Pomaganie i wymaganie

Miłość rodzicielska przejawia się we wspieraniu rozwoju dziecka na dwa sposoby: przez pomaganie – tam, gdzie nie ma ono jeszcze gotowości do samodzielnego poradzenia sobie z trudnością, i przez wymaganie – tam, gdzie ta gotowość została już osiągnięta. Problem w tym, że rodzice oceniają tę gotowość bardziej na podstawie wspomnień z własnego dzieciństwa niż na podstawie realnych potrzeb swojego dziecka, w efekcie czego zamiast potrzebnego wsparcia dzieci doświadczają rodzicielskiej nadopiekuńczości lub presji. Bardzo często zaś i jednego i drugiego, tylko różnie w różnych obszarach; im większe przegięcie następuje w jednym obszarze, tym większe jest odbicie w drugą stronę w innym obszarze, dla równowagi. W dorosłym życiu to, jak byliśmy widziani i traktowani przez naszych opiekunów staje się dla nas automatycznym wzorcem jak sami mamy traktować siebie (nawet jeśli nie czujemy się z tym dobrze); po prostu nie jesteśmy świadomi tego mechanizmu.

Jeśli rodzice byli przewrażliwieni na punkcie naszego zdrowia, zaczynamy wierzyć, że jesteśmy fizycznie słabi. Traktując siebie w ten sam sposób („tego nie mogę”,”to by mnie zabiło”, „to nie na moje zdrowie”), nie hartujemy się i nie dbamy o kondycję, a więc chorujemy, uzyskując potwierdzenie, że rzeczywiście coś z naszym zdrowiem jest nie tak, nawet jeśli już dawno pozbyliśmy się dziecięcych dolegliwości, ba, nawet, jeśli w rzeczywistości wcale nie byliśmy bardziej chorowici niż inne dzieci. Organizm „wie”, że ma być słaby – tak został zaprogramowany.

Jeśli spędzaliśmy czas na dworze, grzejąc się, marznąc i hartując, to i w dorosłym życiu traktujemy swój organizm jako samoregulującą się machinę, i nawet jeśli mamy indywidualne predyspozycje do przeziębień czy alergii, paradoksalnie pojawiają się one rzadziej niż u innych. Organizm radzi sobie jak sprawnie działające urządzenie, bo tak każe mu nasze przekonanie, że wszystko z nim jest w porządku.

Jeśli rodzice traktowali własne ciała „po macoszemu” albo wywierali presję, żebyśmy zostali zawodowymi sportowcami, to według wzorca lub zaprogramowanych wymagań będziemy żyłować swoje ciało ponad jego realne możliwości, krzywdząc się. W tym przypadku organizm realizuje informację, że ciało ma pracować – nawet na długu – za inne sfery, tak długo jak to jest możliwe, do samozniszczenia.

Jeśli rodzice wątpili w naszą intelektualną sprawność, wciąż nas krytykując i porównując nasze osiągnięcia do sukcesów innych dzieci, to nie stanie się ona naszą mocną stroną, choćbyśmy mieli do tego wszelkie predyspozycje; nie podejmiemy żadnych intelektualnych wyzwań, bo z góry zakładamy, że nas przerastają.

Jeśli lubiliśmy intelektualne zabawy, zagadki i zadania, to i w dorosłym życiu podchodzimy do nowych wyzwań z otwartością i ciekawością.

Jeśli nadmiernie chwalono nas za intelekt lub wywierano presję, żebyśmy się uczyli i „stali się kimś”, to będziemy nadmiernie wykorzystywać ten obszar siebie kosztem innych obszarów aż doprowadzimy do problemu: choroby fizycznej z zaniedbania organizmu czy rozpadu rodziny z powodu zaniedbania relacji.

Jeśli nasi rodzice czuli się złymi rodzicami, widząc nasze negatywne emocje, i próbowali temu zapobiec z całych sił, jako dorośli także traktujemy każdą pojawiającą się negatywną emocję jak koniec świata, obarczając nią innych i oczekując, że ktoś zaradzi naszemu złemu samopoczuciu.

