Rozszczepienie

Rodzice czy opiekunowie dziecka reagują aprobatą lub dezaprobatą na jego zachowanie. W odpowiedzi na te informacje umysł dziecka tworzy niespójną tożsamość – to, co jest nagradzane staje się mocną częścią, to, co krytykowane, ganione – słabą częścią dziecięcego „ja”. Umysł generalizuje, więc zazwyczaj ta „moc” lub „słabość” z czasem zaczyna dotyczyć całego obszaru: fizyczności, intelektu, emocjonalności lub duchowości.

Późniejsze negatywne przekonania o sobie są absorbowane przez dwie różne części „ja”, tę słabą i tę mocną. Słaba się poddaje, odbijając negatywne przekonanie w dwójnasób; mocna próbuje je zwalczyć z podwójną siłą. Jedna jest jak rozhisteryzowane dziecko, druga jak zawodnik sportów ekstremalnych. Jedna umiera bez powodu, druga wierzy, że jest nieśmiertelna, choć zmierza ku samozniszczeniu. 

Jeśli jako dorośli uznamy dawne niewyrażone emocje swojej słabej części i odetniemy napęd swojej mocnej części, to jedna z nich dorośnie, a druga się zatrzyma; w ten sposób obie pierwotnie podzielone części „ja” spotkają się w środku, tworząc spójne, prawdziwe „ja”.

Medium

Fizyczność i intelekt to domeny umysłu, który bazuje na zdobytym doświadczeniu i wiedzy; emocjonalność i duchowość to sfery czucia, które są w nas zaprogramowane niezależnie od doświadczenia, jak instynkt, jak łącznik z siłą wyższą.

Dopóki identyfikujemy się na zmianę z automatycznym umysłem i falami skumulowanych emocji, dopóty przełączamy się z materialnego wymiaru rzeczywistości na duchowy, jakbyśmy nadawali na dwóch różnych kanałach radia czy telewizji. Zazwyczaj jednej z tych części używamy nadmiarowo (z rozmachem, który w końcu uderza w nas samych), a drugiej sporadycznie (lękowo, odczuwając w jej obszarze niedostatek).

Im bardziej jednak wzrasta świadomość (która używa emocji jako informacji, a umysłu jako narzędzia do ich odczytania), tym bardziej zaczynamy istnieć jednocześnie we wszystkich wymiarach rzeczywistości, bez włączania i wyłączania kawałka siebie, bez wewnętrznych podziałów. Wyrażamy wtedy pełnię siebie, pozwalamy części duchowej uzewnętrznić się w sposób materialny; nadajemy energii miłości fizyczny kształt; stajemy się pośrednikiem – twórczym ogniwem łączącym „niebo” i „ziemię”, Wszechświat i codzienną rzeczywistość, Boga i ludzi, świat ducha i świat materii.

Tożsamość

Umysł ludzki działa jak algorytm komputerowy. Nowe sytuacje służą do tworzenia zasad; to, co zdarza się często, dostaje priorytet; to, co budzi silne emocje, zostaje nimi oflagowane – i program do automatycznego zarządzania człowiekiem gotowy. 

W ten sam sposób tworzy się nasze przekonanie o tym, kim jesteśmy, jacy jesteśmy. W dzieciństwie to nasze zachowanie, które wzbudzi uznanie dorosłych zostaje oflagowane pozytywną emocją i dostaje priorytet – powtarzamy je i staje się naszą mocną stroną. To nasze zachowanie, które wzbudzi dezaprobatę naszych autorytetów, zostaje oflagowane negatywna emocją i unikamy jego powtarzania, staje się naszą słabą stroną.

