Wsparcie

Za słabe wsparcie od innych ludzi boli, ale tworzy siłę, umiejętności. Za duże wsparcie daje radość, ale tworzy zależność i bezsilność. Właściwe wsparcie – odpowiednie do potrzeb – tworzy i radość, i siłę. Tworzy takie wyzwania, które pomagają się rozwijać, a dzięki temu przynoszą satysfakcję, radość i samorealizację.

To, jak traktowali nas rodzice staje się naszym nieświadomym wzorcem do traktowania siebie – do tego, jakiego wsparcia udzielamy samym sobie, jak sobą kierujemy w życiu.

Tu i teraz

Życie to ciągły proces rozwojowy poszerzający dalsze możliwości – żadne dziecko nie zaczyna najpierw biegać, potem chodzić, ani najpierw mówić, a potem gaworzyć. Tak też wszystko, co dzieje się w naszym życiu jest kolejnym etapem nielimitowanego wszechstronnego rozwoju, jak wszystko wcześniej i później. 

Jeśli potrafimy w pełni być i ciałem i umysłem w miejscu, w którym jesteśmy, zaakceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy, to otwierają się drzwi do następnego etapu. Ale jeżeli prześladują nas wizje z reklam, filmów czy książek, i stajemy się maniakami perfekcyjnego obrazka, to zamiast skupiać się na rozwijaniu tego co jest, skupiamy się na wynajdywaniu tego, czego brakuje – i utykamy w miejscu, w którym jesteśmy, jak Phil Connors w „Dniu Świstaka”.

Uczenie się

Najważniejszą umiejętnością człowieka pozwalającą zarówno na biologiczne przetrwanie jak i rozwój świadomości jest uczenie się. O ile natura rzeczy jest konsekwentna – wrząca woda zawsze oparzy, nie ma wyjątków – o tyle ludzie nie. Im bardziej jesteśmy niekonsekwentni wobec innych, tym bardziej utrudniamy im uczenie się. Na tym polega krzywdzenie dzieci, które się rozpieszcza: pozornie dostają wszystko co chcą, ale faktycznie ich uczenie się zostaje zablokowane przez brak konsekwencji rodziców i opiekunów. W dorosłym życiu skutkuje to tym, że próbują zmusić rzeczywistość i innych ludzi, żeby dostosowali się do ich potrzeb, nie potrafią zrozumieć konsekwencji swoich wyborów; żądają od otoczenia, żeby było ustępliwe wobec nich jak ich rodzice.

Podporządkowanie vs zaufanie

Podporządkowanie się a zaufanie (rodzicowi, innym ludziom, sile wyższej) to dwie różne rzeczy. W obu przypadkach uznajemy, że jest coś mądrzejszego czy silniejszego od nas, ale w różny sposób. 

W pierwszym przypadku robimy to pod presją, wbrew sobie, z poczucia zależności i bezsilności, co powoduje wewnętrzny konflikt i walkę – ze sobą lub innymi. 

W drugim przypadku robimy to z własnej woli, w zgodzie ze sobą, z poczucia przynależności i zachowując prawo dokonywania własnych wyborów.

Podporządkowanie niszczy, zaufanie pomaga wzrastać.

Aktywacja

Każda trudność czy niedogodność uaktywnia w nas specjalne umiejętności, wyostrza jakiś zmysł, rozwija ukryte predyspozycje. Dzięki temu, że musieliśmy się nauczyć radzić sobie z jakimś niedostatkiem lub przeszkodą, w jakiejś sferze rozwijamy się bardziej od innych, sięgamy dalej, przesuwamy granice, i inspirujemy innych do tego samego.

Wierność sobie

W szukaniu swojej prawdy nie chodzi o wierność autorytetom, zasadom czy jakiejś filozofii życiowej, chodzi o wierność sobie. Człowiek przecież się rozwija, nabiera doświadczenia, zmienia perspektywę, odkrywa w sobie coś nowego. Zmienia więc zdanie i opinię.

Coś staje się naszą prawdą, kiedy utożsamiamy się z tym tak bardzo, że nie jesteśmy w stanie tego sprzedać za inne korzyści czy rozmienić na drobne dla chwilowej akceptacji, kiedy stajemy w obronie tego jak w obronie samego siebie. Jeśli nie mamy nic takiego, to znaczy, że mamy zwyczaj iść za tym, co w danym momencie świeci mocniej lub przywołuje głośniej – że nie wiemy, kim jesteśmy.

Lustra

Poszerzanie naszej świadomości siebie następuje cały czas, mimowolnie, w odpowiedzi na to, z czym się spotykamy. Im bardziej stałe jest nasze środowisko, tym wolniej. Im bardziej świadomie zastanawiamy się nad sobą i swoimi reakcjami, tym szybciej.