Jeśli opiekunowie uczyli nas jak sobie poradzić z przykrymi emocjami, umiemy to i robimy, utrzymując dobre samopoczucie.

Jeśli wywierano na nas presję, żebyśmy nie okazywali swoich emocji bez względu na sytuację, to właśnie sami sobie robimy w dorosłym życiu, udając, że nic nas nie rusza i utrudniając porozumienie z innymi ludźmi, którzy nie są świadomi tego, co przeżywamy.

Można by tak mnożyć przykłady w nieskończoność, bo wzorce dotyczą wszystkiego, od jedzenia po komunikację międzyludzką. Nasze doświadczenie różni się czasem w najdrobniejszych szczegółach, trudno więc byłoby zrobić z tego listę, według której moglibyśmy się sami zdiagnozować – i nie to jest celem tego tekstu. Moim zamiarem jest zachęcenie do samoobserwacji i refleksji, do uważniejszego przyjrzenia się sobie – bo to, co uważamy za swoją wrodzoną cechę zazwyczaj jest po prostu utrwaloną reakcją dziecka na konkretne i powtarzające się zachowanie rodziców. Klucz jest prosty: tam, gdzie doświadczyliśmy rodzicielskiej nadopiekuńczości, uważamy się za słabych, co powoduje, że gdzieś niepotrzebnie zamykamy sobie drogę do dobrego samopoczucia i samorealizacji. Jedynymi osobami, które mogą zmienić to przekonanie jesteśmy my sami: zmieniając myślenie o sobie i mądrze dostarczając sobie nowe, potwierdzające to doświadczenie (hartując ciało, otwierając umysł, kontrolując emocje); słowem, wymagając od siebie tam, gdzie od nas nie wymagano. Tam zaś, gdzie doświadczyliśmy rodzicielskiej presji, uważamy się za nadmiernie silnych, wręcz niezniszczalnych, co nieuchronnie prowadzi nas do wyrządzenia sobie krzywdy. Tu także potrzebujemy dać sobie to, czego nam nie dano: opiekę, wsparcie, wyrozumiałość. Zwolnienie tempa, obniżenie poprzeczki, docenienie wysiłku i efektów.

Nie możemy zmienić swojego dzieciństwa, i tym samym nie możemy uniknąć przegięć wychowując własne dzieci. Możemy jednak zacząć traktować siebie tak, jak chcielibyśmy być potraktowani przez idealnego rodzica, przyjaciela czy partnera – z miłością, która wspiera; która tam, gdzie trzeba, pomaga nam stanąć na nogi, żebyśmy złapali równowagę; a tam, gdzie trzeba, wymaga, żebyśmy mogli zakosztować satysfakcji z przekraczania własnych ograniczeń. Umiejąc to wobec siebie samych, automatycznie będziemy umieć to wobec innych – także własnych dzieci.

Emocjonalne drogowskazy

Kontakt ze swoimi emocjami jest podstawowym drogowskazem w relacjach z innymi ludźmi. Poziom wrażliwości emocjonalnej jest różny u różnych ludzi tak samo jak poziom wrażliwości na ból fizyczny, jak spostrzegawczość, rozróżnianie kolorów i każda inna cecha. I jak każdą inną cechę bez względu na jej poziom wyjściowy można tę wrażliwość emocjonalną rozwinąć albo stłumić. Właściwie dokonuje się to „samo” poprzez reakcje opiekunów na zachowanie dziecka. Najczęściej dziewczynki słyszą „popłacz sobie, to ci przejdzie”, a chłopcom mówi się: „prawdziwi faceci nie płaczą”.

