O pozytywnym myśleniu

Pozytywne myślenie nie oznacza udawania, że rzeczywistość spełnia nasze marzenia, że niczego nam nie brakuje ani nic nam nie grozi. Ignorowanie swoich prawdziwych uczuć prowadzi do ich skumulowania i eksplozji i nie jest niczym pozytywnym.

Pozytywne myślenie oznacza rozpoznanie pozytywnych i negatywnych stron tego co jest i świadome skupienie się na tych pierwszych, zgodnie z zasadą, że co karmimy swoją energią, to rośnie.

A gdyby tak…?

Ciało jest naszym pojazdem do podróżowania przez życie. Jeżeli zanadto skupimy się na jego wyglądzie, a zapomnimy o przeglądach technicznych, to możemy utknąć podczas swojej podróży. Tym bardziej, jeśli nie dbamy o niego wcale, a mocno wykorzystujemy. 

Umysł jest naszą nawigacją. Wgrane dane mają nas przeprowadzić jak najsprawniej z jednego punktu do drugiego. Jeśli unikamy aktualizowania danych, nawigacja może nas wyprowadzić w pole albo kazać wjechać do jeziora czy pod prąd – słowem stworzyć realne zagrożenie zamiast ułatwić podróż.

Emocje są kontrolkami w naszym pojeździe. Zielone sygnalizują nam, że wszystko działa i mamy kontynuować podróż, czerwone informują o awarii i potrzebie naszej interwencji. Jeśli próbujemy je zasłonić, wyłączyć albo zbagatelizować, grozi nam uszkodzenie pojazdu lub nawigacji, niedotarcie do celu.

Cel podróży to duchowość – odpowiedź na pytania: po co jedziemy, co chcemy zobaczyć, dlaczego akurat tam. Bez tego wycieczka zamienia się w jeżdżenie w kółko po znanych drogach aż skończy się paliwo.

Każda część naszego „ja” ma swoje zadanie i jest zależna od pozostałych. Nie można żadnej z nich zastąpić inną. A jednak to robimy, zranieni w dzieciństwie brakiem akceptacji opiekunów dla swojego pojazdu, jego nawigacji, kontrolek czy miejsca, które chcemy zobaczyć. Uczymy się żyć wyłączając tę zarażoną lękiem część siebie. Czasem ukrywamy swój pojazd w krzakach i udajemy, że go nie mamy, że poruszamy się na piechotę. Czasem wyłączamy nawigację i jedziemy przed siebie na oślep, mając nadzieję, że „jakoś to będzie”. Czasem przykrywamy albo niszczymy kontrolki, żeby nas nie straszyły, choć wtedy nie wiemy, co się dzieje. Czasem odcinamy się od pytań „po co?”, „dlaczego?”, „kim jestem?” i próbujemy realizować swoje życie według cudzych map i scenariuszy. W każdym przypadku maksymalnie utrudniamy sobie życie, blokując coś, co jest nam potrzebne.

Wydaje nam się, że możemy zastąpić tę nieudaną część siebie przez podwójne wykorzystanie innej. Czasem popisujemy się możliwościami czy wyglądem swojego pojazdu, ignorując fakt, że donikąd nie jedzie. Czasem przerabiamy swoją nawigację na sztuczną inteligencję, która teoretycznie wie wszystko, tylko nie ma dostępu do aktualnych danych. Czasem tak modyfikujemy kontrolki, że nie świecą nawet przy awarii, choć pojazd i nawigacja się psują. Czasem tak brniemy w tworzenie własnej filozofii życiowej, że staje się baśnią i traci kontakt z rzeczywistością, w której de facto żyjemy. W każdym przypadku tworzymy nadmiar, który nam szkodzi równie jak ten posiadany w naszym mniemaniu brak.

Dopóki widzimy siebie przez pryzmat słabej i silnej strony, dopóty nasze relacje z innymi oparte są na wymuszaniu wzajemnego podziwu i adoracji, rzadziej współczucia. Chodzi o to, żeby kogoś tak oczarować swoim pojazdem albo celem podróży, żeby z wrażenia naprawił nam nawigację albo przejrzał kontrolki. Albo żeby kogoś tak oczarować super-nawigacją albo sztuczkami z kontrolkami, żeby sprawdził nam pojazd i powiedział, gdzie jechać. Generalnie trzeba innych zachwycić, wzbudzić ich podziw swoją mocną stroną, albo obudzić ich współczucie i chęć zaopiekowania się naszą słabą stroną. To bardzo czasochłonne i energochłonne zajęcie, wciąż trzeba porównywać siebie i innych, oceniać swoje szanse, planować strategię kontroli zachowania innych ludzi.

A gdyby tak całą energię skierować na własny pojazd, swoją nawigację, osobiste  kontrolki i indywidualny cel podróży? I po prostu komfortowo jechać przed siebie, ciesząc się bezwarunkowym towarzystwem tych, którzy tak samo jadą w tę samą stronę…?

Energetyczna wizytówka

Nasza świadomość siebie, tego, kim jesteśmy, jest energetyczną informacją, którą wysyłamy w świat. Ta energia szuka podobnej, komplementarnej – przyciąga konkretne osoby do siebie jak klucz do zamka. Dopóki świadomość obu osób pozostaje na tym samym poziomie, trwa przyciąganie – ludzie pozostają razem, jakby wiązała ich niewidzialna nić; bez względu na to, czy razem utknęli w cierpieniu, czy wspólnie się rozwijają. Jeśli świadomość jednej z osób zmienia się zbyt silnie, niezależnie, na skutek dokonywanych wyborów, energie przestają do siebie pasować i każda z nich znowu zaczyna szukać odpowiadającego jej partnera, a ludzie się rozstają nawet jeśli na pozór wiele ich łączy.

Słowo na niedzielę

Większość ludzi ma problem z ustosunkowaniem się do kwestii Boga. Jedni się do tego przyznają, inni zagłuszają te wątpliwości czymś wymiernym, najczęściej rytuałami religijnymi, które mają zapewnić poczucie łączności z siłą wyższą. 

