Tożsamość

Rodzimy się z pewnymi predyspozycjami, a proces wychowania i socjalizacji wymusza na nas rozwijanie pewnych cech i tłumienie innych. Ten unikalny zestaw predyspozycji, mocnych i słabych stron tworzy nasze „ja”, naszą tożsamość. Mówimy o sobie na przykład „jestem odważny i niecierpliwy” tak jak mówimy o kanapie, że jest czerwona – tak jakby to wykluczało inne możliwości, inne nasze cechy czy zachowania. O ile kanapa może być w całości czerwona i tylko czerwona, o tyle każdy odważny człowiek ma w doświadczeniu sytuację, w której stchórzył, a każdy niecierpliwy gdzieś, kiedyś wykazał się cierpliwością.


Nie rodzimy się z określoną tożsamością, nabywamy jej przeglądając się w oczach innych ludzi. To, że tłumimy w sobie pewne cechy, nie oznacza, że jesteśmy ich pozbawieni. Oznacza to tylko tyle, że nie były one przydatne do przeżycia w tym środowisku, w którym dorastaliśmy. Potencjalnie możemy rozwijać każdą cechę, praktycznie jednak rozwijamy te, które świadomie lub nieświadomie nagradzają opiekunowie, które nam się „opłacają”.


Ta wyuczona tożsamość jest jak jedno skrzydło, które każdy z nas dostaje na start od innych. Pozwala nam ono podfruwać od czasu do czasu, jak hodowlanym ptakom. I jak hodowlanego ptaka ta wyuczona tożsamość trzyma nas w swojej klatce, w swoich ograniczeniach, nie pozwalając spełniać marzeń.

Żeby utrzymywać równowagę i móc swobodnie latać tam, gdzie nam dusza podpowie, potrzebujemy drugiego skrzydła. Nie możemy go jednak dostać od innych, musimy je sobie wyhodować sami, świadomie odnajdując w sobie te nieużywane, stłumione cechy, ryzykując zachowania zapisane w naszej pamięci jako nieopłacalne, powodujące dezaprobatę czy odrzucenie rodziców – słowem przekraczając granice swojej tożsamości, rozszerzając ją o to, co z siebie z wyparliśmy w dziecięcym lęku, poświęcając kawałek siebie, żeby nie stracić akceptacji opiekunów.


Egocentryczni potrzebują odkryć w sobie wrażliwość na innych, nadmiernie empatyczni – nauczyć się niezależności od cudzych nastrojów;

odpowiedzialni – doświadczyć ulgi odpuszczenia kontrolowania tego, co jest poza ich kontrolą, nieodpowiedzialni – odkrycia w sobie guzika kontroli nad sobą;

aktywni potrzebują odkryć zalety bierności i odpoczynku, bierni – aktywnego działania i poczucia sprawstwa;

wycofani – asertywności, dominujący – odpuszczania;

kontrolujący swoje emocje – utraty kontroli nad nimi, rozhamowani – kontrolowania się;

niezależni – przyjmowania pomocy, zależni – samodzielności i niezależności;

zaprzątnięci dogadzaniem innym – dogadzania sobie,

dogadzający sobie – zauważania potrzeb innych…


Nie rodzimy się „jacyś”, stajemy się tacy, jakimi nieświadomie rzeźbią nas ludzie, od których zależymy jako dzieci. Jako dorośli możemy sami zdecydować o swojej tożsamości – możemy świadomie zakwestionować założenia o sobie i przekonać się, że stać nas na wszystko: na bycie cierpliwym i niecierpliwym, ładnym i brzydkim, bogatym i biednym, na ryzykowanie i asekurację, na wrażliwość i stawianie granic, na odpowiedzialność i spontaniczność, na dawanie i przyjmowanie, na bycie samemu i z innymi, na przyjemne i nieprzyjemne emocje, na sukcesy i porażki, na stare i nowe, znane i nieznane…


Kiedy odkrywamy w sobie to potencjalne wszystko, uzyskujemy wolność. Po pierwsze wolność wyboru – bo możemy użyć tego, co potrzebujemy, zamiast przymusu używania tego co zawsze. Po drugie, wolność od lęku związanego z ciągłym udowadnianiem innym jakiejś wartościowej części swojej „tożsamości” i ukrywaniem przed nimi innej, wstydliwej jej części.