Efekt jest porażająco widoczny już wśród nastolatków. Znakomita większość chłopców reaguje biernym lub czynnym oporem na zajęcia z psychologiem – na każde zadanie, dyskusję, a nawet wykład w jakikolwiek sposób związany z emocjami. Emocje dla większości chłopców to obszar tak niezrozumiały i obcy (więc niebezpieczny) jak fizyka dla większości dziewcząt, z góry nie chcą mieć z nim nic do czynienia, bo przywołuje negatywne skojarzenia. 


Ktoś, kto nie potrafi rozpoznać, nazwać i zakomunikować swoich emocji, nie potrafi nawiązać bliskości emocjonalnej z drugim człowiekiem. Cierpi, ale nie potrafi. Cierpią też partnerzy w takich relacjach, bo ich emocjonalność musi wystarczyć za dwoje, a nie dostają nic w zamian. Kiedy przychodzą na świat dzieci, kółko się zamyka – mamusie próbują nawiązać z synami więź, której brakuje im u partnerów, rozpieszczając i pozwalając na przekraczanie swoich granic („emocjonalnie wolno ci wszystko, bo chcę, żebyś mnie kochał najbardziej na świecie”); tatusiowie z kolei zazdrośni o ten rodzaj więzi, którego nie potrafią sami stworzyć ostro musztrują potomków, żeby zrobić z nich „prawdziwych mężczyzn”.


A prawdziwy mężczyzna to taki, który udaje, że nie ma miękkich emocji i wrażliwości. Może krzyczeć, ale nie wolno mu być smutnym. Ma prawo być wściekły, ale nie wolno mu być rozżalonym, rozczarowanym, osamotnionym, bezradnym, zawstydzonym. Może wymagać, ale nie wspierać. Może trzaskać drzwiami, ale nie powinien za nic przepraszać. Może mieć romanse na boku, ale nie może zostać zdradzony. Może kląć z podziwu, ale nie wolno mu kogoś pochwalić wprost ani bezpośrednio wyrazić swojego zachwytu, radości, miłości, czułości. Poza okresem zakochania to niebezpieczne, nie-męskie; grozi utratą tożsamości i napiętnowaniem społecznym. Zdarzają się tacy, którym to nie pasuje, którzy rezygnują z wyrażania twardych emocji „po męsku” – nie krzyczą, nie przeklinają, nie rzucają przedmiotami – milczą jak głaz, zamknięci we własnym świecie uczuć jak księżniczka w wieży.

Bardzo często takie dwutorowe wychowanie (przyzwalająca na brak kontroli emocjonalnej matka i nieobecny emocjonalnie, wymagający ojciec) tworzy osobowość socjopatyczną – człowieka, który z jednej strony jest narcystycznie zapatrzony w siebie i niezdolny do tworzenia emocjonalnej więzi (bo nauczony, że tylko on ma emocje i tylko jego potrzeby się liczą), a który z drugiej strony szuka ujścia dla swojej frustracji związanej z niespełnianiem cudzych oczekiwań (w postaci fizycznej lub słownej agresji wobec innych). Im mniej bezpośrednia była presja ze strony ojca, tym bardziej zachowania przemocowe takiej osoby mogą mieć ukryty charakter i przejawiać się w lekceważeniu innych ludzi, uszczypliwych żartach, sarkazmie, słownej złośliwości, ignorowaniu niewygodnych pytań, celowym „zapominaniu” o czymś ważnym dla partnera i w całej gamie zachowań pasywno-agresywnych.