Ten problem pojawia się nie dlatego, że tylko wybrani mają do Niego dostęp (osobiście nie podejrzewam Boga o faworyzowanie jednych ludzi kosztem drugich, to zdecydowanie ludzka przypadłość zrodzona z lęku), a dlatego, że przeszkadza nam w tym nasz własny umysł. Po pierwsze z tego powodu, że nieświadomie postrzegamy siłę wyższą, jakkolwiek Ją nazywamy, na wzór swoich rodziców czy opiekunów. Tak więc Bóg/los/Wszechświat jest w naszym przekonaniu życzliwy lub surowy, łatwy do przekupienia lub mściwy, nieustannie nas obserwujący lub praktycznie nieobecny, wymagający lub wspierający – itd. To pierwsze zniekształcające okulary. Drugi filtr nakładają nam religie, bo uczymy się widzieć Boga w taki sposób, w jaki jest przez nie opisywany, uczymy się Go umysłem, jak matematyki w szkole; trudno czuć coś na polecenie, według scenariusza czy kalendarza, jak głęboki smutek i żal w Wielki Piątek czy ekscytację w Niedzielę Zmartwychwstania na przykład. Myślę, że stąd pochodzą wieczne spory o kwestie związane z Bogiem i ekstremalne różnice zdań w interpretowaniu tego, czym jest, a czym nie jest – bo tyle jest obrazów Boga, ile umysłów, ile sposobów ROZUMIENIA siły wyższej.

Skoro jednak zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, to każdy z nas musi mieć tego Boga w sobie – tego samego, jednakowego, i to na stałe, nie tylko w kościele czy kiedy sobie o Nim przypomnimy, bo potrzebujemy pomocy. 

Większość ludzi zgadza się, że najbliższym zamiennikiem słowa „Bóg” jest „miłość”. Ale kiedy zaczynamy umysłem analizować miłość, znowu pojawia się tyle jej definicji, ile umysłów próbujących ją określić. A jeszcze większe schody pojawiają się, kiedy próbujemy tę miłość zastosować do samych siebie. Nasze umysły dosłownie się rozdwajają: jedna myśl mówi: „kochaj siebie, miłość jest bezwarunkowa”, druga natychmiast jej odpowiada: „niby tak, ale nie zasługuję, nie zapracowałam/em, nie mam za co kochać siebie”. Jeden głos zgłasza: „potrzebuję więcej wsparcia”, drugi od razu mu przerywa: „popatrz, z czym ludzie muszą sobie radzić, nie wydziwiaj”. I znowu, przychodzi myśl, żeby w jakiś sposób o siebie zadbać, zaopiekować się sobą, i zaraz jak cień pojawia się głos przekonania, które mówi, że to nie w porządku tyle chcieć, że tuż za granicą ludzie tracą dobytek i życie… Generalnie nosimy w sobie pozostałość dziecięcego przekonania, że to nieładnie, egoistycznie chcieć więcej miłości dla siebie (jakby była reglamentowana, jakbyśmy w ten sposób krzywdzili innych), albo że nas na to nie stać (tak jak nas nie stać na coś materialnie). 

Szukamy instrukcji, jak siebie pokochać, skoro to warunek otrzymania miłości z zewnątrz. Specjaliści czy podręczniki radzą, żeby znaleźć czas dla siebie, ale kiedy to robimy, pojawia się poczucie winy, że zabieramy ten czas swoim bliskim, więc wcale nie czujemy się lepiej. Idziemy na jakieś samo-rozwojowe zajęcia, ale zamiast radości odczuwamy spotęgowane zmęczenie. Próbujemy czuć wdzięczność za to, co mamy, żeby to rozmnożyć, ale umysł natychmiast podsuwa nam listę tego, czego mamy za mało, czego nam brakuje, i kończy się na irytacji. Próbujemy pochwalić siebie za cokolwiek, ale ten drugi głos od razu zapytuje z sarkazmem: „a to całkiem zawaliłaś/eś, też się za to pochwalisz?”. Strasznie trudna ta automiłość do wprowadzenia w życie, kiedy jedna część nas samych sabotuje każdą próbę, każdy wysiłek tej drugiej. Robi to, bo umysł definiuje miłość według swojego doświadczenia, a nikt z nas nie ma doświadczenia miłości absolutnej, zazwyczaj znamy jedynie mniej lub bardziej warunkową akceptację. Stąd im bardziej dusza każe nam pragnąć miłości, tym bardziej umysł oponuje, że chcemy za dużo, że chcemy niemożliwego, na dowód przywołując przepełnione negatywnymi emocjami obrazki z dzieciństwa i wszelkie rozczarowania doznane w relacjach z innymi ludźmi. Wygląda to na konflikt nie do rozwiązania, ale rzecz jasna jest to konflikt pozorny, stworzony przez skojarzenia umysłu.

Zobaczmy zatem, co będzie, kiedy odwrócimy to równanie „Bóg = Miłość”. Zamiast „potrzebuję więcej miłości” powiedzmy sobie „potrzebuję więcej Boga” i zobaczmy, co się stanie. Jeśli poczujemy negatywne emocje, to znaczy, że nasze wyobrażenie Boga zostało mocno zniekształcone i niewiele w nim prawdziwej treści, czyli miłości. Warto się wtedy zastanowić, czy naprawdę w taki obraz Boga wierzymy, czy może to pozostałość z dzieciństwa, wynik dwóch filtrów umysłu, o których wspomniałam wcześniej; taki kolaż własnych lęków i cudzych wyobrażeń. Odrzucamy taki obraz intuicyjnie, ale często utykamy w tym miejscu, nie zastępując go niczym innym. Jedni więc nie chcą o Bogu myśleć, bo budzi lęk, inni decydują, że Boga nie ma wcale, skoro ma postać jak z dziecięcych koszmarów. To decyzje podjęte na poziomie umysłu. Kiedy utożsamiamy się z umysłem, tracimy dostęp do drugiego odbiornika: czucia, głosu duszy. Kiedy decydujemy, że Boga nie ma, albo jest tak straszny, że lepiej jak jest daleko, to nie nasłuchujemy Jego głosu, nie szukamy Go poza umysłem, i faktycznie dla nas Go nie ma. Aczkolwiek to nie On nas opuszcza, to my Go nie rozpoznajemy, odcinając jakąś część siebie, pozbawiając ją głosu. To tak, jakbyśmy zamykali oczy i mówili, że czegoś nie widzimy, więc to nie istnieje.

