Klatka

Sposób wychowania nas przez naszych rodziców powoduje, że zostajemy wtłoczeni w pewną rolę – poruszamy się w niej jak w klatce, nigdy nie przekraczając pewnych granic. Nawet wtedy, kiedy stajemy się dorośli, nadal automatycznie przestrzegamy limitów wyznaczonych przez pręty klatki, choć samej klatki już nie ma – jak olbrzymie słonie w Indiach przywiązane sznurkiem do palika nie próbują się uwolnić, bo pamiętają, że jak były małe i mocno przywiązane do drzewa, to nic to nie dawało.

Kiedy decydujemy się wbrew swoim lękom zrobić to, do czego nie byliśmy zdolni wobec rodziców, i dać sobie to, czego od nich nie dostaliśmy, sami na nowo definiujemy siebie i swoje możliwości.

Scalanie

Kiedy rodzice próbują pocieszyć małe dziecko przez zaprzeczanie jego uczuciom („nie płacz, nic się nie stało”) albo próbują je zmotywować wbrew temu, co czuje („wytrzymasz, to nic takiego”), dziecko nie tylko czuje się niezrozumiane, ale także zaczyna wierzyć, że jego uczucia są niewłaściwe, nieodpowiednie, po prostu złe. Chce być kochane, akceptowane, więc stara się być takie, jakim chcą je widzieć jego autorytety, ale emocje nie dają się ani zagłuszyć, ani stłumić, ani odciąć.
Powstaje permanentny wewnętrzny konflikt między emocjami a umysłem, czuciem a logiką. Permanentny – bo nie tylko trwający dalej w dorosłym życiu, ale nierozwiązywalny: niezależnie czy utożsamimy się z jednym czy z drugim, zawsze walczymy z jakąś częścią siebie. Takiej walki nie da się wygrać. Im bardziej boimy się jakiegoś kawałka siebie, tym bardziej to coś nas ściga. Im bardziej z tym walczymy, tym staje się silniejsze.


Możemy rozwiązać ten konflikt tylko w jeden sposób – akceptując w sobie wszystko, stając się tym, przed czym uciekamy i z czym walczymy; akceptując wszystkie pojawiające się emocje jako informacje, nie jako definicję siebie, bo definiują nas nasze wybory, nie emocje. Akceptacja oznacza, że się nie boimy – że zrozumieliśmy, że tak jak nasza lewa ręka nie może nas zdradziecko i niespodziewanie udusić we śnie bez naszej zgody, bo nie jest odrębnym bytem, tak samo emocje, które wirtualnie odcięliśmy od siebie i uczyniliśmy swoim wrogiem są częścią nas i bez naszej zgody nie mają nad nami żadnej władzy.
Wewnętrzny konflikt pomiędzy emocjami a umysłem jak hologram wyświetla się na zewnątrz w postaci myślenia w kategorii „my i oni”, walczenia z czymś na zewnątrz na podobieństwo walki toczonej wewnątrz. Wrogiem może stać się każdy, a pretekstem cokolwiek: ubiór, rasa, poglądy, orientacja seksualna, narodowość, przynależność do jakiejś konkretnej partii czy kibicowanie jakiejś konkretnej drużynie sportowej, „niewłaściwa” mina, fryzura, gest czy słowo. Uleczenie konfliktu wewnątrz siebie powoduje zniknięcie przymusu walczenia z czymkolwiek na zewnątrz siebie; agresja przeradza się we współpracę, kompletne „ja” automatycznie przeradza się w „my”.