Ten wzorzec wychowawczy funkcjonuje przez pokolenia, separując emocjonalnie kobiety i mężczyzn, choć wcale nie musi tak być. Empatia jest cechą wrodzoną. Każdy, dosłownie każdy, w każdym momencie powtarzającego się cyklu może świadomie wybrać inne zachowanie, zaryzykować zmianę toru. Potencjalnie – bo praktycznie musi najpierw odczuć potrzebę więzi emocjonalnej zamiast wypierania jej czy zastępowania innym rodzajem więzi, nazwać tę potrzebę zamiast racjonalizowania czy ignorowania, i zaryzykować zachowanie wbrew swojemu automatyzmowi, wbrew własnemu doświadczeniu. Realnie prawdopodobieństwo takiej zmiany jest bardzo nikłe z jednej prostej przyczyny: narcyzi co prawda czują, i cierpią, a nawet wyolbrzymiają swoje emocje do gigantycznych rozmiarów, ale nie biorąc cudzego odczuwania w ogóle pod uwagę, nie rozumieją swojego wpływu na sytuację – winni są zawsze ci na zewnątrz, którzy nie chcą spełnić ich oczekiwań. Dlatego ich życie upływa na próbie „naprawiania” innych lub szukania odpowiednich „opiekunów”, potrafiących odgadnąć i zaspokoić wszelkie ich potrzeby. Szukając kontroli poza sobą, blokują sobie możliwość zmiany i w rzeczywistości tracą kontrolę nad swoim życiem, coraz bardziej pogrążając się w frustracji.

Kontakt ze swoimi emocjami jest podstawowym drogowskazem w relacjach z innymi ludźmi, ale pod warunkiem, że ani nie tłumimy, ani nie nakręcamy tego, co czujemy, i że uwzględniamy to, co czują inni na równi z tym, co sami odczuwamy.

Na autopilocie

Przez kilka pierwszych lat życia mózg każdego człowieka chłonie wszystko jak gąbka – dosłownie przesiąka tym, z czym ma styczność. Zwykle ma codzienną styczność z najbliższą rodziną i panującymi w niej przekonaniami, które przejawiają się w zachowaniu rodziców i opiekunów, w ich reakcjach na każdy ruch dziecka. W ten sposób w naszych dziecięcych umysłach tworzą się pierwsze, podstawowe założenia – jacy są ludzie, czego można oczekiwać od życia, co jest dobre, a co złe, jacy jesteśmy my sami. Jako dorośli nie jesteśmy nawet świadomi wielu tych przekonań, ale kiedy próbujemy za czyjąś namową zmienić swoje zachowanie i zrobić coś wbrew tym starym zapisom, czujemy negatywne emocje, wewnętrzny konflikt. Logicznie przyznajemy czemuś rację, ale emocje każą nam wybrać coś innego, zgodnego z automatycznie przyjętym kiedyś przekonaniem.

Zmiana samego zachowania bez zweryfikowania swoich przekonań jest najczęściej skazana na niepowodzenie, dlatego takie istotne jest uświadomienie sobie tego „autopilota” utworzonego z cudzych przekonań i naszych starych przypadkowych skojarzeń, które umysł włącza automatycznie poza naszą świadomością. Rozpoznanie, co jest tym naszym autopilotem wyzwala nas z rodzinnych i kulturowych schematów, pozwala nam na dokonanie świadomego wyboru: czym chcemy się kierować w życiu, kim być, co osiągnąć, żeby towarzyszyło temu poczucie spełnienia i radości.

Dlaczego życie na „autopilocie” nie jest satysfakcjonujące?

Życie oferuje nam wszystko, ale możemy przyjąć tylko tyle, na ile pozwalają nam nasze przekonania. Na przykład jeżeli w rodzinie panowało przekonanie (oparte na czyimś konkretnym, ale przypadkowym przecież doświadczeniu), że życie kończy się po czterdziestce, to wraz z czterdziestymi urodzinami tracimy chęć do życia, uczenia się, szukania czegoś nowego – bo przecież już nic na nas nie czeka, to my zaczynamy czekać na śmierć. Jeżeli w rodzinie panowało przeciwne przekonanie (tak samo oparte na czyjejś losowej historii), że nigdy nie jest za późno na spełnianie marzeń, to czterdzieste urodziny nie będą miały dla nas znaczenia, nie będą żadnym ograniczeniem. Nasze nieświadomie przyjęte przekonania stają się samospełniającą przepowiednią, bo kiedy w coś wierzymy, zachowujemy się odpowiednio do tego, wywołujemy konkretny efekt. W tym przypadku albo się wycofujemy z życia (więc nic nam ono nie dostarcza – czyli się dla nas skończyło tak jak się spodziewaliśmy), albo nadal z niego aktywnie korzystamy (więc znajdujemy nowe możliwości, pasje – czyli spełniamy marzenia, bo nie przychodzi nam do głowy, że już na to za późno).