Lęk każe nam być „czymś”, „kimś”, kosztem naszego samopoczucia. Miłość pozwala nam być wszystkim, doświadczać wszystkiego i wybrać to, z czym czujemy się dobrze.

Kod do zmiany

Kod do przeprogramowania siebie zawsze jest w naszych rękach. To my decydujemy, czy go użyć do stworzenia swojego własnego programu, czy pozwolić działać staremu programowi, czy pozwolić innym ludziom napisać dla nas nowy. 

Im więcej włożymy w to swojego wysiłku, tym bardziej program będzie odpowiadał naszym prawdziwym potrzebom i nas satysfakcjonował; im mniej się zaangażujemy osobiście, tym bardziej będziemy się musieli dostosować do cudzych pomysłów na nasze życie.

Szczerość

Szczerość wcale nie oznacza mówienia wszystkiego, co nam przychodzi do głowy. Ani sprawiania innym przykrości. 

Szczerość to język osoby autentycznej, która niczego nie gra, nie udaje i nie próbuje osiągnąć dla siebie. 

Szczerość to nazywanie rzeczy tak, jak naprawdę je czujemy i jak naprawdę o nich myślimy, bez obrabiania w umysłowym Photoshopie dla osiągnięcia jakiegoś efektu u odbiorcy.

Żeby być szczerym, trzeba być autentycznym, nikogo nie udawać, po prostu być sobą – a to dla wielu ludzi najtrudniejsza i najstraszniejsza rzecz do wykonania. Szczególnie, że wymaga dania takiego samego prawa do autentyczności i szczerości innym ludziom.

Wolność tworzenia

Jako pierwsze informacje, bazowe dane, umysł dziecka zapisuje to, co go otacza. Na podstawie relacji z opiekunami generalizuje wnioski dla relacji z innymi ludźmi, na podstawie ich reakcji i swoich doświadczeń tworzy przekonania o sobie, kobietach, mężczyznach, rodzinie, życiu, świecie. 

Im bardziej te dane są niespójne (pochodzące z odmiennych postaw obojga rodziców lub silnego wewnętrznego konfliktu jednego/każdego opiekuna), tym większy tworzy się wewnętrzny konflikt u dziecka. Innymi słowy – im bardziej rodzice czy opiekunowie są spolaryzowani, różni, tym trudniej jest umysłowi dziecka ujednolicić dane. Schemat jednego rodzica staje się dominujący, ale „awaryjnie” zostaje zachowany także schemat drugiego rodzica. Umysł dziecka próbuje zamknąć dwie znane przeciwstawne postawy w jednym własnym schemacie, tworząc wyrachowanego idealistę, naiwnego manipulanta, dobrotliwego egocentryka, silną ofiarę, nadwrażliwego oprawcę, poświęcającego się narcyza, zalęknionego krzykacza, płaczliwego intelektualistę, bezradnego agresora, oschłego opiekuna…

To, że możemy odgrywać skrajnie różne rodzicielskie role na własny sposób świadczy o tym, że mamy znacznie większy potencjał do wykorzystania niż nam się wydaje, kiedy określamy swoją tożsamość (jestem odważny, niecierpliwy, wesoły…). Haczyk polega na tym, że ten potencjał staje się dla nas dostępny, kiedy przestajemy kopiować, a zaczynamy tworzyć; kiedy uświadamiamy sobie, że może i najczęściej jesteśmy odważni, ale są sprawy, w których tchórzymy; może zazwyczaj jesteśmy cierpliwi, ale są sytuacje, kiedy nie mamy cierpliwości za grosz, że jesteśmy przeważnie radośni, ale przecież doskonale znamy smutek… Kiedy uświadamiamy sobie, że żadna nabyta tożsamość nas nie ogranicza i choć dostaliśmy schematy od opiekunów jak gotowe zestawy klocków Lego, to ani jeden z nich nie musi być tym stale odtwarzanym ulubionym, ani wszystkie razem nie muszą nas ograniczać do budowania tego samego w kółko. Kiedy rozbijamy znane struktury rodzicielskich schematów na najmniejsze części (jak zestawy Lego na pojedyncze klocki) i z nich zaczynamy budować po swojemu. Bez instrukcji, z której zawsze powstaje to samo; z wyobraźni, która pozwala nam tworzyć wciąż na nowo, zgodnie z naszymi potrzebami.