Jest taki cudowny wytrych wychowawczy, który zapobiega powstawaniu w małym człowieku rozłamu pomiędzy emocjami a logiką. Jest to zarazem uniwersalne narzędzie komunikacyjne leczące ten rozłam u dorosłych. Polega na tym, że zanim odwołujemy się do logiki i działania, najpierw używamy empatii, wykazujemy zrozumienie stanu emocjonalnego drugiej osoby („widzę, że jesteś zdenerwowany”, „rozumiem, że ci przykro z tego powodu”, „mam wrażenie, że jesteś smutna”). Nazywając cudze emocje (szczególnie dziecka, które nie potrafi jeszcze tego zrobić samo), pokazujemy drugiej osobie, że ją rozumiemy. Tylko wtedy otworzy nam drzwi do swojego świata, usłyszy i weźmie pod uwagę nasze logiczne argumenty. Szczególnie jeśli na koniec okażemy gotowość wsparcia.


Mówiąc do kogoś: „musisz tak zrobić, bo inaczej konsekwencje będą poważne”, kontaktujemy się tylko z jego umysłem i nasilamy jego wewnętrzny konflikt z emocjami, które mu mówią, że wcale nie ma ochoty tego zrobić, że się boi – więc będzie atakować, szukać kontrargumentów lub wymówek i zachowywać się nieracjonalnie. Mówiąc: „rozumiem, że się boisz, ale uważam, że jeśli tego nie zrobisz, konsekwencje będą poważne”, kontaktujemy się z drugą osobą emocjonalnie i intelektualnie; sprawiamy, że czuje się rozumiana, więc bierze poradę pod rozwagę. Zamiast walczyć ze swoim lękiem i osobą, która stara się pomóc, skupia się na racjonalnej ocenie sytuacji i szukaniu rozwiązania.Mówiąc: „rozumiem, że się boisz, ale uważam, że jeśli tego nie zrobisz, konsekwencje będą poważne. Jeśli mogę ci jakoś pomóc, daj znać” – sprawiamy, że ten ktoś czuje się zrozumiany i obdarzony wsparciem. „My” z zewnątrz scala jego „ja” wewnątrz.


Krótko mówiąc, żeby mieć raj na zewnątrz, trzeba go najpierw stworzyć wewnątrz siebie; żeby pomóc komuś się scalić, trzeba samemu być scalonym.

Noworoczne postanowienia

Im bardziej utożsamiamy się z „ja” zapisanym przez innych ludzi w naszym umyśle, tym bardziej skupiamy się na tym, co jest nie tak w naszym życiu, na znajdowaniu braków i problemów. Im bardziej utożsamimy się z „ja” naturalnym reprezentowanym przez duszę, tym bardziej skupiamy się na tym, co dobre; na wdzięczności i cieszeniu się życiem.

Stąd też postanowienia noworoczne mogą nam służyć albo szkodzić 🙃
Powiedzmy, że źle się czujemy z jakimś uzależnieniem, chcielibyśmy się go pozbyć. Zazwyczaj postanawiamy „w tym roku zwalczę ten nałóg”, a to tak, jakbyśmy prosili Wszechświat, żeby podsuwał nam broń do tej walki i sposoby, żeby trwała, skoro walka jest naszym życzeniem…🤷‍♀️Możemy postanowić „muszę się wziąć za siebie i przestać (palić, pić, objadać się, tracić pieniądze na głupoty – wstaw dowolne 😉)”. Wtedy w praktyce będziemy sabotować sami siebie, ponieważ nasza podświadomość będzie walczyła ze słowem „muszę” stworzonym przez zsocjalizowany umysł – nic nie musimy, a podświadomość to wie i bez wątpienia nam to udowodni 😬Jeśli stwierdzimy „potrzebuję się uwolnić od nałogu, przeszkadza mi, nie pasuje do mnie, chcę być wolna/y”, Wszechświat podpowie nam jak to zrobić. 👍


Sposób, w jaki wyrażamy życzenie, wyraża naszą prawdziwą intencję, i na tę intencję odpowiada Życie. Jeśli życzenie wynika z przymusu dostosowania się do kogoś lub czegoś, jakiejś wizji siebie, która ma spełnić zewnętrzne oczekiwania, to właśnie dostaniemy – większą zależność, mocniejsze uzależnienie. Jeśli życzenie wynika z autentycznej troski o siebie, to właśnie to dostaniemy – Wszechświat się o nas zatroszczy.