Drugim powodem, dla którego życie na autopilocie nie jest satysfakcjonujące jest fakt, że umysł dziecka zapisuje wszystko bezkrytycznie, bez analizowania, a rodzice mają często odmienne poglądy w różnych kwestiach. Stąd często nosimy w sobie sprzeczne przekonania, które ciągną nas w różne strony. W jednych sprawach zachowujemy się według mechanizmu przyjętego od jednego rodzica, w innych według mechanizmu drugiego rodzica – co sprawia, że nasze zachowanie jest niespójne i niekonsekwentne, stwarza wewnętrzne i zewnętrzne konflikty i wywołuje silne negatywne emocje.

Pokoleniowy transfer schematów

Dziecko zależy od rodziców nie tylko w sensie fizycznym i materialnym, ale także emocjonalnym. To, jak rodzice traktują swoje emocje decyduje o tym, co dziecko zrobi z własnymi.

Jeśli rodzice są narcystycznie skupieni na sobie i uważają, że ich emocje są najważniejsze, to dziecko zgodnie z tym wzorcem uczy się troszczyć o ICH samopoczucie. Jako dorosły będzie dbało o innych bardziej niż o siebie, tracąc drogę do swojego szczęścia – silnie kontrolując oraz tłumiąc własne emocje, i nadmiernie troszcząc się o cudze. 

Jeśli z kolei rodzice dbają o dobre samopoczucie dziecka kosztem własnych potrzeb i uczuć, to dziecko uczy się, że jego samopoczucie jest ważniejsze od samopoczucia innych ludzi; uczy się także, że zależy ono od działań innych, i oczekuje nadopiekuńczości jako standardu. Nabiera przekonania, że każda najmniejsza emocja jest ponad jego siły, a inni są jak worek treningowy, w który można uderzać bez ograniczeń, bo cierpliwie zniesie to w milczeniu.

Dzieci narcyzów stają się silne i niezależne, ale towarzyszący im emocjonalny głód z dzieciństwa sprawia, że chcą go zaoszczędzić swoim dzieciom, więc skupiają się na ich samopoczuciu nadmiernie, tworząc z nich… skupionych na sobie i pozbawionych empatii narcyzów. Z kolei ci zależni od innych i przekonani o własnej emocjonalnej słabości narcyzi traktują swoje dzieci jak swoich opiekunów, wymagając od nich tego wszystkiego, czego sami nie potrafią. I cykl się powtarza.

W dużym uproszczeniu tak wygląda mechanizm pokoleniowego transferu schematu dominacji i podporządkowania, egoizmu i altruizmu, siły i słabości; tworzenia swoich dzieci na wzór swoich rodziców. Będzie on działał tak długo, aż jakaś osoba w tym łańcuchu uświadomi go sobie i przerwie cykl – to znaczy da SOBIE to, czego jej brakowało w dzieciństwie zamiast dawać to w nadmiarze swoim dzieciom i innym ludziom; kiedy ktoś stworzy w sobie równowagę, żeby móc ją posłać dalej. 

Otwarte drzwi

Prawdziwe przekonanie na jakiś temat cechuje się równowagą – w sposób naturalny dotyczy tak samo jednego obszaru naszego „ja”, jak i innych; nas samych i innych ludzi. 

Wychowanie i socjalizacja nakładają jednak na nasze myślenie wartościujące „nakładki”: uważamy jeden obszar siebie za lepszy, inny za gorszy; przyznajemy sobie  większe prawa niż innym lub odwrotnie – uważamy potrzeby i uczucia innych za ważniejsze od własnych.