Jeśli jednak emocjonalnie zareagujemy na życzenie „chcę więcej Boga” pozytywnie, to znaczy, że umysł złapał haczyk i puszcza nas dalej. W tym miejscu przychodzi czas na zastanowienie się, czym jest dla nas to „więcej Boga” – kiedy konkretnie CZUJEMY Jego obecność. Jestem przekonana, że odpowiedzi będą podobne: w kontakcie z naturą, w spokoju, w bliskości, w bezpieczeństwie, w poczuciu mocy, tworzenia czegoś, w radości, wdzięczności, dostatku, słowem, we wszystkim, co uznajemy za dobre, piękne, przyjemne i wspierające. Wtedy czujemy miłość, czujemy się kochani, wspierani. Ale zauważcie, że nie odpowiemy w ten sposób na pytanie „kiedy czujesz się kochany/a?”, bo wtedy umysł skupia się wyłącznie na relacji z drugą osobą, na doświadczeniu dziecka z rodzicem, na tym, co dostaliśmy i chcemy więcej, i czego nie dostaliśmy, a bardzo potrzebujemy – czyli na liście życzeń do losu pt. co mam mieć materialnie i jaki ma być ten ktoś, kto mi dostarczy emocjonalnego „towaru”. Jak to się kończy, pisałam w poprzednim tekście. W tym tutaj próbuję pokazać, że wystarczy podejść własny umysł przez zmianę jednego słowa, żeby uwolnić głos duszy; wystarczy zmienić słowo „miłość”, które umysł ogranicza i definiuje zgodnie ze swoim doświadczeniem, na słowo „Bóg”, które z definicji jest nieograniczone, i wtedy umysł przestaje nas sabotować. „Chcę więcej Boga” – „ok, to akceptowalne, godne pochwały nawet, zdefiniuj, kiedy czujesz jego obecność”. I już mamy prawo chcieć ciepła, dobra, przyjaźni, życzliwości, bezpieczeństwa, radości, przyjemności, ułatwień, cudownych zbiegów okoliczności… Skoro to Bóg, to bez poczucia winy można chcieć tego, co nas uskrzydla (zamiast w cierpieniu coraz bardziej podcinać sobie te skrzydła, bo ktoś tak zinterpretował Bożą wolę). I nagle wdzięczność, która pomnaża to, wobec czego ją czujemy, rodzi się sama, dosłownie z każdego powodu – że żyjemy w czasach, kiedy ciepła woda leci z kranu, pralka pierze, kaloryfery grzeją; że mamy samochód i chwilę na kawę, że pani w sklepie była miła, że ktoś docenił nasz wysiłek, że nic złego się nie stało, chociaż było o włos; że mamy komu opowiedzieć, jak minął nam dzień, że możemy wybrać, co chcemy zjeść i w co się ubrać… 

Miłość jest jak zupa – jest sumą wielu smaków. Zupa może nam mniej smakować bez naszego ulubionego składnika, możemy zmieniać proporcje składników, a więc i smaki, ale wciąż będzie zupą. Podobnie jest z miłością – możemy mieć blokady emocjonalne utrudniające nam stworzenie konkretnej formy miłości, ale to nie znaczy, że jesteśmy od niej, od Boga, odcięci. To właśnie ta myśl o opuszczeniu, odrzuceniu, powoduje, że tworzymy dobre rzeczy w swoim życiu sporadycznie, kiedy na chwilę tę łączność nawiązujemy, bo na moment umysł się zagapi. Jeśli jednak możemy czuć miłość cały czas – być z Bogiem w stałej łączności – to co może się stać, co możemy stworzyć? Umysłem nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na to pytanie, ale dusza doskonale zna odpowiedź.

Nie musimy świadomie i werbalnie konstruować życzeń do losu, bo nasza radość i wdzięczność to energetycznie wysłane życzenie „poproszę tego więcej”. Ale tych uczuć nie można wyprodukować czy wymusić umysłem, to zupełnie nie działa; jest jak uśmiech wywołany przez drażnienie odpowiedniego ośrodka w mózgu – nic nie znaczy. Życie staje się piękne, kiedy dopuszczamy do głosu czucie i dusza nam pokazuje, jak pełno jest obecności Boga – miłości – w naszej codzienności. Umysł tego nie potrafi. Umysł Boga nie rozumie, a jeśli Go zdefiniuje tak jak definiuje miłość, utracimy łączność z własną duszą, z głosem Boga w nas samych. Taki paradoks 🤷‍♀️

Pryzmat

Każdy z nas jest częścią systemu, w każdym tego słowa znaczeniu, także – a może przede wszystkim – w znaczeniu energetycznym. Pobieramy energię z zewnątrz, przetwarzamy i oddajemy na zewnątrz. Tam, gdzie nie mamy wewnętrznych blokad, energia płynie przez nas swobodnie, zasila nas, i właściwie przetworzona, zasila innych, inne elementy systemu. Tam, gdzie wytworzyliśmy wewnętrzne blokady, energia zostaje zatrzymana i obciąża nas zamiast ładować lub szuka sobie obejścia jak woda w zatamowanej rzece – w efekcie czego pewne obszary zostają pozbawione energii, inne dostają ją podwójnie.