Rozszczepienie

Rodzice czy opiekunowie dziecka reagują aprobatą lub dezaprobatą na jego zachowanie. W odpowiedzi na te informacje umysł dziecka tworzy niespójną tożsamość – to, co jest nagradzane staje się mocną częścią, to, co krytykowane, ganione – słabą częścią dziecięcego „ja”. Umysł generalizuje, więc zazwyczaj ta „moc” lub „słabość” z czasem zaczyna dotyczyć całego obszaru: fizyczności, intelektu, emocjonalności lub duchowości.

Późniejsze negatywne przekonania o sobie są absorbowane przez dwie różne części „ja”, tę słabą i tę mocną. Słaba się poddaje, odbijając negatywne przekonanie w dwójnasób; mocna próbuje je zwalczyć z podwójną siłą. Jedna jest jak rozhisteryzowane dziecko, druga jak zawodnik sportów ekstremalnych. Jedna umiera bez powodu, druga wierzy, że jest nieśmiertelna, choć zmierza ku samozniszczeniu. 

Jeśli jako dorośli uznamy dawne niewyrażone emocje swojej słabej części i odetniemy napęd swojej mocnej części, to jedna z nich dorośnie, a druga się zatrzyma; w ten sposób obie pierwotnie podzielone części „ja” spotkają się w środku, tworząc spójne, prawdziwe „ja”.

Medium

Fizyczność i intelekt to domeny umysłu, który bazuje na zdobytym doświadczeniu i wiedzy; emocjonalność i duchowość to sfery czucia, które są w nas zaprogramowane niezależnie od doświadczenia, jak instynkt, jak łącznik z siłą wyższą.

Dopóki identyfikujemy się na zmianę z automatycznym umysłem i falami skumulowanych emocji, dopóty przełączamy się z materialnego wymiaru rzeczywistości na duchowy, jakbyśmy nadawali na dwóch różnych kanałach radia czy telewizji. Zazwyczaj jednej z tych części używamy nadmiarowo (z rozmachem, który w końcu uderza w nas samych), a drugiej sporadycznie (lękowo, odczuwając w jej obszarze niedostatek).

Im bardziej jednak wzrasta świadomość (która używa emocji jako informacji, a umysłu jako narzędzia do ich odczytania), tym bardziej zaczynamy istnieć jednocześnie we wszystkich wymiarach rzeczywistości, bez włączania i wyłączania kawałka siebie, bez wewnętrznych podziałów. Wyrażamy wtedy pełnię siebie, pozwalamy części duchowej uzewnętrznić się w sposób materialny; nadajemy energii miłości fizyczny kształt; stajemy się pośrednikiem – twórczym ogniwem łączącym „niebo” i „ziemię”, Wszechświat i codzienną rzeczywistość, Boga i ludzi, świat ducha i świat materii.

Tożsamość

Umysł ludzki działa jak algorytm komputerowy. Nowe sytuacje służą do tworzenia zasad; to, co zdarza się często, dostaje priorytet; to, co budzi silne emocje, zostaje nimi oflagowane – i program do automatycznego zarządzania człowiekiem gotowy. 

W ten sam sposób tworzy się nasze przekonanie o tym, kim jesteśmy, jacy jesteśmy. W dzieciństwie to nasze zachowanie, które wzbudzi uznanie dorosłych zostaje oflagowane pozytywną emocją i dostaje priorytet – powtarzamy je i staje się naszą mocną stroną. To nasze zachowanie, które wzbudzi dezaprobatę naszych autorytetów, zostaje oflagowane negatywna emocją i unikamy jego powtarzania, staje się naszą słabą stroną.

