Magiczne myślenie

Nic nie ma samych plusów ani samych minusów – i rzeczy, i ludzie, i sytuacje są mieszanką jednego i drugiego. 

Kiedy jesteśmy w stanie zaakceptować to co jest, możemy skupić się na plusach jakie posiada i mieć więcej tego co nam odpowiada. Takie rzeczy, sytuacje czy ludzie przyniosą nam dobre samopoczucie, satysfakcję, rozwój, to właśnie powinniśmy dla siebie wybierać.

Kiedy jednak jesteśmy w stanie zaakceptować to co jest tylko pod warunkiem, że coś się tam zmieni, że będzie inne niż jest, to zaprzeczamy rzeczywistości i decydujemy się na konflikt, który będzie przybierał na sile. Takie rzeczy, sytuacje czy ludzie przyniosą nam to czego chcemy i to, czego chcemy uniknąć – będą jak jazda kolejką górską w wesołym miasteczku między niebem a piekłem, między marzeniami a demonami. Takie wybory nam nie służą, nie prowadzą do nikąd poza kręceniem się wokół własnej osi z coraz większą prędkością.

Mini-przewodnik (2)

Umysł tworzy swoje wzorce głównie w dzieciństwie, wtedy, kiedy styka się z czymś po raz pierwszy. Rodzaj tego spotkania i towarzyszące mu emocje powodują „oflagowanie” tego czegoś jako dobre lub złe, ciekawe lub nudne, niebezpieczne lub interesujące, ważne lub bez znaczenia… Standardy dzieciństwa zapisują się w naszych umysłach poza naszą świadomością. Po prostu WIEMY (jesteśmy przekonani), że coś istnieje, a coś nie; czegoś jest pod dostatkiem, a o coś bardzo trudno. Nieświadomie przywykamy do tego, wśród czego przyszło nam dorastać: nie poświęcamy specjalnej uwagi temu, co jest (biorąc to za pewnik) i przywykamy do niedostatku czegoś innego jak do bólu głowy w tle. Te wzorce i standardy są jak samospełniające się przepowiednie – nie zdając sobie z tego sprawy odtwarzamy je wciąż na nowo, w różnych postaciach i okolicznościach, z różnymi osobami.

„Dziecięcy umysł przyjmuje za standard to, z czym się spotyka. Jeśli spotyka się z życzliwością, wsparciem, przestrzeganiem zasad, to taki obraz siebie i świata w nim się kształtuje, i tego oczekuje na zewnątrz rodzinnego środowiska, w którym się wychowuje. Jeżeli dziecięcy umysł spotyka się z wrogością, przemocą, przekraczaniem norm społecznych, to również taki obraz siebie i świata się w nim kształtuje, i takie będą jego zachowania i założenia wobec innych ludzi. Dlatego nie ma dobrych i złych dzieci, bo dzieci są zawsze automatycznie zaprogramowane przez zachowania ludzi wokół siebie – poza swoim wyborem i świadomością. 

Jak długo nie uwolnimy się od tego zaprogramowania, tak długo nie wybieramy świadomie; a skoro kierują nami automatyczne ustawienia, które dokonały się poza naszą świadomością, to również jako dorośli tak naprawdę nie jesteśmy ani dobrzy, ani źli – jesteśmy po prostu zaprogramowani. Co więcej, jesteśmy zaprogramowani losowo, przypadkowo, ponieważ nasze umysły naśladują mechanizmy rodziców i opiekunów, których oni sami nie byli świadomi. Nie przekazali nam ich z wyboru, zrobili to nieświadomie, automatycznie powtarzając to, co sami dostali od swoich rodziców…”

Powyższy cytat pochodzi z drugiego rozdziału Mini-Przewodnika, w którym szerzej opisuję, jak umysł przetwarza nasze pojedyncze doświadczenia w generalne zasady, co najczęściej nie jest obiektywną prawdą. To, że ugryzł nas pies, nie oznacza, że wszystkie psy gryzą, ale nasz umysł każe nam w to wierzyć („psy są groźne”). To, że mieliśmy zaprzyjaźnionego pieska, nie oznacza, że żaden pies nas nie ugryzie, ale umysł każe nam w to wierzyć („psy są cudowne”). Niemniej wierząc w te nieprawdy powołujemy je do życia. Ten, kto reaguje lękiem na widok psa, nieświadomie prowokuje go do okazania dominacji, czyli ataku. Ten, kto podchodzi do psa z pewnością siebie, wykazuje dominację, a pies zazwyczaj instynktownie się podporządkowuje. To, w co wierzymy na podstawie losowego zdarzenia, tworzy kolejne podobne sytuacje.

