego, ze swoim umysłem, lekceważąc instynkt – naturalny radar, niezależny wewnętrzny głos samego Boga, i w rezultacie ulegając intelektualnemu przekonaniu, że siła wyższa na wzór surowego ojca przyjdzie nas ukarać za niewłaściwe zachowanie, jeśli jej zdaniem na to zasłużymy.

A co jeśli my sami jesteśmy tą siłą wyższą? Karzemy siebie samych, bo wierzymy, że nie jesteśmy w porządku. A gdybyśmy wrócili do miejsca, w którym rozpoczął się rozłam w naszej tożsamości? Gdybyśmy spróbowali uwierzyć, że cokolwiek czujemy, nawet najgorsze emocje, to nie kara ani sygnał odrzucenia przez Boga, tylko życzliwa wskazówka, że zabłądziliśmy, że Bóg woła nas z powrotem do siebie. Że boli to, co NIE jest Bogiem.
To bardzo istotna różnica, czy wierzymy, że surowy, rozgniewany Bóg zsyła nam nieszczęścia jako karę dla opamiętania, czy wierzymy, że stworzyliśmy te nieszczęścia sami swoim odejściem od swojego prawdziwego „ja”, a Bóg nie tylko nie ma z tym nic wspólnego, ale mówiąc do nas za pomocą czucia chce nam pomóc wrócić do siebie, do miłości, do szczęścia.

Każde dziecko uczy się ufać rodzicom częściowo, w tym zakresie, w jakim czuje się bezpieczne. Tam będzie także jako dorosły ufać innym ludziom i losowi. I każde dziecko gdzieś doświadcza rozczarowania, niepewności, niezrozumienia, odrzucenia – tam uczy się kontroli, tam pozwala na dowodzenie intelektowi, na tworzenie lęku, który na zasadzie samospełniającej się przepowiedni tworzy dokładnie to, czego się obawia. Tworzy cierpienie.

Automatycznie, na podstawie pierwszych relacji z ludźmi, wierzymy w takiego Boga, jakim zobaczył go nasz dziecięcy umysł – i za pomocą tego przekonania ten Bóg decyduje o naszym życiu.
Jeżeli jednak pozwolimy sobie na całkowite zaufanie sobie, swojemu czuciu – że żadna emocja nie czyni nas złymi i nie powoduje odrzucenia nas przez Boga, że każda jest jego wspierającą podpowiedzią, co się okaże? Że dając sobie pełne zrozumienie, nie mamy powodu uciekać w cierniste krzaki i robić sobie krzywdę. Że Bóg jest w nas, jest nami, i chce wyłącznie takiego naszego dobra, które my sami czujemy jako dobro, jako szczęście.
Bóg jest miłością, nie cierpieniem. 
To ludzie żądają od nas zaparcia się własnych uczuć, Bóg za ich pomocą do nas mówi. To niewysłuchane, zniekształcone uczucia prowadzą nas na manowce i powodują, że cierpimy; te wysłuchane strzegą nas, żebyśmy nie schodzili ze ścieżki dobrego samopoczucia, radości, satysfakcji, samorealizacji, szczęścia. 
Droga do Boga to droga w zgodzie ze sobą, nie poprzez zaprzeczenie sobie.

Dialog z rzeczywistością

Przymusy tworzone przez ego każą nam się nerwowo spieszyć z lęku, że coś stracimy, że coś nas ominie i w efekcie powodują katastrofę. To tak jakby samolot przyspieszał maksymalnie swój lot – a potem nie miał gdzie wylądować, bo nikt się go nie spodziewał w tym czasie.

Rzeczywistość jest partnerem, dopóki prowadzimy z nią dialog, ale kiedy zaczynamy ją zmuszać, obchodzić, oszukiwać, naginać do swoich potrzeb – odpłaca nam tym samym.

Ludzki umysł zna tylko to, czego sam doświadczył – na tej podstawie tworzy scenariusze przyszłości. Jeżeli rzeczywistość odbiega od takiego scenariusza, umysł kwalifikuje to jako problem, stratę. Właśnie ten moment wyrywa nas z harmonii z tym co jest – zaczynamy działać gorączkowo, żeby problemowi zapobiec lub go odwrócić, przestajemy słyszeć głos swojego prawdziwego ja i widzieć to, co naprawdę się dzieje. 

Możemy albo poddać się przekonaniu umysłu opartego na przeszłości, pójść za lękiem i walczyć o to, co się zna i tworzyć w kółko to samo albo zignorować to przekonanie i zaufać miłości, która proponuje inne rozwiązania.

Perfekcjonizm

Dążenie do perfekcji pochodzi z ego – jest zawsze podszyte lękiem, nawet jeśli jest to dążenie do perfekcji w byciu dobrym, kochającym czy wybaczającym; dlatego nie przyciąga szczęścia czy satysfakcji tylko cudze lęki i problemy – coś trudniejszego do kochania, coś więcej do wybaczenia – zgodnie z wysyłanym zapotrzebowaniem.

O dawaniu

Nie każde dawanie jest miłością. Często chcemy dawać to, co potrafimy, to, co przychodzi nam łatwo, czego mamy w nadmiarze i czego jesteśmy pewni jako swojej „waluty wymiennej” w kontaktach z innymi ludźmi. Dajemy na swoich warunkach, nie widząc potrzeb drugiego człowieka, i dajemy po to, żeby zyskać coś dla siebie, swojego ego – ludzką wdzięczność, podziw, akceptację, uznanie. 

Miłością jest dawanie innym tego, czego naprawdę potrzebują, co wymaga od nas wysiłku, albo zignorowania własnego ego. Znajdując się w centrum problemu, ludzie nie zawsze jasno widzą, czego potrzebują, więc czasem dawanie oznacza odmówienie im tego, czego chcą, jeżeli im to szkodzi. I takie dawanie, które na pierwszym miejscu stawia dobro drugiego człowieka nawet kosztem relacji z nim, kosztem„wypłaty” dla siebie, jest prawdziwą miłością.

Ego

Kiedy zniekształcamy swoje prawdziwe ja, żeby dostosować się do oczekiwań innych, powstaje pewien ulepszony wizerunek, rodzaj maski mający nas reprezentować – potocznie nazywa się go ego. Ego jest karmione przez lęki, których wspólnym mianownikiem jest lęk przed odrzuceniem, przed utratą miłości. Ale paradoksalnie ego może również żywić się poczuciem mocy i sprawstwa, przełamywaniem lęków. Bo ego potrzebuje dowodu na to, że zasługujemy na życie, na miłość. Prawdziwe ja wie, że nie musi na nic zasłużyć, że miłość tak jak słońce ogrzewa wszystkich jednakowo bez żadnego powodu, żadnej zasługi.