W ten sposób nabieramy przekonania, że jesteśmy „jacyś”, możemy podać swoją charakterystykę, czyli zestaw swoich zalet i wad. Rzecz w tym, że nasz „kształt” psychiczny działa na takich samych zasadach jak ten fizyczny – co trenujemy, to rośnie w siłę, co odpuszczamy, to marnieje, przy czym nasz wyjściowy potencjał pozostaje ten sam. Ktoś mówi: „jestem odważny”, jakby nigdy nie stchórzył przed niczym; „jestem ładna” – jakby nigdy nie wyglądała źle; „jestem nieśmiały”, jakby nigdy na nikogo nie podniósł głosu; „jestem głupia” – jakby nie było rzeczy, którą wie. Każde takie twierdzenie brzmi jak „zawsze”, ale naprawdę oznacza tylko „najczęściej”. A to znaczy, że istnieje też ten drugi koniec, tylko znacznie rzadziej używany. Ilekroć etykietujemy siebie w jakikolwiek sposób, nasz umysł przeżywa konflikt, bo ma dane, że nie jest to w 100% prawdziwe. Zamiast więc mówić „jestem tchórzem”, można powiedzieć „w tej sytuacji stchórzyłem”. Zamiast mówić „jestem nieśmiały”, można powiedzieć sobie „w tej sytuacji trudno mi się odezwać”. Dlaczego to takie ważne? 

Po pierwsze dlatego, że to po prostu prawda: zachowujemy się różnie, a etykietki nas ograniczają, powodują, że korzystamy ze swojego potencjału wybiórczo. 

Po drugie dlatego, że umysł działa na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. Jeżeli wierzymy, że jesteśmy głupi czy źli, podświadomie czekamy, że życie nam to potwierdzi, takie przyciągamy do siebie sytuacje, takich ludzi. Jeżeli wierzymy, że jesteśmy mądrzy czy piękni, też tego oczekujemy, i stajemy się zależni od publiki, od uznania i adoracji innych ludzi, którzy mają podtrzymywać tę etykietkę. Jeżeli wierzymy, że jesteśmy silni, potrzebujemy ciężarów, żeby karmić to przekonanie. Jeżeli wierzymy, że jesteśmy zaradni, potrzebujemy trudnych sytuacji. Jeżeli wierzymy, że jesteśmy cierpliwi, prosimy los test dla swojej wytrzymałości…

Kiedy myślimy, że jesteśmy „jacyś”, utożsamiamy się z kawałkiem siebie niczym tylko z ręką albo tylko z nogą. Jesteśmy potencjalnie wszystkim, a jakie wybierzemy zachowanie tu i teraz ani nie jest zdeterminowane przez nasze geny czy przeszłość, ani nie zamyka na nam innych możliwości zachowania się w przyszłości. Zamyka je nam tylko sposób myślenia o sobie, wewnętrzny przymus do wypełnianie zestawu swoich etykietek, do tworzenia swojego wizerunku.

Samoocena

Wszystko, co robimy – od sposobu ubierania się, jedzenia, wydawania pieniędzy, spędzania czasu wolnego po sposób traktowania innych ludzi – odzwierciedla nasz sposób myślenia o sobie na najgłębszym poziomie: kim jesteśmy, na co zasługujemy. Gdyby wychowały nas wilki, myślelibyśmy, że jesteśmy wilkami, zachowywalibyśmy się jak wilki i chcielibyśmy dla siebie tego, czego chcą wilki – to nie przypuszczenie, to fakt, można znaleźć wiele prawdziwych przypadków ludzkich dzieci, które straciły opiekunów i wychowały się wśród zwierząt, utożsamiając się z nimi.

Nasze doświadczenie kształtuje nasze myślenie, ale to nie znaczy, że zmienia naszą tożsamość. Niemniej jeśli siebie widzimy przez brudne okulary, tak samo widzimy innych – wybieramy partnerów, którzy w naszym mniemaniu mają to, czego my nie mamy i chcemy, żeby nas „skompletowali”, tworząc z nimi uzależniające i unieszczęśliwiające związki; dajemy dzieciom nie to, czego potrzebują, a to, czego sami nie dostaliśmy; używamy innych ludzi jak przedmiotów do podniesienia swojego poczucia wartości, nie troszcząc się o ich uczucia – zabierając sobie szansę na prawdziwe, głębokie, satysfakcjonujące i rozwijające relacje z innymi. Innymi słowy – nie możemy dać innym tego, czego nie mamy: nie kochając siebie, krzywdzimy tych, których chcemy kochać.