Czasami jednak napotykamy na blokady – kiedy jakaś emocja, założenie czy przekonanie nie pozwalają nam zmienić perspektywy i zobaczyć rzeczy takimi jakie są. Wtedy potrzebujemy „lustra” – kogoś, kto w tym obszarze nie ma blokad i może pomóc nam dopełnić obraz ze swojej perspektywy.

„Lustrami” mogą być różne osoby w różnych momentach i różnych sprawach. Ale czasem zdarza się, że spotykają się ludzie ukształtowani tak odmiennie, że są odpowiedzią na wszystkie pytania dla siebie nawzajem. Jeśli obie strony są zainteresowane rozwojem swojej świadomości, powstaje unikalne i bezcenne partnerstwo duchowe, a rozwój świadomości u obu stron jest wtedy stały i niezwykle szybki.

Rozwijanie świadomości

Prawdziwy wpływ na innych nie polega na kierowaniu masowej energii w wybranym przez siebie kierunku – nawet jeśli czyjąś intencją jest czynienie dobra. To dobro zależy wtedy od jednej, omylnej i śmiertelnej osoby, którą łatwo może zastąpić ktoś inny i skierować tę energię w zupełnie przeciwnym kierunku, bo ludzie pozostają nadal reaktywną masą. 

Prawdziwy wpływ na innych polega na budzeniu ich świadomości, budzeniu ich podążania za dobrem w sobie. Można to zrobić tylko w jeden sposób – rozwijając własną świadomość, pokazując innym, że słuchanie siebie uszczęśliwia.

Rozwój jest jak drabina

Nie lubimy negatywnych emocji ani krytyki. Ani wysiłku. Nauczylibyśmy się wielu rzeczy, gdyby można było od razu stać się ekspertem – z pominięciem etapu, kiedy idzie nam niezdarnie, a inni się z nas śmieją. Stalibyśmy się fantastycznymi ludźmi, ale rodząc się nimi – nie zaczynając z tego miejsca, w którym jesteśmy. Osiągnęlibyśmy wiele w życiu, gdyby ktoś zaoferował nam coś na start… i tak dalej. 
Jednym słowem wyleczylibyśmy niedomagającą część nas samych, gdyby ktoś najpierw sprawił, że będzie zdrowsza, lepsza, sprawniejsza  To idealny sposób, żeby na zawsze zostać tam, gdzie się jest i tym, kim się jest. 

Negatywne uczucia są jak objawy chorobowe – jeśli nie chcemy ich zauważyć, jeśli je lekceważymy albo ukrywamy, choroba się rozwija – aż do momentu, kiedy się ockniemy, że nie jesteśmy w stanie dalej tak funkcjonować. Pytanie – kiedy łatwiej wyleczyć chorobę: przy jej pierwszych objawach, czy w zaawansowanym stadium? Odpowiedź jest oczywista, i rodzi kolejne pytania – dlaczego więc tak bardzo boimy się postawienia diagnozy? Czy oszukiwanie siebie i innych może nas uszczęśliwić w jakimkolwiek stopniu?

Diagnoza ani nie jest wyrokiem, ani nas nie definiuje – wskazuje jedynie punkt startowy naszej podróży i pozwala nam się przygotować do niej jak najlepiej.
Pierwszym krokiem do zmiany jest świadomość jakiegoś braku, niedostatku, bólu – potrzeba tej zmiany. Im szybciej na nią reagujemy, tym mniej cierpimy. 
Drugim krokiem jest diagnoza tego, co jest; bez niej nie wiemy skąd zacząć ani czego użyć dla osiągnięcia najlepszego efektu, dlatego im jest uczciwsza i precyzyjniejsza, tym lepsze rokowania co do rezultatów zmiany. 
Trzecim krokiem jest podjęcie działania, które wymaga od nas zaprzeczenia swoim nawykom i schematom, które doprowadziły nas do miejsca, z którego chcemy się wydostać. Im to działanie jest konsekwentniejsze, tym szybciej znajdziemy się tam, gdzie chcemy być.

I rozwój, i leczenie są jak drabina – idąc szczebel po szczeblu od samego dołu jesteśmy bezpieczni i szybciej niż zakładaliśmy znajdziemy się na górze; ale zaprzeczając temu, że stoimy na ziemi, udając, że już jesteśmy na górze, pozbawiamy tę drabinę wszystkich szczebli poza ostatnim – co sprawia, że tak naprawdę na zawsze zostajemy na ziemi, a ostatni szczebel pozostaje tylko marzeniem.

Być czy działać

Mówią nam: „Słuchaj tylko siebie” – ale często nie wiemy, czy słyszymy siebie, czy wdrukowany w nas głos innych. Idąc za tym drugim często robimy sobie krzywdę, cierpimy. Czy więc „Słuchaj tylko siebie” jest receptą na szczęście?