Każdy z nas jest swoim dżinem z butelki spełniającym życzenia, musimy tylko nauczyć się formułować je tak, żeby uszczęśliwiły nas naprawdę zamiast kreować obrazki z reklam, filmów czy książek, które POWINNY nas uszczęśliwić. 🧞

Może więc w miejsce „do lata muszę schudnąć”, „będę biegać dwa razy w tygodniu”, „powinienem rzucić palenie”, „muszę pamiętać, żeby więcej odpoczywać” poprośmy Wszechświat o więcej tego, co sprawia nam radość, z czym czujemy się dobrze…?


Tożsamość

Rodzimy się z pewnymi predyspozycjami, a proces wychowania i socjalizacji wymusza na nas rozwijanie pewnych cech i tłumienie innych. Ten unikalny zestaw predyspozycji, mocnych i słabych stron tworzy nasze „ja”, naszą tożsamość. Mówimy o sobie na przykład „jestem odważny i niecierpliwy” tak jak mówimy o kanapie, że jest czerwona – tak jakby to wykluczało inne możliwości, inne nasze cechy czy zachowania. O ile kanapa może być w całości czerwona i tylko czerwona, o tyle każdy odważny człowiek ma w doświadczeniu sytuację, w której stchórzył, a każdy niecierpliwy gdzieś, kiedyś wykazał się cierpliwością.


Nie rodzimy się z określoną tożsamością, nabywamy jej przeglądając się w oczach innych ludzi. To, że tłumimy w sobie pewne cechy, nie oznacza, że jesteśmy ich pozbawieni. Oznacza to tylko tyle, że nie były one przydatne do przeżycia w tym środowisku, w którym dorastaliśmy. Potencjalnie możemy rozwijać każdą cechę, praktycznie jednak rozwijamy te, które świadomie lub nieświadomie nagradzają opiekunowie, które nam się „opłacają”.


Ta wyuczona tożsamość jest jak jedno skrzydło, które każdy z nas dostaje na start od innych. Pozwala nam ono podfruwać od czasu do czasu, jak hodowlanym ptakom. I jak hodowlanego ptaka ta wyuczona tożsamość trzyma nas w swojej klatce, w swoich ograniczeniach, nie pozwalając spełniać marzeń.

Żeby utrzymywać równowagę i móc swobodnie latać tam, gdzie nam dusza podpowie, potrzebujemy drugiego skrzydła. Nie możemy go jednak dostać od innych, musimy je sobie wyhodować sami, świadomie odnajdując w sobie te nieużywane, stłumione cechy, ryzykując zachowania zapisane w naszej pamięci jako nieopłacalne, powodujące dezaprobatę czy odrzucenie rodziców – słowem przekraczając granice swojej tożsamości, rozszerzając ją o to, co z siebie z wyparliśmy w dziecięcym lęku, poświęcając kawałek siebie, żeby nie stracić akceptacji opiekunów.


Egocentryczni potrzebują odkryć w sobie wrażliwość na innych, nadmiernie empatyczni – nauczyć się niezależności od cudzych nastrojów;

odpowiedzialni – doświadczyć ulgi odpuszczenia kontrolowania tego, co jest poza ich kontrolą, nieodpowiedzialni – odkrycia w sobie guzika kontroli nad sobą;

aktywni potrzebują odkryć zalety bierności i odpoczynku, bierni – aktywnego działania i poczucia sprawstwa;

wycofani – asertywności, dominujący – odpuszczania;

kontrolujący swoje emocje – utraty kontroli nad nimi, rozhamowani – kontrolowania się;

niezależni – przyjmowania pomocy, zależni – samodzielności i niezależności;

zaprzątnięci dogadzaniem innym – dogadzania sobie,

dogadzający sobie – zauważania potrzeb innych…


Nie rodzimy się „jacyś”, stajemy się tacy, jakimi nieświadomie rzeźbią nas ludzie, od których zależymy jako dzieci. Jako dorośli możemy sami zdecydować o swojej tożsamości – możemy świadomie zakwestionować założenia o sobie i przekonać się, że stać nas na wszystko: na bycie cierpliwym i niecierpliwym, ładnym i brzydkim, bogatym i biednym, na ryzykowanie i asekurację, na wrażliwość i stawianie granic, na odpowiedzialność i spontaniczność, na dawanie i przyjmowanie, na bycie samemu i z innymi, na przyjemne i nieprzyjemne emocje, na sukcesy i porażki, na stare i nowe, znane i nieznane…