Gdziekolwiek w obrazie siebie mamy wątpliwość co do własnej wartości, mamy tendencję do zaniżania swoich wymagań w tym obszarze, blokujemy to, co naprawdę moglibyśmy dostać – a kiedy niewiele nam się udaje, odbieramy to jako dowód na to, że niewiele jesteśmy warci, na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. To tak, jakbyśmy zamienili swoją samoocenę na pieniądze i próbowali oszacować, na co nas stać, jak bardzo musimy limitować sobie to, czego potrzebujemy, żeby przeżyć – wtedy inni ludzie są jak towar, są oceniani, wyceniani, porównywani i kupowani – w każdej chwili do wymiany, jak tylko znajdzie się coś lepszego za niższą cenę. To jest najsilniejszy sygnał o stanie naszej samooceny – bo jeśli kogoś potrzebujemy, to nasza miłość własna jest w potrzebie i nie ma mowy o prawdziwej bezwarunkowej miłości w tej relacji, jest tylko wymiana usług; jeśli kogoś kochamy, to tej miłości nikt inny kupić nie może – ona jest, bo chce być, choć nie musi.

W rzeczywistości mamy nie to, na co zasługujemy, bo jesteśmy tacy czy inni, ale dostajemy to, po co odważymy się sięgnąć, mając nieograniczony potencjał. Jedynie brak wiary w ten potencjał nas ogranicza – ale żeby zacząć w niego wierzyć, musimy podważyć to, co o sobie wiemy, to, jak zdefiniowaliśmy się na podstawie naszego wyrywkowego i losowego dotychczasowego doświadczenia.

Dolina Charlotty

Szczęście splątane z krzywdą

Dziecko, które podporządkowuje się autorytetowi dorosłych wbrew temu, co czuje, ulega przekonaniu, że żeby zdobyć miłość, bliskość i akceptację, musi zrezygnować z siebie.

Nieświadomie tworzy w swoim umyśle zgeneralizowane fałszywe założenie: „żeby być szczęśliwym, trzeba pozwolić na krzywdę”. 

To przekonanie manifestuje się później jako podporządkowanie innym ludziom wbrew swoim potrzebom, niesienie pomocy czy uszczęśliwianie innych swoim kosztem, przymus zadowalania (dbania o samopoczucie) innych z pominięciem siebie, poświęcania swojego wolnego czasu sprawom i potrzebom innych itp. Często pojawia się także uzależnienie od używek i substancji psychoaktywnych, które dosłownie chwilowo uszczęśliwiają, w konsekwencji krzywdząc.

Wzorcowa relacja

Rodzaj i jakość relacji z rodzicami lub pierwszymi opiekunami decyduje o tym, jakie definicje miłości, bliskości i akceptacji zostają zapisane w naszych umysłach.

Postawa rodziców staje się wzorcem miłości – umysł zapisuje jako standard, czy miłość jest stała czy zmienna, życzliwa czy surowa, wspierająca czy wymagająca, nagradzająca czy karząca. Tak też powstaje indywidualne wyobrażenie Boga, siły wyższej.

Rodzaj bliskości, jaki oferują dziecku rodzice, staje się wzorcem w poszukiwaniach bliskości z innymi ludźmi. Czy polega na łączności fizycznej, intelektualnej, emocjonalnej czy duchowej; jak można ją kontrolować – zapracowaniem na nią, przekupieniem jej, udawaniem czegoś lub kogoś, zmuszeniem do opiekowania się sobą…? Przekonania na ten temat tworzą nasze relacje z innymi ludźmi.