W ten sposób nabieramy przekonania, że jesteśmy „jacyś”, możemy podać swoją charakterystykę, czyli zestaw swoich zalet i wad. Rzecz w tym, że nasz „kształt” psychiczny działa na takich samych zasadach jak ten fizyczny – co trenujemy, to rośnie w siłę, co odpuszczamy, to marnieje, przy czym nasz wyjściowy potencjał pozostaje ten sam. Ktoś mówi: „jestem odważny”, jakby nigdy nie stchórzył przed niczym; „jestem ładna” – jakby nigdy nie wyglądała źle; „jestem nieśmiały”, jakby nigdy na nikogo nie podniósł głosu; „jestem głupia” – jakby nie było rzeczy, którą wie. Każde takie twierdzenie brzmi jak „zawsze”, ale naprawdę oznacza tylko „najczęściej”. A to znaczy, że istnieje też ten drugi koniec, tylko znacznie rzadziej używany. Ilekroć etykietujemy siebie w jakikolwiek sposób, nasz umysł przeżywa konflikt, bo ma dane, że nie jest to w 100% prawdziwe. Zamiast więc mówić „jestem tchórzem”, można powiedzieć „w tej sytuacji stchórzyłem”. Zamiast mówić „jestem nieśmiały”, można powiedzieć sobie „w tej sytuacji trudno mi się odezwać”. Dlaczego to takie ważne? 

Po pierwsze dlatego, że to po prostu prawda: zachowujemy się różnie, a etykietki nas ograniczają, powodują, że korzystamy ze swojego potencjału wybiórczo. 

Po drugie dlatego, że umysł działa na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. Jeżeli wierzymy, że jesteśmy głupi czy źli, podświadomie czekamy, że życie nam to potwierdzi, takie przyciągamy do siebie sytuacje, takich ludzi. Jeżeli wierzymy, że jesteśmy mądrzy czy piękni, też tego oczekujemy, i stajemy się zależni od publiki, od uznania i adoracji innych ludzi, którzy mają podtrzymywać tę etykietkę. Jeżeli wierzymy, że jesteśmy silni, potrzebujemy ciężarów, żeby karmić to przekonanie. Jeżeli wierzymy, że jesteśmy zaradni, potrzebujemy trudnych sytuacji. Jeżeli wierzymy, że jesteśmy cierpliwi, prosimy los test dla swojej wytrzymałości…

Kiedy myślimy, że jesteśmy „jacyś”, utożsamiamy się z kawałkiem siebie niczym tylko z ręką albo tylko z nogą. Jesteśmy potencjalnie wszystkim, a jakie wybierzemy zachowanie tu i teraz ani nie jest zdeterminowane przez nasze geny czy przeszłość, ani nie zamyka na nam innych możliwości zachowania się w przyszłości. Zamyka je nam tylko sposób myślenia o sobie, wewnętrzny przymus do wypełnianie zestawu swoich etykietek, do tworzenia swojego wizerunku.

Samoocena

Wszystko, co robimy – od sposobu ubierania się, jedzenia, wydawania pieniędzy, spędzania czasu wolnego po sposób traktowania innych ludzi – odzwierciedla nasz sposób myślenia o sobie na najgłębszym poziomie: kim jesteśmy, na co zasługujemy. Gdyby wychowały nas wilki, myślelibyśmy, że jesteśmy wilkami, zachowywalibyśmy się jak wilki i chcielibyśmy dla siebie tego, czego chcą wilki – to nie przypuszczenie, to fakt, można znaleźć wiele prawdziwych przypadków ludzkich dzieci, które straciły opiekunów i wychowały się wśród zwierząt, utożsamiając się z nimi.

Nasze doświadczenie kształtuje nasze myślenie, ale to nie znaczy, że zmienia naszą tożsamość. Niemniej jeśli siebie widzimy przez brudne okulary, tak samo widzimy innych – wybieramy partnerów, którzy w naszym mniemaniu mają to, czego my nie mamy i chcemy, żeby nas „skompletowali”, tworząc z nimi uzależniające i unieszczęśliwiające związki; dajemy dzieciom nie to, czego potrzebują, a to, czego sami nie dostaliśmy; używamy innych ludzi jak przedmiotów do podniesienia swojego poczucia wartości, nie troszcząc się o ich uczucia – zabierając sobie szansę na prawdziwe, głębokie, satysfakcjonujące i rozwijające relacje z innymi. Innymi słowy – nie możemy dać innym tego, czego nie mamy: nie kochając siebie, krzywdzimy tych, których chcemy kochać.