Kiedy rozumiemy, jak to działa,  przestajemy się identyfikować ze swoim umysłem i zyskujemy szansę na to, żeby przeprogramować jego zapisy, zmienić jego skojarzenia i uwolnić się od przypisanych tym zapisom negatywnych emocji. Rownież, a może przede wszystkim od głównego bagażu z dzieciństwa: poczucia winy i poczucia krzywdy.

Jeśli masz ochotę poczytać o tym więcej, napisz do mnie, a ja prześlę Ci bezpłatnie cały, dziewiętnastostronicowy tekst. Będzie mi miło, jeśli w zamian polecisz moją stronę na Fb, książkę, blog albo usługi psychologiczne innym.

Jaszczurczy ogon

Jaszczurka, która znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, odrzuca własny ogon, żeby umknąć z życiem. Kiedy małe dziecko doświadcza presji ze strony swoich opiekunów, reaguje podobnie – oddaje część siebie, swojego „ja”, żeby nie doświadczyć odrzucenia. Kiedy nie wolno mu okazać swoich emocji, odcina się od nich. Kiedy nie wolno mu mieć swojego zdania w żadnej sprawie, przestaje myśleć. Kiedy nikogo nie interesuje ani nie zachwyca jego indywidualność, nie rozwija jej. 

Kiedy dziecko czuje, że jakaś jego część budzi u rodziców negatywne emocje i reakcje, porzuca ją jak jaszczurka ogon – żeby przeżyć (nie doświadczać braku miłości, emocjonalnego odrzucenia). Im bardziej warunkowa jest akceptacja opiekunów, tym bardziej dziecko porzuca siebie, swoje prawdziwe „ja” na rzecz rodzicielskiej wizji tego, kim powinno być, jakie powinno być. Wyrzeka się siebie, żeby zasłużyć na rodzicielską miłość. W jego umyśle powstaje przekonanie, że nie można być sobą, żeby być kochanym, żeby doświadczać miłości.

To przekonanie nie znika, dopóki nie zostanie świadomie zmienione. Dziecko, które nauczyło się nie być sobą, żeby być kochane, jako dorosły robi to nadal. Oddaje kawałki siebie, poddając się presji, poświęca siebie „dla świętego spokoju”: tłumi emocje, nie ma własnych opinii, łatwo idzie na ustępstwa, rezygnuje z ważnych dla siebie rzeczy, zajęć czy relacji. I kiedy okazuje się, że już nie ma czego oddać, a presja czy roszczenia się nie zmniejszają, dochodzi do ściany. Jedni w takiej sytuacji się poddają i popadają w depresję, inni zaczynają odgrzebywać siebie spod gruzów, walczyć o prawo do bycia sobą, do własnych emocji, myśli, poglądów, wyborów, decyzji i granic.

To, co budujemy na bazie swojego prawdziwego ja, tworzy pozytywne emocje i relacje, wzmacnia nas i rozwija. To, co budujemy na bazie swojego wizerunku powstałego z odcięcia części siebie jest jak maska, którą wciąż musimy przytrzymywać, żeby nie odpadła. Ta maska („ego”) powstała po to, żeby utrzymać akceptację innych, ale w rzeczywistości dostarcza nam mieszanych uczuć; oprócz satysfakcji, że działa, przynosi niepokój, lęk i wyczerpanie udawaniem.

Warto więc zadać sobie pytanie, na jakie ustępstwa jesteśmy gotowi pod cudzą presją, poddając się autorytetom w różnych sprawach, naciskom rodziny, znajomych, presji społecznej, wymaganiom środowiska, w którym żyjemy i pracujemy.