Kiedy odkrywamy w sobie to potencjalne wszystko, uzyskujemy wolność. Po pierwsze wolność wyboru – bo możemy użyć tego, co potrzebujemy, zamiast przymusu używania tego co zawsze. Po drugie, wolność od lęku związanego z ciągłym udowadnianiem innym jakiejś wartościowej części swojej „tożsamości” i ukrywaniem przed nimi innej, wstydliwej jej części.


Lęk każe nam być „czymś”, „kimś”, kosztem naszego samopoczucia. Miłość pozwala nam być wszystkim, doświadczać wszystkiego i wybrać to, z czym czujemy się dobrze.

Kod do zmiany

Kod do przeprogramowania siebie zawsze jest w naszych rękach. To my decydujemy, czy go użyć do stworzenia swojego własnego programu, czy pozwolić działać staremu programowi, czy pozwolić innym ludziom napisać dla nas nowy. 

Im więcej włożymy w to swojego wysiłku, tym bardziej program będzie odpowiadał naszym prawdziwym potrzebom i nas satysfakcjonował; im mniej się zaangażujemy osobiście, tym bardziej będziemy się musieli dostosować do cudzych pomysłów na nasze życie.

Szczerość

Szczerość wcale nie oznacza mówienia wszystkiego, co nam przychodzi do głowy. Ani sprawiania innym przykrości. 

Szczerość to język osoby autentycznej, która niczego nie gra, nie udaje i nie próbuje osiągnąć dla siebie. 

Szczerość to nazywanie rzeczy tak, jak naprawdę je czujemy i jak naprawdę o nich myślimy, bez obrabiania w umysłowym Photoshopie dla osiągnięcia jakiegoś efektu u odbiorcy.

Żeby być szczerym, trzeba być autentycznym, nikogo nie udawać, po prostu być sobą – a to dla wielu ludzi najtrudniejsza i najstraszniejsza rzecz do wykonania. Szczególnie, że wymaga dania takiego samego prawa do autentyczności i szczerości innym ludziom.

Wolność tworzenia

Jako pierwsze informacje, bazowe dane, umysł dziecka zapisuje to, co go otacza. Na podstawie relacji z opiekunami generalizuje wnioski dla relacji z innymi ludźmi, na podstawie ich reakcji i swoich doświadczeń tworzy przekonania o sobie, kobietach, mężczyznach, rodzinie, życiu, świecie. 

Im bardziej te dane są niespójne (pochodzące z odmiennych postaw obojga rodziców lub silnego wewnętrznego konfliktu jednego/każdego opiekuna), tym większy tworzy się wewnętrzny konflikt u dziecka. Innymi słowy – im bardziej rodzice czy opiekunowie są spolaryzowani, różni, tym trudniej jest umysłowi dziecka ujednolicić dane. Schemat jednego rodzica staje się dominujący, ale „awaryjnie” zostaje zachowany także schemat drugiego rodzica. Umysł dziecka próbuje zamknąć dwie znane przeciwstawne postawy w jednym własnym schemacie, tworząc wyrachowanego idealistę, naiwnego manipulanta, dobrotliwego egocentryka, silną ofiarę, nadwrażliwego oprawcę, poświęcającego się narcyza, zalęknionego krzykacza, płaczliwego intelektualistę, bezradnego agresora, oschłego opiekuna…