Gdziekolwiek w obrazie siebie mamy wątpliwość co do własnej wartości, mamy tendencję do zaniżania swoich wymagań w tym obszarze, blokujemy to, co naprawdę moglibyśmy dostać – a kiedy niewiele nam się udaje, odbieramy to jako dowód na to, że niewiele jesteśmy warci, na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. To tak, jakbyśmy zamienili swoją samoocenę na pieniądze i próbowali oszacować, na co nas stać, jak bardzo musimy limitować sobie to, czego potrzebujemy, żeby przeżyć – wtedy inni ludzie są jak towar, są oceniani, wyceniani, porównywani i kupowani – w każdej chwili do wymiany, jak tylko znajdzie się coś lepszego za niższą cenę. To jest najsilniejszy sygnał o stanie naszej samooceny – bo jeśli kogoś potrzebujemy, to nasza miłość własna jest w potrzebie i nie ma mowy o prawdziwej bezwarunkowej miłości w tej relacji, jest tylko wymiana usług; jeśli kogoś kochamy, to tej miłości nikt inny kupić nie może – ona jest, bo chce być, choć nie musi.

W rzeczywistości mamy nie to, na co zasługujemy, bo jesteśmy tacy czy inni, ale dostajemy to, po co odważymy się sięgnąć, mając nieograniczony potencjał. Jedynie brak wiary w ten potencjał nas ogranicza – ale żeby zacząć w niego wierzyć, musimy podważyć to, co o sobie wiemy, to, jak zdefiniowaliśmy się na podstawie naszego wyrywkowego i losowego dotychczasowego doświadczenia.

Dolina Charlotty

Szczęście splątane z krzywdą

Dziecko, które podporządkowuje się autorytetowi dorosłych wbrew temu, co czuje, ulega przekonaniu, że żeby zdobyć miłość, bliskość i akceptację, musi zrezygnować z siebie.

Nieświadomie tworzy w swoim umyśle zgeneralizowane fałszywe założenie: „żeby być szczęśliwym, trzeba pozwolić na krzywdę”. 

To przekonanie manifestuje się później jako podporządkowanie innym ludziom wbrew swoim potrzebom, niesienie pomocy czy uszczęśliwianie innych swoim kosztem, przymus zadowalania (dbania o samopoczucie) innych z pominięciem siebie, poświęcania swojego wolnego czasu sprawom i potrzebom innych itp. Często pojawia się także uzależnienie od używek i substancji psychoaktywnych, które dosłownie chwilowo uszczęśliwiają, w konsekwencji krzywdząc.

Wzorcowa relacja

Rodzaj i jakość relacji z rodzicami lub pierwszymi opiekunami decyduje o tym, jakie definicje miłości, bliskości i akceptacji zostają zapisane w naszych umysłach.

Postawa rodziców staje się wzorcem miłości – umysł zapisuje jako standard, czy miłość jest stała czy zmienna, życzliwa czy surowa, wspierająca czy wymagająca, nagradzająca czy karząca. Tak też powstaje indywidualne wyobrażenie Boga, siły wyższej.

Rodzaj bliskości, jaki oferują dziecku rodzice, staje się wzorcem w poszukiwaniach bliskości z innymi ludźmi. Czy polega na łączności fizycznej, intelektualnej, emocjonalnej czy duchowej; jak można ją kontrolować – zapracowaniem na nią, przekupieniem jej, udawaniem czegoś lub kogoś, zmuszeniem do opiekowania się sobą…? Przekonania na ten temat tworzą nasze relacje z innymi ludźmi.

Akceptacja okazywana dziecku przez rodziców staje się z kolei wzorcem dla tożsamości dziecka, dla jego obrazu siebie. Im bardziej rodzice obdarzają dziecko swoim zainteresowaniem i aprobatą wtedy, kiedy jest „właściwe” (grzeczne, ładne, mądre czy zabawne), a odrzucają wtedy, kiedy nie spełnia tych warunków, tym większy wewnętrzny podział i konflikt powstaje w obrazie „ja” u dziecka. Sprzeczne przekonania na swój temat sprawiają, że nadmiarowo rozwijamy jedną część siebie, a wstydzimy się innej, co staje się specyficznym filtrem zniekształcającym obraz rzeczywistości i wpływającym na wszystkie podejmowane decyzje.

Wzorce obrazu siebie, bliskości i miłości zapisane automatycznie w naszej podświadomości nie muszą definiować naszego życia na zawsze. Kiedy je sobie uświadomimy, możemy je zweryfikować zgodnie z własną wolą.