Mówią nam: „Dawaj innym to, co chcesz od nich dostać, bądź taki, jakim chcesz, żeby ktoś był dla ciebie”. To znaczy bądź miły, szczodry, dobry, życzliwy – zawsze, bez względu co jest po drugiej stronie? Dla kogoś, kto jest roszczeniowy, kto poniża, ograbia, kantuje; dla męża pijaka, dla bandyty, który chce cię pobić i okraść? Dla lwa, który cię zje? Czy to jest droga do zapewnienia sobie szczęścia?

Mówią nam: „Bądź wdzięczny”. A czym różni się zmuszanie się do wdzięczności wbrew temu, co się naprawdę czuje, od życia w swoim schemacie, czyli „robienia czegoś” z emocjami, żeby ich nie przeżywać, nie dopuścić do siebie?

Mówią nam: „Stosuj techniki cały czas, im więcej tym lepiej – afirmacje, medytacje, jogę, mantry, ćwiczenia oddechowe, rytuały chroniące przed złą energią”. To znaczy – rób wszystko, co w Twojej mocy, żeby dużym codziennym wysiłkiem sztucznie podtrzymać stan, w którym naturalnie nie jesteś. Często intencja przypomina tę, z powodu której ludzie sięgają po alkohol i narkotyki – przykryć, zagłuszyć, nie dopuścić do głosu to „złe” w środku…

Nie ma stuprocentowo skutecznej wskazówki rozwojowej, bo absolutnie każdą rzecz możemy użyć dla siebie albo przeciwko sobie. Decyduje o tym intencja – czy robimy to z lęku przed Złem czy z chęci kontaktu z Dobrem; w które z nich wierzymy.

Nie ma uniwersalnych rad, bo nie ma jednej właściwej drogi. Każdy ma swoją – jest nią wyjście poza każdy otrzymany w dzieciństwie schemat. Jeżeli ktoś nauczył się podporządkowywać innym, potrzebuje nauczyć się słuchać siebie. Jeżeli kogoś wychowano na osobę dominującą, potrzebuje raczej nauczyć się słuchać innych.
Jeśli czyimś schematem jest dawanie, namawianie go do bycia bardziej miłym, szczodrym, dobrym i życzliwym oznacza jedynie podkręcanie jego schematu. Jeśli czyimś schematem jest postawa bierna, roszczeniowa, taka rada może mieć sens.
Jeśli komuś od dzieciństwa kazano się uśmiechać i być wdzięcznym nawet za to, czego nie lubił, to namawianie go do wdzięczności tylko utwierdza go w jego schemacie. Jeżeli ktoś uznał za standard fakt, że należy mu się więcej niż innym, praktykowanie wdzięczności za to, co ma, jest tym, czego potrzebuje, żeby złamać swój schemat.
Jeżeli ktoś traktuje techniki samorozwojowi jak zaklęcia mające go chronić przed spotkaniem z tym, czego w sobie nie akceptuje, to jest to ucieczka, nie rozwój. W ten sposób można jedynie dużym wysiłkiem maskować to, czego nie chcemy widzieć, ale nie można poczuć się szczęśliwym.

Naszym ludzkim „grzechem pierworodnym” jest utożsamienie się z umysłem, intelektem, który zaczyna zniekształcać to, co czujemy, dostosowując to do swoich interpretacji, w efekcie często każąc nam chcieć tego, co nas krzywdzi. 
„Odrodzenie” polega na ponownym skontaktowaniu się ze swoimi uczuciami bez pośrednictwa umysłu. Na spotkaniu z tym, co czujemy – bez oceniania, usprawiedliwiania, racjonalizowania, ignorowania, pomniejszania i powiększania. Oznacza to, że pozwalamy sobie czuć to, co naprawdę czujemy, bez lęku, że jest to „nieodpowiednie” i że to czyni nas złymi ludźmi. 
Wbrew pozorom jest to ogromne wyzwanie, wymagające od nas podważenia całego naszego doświadczenia i wytworzonego przez nie lęku; wymagające aktu wiary, że wszelki lęk jest wytworem umysłu, że nie ma w nas nic nieakceptowalnego; że nasza ludzka natura jest dobra.

Emocje to instynkt, umysł to narzędzie. Utożsamiając się z instynktem stajemy się podobni do zwierząt, utożsamiając się z umysłem, stajemy się podobni do zautomatyzowanych robotów. Nie jesteśmy ani jednym, ani drugim, jesteśmy świadomością, która zarządza umysłem i emocjami – używa jednego do zrozumienia drugiego, pozwalając na elastyczne i bezbłędne wybieranie tego, co naprawdę nam służy.
Będąc w prawdziwym, głębokim kontakcie ze sobą (utożsamiając się ze swoją świadomością, nie emocjami, nie umysłem) nie potrzebujemy nic robić, żeby być miłością – po prostu nią jesteśmy.