Warto też popatrzeć jeszcze głębiej, bo istniejące przekonanie żyje swoim życiem, rozrasta się i przybiera nowe kształty. Możemy przestać bać się odrzucenia rodzica, a nawet w ogóle innych ludzi, ale stawiać sobie cele, które wymagają od nas porzucenia, wyparcia się jakiejś części siebie – zgodnie z pierwotnym przekonaniem, że można coś dostać czy osiągnąć tylko wtedy, kiedy nie jest się sobą, kiedy się udaje. Mój znajomy napisał kiedyś ku refleksji takie pytanie: „Ile jesteś gotowy/a zapłacić za pieniądze, które zarabiasz?”…Na ile wyrzeczeń jesteś gotowy/a, żeby zdobyć swój cel? Czy droga do szczęścia prowadzi przez nieszczęście? Czy radość osiąga się przez cierpienie? Czy osiągniecie sukcesu wymaga porzucenia tego, co nam w duszy gra?

W co wierzymy, to dla siebie tworzymy.

O emocjonalnej dojrzałości

W procesie wychowania i socjalizacji rozwijamy pewne części siebie bardziej niż inne. Dzieje się to w zależności od wsparcia i wymagań naszego otoczenia, szczególnie osób dla nas ważnych. Gdzieś przesuwamy swoje granice kosztem innych osób, bo nam na to pozwalają. Gdzieś indziej oddajemy swoje „terytorium” pod cudzym naciskiem, czyjąś presją. Im mniej wewnętrznie zrównoważeni są ludzie, którzy nas otaczają, tym bardziej my sami uczymy się funkcjonować w taki sam sposób. Niezależnie od tego, czy naśladujemy innych czy im się przeciwstawiamy, zamykamy siebie w schemacie, który ma dwa skrajne końce, dwie skrajne role: reagujemy jak zależne dziecko, albo mający władzę rodzic. Wykonujemy albo wydajemy polecenia. Puszczamy innych przodem albo wpychamy się przed nich. Jesteśmy albo ofiarami albo agresorami. Krzyczymy albo płaczemy. Słuchamy innych albo mówimy o sobie. Zagadujemy na śmierć albo milczymy. Pędzimy bez tchu albo śpimy. Robimy wszystko naraz albo padamy i tkwimy w bezruchu. Żądamy cudzego albo oddajemy własne. Atakujemy albo się bronimy. 

Miotamy się pomiędzy zwycięstwem a porażką i nic nie przynosi nam spokoju ani dobrego samopoczucia. Narasta jedynie zmęczenie i rozczarowanie. Te emocje mówią nam, że działamy w schemacie „lepszy – gorszy”, „zwycięzca – przegrany”. Jest to wbrew naszej naturze, która każe nam szanować siebie i innych na równi.

Silne jednorodne wzorce w dzieciństwie prowokują nas do przeciwstawiania się im. Szukamy ich odwrotności, drugiego ekstremum, stwarzamy rozbieżności. Rozbieżne wzorce już same w sobie powodują sprzeczne przekonania i funkcjonowanie w skrajnych rolach. Przerzucamy się z jednego krańca w drugi, jakbyśmy w różnych sytuacjach (wobec różnych „wyzwalaczy”) używali różnych tożsamości. To bardzo męczące, wyczerpujące energetycznie i emocjonalnie. Jednocześnie jest jednak konieczne, żebyśmy poznali swoją wszechstronność i zdali sobie sprawę z możliwości wyboru swojego zachowania (mogę tak i tak, umiem tak i tak). Jeśli to sobie uświadomimy, możliwe staje się wyjście poza ten schemat, znalezienie równowagi.

Jeśli uda nam się zaobserwować, gdzie zachowujemy się jak emocjonalne dziecko (bezbronna ofiara innych ludzi i okoliczności), a gdzie jak emocjonalny rodzic (nadużywający kontroli), to możemy przestać pełnić te nienaturalne role, które przysparzają nam mnóstwa negatywnych emocji. Wystarczy uświadomić sobie, że bez względu na stare zapisy w naszym umyśle, w rzeczywistości nie jesteśmy już dziećmi (nikt nie ma nad nami kontroli, jeśli jej komuś nie oddamy) i nie jesteśmy wobec innych ludzi „rodzicami”, bo de facto nie mamy nad nimi władzy, a nawet żadnego prawa, żeby decydować za nich, pouczać ich czy chronić, działać za nich, w ich imieniu. Kiedy zadamy sobie pytanie „kim jestem?” i odkryjemy, że w rzeczywistości to my i tylko my mamy władzę nad sobą i tym samym kontrolujemy własne życie, to przestajemy utożsamiać się z tymi rolami znanymi z dzieciństwa,  stajemy się autonomiczni, zrównoważeni, stabilni – dorastamy emocjonalnie. Nauczenie się tej nowej roli wymaga uważności – żeby „złapać się” na emocjach i reakcjach z poziomu dziecka czy rodzica, oraz treningu – żeby zmienić tę reakcję wbrew swoim automatyzmom. 