Fizycznie potrzebujemy pożywienia i snu, żeby zasilić nasze ciało i móc wydatkować energię na aktywność, ruch, wysiłek fizyczny. Równowaga pomiędzy pobieraniem tego rodzaju energii a wykorzystywaniem jej powoduje, że ciało jest sprawne i zdrowe; odczuwamy to jako fizyczną satysfakcję, jako dobre samopoczucie fizyczne („moje ciało jest ok, mogę na nim polegać”). Brak dobrego samopoczucia fizycznego (zdrowia, siły, wytrzymałości, elastyczności) jest sygnałem o zachwianiu równowagi w tym obszarze.

Przykładowo kompensowanie sobie jedzeniem braku satysfakcji w jakiejś innej sferze (np. zawodowej czy w obszarze relacji międzyludzkich) prowadzi do tego, że energia fizyczna nadmiernie zasila ciało, które tej energii nie wydatkuje; pojawia się ociężałość, otyłość, która materialnie nam pokazuje, że ten „zapas” nie spełnia swojej roli, nie energetyzuje nas, a dociąża, spowalnia, unieruchamia.

Z kolei ograniczanie snu po to, żeby podołać narzuconym sobie nadmiernym obowiązkom powoduje, że zaciągamy coraz większy dług w obszarze energii fizycznej, którą kierujemy „objazdem” na zasilanie satysfakcji w innym obszarze (np. sukcesów w pracy). Przy długotrwałym ustawieniu tego typu stale powiększany dług przekracza możliwości „spłacenia” go – ciało zaczyna niedomagać i chorować, wysyłając sygnały o zaniedbaniu jego potrzeb, o braku równowagi energetycznej. 

Intelektualnie potrzebujemy wiedzy i doświadczenia innych ludzi, żeby skróciły naszą własną drogę poznawania świata i żeby zainspirowały nas do tworzenia czegoś własnego; żeby pomogły nam rozpoznać nasze zainteresowania i predyspozycje. Równowaga pomiędzy uczeniem się od innych a kreowaniem swoich opinii, poglądów, przekonań, a przede wszystkim swojego obszaru działania przyczynia się do poczucia satysfakcji z pracy swojego umysłu („mój umysł jest ok, mogę na nim polegać”). 

Podobnie jak w sferze fizycznej, możemy zaburzyć tę równowagę, czerpiąc za dużo lub za mało z zewnątrz, oraz rezygnując ze swojej kreatywności intelektualnej lub jej nadużywając. Możemy z powodu traumy zablokować w sobie wiarę w swój twórczy potencjał i pozostać przy bezrefleksyjnym naśladowaniu innych. Albo możemy podporządkowywać kolejne obszary życia autorytetom, które uznamy, odcinając dane z własnego odczuwania (co sami lubimy, co nam naprawdę pasuje), uzależniając się od opinii innych i tracąc w ten sposób satysfakcję z siebie w sferze intelektualnej, nie odkrywając obszaru własnej samorealizacji i kreatywności.

I odwrotnie – możemy zablokować w sobie potrzebę uczenia się i robić wszystko po swojemu, albo użytkując swoją energię na wyważanie dawno otwartych drzwi, (udowadnianie oczywistości) albo na tworzenie czegoś niezrozumiałego dla nikogo  poza nami; uświadomienie sobie, że oferowana przez nas energia jest społecznie nieprzydatna wpływa negatywnie na nasze samopoczucie. 

Możemy także skupić się na tworzeniu własnego nowatorskiego dzieła tak bardzo, że podporządkujemy temu potrzeby energetyczne innych sfer (np. dbanie o ciało, relacje z innymi). W tym przypadku ucierpią inne sfery zubożone o energię przekierowaną na wyolbrzymione przez nas potrzeby sfery intelektualnej.

Emocjonalnie potrzebujemy wsparcia opiekunów w zrozumieniu siebie, żeby nauczyć się pomagać innym. Równowaga pomiędzy otrzymanym życzliwym zrozumieniem w odkrywaniu swojej tożsamości a dbaniem o emocjonalne potrzeby innych powoduje dobre samopoczucie emocjonalne: brak silnych i gwałtownych negatywnych emocji, zadowolenie z życia, pozytywny stosunek do świata i innych ludzi („moje emocje są ok, mogę im zaufać”). Brak tej równowagi deformuje nasze relacje z innymi ludźmi.

Tak jak w innych sferach, ta równowaga nie występuje, jeśli „na wejściu” i „na wyjściu” jest nieproporcjonalnie dużo lub mało. Kiedy dostajemy za mało wsparcia,  możemy uznać, że nie mamy tej energii do wydania – wtedy emocjonalnie zamieramy, a nasze relacje z innymi kurczą się i spłycają, mamy nieprzyjemne poczucie braku zrozumienie i niedopasowania społecznego. Możemy też pobrać energię z innej sfery i obdarowywać innych wsparciem tak, jakby ten brak nie istniał; obciążamy wtedy tę inną strefę, tam tworzymy dług energetyczny (np. odkładamy na bok realizowanie swoich pasji, żeby się kimś opiekować, albo zaniedbujemy własne potrzeby fizyczne dla swojej misji wspierania ludzi w trudnej sytuacji). 

Kiedy dostajemy od innych zbyt dużo wsparcia, tracimy wiarę w swoją emocjonalną siłę; zamiast być przekaźnikiem energii, stajemy się jej biorcą i wszelkimi sposobami próbujemy uzyskać jej jak najwięcej „na zapas”, żeby poczuć się bezpiecznie. Jednak im więcej dostajemy pomocy i zrozumienia, tym bardziej uzależnia się od tego nasze emocjonalne samopoczucie: bez stałych dużych dostaw tej energii z zewnątrz dominuje w nim niepewność i lęk. Brak umiejętności przetworzenia energii emocjonalnej powoduje, że pozostajemy bezradnie skupieni na sobie, nie potrafimy emocjonalnie wspierać innych, i odczuwamy to jako rodzaj społecznej niepełnosprawności.

