Maski

Miłość sprawia, że się otwieramy, lęk każe nam się zbroić. Kiedy jako dzieci odkrywamy, że sposób, w jaki pozyskiwaliśmy akceptację rodziców nie działa na innych ludzi, boleśnie doświadczamy ich odrzucenia. To, co możemy w takiej sytuacji zrobić, to zabłysnąć czymś tak, żeby odwrócić uwagę innych od tego, co chcemy ukryć, od słabego punktu, który w nas namierzyli.

Jeśli broń poskutkuje, stanie się naszą tarczą, za którą odtąd będziemy się automatycznie chować, czując się niepewnie. Nakładamy maskę „wazeliniarza”,„eksperta”, „duszy towarzystwa”, „błazna”, „rewolucjonisty”, „konformisty”, „ofiary” i wiele innych niczym emocjonalny makijaż – żeby ukryć twarz, która jak wierzymy jest zdeformowana.

Miłość do kupienia

Rodzice często mają sprecyzowaną wizję tego, jakie powinno być ich dziecko – jak powinno wyglądać, jak się powinno zachowywać, co powinno osiągnąć. 

Taka akceptacja warunkowa rodziców („będę cię kochać, jeżeli będziesz taki/a jak chcę”) powoduje ogromną dziecięcą tęsknotę, żeby wypełnić tę wizję i zasłużyć na rodzicielską miłość; tęsknotę, by być takim, jakim rodzice chcą, żeby poczuć, że się jest kochanym. Bez względu na to, jaką strategię przyjmuje dziecko – czy się buntuje, czy rozwija siebie w obszarze neutralnym (tam, gdzie rodzice nie zdefiniowali swoich oczekiwań), i bez względu na osiągane efekty, gdzieś głęboko pozostaje w nim przekonanie o byciu niewystarczającym do tego, żeby być kochanym przez innych. 

Warunkowa akceptacja dziecka przez rodziców powoduje u niego nie tylko brak akceptacji siebie takim, jakim jest naprawdę. Powoduje też odczuwanie gwałtownych skumulowanych od dzieciństwa emocji (od smutku, rozżalenia, zazdrości po złość i gniew) wobec osób, które wydają się wypełniać dawne rodzicielskie oczekiwania; które wydają się być tym, kim tamtemu dziecku nigdy nie udało się być.

Umysł mówi, że ich istnienie jest jak żywy dowód, że rodzicielska wizja była realna, więc rodzicielska miłość byłaby możliwa, odczuwalna, gdyby udało się być właśnie takim. Dusza mówi: „…gdyby miłość można było kupić.”

Etykietowanie

Inni ludzie narzucają nam etykietki – wierzymy, że jesteśmy jacyś i musimy się w tym sprawdzać, żeby nie stracić akceptacji innych. Dopóki utożsamiamy się z jakąkolwiek etykietką, dbamy o nią, nie o siebie, i w pewnym momencie ta etykietka zwraca się wprost przeciw nam: zamiast gwarantować nam dobre samopoczucie, zaczyna powodować negatywne emocje.

Wolność vs instynkt

Każdy z nas dostaje w dzieciństwie specyficzną postać miłości, w różnym stopniu i na różny sposób zmieszaną z lękami rodziców i opiekunów.

Ci, którzy dostali rodzicielską akceptację także dla tych zachowań, które rodziców krzywdziły, mają tendencję do sięgania po to, co im szkodzi. Ich doświadczenie każe im lubić to, co powoduje ich problemy – dlatego sami dla siebie muszą stać się zdrowo krytyczni i wymagający.Ci, którzy walczyli z brakiem rodzicielskiej akceptacji wobec siebie, mają tendencję do unikania tego, co dla nich korzystne. Ich doświadczenie każe im wierzyć, że to co lubią i czego chcieliby dla siebie im zaszkodzi – dlatego muszą nauczyć się ufać sobie i stać się wobec siebie bardziej wyrozumiali.

Jedni z nas nauczyli się wolności wybierania wśród tego, co przynosi życie, ale nie umieją wybierać tak, żeby się uszczęśliwić. Inni doskonale wiedzą, czego im potrzeba do szczęścia, ale nie mają odwagi po to sięgnąć.

Tu i teraz

Życie to ciągły proces rozwojowy poszerzający dalsze możliwości – żadne dziecko nie zaczyna najpierw biegać, potem chodzić, ani najpierw mówić, a potem gaworzyć. Tak też wszystko, co dzieje się w naszym życiu jest kolejnym etapem nielimitowanego wszechstronnego rozwoju, jak wszystko wcześniej i później. 

Jeśli potrafimy w pełni być i ciałem i umysłem w miejscu, w którym jesteśmy, zaakceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy, to otwierają się drzwi do następnego etapu. Ale jeżeli prześladują nas wizje z reklam, filmów czy książek, i stajemy się maniakami perfekcyjnego obrazka, to zamiast skupiać się na rozwijaniu tego co jest, skupiamy się na wynajdywaniu tego, czego brakuje – i utykamy w miejscu, w którym jesteśmy, jak Phil Connors w „Dniu Świstaka”.

Akceptacja

Wchodząc w relacje z innymi ludźmi zawsze mamy ten sam wybór – być sobą, pokazać się w całości i zaryzykować, jaka będzie reakcja innych ludzi lub zaprezentować przetestowany kawałek siebie, którym jesteśmy w stanie zdobyć akceptację, a nawet aplauz znakomitej większości.

Jakiego dokonamy wyboru zależy to od tego, czy chcemy, żeby jak najwięcej ludzi akceptowało mały kawałek naszego „ja” czy chcemy zaryzykować, żeby ktoś zaakceptował całe nasze „ja”.

Lustrzane odbicie

Relacje z innymi ludźmi odzwierciedlają relację ze sobą samym.

Fizyczna zdrada, intelektualne niedocenienie, emocjonalne odseparowanie czy duchowa izolacja są odbiciem relacji naszego ja z każdym z tych obszarów, świadectwem istnienia barier w połączeniu tych obszarów z naszą tożsamością i świadomością.

Bezwarunkowa akceptacja każdej części siebie „wyświetla się” jako bezproblemowe relacje z innymi ludźmi.

Pokora

Pokora to uznanie tego co jest. Brak udawania, że jesteśmy zdrowsi, silniejsi, lepsi, mądrzejsi niż jesteśmy naprawdę. Świadomość, że jak wszyscy inni podlegamy różnym prawom: fizyki, biologii i tym ustanowionym przez ludzi. Pokora jest konieczna, żeby zaakceptować to co jest takim jakim jest. A akceptacja jest konieczna, żeby móc zmienić stan rzeczy – stać się kimś, kto przekracza granice.

Zrozumienie

Każdy z nas żyje w swoim świecie i głęboko wierzy, że nie może ujawnić wielu rzeczy o sobie innym, bo nie zostałby zrozumiany, że wydałby się dziwaczny czy przerażający. Unikamy głębokiej komunikacji z lęku przed odrzuceniem, a bez komunikacji nie jesteśmy w stanie sprawdzić, na ile rzeczywiście zostalibyśmy zaakceptowani przez innych. Zostajemy więc w swoim świecie ze swoimi przekonaniami, które mogą być całkowicie fałszywe – bo jeśli każdy z nas czuje tak samo, to dlaczego nie mielibyśmy się zrozumieć?