Na przykład jeśli ktoś zachowuje się wbrew naszym oczekiwaniom, a my demonstrujemy swoje emocje fochem, płaczem, wykrzykiwaniem swoich żali, wygłoszeniem kazania czy wywieraniem presji, to nie ma w tej relacji partnerstwa, jest zmienny układ rodzic-dziecko (zamiana ról może się dokonywać nawet w trakcie jednej wymiany zdań, choć najczęściej w danej sytuacji jedna osoba reaguje z poziomu dziecka, druga z poziomu rodzica, a w innej sytuacji może być odwrotnie). Jeśli potrafimy nazwać swoje emocje (jestem rozczarowany/a, mam poczucie krzywdy, czuję się rozżalona/y, jestem wściekły/a, itd.) i zrozumieć skąd pochodzą (czy odzywa się w nas bezsilne dziecko – ofiara innych lub zlekceważony, urażony rodzic tracący kontrolę), to taka autodiagnoza jasno nam pokaże, że nasz umysł nie zaktualizował się do tego, co jest – do roli dorosłego, do bycia partnerem dla innych ludzi. Musimy go przeprogramować „ręcznie” – dać sobie doświadczenie, że postawa partnerska (samoświadomość i aktywne wybieranie) opłaca się emocjonalnie znacznie bardziej niż tkwienie w starych rolach, które odbierają nam moc (każą czekać na litość innych lub popychają do ich kontrolowania).

Gdyby przyjrzeć się z boku, to większość naszych interakcji cechuje komunikacja z roli dziecka lub z roli rodzica. Są tam dziecięce emocje (bezradność na zmianę z próbami kontrolowania sytuacji) i dziecięce przekonania (że na nic nie mamy wpływu, albo że możemy mieć wpływ jedynie poprzez jakąś formę przemocy). Takie relacje nie są satysfakcjonujące i zawsze przynoszą lub pozostawiają negatywne emocje, „emocjonalnego kaca”. 

Kiedy świadomie zobaczymy w sobie osobę dorosłą, niezależną, dokonującą wyborów i ponoszącą konsekwencje tych wyborów, zyskujemy prawdziwy wpływ na swoje życie i możemy tworzyć relacje partnerskie z innymi ludźmi. Oznacza to, że nie szukamy winy na zewnątrz siebie, w innych ludziach i sytuacjach, a przyglądamy się swoim wewnętrznym sterownikom („jak mogę to zrobić inaczej”); że bierzemy odpowiedzialność za wszystko, co robimy, i uczymy się na swoich błędach; że nie obarczamy innych swoimi negatywnymi emocjami, tylko próbujemy je zrozumieć i wykorzystać do poprawy swojego samopoczucia; że uczymy się komunikować z innymi jasno i otwarcie; że szanujemy zarówno siebie, jak i innych, przyznając obu stronom te same prawa, jeden standard. 

Dojrzewając emocjonalnie zamieniamy nieaktualne przekonanie „mogę być dzieckiem albo rodzicem” na „jestem dorosły i niezależny”; przekonanie „mogę wygrać albo przegrać” na „możemy współpracować”; przekonanie „jestem ważniejszy/mniej ważny” na „jesteśmy jednakowo ważni”. Jest to przejście od dziecięcego „ja” do dojrzałego „my”. Tam prowadzą nas nasze emocje, jeśli zechcemy i nauczymy się ich słuchać. Niektórzy docierają do takiej dojrzałości emocjonalnej jeszcze przed osiągnięciem dorosłości, inni nie dorastają do partnerstwa nigdy, bez względu na wiek metrykalny.

Świadomość siebie

Nasze niezaspokojone w dzieciństwie potrzeby sprawiają, że dajemy coś swoim dzieciom w nadmiarze. Doświadczenie w swoim dzieciństwie głodu każe swoje dziecko przekarmiać, przeżyta bieda każe zasypywać je prezentami, dawny brak emocjonalnego wsparcia każe tolerować dziecięce emocje bez granic, a brak wymarzonego wykształcenia/kariery każe wypełniać dziecku cały wolny czas kursami, zajęciami czy treningami.

