Ego vs naturalne ja

Podążanie za swoim ego powoduje, że widzi się nie to, co jest, tylko to, co chciałoby się widzieć. Forsuje się wtedy mury w przekonaniu, że są tam ukryte drzwi; znosi cierpienie dla jakiegoś wyższego celu, który okazuje się mitem.

Życie w zgodzie ze swoim prawdziwym ja i rzeczywistością polega na tym, że widzi się to co jest, i podąża się za tym, co sprawia radość. Nie pcha się tam, gdzie nie ma drzwi i unika tego, co sprawia ból.

Teoretycznie oczywista oczywistość, praktycznie odróżnienie tego, co pochodzi od ego od tego, co pochodzi od ja, to wyższa szkoła jazdy.

Podział „ja”

Trudność w byciu sobą polega polega na tym, że uczymy się używać tylko jednej, bardzo ograniczonej części siebie, więc wyrażamy ją w coraz bardziej przesadzony i nadmiarowy sposób. Nawet wtedy, kiedy próbujemy nad tym zapanować, nawyki spychają nas do starych kolein. Wydaje nam się, że zaczęliśmy już używać swojej słabej strony, a umyka nam, że w tym samym czasie zaczęliśmy jeszcze mocniej używać tej silnej – proporcje czasu i wysiłku włożonego w obie pozostały więc te same. Ta przepaść między nimi to miejsce, gdzie żyje i rozwija się lęk.

Przegięcie w jedną stronę można wyprostować tylko proporcjonalnym przegięciem w drugą stronę – ekspozycją tej strony, którą nauczyliśmy się chować, bez wsparcia tej, którą przywykliśmy eksponować.

Hologram

Wszystkie zachowania, za które byliśmy nagradzani uwagą i akceptacją rodziców, stają się obszarem, w którym przestajemy widzieć drugiego człowieka, bo jesteśmy skupieni na swoim zysku, na zdobyciu zapasów aprobaty. W tym miejscu każde „my” zostanie zdradzone przez rozpędzone na oślep „ja”. 

Wszystkie zachowania, które wiązały się z dezaprobatą rodziców to obszar, w którym później nie dopuszczamy drugiego człowieka do siebie, bo boimy się zranienia, powiększenia traumy. W tym miejscu „ja” zawsze z lęku wycofuje się z „my”.

Tworzenie relacji z drugą osobą odzwierciedla tworzenie relacji z samym sobą, z obszarami swojego „ja”.

Części ja

Każde „ja” ma swój aspekt fizyczny, intelektualny, emocjonalny i duchowy.

I każdy z nich ma swoje własne obszary, np. fizyczność to nie tylko wygląd, ale i aktywność, seksualność, dieta, sen, wysiłek, ruch na świeżym powietrzu…

Ten obszar siebie, którego się wstydzimy, którego nie lubimy, który nam przeszkadza, który sprawia problemy lub który wykorzystujemy ponad miarę – usycha.

Ten obszar siebie, który doceniamy i z którym współpracujemy, rozkwita.

Automatyzmy

Czasami jest tak, że coś działa, to zaczynamy traktować to jako standard, normę. I wtedy nagle wszystko przestaje działać, jakby nam los chciał zrobić na złość. Ale niekoniecznie jest to złośliwość losu, ani nawet jakiś odgórny zakaz. Często los robi nam stop-klatkę, zatrzymuje nas, żebyśmy zauważyli coś, co zaczyna nam umykać. 

Dla umysłu wszystko, co się powtarza, co jest przewidywalne, staje się bazą do tworzenia scenariusza. Nawet nie zauważamy, kiedy zaczynamy się skupiać na realizowaniu tego scenariusza, a ucieka nam to, co było jego treścią. Zaczynamy wierzyć, że to forma stanowi o treści, i jej utrata wywołuje taki lęk, jakby zabierała tę treść ze sobą. A treść ma się dobrze, stoi z boku i czeka aż do niej wrócimy…

Ludzki umysł ma biologicznie zakodowaną tendencję do oszczędzania energii, do automatyzowania. Nasze prawdziwe ja to świadomość, która może temu przeciwdziałać i zatrzymać nas na właściwej ścieżce. O ile wierzymy w dobre intencje losu i staramy się zrozumieć, co próbuje nam powiedzieć.

Granice ja

Przez pół życia koncentrujemy się na tym, żeby stać się KIMŚ. Zdefiniować się, odkryć swoją tożsamość, znaleźć swoją szufladkę, przez porównywanie się z innymi ustalić, jacy jesteśmy, od „ja zawsze” do „ja nigdy”. 

A kiedy już to wiemy i przetestowaliśmy to tak dobrze, że możemy siebie rozrysować na wykresie, zaczyna się proces odwrotny – odkrywanie, że możemy być WSZYSTKIM. Że granice, które uznaliśmy za własne są umowne, bo zależą od sposobu myślenia, który stale ulega ewolucji. Im bardziej świadomie tę ewolucję wspieramy, tym szersze otwierają się przed nami możliwości.

Spójne ja

To, za co nagradzają nas w dzieciństwie rodzice, rozwija się i staje się dojrzałą częścią nas samych. To, za co byliśmy wtedy krytykowani, pozostaje naszym wewnętrznym dzieckiem, które nie dostało szansy na dorośnięcie i zachowuje się jak mały sabotażysta, żeby zwrócić na siebie uwagę.

Praca z wewnętrznym dzieckiem przypomina pracę dorosłego z prawdziwym dzieckiem; rolę opiekuna pełni tu dojrzała część naszego „ja”. 

W automatycznym ustawieniu „opiekun” zachowuje się jak ochroniarz, zasłania sobą „dziecko”, pozwala mu na cokolwiek tylko wtedy, kiedy trzyma je za rękę. Mimo to „dziecko” wciąż powoduje sytuacje kryzysowe, bo próbuje ukraść innym to, co jak wierzy pozwoli mu dorosnąć. 

W świadomym ustawieniu „opiekun” zaczyna to, czego „dziecko” nie potrafi, ale zaraz się usuwa, pozwalając „dziecku” na dokończenie i odniesienie sukcesu, zdobycie satysfakcji przez pokonanie trudności. W ten sposób „dziecko” uczy się, że nie musi wyłudzać od innych ludzi potrzebnej mu energii, może ją wyprodukować samo. Kiedy w to uwierzy, po prostu po partnersku dołącza do dojrzałej części i nasze „ja” staje się spójne, bezkonfliktowe.

Głos prawdziwego ja

Chcemy podążać za głosem swojego prawdziwego „ja”, bo to sprawia, że dobrze się czujemy. Początkowo słabo go słyszymy, bo zagłusza go ego – głosy wszystkich tych, którzy nas uformowali. W miarę jak rozpoznajemy te cudze głosy, one cichną i słyszymy siebie coraz bardziej. Ale ich echo potrafi także zdeformować sposób, w jaki siebie słuchamy i w jaki chcemy się realizować. A jak się robi coś prawidłowo, ale za szybko lub za wolno, za głęboko albo zbyt powierzchownie, za bardzo albo zbyt powściągliwie, to efekty nie są takie, jakich byśmy sobie życzyli. 

Słuchanie siebie bez zakłóceń i bez pośpiechu, bez filtrów swojej przeszłości i zakłóceń teraźniejszości jest wyjątkową umiejętnością – trudno o lepszy kompas w życiu.