Akceptacja okazywana dziecku przez rodziców staje się z kolei wzorcem dla tożsamości dziecka, dla jego obrazu siebie. Im bardziej rodzice obdarzają dziecko swoim zainteresowaniem i aprobatą wtedy, kiedy jest „właściwe” (grzeczne, ładne, mądre czy zabawne), a odrzucają wtedy, kiedy nie spełnia tych warunków, tym większy wewnętrzny podział i konflikt powstaje w obrazie „ja” u dziecka. Sprzeczne przekonania na swój temat sprawiają, że nadmiarowo rozwijamy jedną część siebie, a wstydzimy się innej, co staje się specyficznym filtrem zniekształcającym obraz rzeczywistości i wpływającym na wszystkie podejmowane decyzje.

Wzorce obrazu siebie, bliskości i miłości zapisane automatycznie w naszej podświadomości nie muszą definiować naszego życia na zawsze. Kiedy je sobie uświadomimy, możemy je zweryfikować zgodnie z własną wolą.

Konflikty wewnętrzne

Często zdarza się tak, że nie umiemy się zachować inaczej niż nas wychowano – np. ktoś nieśmiały nie potrafi być asertywny. Ale zdarza się też, że próbujemy zachowań z obu krańców i żadne nas nie satysfakcjonuje – i jednemu, i drugiemu towarzyszą negatywne emocje. Dzieje się tak wtedy, kiedy przyswojonym nieświadomie wzorcem nie jest jedno konkretne przekonanie, a dwa sprzeczne, tworzące ze sobą konflikt.


Jeśli dziecko jest nagradzane za coś w domu, np. za bycie uległym, posłusznym, prawdomównym, a w kręgu rówieśniczym odwrotnie – za bycie dominującym, przewodzącym, manipulującym, to tworzy się w jego umyśle konflikt. Umysł nie może zdecydować, które zachowanie jest właściwe, bo każde zachowanie przynosi zyski w postaci aprobaty innych ludzi; ale akceptując oba, tworzy konflikt na poziomie wartości (co uważam za słuszne, co sprawia, że czuję się dobrze ze sobą, co jest dla mnie ważne). To powoduje, że i jedno, i drugie zachowanie wytwarza negatywne emocje – umysł wysyła sygnał, że potrzebne jest świadome rozstrzygniecie konfliktu.


Jeśli w rodzinie jedno z rodziców stosuje przemoc (niekoniecznie fizyczną), dziecko najczęściej przejmuje ten mechanizm (żeby być silnym i nie dać się skrzywdzić), ale jednocześnie empatycznie uczy się myślenia drugiego rodzica, w jakimś obszarze zachowując wrażliwość, wykazując podporządkowanie i stając się „ofiarą”. Te dwie skrajne opinie o sobie („jestem katem, jestem winny” i „jestem ofiarą, jestem skrzywdzony”) powodują konflikt na poziomie tożsamości (kim jestem, kim chcę być). Dlatego i jedno, i drugie zachowanie budzi negatywne emocje, zmuszając daną osobę do świadomego zdecydowania o sobie.


Jeśli dziecko doświadcza niespójności zachowania u swojego rodzica czy opiekuna, staje się ona również jego wewnętrznym konfliktem. Np. kiedy rodzic paląc papierosa mówi, że palenie to paskudny nawyk; albo kiedy twierdzi, że pieniądze szczęścia nie dają, ale na wszelkie sposoby, kosztem innych wartości próbuje je zdobyć/zarobić; albo kiedy rodzic podkreśla, że trzeba być pomocnym dla innych ludzi, a jednocześnie oczernia sąsiadów czy oszukuje w sklepie – wtedy u dziecka stosowanie żadnego z tych zachowań nie daje poczucia komfortu, z żadnym się ono nie utożsamia; każde powoduje negatywne emocje, sygnalizujące wewnętrzny konflikt wymagający świadomego rozstrzygnięcia co tak naprawdę uważa za właściwe.