Potrzeba była i pozostała wewnątrz, a próbujemy zaspokoić ją na zewnątrz, w tym przypadku za pomocą swoich dzieci. Wielu rodziców traktuje swoje dzieci jak swoje drugie życie, nie widząc faktu, że są one odrębnymi istotami z własnymi potrzebami i predyspozycjami, więc ta projekcja zachodzi łatwo, automatycznie. Trudno jednak satysfakcjonująco żyć cudzym życiem – równie dobrze można oczekiwać, że przestanie się być głodnym, bo ktoś inny zjadł posiłek.

O ile w relacjach z własnymi dziećmi chcemy wypłaty za włożony wysiłek, o tyle w relacjach z innymi, obcymi ludźmi szukamy darmowych wpłat na swoje konto. Szukamy w nich – na zewnątrz – tego, czego potrzebujemy wewnątrz. Oczekujemy, a nawet wymagamy od innych tego, czego nie dajemy sobie sami. Na przykład naszą uwagę przykuwa każda cudza wyjątkowość, podkreślona indywidualność – bo nie potrafimy zauważyć i wyrazić własnej. Albo jesteśmy wyczuleni na to, czy inni wystarczająco okazują nam szacunek – bo zupełnie nie szanujemy sami siebie. Albo żądamy prawdy, nienawidzimy kłamstwa – bo potrzebujemy własnej wewnętrznej spójności. Albo wyczekujemy komplementów, które mają zastąpić brak wiary w siebie i podnieść niską samoocenę. Ta strategia – tak samo jak zaspokajanie swoich potrzeb za pośrednictwem dzieci – również nie działa. Inni ludzie mają moc wpływania na nasz sposób myślenia tylko wtedy, kiedy jesteśmy małymi dziećmi, i nasz umysł zapisuje jako wzorce wszystko, z czym się zetknie przez pierwsze lata życia. Pod wpływem reakcji innych ludzi może zapisać kompleks na jakimś punkcie, ale żadna ilość późniejszych komplementów go nie wymaże, dopóki nie zrobimy tego sami. Inni mogą nas do tego zainspirować, ale nie mogą tego zrobić za nas. Mogą nam dać to, czego chcemy, ale nie mogą sprawić, żeby to poczucie zaspokojenia zostało z nami na stałe.

Żeby było ciekawiej, czasami umysł próbuje rozwiązywać problemy sam, poza naszą świadomością. Dla umysłu ważna jest równowaga, nieważny jest kontekst. Dlatego jeśli pozwolimy komuś na ingerencję w jakiś obszar siebie, sami zaczniemy wywierać presję na kogoś innego, w innej sferze, w innej sprawie. Pozornie niepowiązane zdarzenia, ale dla umysłu granice się zgadzają – ktoś nam zabrał kawałek naszego „ja”, my zabraliśmy komuś… Albo mamy „dziurę” w sferze dobrostanu emocjonalnego, a próbujemy ją załatać dobrobytem materialnym (tak jak „pocieszamy” się jedzeniem, kiedy nam smutno)… Albo kiedy tkwi w nas poczucie zranienia, bezbronności, bezradności z dzieciństwa i próbujemy je zagłuszyć walcząc o prawa zwierząt… W każdym z tych przykładów umysł tworzy „rozwiązanie” problemu poza miejscem, którego problem dotyczy, jakby zakładał opatrunek na cudze (czasem nawet zdrowe) kolano zamiast na nasz własny zdarty łokieć. Umysł jest robotem, i jego takie rozwiązanie satysfakcjonuje. Dlatego mamy dodatkowy system naprowadzający – emocje, które nas ostrzegają, kiedy ten automatyczny „naprawiacz” zbacza z toru. Emocje są strażnikami naszego prawdziwego „ja” i pojawiają się zawsze, uporczywie i nieustępliwie, kiedy coś temu „ja” zagraża, kiedy umysł sprowadza nas na manowce. Jeśli rozumiemy, że emocje mają nam pomóc namierzyć problem i idziemy tam, gdzie kierują naszą uwagę, to możemy świadomie wybrać właściwe rozwiązanie i naprawić to, co poszło nie tak. Jeśli traktujemy emocje jak kolejny problem, to umysł spróbuje go rozwiązać za pomocą własnej logiki i… [tu powinna się pojawić złowieszcza muzyka zapowiadająca thriller]

Negatywne emocje motywują umysł do szukania wyjścia z sytuacji; logika umysłu tworzy rozwiązania pozorne, obejście awarii, które nie powoduje zniknięcia problemu, tylko jego przeniesienie; ten stan tworzy kolejne negatywne emocje, sygnalizujące podwójną awarię, i znowu angażujące umysł do działania według własnej logiki… Bez udziału świadomości w tym procesie dostajemy się w błędne koło coraz bardziej niezrozumiałych zachowań i emocji, oceniając je na dodatek moralnie i dokładając cierpienia sobie i innym.