Duchowo potrzebujemy rozpoznać sens życia innych ludzi, żeby zdecydować o własnych wartościach i celach w życiu. Tak jak w pozostałych sferach, jeśli mamy dostęp do tych danych (obserwujemy innych ludzi, czytamy cudze przemyślenia, rozmawiamy na ten temat z innymi, słowem ma kto nas inspirować) i mamy wystarczającą przestrzeń do tego, żeby swobodnie wybrać swoje własne życiowe priorytety, to sfera duchowa pozostaje w równowadze i czerpiemy z niej satysfakcję („mam wpływ na to, kim się staję”).

Jeśli z jakiegoś powodu żyjemy odizolowani od cudzej duchowości, to nie zastanawiamy się nad własną, i wtedy najczęściej nasze zachowanie nie jest spójne, bo wynika z poddania się zewnętrznym okolicznościom. Jeśli jesteśmy wychowywani pod przymusem przejęcia wartości swojej rodziny, tradycji czy kultury, a nie identyfikujemy się z nimi, to nie przekazujemy energii duchowej dalej, na zewnątrz; zduszona zamiera wewnątrz nas, powodując swego rodzaju chorobę – utratę sensu życia, depresję. Jeśli odrzucamy swoje korzenie i próbujemy się określić w oderwaniu od swojego kontekstu, również stajemy się niewiarygodni: chcemy budować pomijając fundamenty. Tylko wtedy, gdy różność na zewnątrz zainspiruje nas do świadomego wybrania swoich życiowych priorytetów, nasze życie staje się świadectwem wierności wybranym przez nas wartościom, i wywiera wpływ na innych, inspiruje innych.

Podsumowując, potrzebujemy jedzenia i snu na utrzymanie zdrowia, na fizyczną aktywność i wysiłek; potrzebujemy wiedzy i doświadczenia innych, żeby znaleźć odpowiedni sposób realizacji swoich talentów i pasji; potrzebujemy emocjonalnego wsparcia innych, żeby tworzyć zdrowe i satysfakcjonujące relacje z innymi ludźmi; potrzebujemy inspiracji innych, żeby odnaleźć sens własnego życia. 

Sfera duchowa decyduje o celu – na co warto wydać energię, a na co nie warto, tak jak nasze wartości decydują na co wydajemy pieniądze. Sfera emocjonalna decyduje o sposobie zarządzania energią – traktowanie siebie na równi z innymi powoduje stałość zasilania, daje mu moc. Sfera intelektualna pozwala nam na określenie obszaru życia, w którym chcemy działać, którym chcemy się zajmować, a sfera fizyczna zapewnia nam na to siły. Każda sfera wpływa na pozostałe.

To niczym cztery suwaki ustawione w naszym dzieciństwie przez okoliczności, w jakich się wychowaliśmy: cel (duchowość), potencjał (emocje), kierunek (intelekt) i siła (fizyczność). Nasze samopoczucie jest informacją o ustawieniu tych „suwaków”, wskazówką, co i gdzie musimy świadomie zmienić jako dorośli, żeby ustawić je harmonijnie – żeby mieć siłę, znać drogę, wierzyć w siebie i wiedzieć, czego się chce od życia. 

W każdej sferze potrzebujemy cudzej energii (dar), żeby wyprodukować coś własnego (wysiłek), co zasili innych ludzi (satysfakcja). Każda przeżyta trauma blokuje przyjmowanie darów, każdy lęk demotywuje, zniechęca do wysiłku i uniemożliwia satysfakcję z przekazania naszej przetworzonej energii dalej. 

Im więcej w nas energetycznych blokad, tym gorsze jest nasze samopoczucie; im jesteśmy szczęśliwsi, tym bardziej przypominamy pryzmat, który rozszczepia otrzymaną wiązkę światła na wszystkie kolory tęczy.

Bilans energetyczny

Mamy dwoje oczu, żeby móc precyzyjnie oceniać odległość. Mamy Serce (które mówi, jak sprawy wyglądają z naszej perspektywy) i Rozum (który mówi, jak sprawy wyglądają z cudzej perspektywy), żeby móc poznać rzeczywistość taką, jaka jest naprawdę. Kiedy jedno z tego duetu pracuje za dwoje, widzimy rzeczywistość zniekształconą, i na podstawie tych fałszywych danych podejmujemy błędne decyzje. Konsekwencje tych nietrafionych wyborów powodują, że tracimy dobrostan fizyczny i psychiczny. 

Przekonanie, na czym można polegać – na Sercu czy na Rozumie, kształtuje się w procesie wychowania i socjalizacji, w pierwszych latach życia. Z perspektywy dziecka tak to właśnie wygląda, że jego emocje są w konflikcie z logiką opiekunów, i musi wybrać jedno, jednego przewodnika po życiu.

Dzieci, które postrzegają rodziców jako silnych, i które uznają rodzicielski autorytet, decydują, że niewłaściwie czują, i wybierają Rozum, tłumiąc swoje Serce, swoje emocje, swoje odczuwanie. W późniejszym życiu takie osoby stawiająca pierwszym miejscu obowiązki domowe, pracę zawodową, zobowiązania wobec innych ludzi oraz cudze potrzeby – swojego partnera, swoich rodziców, dzieci oraz wszelkich potrzebujących w swoim zasięgu. Własne emocje i potrzeby są tłumione do granic wytrzymałości – do wyczerpania wydawanej bez końca energii. Wtedy zaczynają się choroby fizyczne i psychiczne, jako zmaterializowany obraz tego, jak dana osoba zarządza sobą.

Dzieci, które doświadczyły swojego wpływu na rodziców, mocy płynącej z szantażowania ich swoimi emocjami, wybierają Serce, lekceważąc Rozum i jego argumenty. W późniejszym życiu takie osoby nie dopuszczają do głosu perspektywy innych osób, kierują się własnym zyskiem, własną korzyścią. Ich głównym życiowym zadaniem jest robienie zapasów energii, bo tak im podpowiadają ich wyolbrzymione potrzeby i emocje. Innych ludzi traktują jako dostarczycieli tego, czego im na bieżąco potrzeba. Ta filozofia jednak również się nie sprawdza – powoduje zależność od innych, a uzależnienie (jak w każdym nałogu) to coraz większa tolerancja, coraz większy głód i zapotrzebowanie, i coraz mniejsza satysfakcja. Taka osoba musi nieustannie zabiegać o cudzą akceptację, aprobatę, zainteresowanie, uznanie, o potwierdzenie swojej wartości. Koszty fizyczne i psychiczne związane z neutralizowaniem ciągłego lęku i utrzymaniem coraz większych dostaw energii od innych stale rosną, organizm ulega wyniszczeniu.