To, że możemy odgrywać skrajnie różne rodzicielskie role na własny sposób świadczy o tym, że mamy znacznie większy potencjał do wykorzystania niż nam się wydaje, kiedy określamy swoją tożsamość (jestem odważny, niecierpliwy, wesoły…). Haczyk polega na tym, że ten potencjał staje się dla nas dostępny, kiedy przestajemy kopiować, a zaczynamy tworzyć; kiedy uświadamiamy sobie, że może i najczęściej jesteśmy odważni, ale są sprawy, w których tchórzymy; może zazwyczaj jesteśmy cierpliwi, ale są sytuacje, kiedy nie mamy cierpliwości za grosz, że jesteśmy przeważnie radośni, ale przecież doskonale znamy smutek… Kiedy uświadamiamy sobie, że żadna nabyta tożsamość nas nie ogranicza i choć dostaliśmy schematy od opiekunów jak gotowe zestawy klocków Lego, to ani jeden z nich nie musi być tym stale odtwarzanym ulubionym, ani wszystkie razem nie muszą nas ograniczać do budowania tego samego w kółko. Kiedy rozbijamy znane struktury rodzicielskich schematów na najmniejsze części (jak zestawy Lego na pojedyncze klocki) i z nich zaczynamy budować po swojemu. Bez instrukcji, z której zawsze powstaje to samo; z wyobraźni, która pozwala nam tworzyć wciąż na nowo, zgodnie z naszymi potrzebami.

Rozszczepienie

Rodzice czy opiekunowie dziecka reagują aprobatą lub dezaprobatą na jego zachowanie. W odpowiedzi na te informacje umysł dziecka tworzy niespójną tożsamość – to, co jest nagradzane staje się mocną częścią, to, co krytykowane, ganione – słabą częścią dziecięcego „ja”. Umysł generalizuje, więc zazwyczaj ta „moc” lub „słabość” z czasem zaczyna dotyczyć całego obszaru: fizyczności, intelektu, emocjonalności lub duchowości.

Późniejsze negatywne przekonania o sobie są absorbowane przez dwie różne części „ja”, tę słabą i tę mocną. Słaba się poddaje, odbijając negatywne przekonanie w dwójnasób; mocna próbuje je zwalczyć z podwójną siłą. Jedna jest jak rozhisteryzowane dziecko, druga jak zawodnik sportów ekstremalnych. Jedna umiera bez powodu, druga wierzy, że jest nieśmiertelna, choć zmierza ku samozniszczeniu. 

Jeśli jako dorośli uznamy dawne niewyrażone emocje swojej słabej części i odetniemy napęd swojej mocnej części, to jedna z nich dorośnie, a druga się zatrzyma; w ten sposób obie pierwotnie podzielone części „ja” spotkają się w środku, tworząc spójne, prawdziwe „ja”.

Medium

Fizyczność i intelekt to domeny umysłu, który bazuje na zdobytym doświadczeniu i wiedzy; emocjonalność i duchowość to sfery czucia, które są w nas zaprogramowane niezależnie od doświadczenia, jak instynkt, jak łącznik z siłą wyższą.

Dopóki identyfikujemy się na zmianę z automatycznym umysłem i falami skumulowanych emocji, dopóty przełączamy się z materialnego wymiaru rzeczywistości na duchowy, jakbyśmy nadawali na dwóch różnych kanałach radia czy telewizji. Zazwyczaj jednej z tych części używamy nadmiarowo (z rozmachem, który w końcu uderza w nas samych), a drugiej sporadycznie (lękowo, odczuwając w jej obszarze niedostatek).

Im bardziej jednak wzrasta świadomość (która używa emocji jako informacji, a umysłu jako narzędzia do ich odczytania), tym bardziej zaczynamy istnieć jednocześnie we wszystkich wymiarach rzeczywistości, bez włączania i wyłączania kawałka siebie, bez wewnętrznych podziałów. Wyrażamy wtedy pełnię siebie, pozwalamy części duchowej uzewnętrznić się w sposób materialny; nadajemy energii miłości fizyczny kształt; stajemy się pośrednikiem – twórczym ogniwem łączącym „niebo” i „ziemię”, Wszechświat i codzienną rzeczywistość, Boga i ludzi, świat ducha i świat materii.