Stąd zmiana zazwyczaj nie dokonuje się w całym naszym myśleniu od razu – zaczyna się w obszarze dla nas ważniejszym i tam, gdzie czujemy się pewniej. Tam najpierw zachodzi zmiana fałszywego przekonania, która potem stopniowo „zaraża” pozostałe obszary. 

To prawda, że wszystko zaczyna się od nas samych, ale droga do siebie czasami prowadzi najpierw przez innych; to prawda, że wszystkie obszary „ja” są jednakowo ważne, ale to jeden z nich zapoczątkowuje przyjęcie się tej prawdy w naszym myśleniu.

Prawda przychodzi do nas taką drogą jaka jest, bez żadnych warunków – nie musimy być tacy czy inni, umieć to czy tamto, nie popełniać błędów, mieć doświadczenie, wiedzę czy cokolwiek innego. Prawda przychodzi do nas tymi drzwiami, które zostawiamy otwarte.

Masowa świadomość

Masowa świadomość ma moc. Ludzie zjednoczeni w imię jakiejś idei – bez względu na to, czy to modlitwa o uzdrowienie czy wojna – potrafią zmieniać fizyczną rzeczywistość. Energią – działanie jest tylko jej materializacją. 

Nieświadomość rządzi. A raczej ci, którzy potrafią nią sterować dla własnych korzyści.

„Jeśli sam nie wiesz, czego chcesz, wmówią ci to inni.” (Josef Kirschner). 

Dlatego tak ważne jest podnoszenie świadomości siebie, bo to oznacza podnoszenie świadomości świata.

Nie można trwale zmienić na zewnątrz czegoś, co nie zmieniło się wewnątrz, bo to nasze światło i nasza ciemność tworzą świat takim, jaki jest.

Kij czy marchewka?

Jak wiadomo, istnieją dwa sposoby motywowania: za pomocą kija i za pomocą marchewki.

Jeden i drugi sposób ma tyle samo zwolenników, co i przeciwników, i każdy ma swoje argumenty na to, co działa lepiej. Jednak tak postawione pytanie: czy lepiej działa kij czy marchewka, jest jak pytanie, czy lepsze są opony letnie czy zimowe do samochodu. Nie da się na nie odpowiedzieć bez uściślenia: zależy kiedy, zależy gdzie.

W obszarach, gdzie dostawaliśmy dużo „marchewki” od rodziców, czujemy się słabi i zależni – tam „więcej marchewki” nie działa, nie wzmacnia, jedynie coraz bardziej uzależnia. Aby poczuć się silnym, niezależnym, potrzebujemy się sprawdzić, przetestować, praktycznie zaprzeczyć tej słabości, w którą uwierzyliśmy. A nie opuścimy swojej strefy komfortu dla najokazalszej marchewki, zmusi nas do tego jedynie „kij” – wymagania, wysiłek, ból, a czasem dopiero przewlekłe cierpienie.

W obszarach, gdzie w doświadczyliśmy „kija” i dzięki temu staliśmy się silni, poczuliśmy swoją moc, „marchewka” perfekcyjnie spełnia swoją, otwierając nam kolejne i kolejne drzwi.

Jeśli więc mamy wrażenie, że los motywuje nas kijem, to znak, że na tym polu potrzebujemy rozbić swoje mentalne kajdanki, uwolnić się od fałszywych przekonań, uwierzyć w siebie, poczuć swoją siłę. Tam, gdzie to zrobi(liś)my, los rozdaje marchewki 😉

Kod do zmiany

Kod do przeprogramowania siebie zawsze jest w naszych rękach. To my decydujemy, czy go użyć do stworzenia swojego własnego programu, czy pozwolić działać staremu programowi, czy pozwolić innym ludziom napisać dla nas nowy. 