Innymi słowy – bez względu na to, które oko wyeliminujemy, i jaką strategię wybierzemy, efekt wyświetli się ten sam: wcześniej czy później utracimy zdrowie fizyczne i /lub psychiczne. Nie sądzę, że jest to nieuniknione. Myślę, że gdybyśmy nauczyli się zarządzać swoją energią we właściwy, zrównoważony sposób, moglibyśmy się cieszyć zdrowiem i szczęściem także na starość. Niektórym się to zdarza, ale badaczom trudno znaleźć wspólny mianownik: jedni jedzą to, inni tamto, jedni pracują, inni nie, jedni mają duże rodziny, inni wręcz przeciwnie, niektórzy uprawiają sport, inni nie… Może po prostu ci długowiecznie szczęśliwi to ludzie, którzy słuchają duetu Serca i Rozumu, zamiast jednego z nich? Serce mówi im, czego chcą, co lubią, co poprawia im samopoczucie, a Rozum mówi im, jak tego używać, żeby sobie nie zaszkodzić. Kiedy przewodzi jedno z nich, koszty w naszym życiu są większe od zysków, kiedy słuchamy obu jednakowo, utrzymujemy równowagę energetyczną, witalność, chęć i zdolność do życia w pełni.

Ani sam Rozum z jego receptami, przepisami i scenariuszami, ani samo Serce z jego porywami i tęsknotami nie poprowadzą nas do szczęścia. Potrafią to jednak zrobić wspólnymi siłami. 

Kto wybiera jedzenie? Jeśli Serce, to jemy to, co smak i potrzeby emocjonalne dyktują. Jeśli Rozum, to jemy to, co według aktualnej mody jest zdrowe, nawet jeśli nam nie smakuje. Jeśli decydują razem, to jemy co lubimy zachowując umiar i wykorzystując wiedzę, a wtedy jedzenie jest i przyjemnością, i dostarcza potrzebnej energii.

Kto wybiera relacje? Jeśli Serce, to są to ludzie, od których jesteśmy uzależnieni emocjonalnie. Jeśli Rozum, to są to ludzie, którzy są przydatni, których można do czegoś wykorzystać, nawet jeśli za nimi nie przepadamy. Jeśli decydują razem, to relacje satysfakcjonują i uszczęśliwiają, inspirują i dodają energii.

Kto wybiera pracę? Jeśli Serce, to praca daje satysfakcję, ale nie daje pieniędzy. Jeśli Rozum, to praca się opłaca, ale jej nie lubimy. Jeśli wybierają wspólnie, to praca daje poczucie samorealizacji, przydatności i ładuje nas energią.

Cokolwiek wybiera Serce, jest to zgodne z naszymi potrzebami, ale sposób realizacji tych potrzeb kosztem innych ludzi powoduje, że tracimy energię, zamiast ją pozyskiwać. Cokolwiek wybiera Rozum, jest logiczne, sensowne i w pewien sposób opłacalne, ale realizowanie tego kosztem siebie pozbawia nas energii, generalnie więc na tym nie zyskujemy. 

Nie chodzi zresztą tylko o to, co wybieramy, choć to ważne, bo mamy swoje predyspozycje: dla jednego energetyzująca przyjemnością jest czytanie, dla drugiego bieganie; jedni „ładują się” w ciszy i samotności, inni potrzebują towarzystwa, przegadania, burzy mózgów. 

Chodzi również o to, jak i kiedy to robimy. Bo czasem drzemka nas doładuje, a czasem kompletnie rozbije; czasem posiłek postawi na nogi, a czasem rozleniwi; czasem rozmowa doda skrzydeł, a czasem odbierze siły. Chcę przez to powiedzieć, że nie ma żadnego zewnętrznego klucza do utrzymania równowagi energetycznej. Nie oznacza ona ani dzielenia dnia na obowiązki i przyjemności (bo czasem dobrze zrobiona praca dodaje nam energii, a przyjemność powoduje późniejszego „kaca”), ani pilnowania, żeby robić coś po równo dla siebie i innych (bo zmuszanie się do  czegokolwiek nie energetyzuje, bez względu na to, dla kogo to robimy). Oznacza ona bycie ze sobą w kontakcie w każdym momencie, zbieranie danych od Serca i Rozumu, i decydowanie, co nam doda energii.

Równowaga energetyczna to dobre samopoczucie, bak stanu przeciążenia, apatii, depresji czy ekstremalnego wydatkowania energii. Trudno o równowagę energetyczną tam, gdzie dla satysfakcji intelektualnej albo finansowej lekceważymy potrzeby ciała i tłumimy emocje albo dla przyjemności fizycznej lekceważymy potrzeby emocjonalne czy duchowe. Kiedy Serce i Rozum nie współpracują, jedne sfery są zdominowane przez drugie. Te, których informacji słuchamy zastępują te zablokowane i wtedy czujemy potrzebę jedzenia lub kupowania, kiedy tak naprawdę czujemy się smutni czy samotni. Organizm przekazuje informację o potrzebie doładowania, my ją realizujemy według swojego ustawienia Serca i Rozumu, czasem dostarczając sobie energii, a czasem wręcz przeciwnie, paradoksalnie rozładowując się jeszcze bardziej.