Tożsamość

Umysł ludzki działa jak algorytm komputerowy. Nowe sytuacje służą do tworzenia zasad; to, co zdarza się często, dostaje priorytet; to, co budzi silne emocje, zostaje nimi oflagowane – i program do automatycznego zarządzania człowiekiem gotowy. 

W ten sam sposób tworzy się nasze przekonanie o tym, kim jesteśmy, jacy jesteśmy. W dzieciństwie to nasze zachowanie, które wzbudzi uznanie dorosłych zostaje oflagowane pozytywną emocją i dostaje priorytet – powtarzamy je i staje się naszą mocną stroną. To nasze zachowanie, które wzbudzi dezaprobatę naszych autorytetów, zostaje oflagowane negatywna emocją i unikamy jego powtarzania, staje się naszą słabą stroną.

W ten sposób nabieramy przekonania, że jesteśmy „jacyś”, możemy podać swoją charakterystykę, czyli zestaw swoich zalet i wad. Rzecz w tym, że nasz „kształt” psychiczny działa na takich samych zasadach jak ten fizyczny – co trenujemy, to rośnie w siłę, co odpuszczamy, to marnieje, przy czym nasz wyjściowy potencjał pozostaje ten sam. Ktoś mówi: „jestem odważny”, jakby nigdy nie stchórzył przed niczym; „jestem ładna” – jakby nigdy nie wyglądała źle; „jestem nieśmiały”, jakby nigdy na nikogo nie podniósł głosu; „jestem głupia” – jakby nie było rzeczy, którą wie. Każde takie twierdzenie brzmi jak „zawsze”, ale naprawdę oznacza tylko „najczęściej”. A to znaczy, że istnieje też ten drugi koniec, tylko znacznie rzadziej używany. Ilekroć etykietujemy siebie w jakikolwiek sposób, nasz umysł przeżywa konflikt, bo ma dane, że nie jest to w 100% prawdziwe. Zamiast więc mówić „jestem tchórzem”, można powiedzieć „w tej sytuacji stchórzyłem”. Zamiast mówić „jestem nieśmiały”, można powiedzieć sobie „w tej sytuacji trudno mi się odezwać”. Dlaczego to takie ważne? 

Po pierwsze dlatego, że to po prostu prawda: zachowujemy się różnie, a etykietki nas ograniczają, powodują, że korzystamy ze swojego potencjału wybiórczo. 

Po drugie dlatego, że umysł działa na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. Jeżeli wierzymy, że jesteśmy głupi czy źli, podświadomie czekamy, że życie nam to potwierdzi, takie przyciągamy do siebie sytuacje, takich ludzi. Jeżeli wierzymy, że jesteśmy mądrzy czy piękni, też tego oczekujemy, i stajemy się zależni od publiki, od uznania i adoracji innych ludzi, którzy mają podtrzymywać tę etykietkę. Jeżeli wierzymy, że jesteśmy silni, potrzebujemy ciężarów, żeby karmić to przekonanie. Jeżeli wierzymy, że jesteśmy zaradni, potrzebujemy trudnych sytuacji. Jeżeli wierzymy, że jesteśmy cierpliwi, prosimy los test dla swojej wytrzymałości…

Kiedy myślimy, że jesteśmy „jacyś”, utożsamiamy się z kawałkiem siebie niczym tylko z ręką albo tylko z nogą. Jesteśmy potencjalnie wszystkim, a jakie wybierzemy zachowanie tu i teraz ani nie jest zdeterminowane przez nasze geny czy przeszłość, ani nie zamyka na nam innych możliwości zachowania się w przyszłości. Zamyka je nam tylko sposób myślenia o sobie, wewnętrzny przymus do wypełnianie zestawu swoich etykietek, do tworzenia swojego wizerunku.