Im więcej włożymy w to swojego wysiłku, tym bardziej program będzie odpowiadał naszym prawdziwym potrzebom i nas satysfakcjonował; im mniej się zaangażujemy osobiście, tym bardziej będziemy się musieli dostosować do cudzych pomysłów na nasze życie.

Prawda

Prawdziwe przekonanie na jakiś temat cechuje się równowagą – w sposób naturalny dotyczy tak samo jednego obszaru naszego „ja”, jak i innych; nas samych i innych ludzi. 

Wychowanie i socjalizacja nakładają jednak na nasze myślenie wartościujące „nakładki”: uważamy jeden obszar siebie za lepszy, inny za gorszy; przyznajemy sobie  większe prawa niż innym lub odwrotnie – uważamy potrzeby i uczucia innych za ważniejsze od własnych.

Stąd zmiana zazwyczaj nie dokonuje się w całym naszym myśleniu od razu – zaczyna się w obszarze dla nas ważniejszym i tam, gdzie czujemy się pewniej. Tam najpierw zachodzi zmiana fałszywego przekonania, która potem stopniowo „zaraża” pozostałe obszary. 

To prawda, że wszystko zaczyna się od nas samych, ale droga do siebie czasami prowadzi najpierw przez innych; to prawda, że wszystkie obszary „ja” są jednakowo ważne, ale to jeden z nich zapoczątkowuje przyjęcie się tej prawdy w naszym myśleniu.

Prawda przychodzi do nas taką drogą jaka jest, bez żadnych warunków, – nie musimy być tacy czy inni, umieć to czy tamto, nie popełniać błędów, mieć doświadczenie, wiedzę czy cokolwiek innego. Prawda przychodzi do nas tymi drzwiami, które zostawiamy otwarte.

Jak myślisz, tak jest

Czy myślisz, że potrafisz, czy też myślisz, że nie potrafisz – masz rację”  (Henry Ford)

Inaczej widzi się rzeczy z zewnątrz, inaczej od środka; inaczej innych, inaczej siebie. To sprawia, że patrzymy na kogoś i nie możemy uwierzyć, dlaczego opowiada o sobie takie niedorzeczności, przecież wyraźnie widzimy, że jest inaczej. Słuchamy, jak ktoś zwierza się ze swoich słabości i niedoskonałości i rodzi się myśl, żeby temu człowiekowi udowodnić, że jest przeciwnie, że nie jest wcale taki zły, brzydki, głupi, nieudany… Rodzi się myśl, że będziemy w niego wierzyć i wspierać go z całych sił, aż nasza wiara w niego stanie się jego wiarą, aż zrozumie, że prawda jest inna…

I w tym momencie zaczyna się dramat. Bo ilu komplementów potrzeba, żeby wyleczyć czyjeś kompleksy? Każdy, kto ma jakikolwiek wie, że nie ma takiej liczby – to po prostu nie działa. Jakiego trzeba poświęcenia, jakiej ofiary, żeby wyciągnąć kogoś z nałogu? Nawet śmierć nie udowodni naszej racji, nie zmusi kogoś do zmiany zdania o sobie, wręcz przeciwnie, przyniesie kolejny dowód na to, że jest beznadziejny; miliony żon alkoholików mogą być tutaj przykładem. Bo nie ma takiej zewnętrznej mocy, która może zmienić czyjeś myślenie.

Dlatego słuchaj, co ktoś mówi o sobie, bo to jest prawda. Nie dlatego, że taki naprawdę jest, tylko dlatego, że wierząc w to, czyni to faktem. Im bardziej jest przekonywany, tym bardziej udowadnia, że ma rację, idąc po trupach tych, którzy chcieli pomóc.

Siła ludzkiego umysłu ma moc twórczą. Co jest wewnątrz, nie może być jednak zmienione z zewnątrz, sterownik jest w środku. Można człowieka zainspirować do zmiany, jeśli jest na to gotowy, nie można go zmienić, jeśli w to nie wierzy.