Nie jesteśmy jak telefony, które działają tylko naładowane. Jesteśmy zdolni do ogromnego wysiłku wbrew logice: do podniesienia samochodu, jeśli leży pod nim ukochana osoba, do zdobywania szczytów w zimie bez ubrania, do przejścia kilku kilometrów ze złamaną nogą niosąc na rękach dziecko po wypadku… Do pracy non-stop bez dbania o siebie, do długotrwałego funkcjonowania mimo niszczenia organizmu używkami, do biegania maratonów, do przetrwania wielu dni pod gruzami bez jedzenia i picia… Do utrzymywania życia bez głębokich relacji z innymi, w nieustannym lęku, bez poczucia sensu życia…

Mamy możliwość zaciągania ogromnego długu energetycznego w każdym z obszarów naszego funkcjonowania. Problem polega na tym, że ten dług musimy spłacić albo nas zniszczy, zrujnuje.

Energii nie widać, dlatego trudno się nią zarządza. Jedynym jej miernikiem jest nasze samopoczucie. Tylko ono mówi, jak sobą zarządzamy, jaki jest nasz bilans energetyczny. Dobre samopoczucie fizyczne i psychiczne oznacza, że pozyskujemy więcej energii niż wydajemy, że w naszym życiu więcej jet źródeł pozytywnej energii niż negatywnej. Jeśli tak nie jest, warto zastanowić się jak zastąpić wszystko to, co nas zastrasza i wyczerpuje (odczuwaną presję, lęk, cudze narzekanie i ignorowanie naszych potrzeb i emocji) tym, co sprawia, że jesteśmy z siebie zadowoleni i czujemy radość z życia (kontaktem z naturą, wspierającymi relacjami, realizowaniem swoich pasji, pozytywnymi myślami, dobrym jedzeniem, odpowiednim snem, satysfakcjonującą aktywnością). Tolerujemy życie na minusie energetycznym tylko dlatego, że Rozum lub Serce każe nam wierzyć, że to opłacalne. Kiedy dopuścimy do głosu oba, okaże się, jak bardzo nie ma to sensu 🙂

Myśleć pozytywnie

Myślenie pozytywne nie oznacza wmawiania sobie, że jest lepiej niż jest (że szklanka jest napełniona wodą po brzegi, chociaż wyraźnie widzimy, że tylko do połowy), ani zmuszania się do czucia czegoś innego niż się czuje (że to lepiej jak w szklance jest mniej wody niż więcej). Myślenie pozytywne polega na tym, że uczymy się skupiać uwagę na pozytywach, że kierujemy uwagę (a więc i energię) na to, co chcemy w swoim życiu pomnażać, powiększać („w szklance jest woda”).

W zakresie swojej silnej strony robimy to automatycznie – jesteśmy nastawieni pozytywnie, drobiazgi nie wytrącają nas z równowagi; po prostu wiemy z doświadczenia, że nawet jeśli się potkniemy, to nas nie powstrzyma, bo lubimy i potrafimy rozwijać te sferę.

W zakresie swojej słabej strony widzimy jednak sprawy odwrotnie – każdy niepomyślny drobiazg przyciąga naszą uwagę, psuje humor, wzbudza lęk i wątpliwości, i jak wielki silny magnes zaczyna ściągać inne negatywne myśli i uczucia.

Radzenie sobie z tzw.negatywnymi (czyli nieprzyjemnymi) emocjami nie oznacza tłumienia ich („to nieważne, że pół szklanki jest puste”) czy zaprzeczania im („szklanka jest prawie pełna”), ale nie oznacza również pogrążania się w nich coraz bardziej i coraz głębiej („za chwilę szklanka może zrobić się całkiem pusta i co wtedy?”). Radzenie sobie z negatywnymi emocjami oznacza, że nazywamy je po imieniu („boję się, że wody w szklance jest za mało”) i decydujemy się na nich nie skupiać, czyli ich nie powiększać, kierując uwagę na pozytywy („w szklance nadal jest woda”).

Co może myślenie pozytywne najlepiej ilustruje przykład Nicka Vujicica – człowieka, który urodził się bez rąk i nóg, żyje jednak pełniej niż wielu ludzi bez takich drastycznych ograniczeń. Jest mówcą motywacyjnym, pisze książki, podróżuje po całym świecie, spotyka się z ludźmi na stadionach; założył rodzinę, ma pełnosprawną żonę i czworo dzieci. Jak mówi „Mogłem być zły na Boga za to, czego nie mam, albo być wdzięczny za to co mam.”

Na Nowy Rok

Energia podąża za uwagą. Oznacza to, że pomnażamy w swoim życiu to, na czym się skupiamy. Jeśli skupiamy swoje myśli i uczucia na tym, czego nam brakuje, na problemach, zmartwieniach i niedostatkach, to tworzymy ich więcej. Jeśli skupiamy swoje myśli i uczucia na tym, czego chcemy, za co jesteśmy wdzięczni, co sprawia, że dobrze się czujemy, to tworzymy tego więcej… 

Nasze myśli i emocje są jak paliwo – ku czemu je skierujemy, to zasilamy, temu dodajemy życia. Swoim zaangażowaniem przedłużamy trwanie albo tragicznym nagłówkom medialnym albo swojemu dobremu samopoczuciu; czyimś obraźliwym słowom albo przyjemności z uprawiania swojego hobby; czarnym scenariuszom końca świata albo radości z pięknego słonecznego dnia. 

Warto sobie uświadomić, że ten wybór zależy od nas, nie od okoliczności: co prawda nie mamy wpływu na to, jakie myśli i emocje nas odwiedzą, ale mamy całkowitą kontrolę nad tym, którym pozwolić zostać, a którym nie pozwolić się rozwinąć. Co podlewać w swoim mentalnym ogrodzie, a co z premedytacją zasuszyć. Na to mamy pełny wpływ – jak wygląda nasz prywatny „ogród”. Tylko i aż, bo ogródki obok siebie tworzą ulicę, ulice miejscowość, miejscowości region i tak dalej. 