Przekonania

Każdy dziecięcy lęk zapisuje się w umyśle pod postacią jakiegoś przekonania na temat miłości, każde silne lub powtarzające się doświadczenie pod postacią przekonań o naturze życia, innych ludzi i swoim miejscu wśród tego wszystkiego. Tam, gdzie nie mamy doświadczenia, umysł podpowiada nam na podstawie zgromadzonych już danych jak automatyczny korektor tekstu przy pisaniu. 

Te wszystkie przekonania – stare i nowe, ogólne i szczegółowe – są wzajemnie powiązane, stanowią sieć, system. Gdyby wszystkie te przekonania były prawdziwe, gdyby wszystkie miały źródło w bezwarunkowej miłości, byłyby spójne i nie produkowałyby negatywnych emocji, które są wskaźnikiem awarii w systemie. To emocje, dyskomfort, jaki czujemy, zmuszają nas do zajęcia się problemem. W jaki sposób to zrobimy, zależy od naszych predyspozycji, doświadczenia i zapisanych przekonań. Technika ma tak naprawdę znaczenie drugorzędne, bo każda działa tak samo – w najbardziej przystępny dla danej osoby sposób likwiduje proces zapalny we wskazanym miejscu.
Jednak kiedy dany obszar zostaje zmieniony, przestaje pasować do swoich sąsiadów. Dostajemy kolejny sygnał o awarii…


Przekonania mają swoją strukturę. Te na temat miłości, natury świata leżą najgłębiej, są najbardziej emocjonalne, bo pochodzą z najwcześniejszego dzieciństwa, z okresu poczucia całkowitej zależności od innych. To one nadają kierunek następnym, więc naturalnie ich zmiana odcina zasilanie wszystkim powiązanym. Ale to nie znaczy, że je automatycznie likwiduje. To znaczy, że umysł wypycha je niczym półmartwe twory na powierzchnię i sygnalizuje za pomocą emocji, że trzeba je objąć świadomością i dezaktywować.


Umysł jest tylko narzędziem, to my za pomocą świadomości zarządzamy jego treścią. To jednak nie znaczy, że możemy sobie dowolnie wybrać, skąd zaczynamy proces naprawy, bo nie jesteśmy świadomi swojej mapy przekonań. Jesteśmy w środku labiryntu, którego rozkładu nie znamy, więc proces zawsze zaczyna się tu i teraz, na podstawie tego, co w danej chwili czujemy. Czasem idziemy od powierzchni wgłąb siebie, czasem od wewnątrz na zewnątrz, a często od środka w obie strony.

Odpowiedzialność

Załóżmy, że ktoś nam wyrządził krzywdę, fizyczną czy psychiczną – co się wtedy w nas dzieje?

Pierwsze odzywają się negatywne emocje, ostrzegające nas, że ktoś naruszył nasze granice. Odruchowo chcemy zrobić to samo, skrzywdzić swojego krzywdziciela. Uważa się, ze to dowód na to, że jesteśmy z natury źli. Mnie się wydaje, że robimy to instynktownie, żeby obudzić w kimś empatię, zrozumienie dla swojego bólu – co może powstrzymać te osobę. Bo logicznie odwet nie ma sensu – cudzy ból nie zmniejsza naszego własnego, niczego w ten sposób nie zyskujemy, wręcz przeciwnie: każde działanie odwetowe, agresywne, krzywdzące sprawia, że przestajemy lubić siebie, że zaczynamy uważać siebie za niedobrego człowieka.