Jesteśmy pełni wewnętrznych konfliktów – jedne z nich „dziedziczymy” bezpośrednio od każdego z rodziców, przejmując ich wewnętrzne niespójności, ale asymilujemy także konflikty panujące między rodzicami i konflikty między środowiskiem domowym i otoczeniem. Wszystkie nieświadomie przyjęte sprzeczne przekonania tworzą wewnętrzne konflikty i domagają się świadomej weryfikacji. Nie weryfikacji na poziomie zachowania („to co mam robić, jak się zachować, jak zareagować?”), tylko na poziomie tożsamości (kim jestem, w co wierzę, czego chcę dla siebie). Kiedy wiemy, kim jesteśmy i w co wybieramy wierzyć, nasze zachowanie staje się spójne i przestają mu towarzyszyć negatywne emocje.

Lustrzane odbicie

Relacje z innymi ludźmi odzwierciedlają relację ze sobą samym.

Fizyczna zdrada, intelektualne niedocenienie, emocjonalne odseparowanie czy duchowa izolacja są odbiciem relacji naszego ja z każdym z tych obszarów, świadectwem istnienia barier w połączeniu tych obszarów z naszą tożsamością i świadomością.

Bezwarunkowa akceptacja każdej części siebie „wyświetla się” jako bezproblemowe relacje z innymi ludźmi.

Rozczarowanie

Im bardziej rodzice próbują sobie skompensować własne życiowe niepowodzenia (w relacjach z innymi, w karierze zawodowej), tym konkretniejszą mają wizję swojego dziecka (jakie będzie, co osiągnie). Dziecko jest wtedy chwalone za to, co robi zgodnie z wizją rodziców, a krytykowane czy nawet ośmieszane, kiedy próbuje wyrażać siebie. 

W umyśle takiego dziecka powstaje przekonanie, że nie można pogodzić miłości do siebie i miłości do rodziców, że trzeba wybrać jedną z nich. Dla całkowicie zależnej od dorosłych małej istoty wybór jest jasny: trzeba zasłużyć na miłość rodziców za wszelka cenę. Ale jak to zrobić, kiedy działa się wbrew sobie, wbrew swoim predyspozycjom i potrzebom? Nigdy nie jest się wystarczająco dobrym. W efekcie zamiast rodzicielskiej akceptacji dziecko odczuwa ich ciągłe rozczarowanie. I staje się rozczarowaniem, przyjmuje je za część swojej tożsamości. Tą tożsamością tworzy potem swoje dorosłe życie.

Z jednej strony taki człowiek oczekuje od życia tego, co zna, czyli rozczarowania sobą; dlatego podświadomie szuka takich doświadczeń, które potwierdzą to przekonanie, że nie jest wystarczająco dobry, nie spełnia czyichś oczekiwań, nie zasługuje na czyjąś uwagę, akceptację, miłość. 

Z drugiej strony – ponieważ głos naszych rodziców staje się naszym wewnętrznym głosem – taki człowiek nieustannie rozczarowuje samego siebie. Dokonuje takich wyborów i podejmuje takie decyzje, które go krzywdzą, podtrzymując przyjęte nieświadomie przekonanie i tworząc samospełniającą się przepowiednię.

Granice ja

Przez pół życia koncentrujemy się na tym, żeby stać się KIMŚ. Zdefiniować się, odkryć swoją tożsamość, znaleźć swoją szufladkę, przez porównywanie się z innymi ustalić, jacy jesteśmy, od „ja zawsze” do „ja nigdy”. 

A kiedy już to wiemy i przetestowaliśmy to tak dobrze, że możemy siebie rozrysować na wykresie, zaczyna się proces odwrotny – odkrywanie, że możemy być WSZYSTKIM. Że granice, które uznaliśmy za własne są umowne, bo zależą od sposobu myślenia, który stale ulega ewolucji. Im bardziej świadomie tę ewolucję wspieramy, tym szersze otwierają się przed nami możliwości.