W taki sam sposób powstaje masowa świadomość, która nadaje ton, staje się standardem, wzorcem. Ale nie przymusem. Nawet w ekstremalnych sytuacjach jak obozy koncentracyjne zdarzali się ludzie, którzy dzielili się z innymi swoimi głodowymi porcjami jedzenia, czy rozbawiali innych czekając na śmierć – ludzie, którzy nie pozwalali okolicznościom decydować za siebie, bo kontrolowali swój umysł. Byli więźniami i nie mieli najmniejszych szans w jakikolwiek sposób walczyć z systemem, ale właśnie tak rozsadzali go od środka: zmieniali okoliczności wokół siebie, bo zarażali innych nadzieją, budzili w nich to co ludzkie, wnosili życie i uśmiech tam, gdzie odgórnie zaplanowano piekło. I w końcu piekło pękło w tylu miejscach, że nie przetrwało. 

Siła masowej świadomości jest wielka, ale dopóki opiera się ona na reaktywności (automatycznym, bezrefleksyjnym reagowaniu, które można kontrolować) zamiast aktywności (świadomym wybieraniu reakcji), jest ulotna, podatna na zawirowania i zmiany jak chorągiewka na wietrze. Dlatego żaden system oparty na odgórnym przymusowym wdrażaniu jakiejś idei nie przetrwa długo, bez względu na to, czy jest to idea piekła czy raju.

W tym kontekście życzę nam wszystkim na Nowy Rok abyśmy świadomie pielęgnowali, odżywiali, podlewali i zraszali w naszym życiu to, co nas cieszy i sprawia, że czujemy się dobrze ze sobą i innymi, a przestali inwestować czas i wysiłek w to, czego w swoim życiu nie chcemy, co nas boli, przeraża i martwi. Energia podąża za uwagą – na co ją skierujemy, to wypuści korzenie, zakwitnie i rozmnoży się. Szczęśliwego Nowego Roku 😊

Kontrola energii

Są rodzice, którzy nie pozwalają swoim dzieciom na ekspresję emocji, szczególnie tych negatywnych – dzieci muszą być super grzeczne, więc uczą się tłumić swoje emocje z całych sił. 

Są rodzice, którzy nie stawiają granic swoim dzieciom w wyrażaniu emocji, także tych negatywnych, bo chcą, żeby czuły się zawsze akceptowane, bezpieczne. Dzieje się to emocjonalnym kosztem rodziców, więc dzieci stają się roszczeniowe i okrutne, coraz dobitniej wyrażając własne emocje i nie zwracając uwagi na cudze.

Zarówno kontrola emocji, jak i jej brak są schematem zachowania, nawykiem wyniesionym z dzieciństwa, odzwierciedlającym postawę wychowawczą rodziców. Bardzo rzadko jednak zdarza się, że ktoś zupełnie nie panuje nad swoimi emocjami. Zazwyczaj nie kontrolujemy ich tam, gdzie tego od nas nie wymagano (najczęściej w domu, wobec bliskich), ale uczymy się to robić tam, gdzie brak kontroli oznacza utratę czegoś dla nas bardzo ważnego – np. pracy, kariery, statusu społecznego czy wizerunku. Mówiąc inaczej – uczymy się kontrolować swoje emocje tam, gdzie osiągnięcie celu wymaga podporządkowania, jednocześnie dalej lekceważąc tych, których akceptacji jesteśmy zbyt pewni (bazując na doświadczeniach z dzieciństwa).

Takie zachowanie wynika z przekonania, że relacje międzyludzkie bazują na nierówności, że ktoś musi być górą – że można albo dyktować warunki, albo trzeba się komuś podporządkować; że można być albo oprawcą, albo ofiarą. To myślenie z perspektywy dziecka (małego, słabego i zależnego wobec „wszechmogących” dorosłych), zamykające taką osobę w pętli zachowań niedojrzałych emocjonalnie – czasem na całe życie.

Dojrzałość emocjonalna nie polega na tym, że oprócz wylewania na innych swoich negatywnych emocji potrafimy również być mili (pod presją lub dla osiągnięcia jakiegoś celu). Dojrzałość emocjonalna rodzi się z wrażliwości na krzywdę – własną lub innych, z niezgody na tę krzywdę; z wiary w istnienie relacji partnerskich, gdzie nikt nie wygrywa ani nie przegrywa, gdzie obie strony mają prawo do wyrażania swoich emocji, ale w sposób nie atakujący, nie krzywdzący drugiej osoby. 

Testem na dojrzałość emocjonalną są sytuacje trudne, kryzysowe, kiedy instynkt samozachowawczy każe nam ślepo atakować – wtedy prawdziwie doświadczamy, czy dajemy sobie i innym te same prawa, czy potrafimy zachować samokontrolę i obiektywizm mimo własnych silnych emocji, czy też miłość bliźniego to tylko filozofia, która nie sprawdza się w praktyce, i pod wpływem emocji jesteśmy w stanie zabić, fizycznie czy emocjonalnie. To, jak zachowujemy się, kiedy jesteśmy atakowani, oskarżani czy krzywdzeni, ujawnia nasz prawdziwy stosunek do siebie i innych – pogardę lub szacunek; odkrywa to, co silniej nami kieruje – lęk lub miłość. To informacja o tym, kim jesteśmy we własnym przekonaniu.

Poprzez emocje kontrolujemy energię – nie kontrolując emocji lub kontrolując je z lęku wysyłamy w świat energię, która niszczy; kontrolując emocje z miłości, wysyłamy energię, która buduje.

Masowa świadomość

Masowa świadomość ma moc. Ludzie zjednoczeni w imię jakiejś idei – bez względu na to, czy to modlitwa o uzdrowienie czy wojna – potrafią zmieniać fizyczną rzeczywistość. Energią – działanie jest tylko jej materializacją. 

Nieświadomość rządzi. A raczej ci, którzy potrafią nią sterować dla własnych korzyści.

„Jeśli sam nie wiesz, czego chcesz, wmówią ci to inni.” (Josef Kirschner). 

Dlatego tak ważne jest podnoszenie świadomości siebie, bo to oznacza podnoszenie świadomości świata.

Nie można trwale zmienić na zewnątrz czegoś, co nie zmieniło się wewnątrz, bo to nasze światło i nasza ciemność tworzą świat takim, jaki jest.