W odpowiedzi na nasze silne negatywne emocje („uwaga, awaria!”) odzywa się umysł. Nasze umysły lubią zgodność; kierują się logiką, więc bazują na matematyce i algorytmach, dążą do wyrównania, zamknięcia, podsumowania. Dlatego czasami się zdarza, że ktoś bliski zamordowanej osoby mści się na sprawcy, mordując go również, żeby równanie się zgadzało. Ale czy wtedy zamordowany sprawca coś zrozumie, poczuje empatię, coś naprawi, zmieni? Raczej nie zdąży. Czy śmierć sprawcy przywróci ofiarę do życia? Oczywiście, że nie. „Oko za oko, ząb za ząb” to propozycja rozwiązania problemu przez umysł, zgodna z jego matematyczną logiką. Zastosowanie tego rozwiązania nie tylko nie uspokoi emocji, a wygeneruje nowe, skierowane przeciwko sobie. Jeśli w tym miejscu nie zrobimy pauzy, żeby się zastanowić nad sensem swoich działań, to powtórzymy scenariusz. Umysł wskaże winnego na zewnątrz („to przez niego taki jestem”), więc go ukarzemy za swoje złe samopoczucie. Poczujemy się z tym źle…. i tak dalej.

Dopóki ludzie reagują automatycznie na swoje emocje i pozwalają swojemu umysłowi decydować za siebie, tkwią w błędnym kole nieustannej krzywdy: skrzywdzony bierze odwet, a potem staje się agresorem i krzywdzi kolejną osobę, która wierzy, że musi się zemścić, i tak dalej. Wojna wewnątrz i wojna na zewnątrz.

Z tego błędnego koła może nas wydostać jedynie świadomość – to, czym naprawdę jesteśmy ponad reaktywnymi emocjami i robotycznie logicznym umysłem. To świadomość siebie – swoich emocji, które są systemem informacyjnym, i bardzo ograniczonej logiki swojego umysłu. Kiedy popatrzymy z tego poziomu – jak z lotu ptaka – okaże się, że tak naprawdę istnieją tylko konsekwencje. Jeżeli wybierzemy niewłaściwą drogę, doprowadzi nas do niewłaściwego miejsca – to konsekwencja, nie kara. Uczy nas, żeby wrócić do skrzyżowania i wybrać inaczej. Jeżeli zrobimy komuś krzywdę i źle się z tym czujemy, to konsekwencja niewłaściwie wybranego zachowania, nie kara. Uczy nas, żeby następnym razem wybrać inaczej, tak, żeby poczuć się ze sobą dobrze. Jeżeli nasze emocje mówią nam, że ktoś nas krzywdzi, to też konsekwencja naszego niewłaściwego wyboru, nie kara. Uczy nas takiego stawiania granic, żeby siebie ochronić.

Nie ma kary, nie ma też winy. Każdy z nas dokonuje wyborów z takiego poziomu świadomości, na jakim funkcjonuje. Jeśli ktoś nie widzi, że jego emocje i jego umysł wybierają za niego, to tak naprawdę świadomie nie wybiera, daje się popychać jakiejś wewnętrznej sile, której nie rozumie – jak go za to rozliczać, za co go karać? A jeśli rozumie i kontroluje swoje emocje i swój umysł, to wybiera świadomie, i wtedy nie krzywdzi, bo mu się to zwyczajnie emocjonalnie nie opłaca.

Wina, krzywda i wszystko to, co nazywamy złem, pochodzą z nieświadomości, z braku autorefleksji, z nieumiejętności zarządzania sobą. Czy kiedy widzimy ludzkie marionetki działające pod wpływem losowo odpalających się programów, bez własnej woli, bez kontroli, mamy ochotę takie osoby ukarać? Czy raczej budzą nasze współczucie?

Zatytułowałam ten tekst „odpowiedzialność”. Skoro nie ma intencjonalnej winy, kara nie ma sensu. Ale krzywda wyrządzana przez ludzi nieświadomych swojego prawdziwego ja pozostaje – kto jest więc za nią odpowiedzialny? Uważam, że my wszyscy. Ci, którzy udają, że jej nie widzą; ci, którzy udają, że jej nie czują i ci, którzy ją wyrządzają, udając, że to im poprawia samopoczucie. Za krzywdę odpowiedzialna jest nieprawda.

Świadomość to zrozumienie, a zrozumienie przychodzi wtedy, kiedy widzi się rzeczy jasno, kiedy coś się wyraźnie powtarza, kiedy konsekwencje nas prowadzą jak przewodnicy. Kiedy każdy z nas mówi, że wrzątek parzy, nikt nie wkłada ręki do wrzątku, nie ma krzywdy. Ale kiedy jeden mówi, że parzy, drugi, że da się wytrzymać, trzeci, że wcale nie parzy, to trzeba spróbować, i to nie raz, a wiele razy, bo może za każdym razem jest inaczej? Uczenie się – świadomość innych ludzi – zależy od konsekwencji, jakie ponoszą. Jeśli chronimy ich przed konsekwencjami, to zmieniamy dane, uniemożliwiamy im uczenie się, przyczyniamy się do tworzenia krzywdy. Jesteśmy odpowiedzialni za prawdę. Nie tę na zewnątrz, tylko tę wewnątrz siebie. Jeśli żyjemy zgodnie z nią – ze sobą – to zmniejszamy ilość krzywdy na świecie, bo tworzymy użyteczne konsekwencje dla innych, wspieramy ich uczenie się, ich świadomość. Jeśli żyjemy w nieprawdzie, jeśli wysyłamy do świata sprzeczne informacje, tworzymy czyjąś krzywdę.

Nie jesteśmy winni zła, ale jesteśmy za nie odpowiedzialni.

Słowo na niedzielę

Większość ludzi ma problem z ustosunkowaniem się do kwestii Boga. Jedni się do tego przyznają, inni zagłuszają te wątpliwości czymś wymiernym, najczęściej rytuałami religijnymi, które mają zapewnić poczucie łączności z siłą wyższą. 

Ten problem pojawia się nie dlatego, że tylko wybrani mają do Niego dostęp (osobiście nie podejrzewam Boga o faworyzowanie jednych ludzi kosztem drugich, to zdecydowanie ludzka przypadłość zrodzona z lęku), a dlatego, że przeszkadza nam w tym nasz własny umysł. Po pierwsze z tego powodu, że nieświadomie postrzegamy siłę wyższą, jakkolwiek Ją nazywamy, na wzór swoich rodziców czy opiekunów. Tak więc Bóg/los/Wszechświat jest w naszym przekonaniu życzliwy lub surowy, łatwy do przekupienia lub mściwy, nieustannie nas obserwujący lub praktycznie nieobecny, wymagający lub wspierający – itd. To pierwsze zniekształcające okulary. Drugi filtr nakładają nam religie, bo uczymy się widzieć Boga w taki sposób, w jaki jest przez nie opisywany, uczymy się Go umysłem, jak matematyki w szkole; trudno czuć coś na polecenie, według scenariusza czy kalendarza, jak głęboki smutek i żal w Wielki Piątek czy ekscytację w Niedzielę Zmartwychwstania na przykład. Myślę, że stąd pochodzą wieczne spory o kwestie związane z Bogiem i ekstremalne różnice zdań w interpretowaniu tego, czym jest, a czym nie jest – bo tyle jest obrazów Boga, ile umysłów, ile sposobów ROZUMIENIA siły wyższej.

Skoro jednak zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, to każdy z nas musi mieć tego Boga w sobie – tego samego, jednakowego, i to na stałe, nie tylko w kościele czy kiedy sobie o Nim przypomnimy, bo potrzebujemy pomocy. 

Większość ludzi zgadza się, że najbliższym zamiennikiem słowa „Bóg” jest „miłość”. Ale kiedy zaczynamy umysłem analizować miłość, znowu pojawia się tyle jej definicji, ile umysłów próbujących ją określić. A jeszcze większe schody pojawiają się, kiedy próbujemy tę miłość zastosować do samych siebie. Nasze umysły dosłownie się rozdwajają: jedna myśl mówi: „kochaj siebie, miłość jest bezwarunkowa”, druga natychmiast jej odpowiada: „niby tak, ale nie zasługuję, nie zapracowałam/em, nie mam za co kochać siebie”. Jeden głos zgłasza: „potrzebuję więcej wsparcia”, drugi od razu mu przerywa: „popatrz, z czym ludzie muszą sobie radzić, nie wydziwiaj”. I znowu, przychodzi myśl, żeby w jakiś sposób o siebie zadbać, zaopiekować się sobą, i zaraz jak cień pojawia się głos przekonania, które mówi, że to nie w porządku tyle chcieć, że tuż za granicą ludzie tracą dobytek i życie… Generalnie nosimy w sobie pozostałość dziecięcego przekonania, że to nieładnie, egoistycznie chcieć więcej miłości dla siebie (jakby była reglamentowana, jakbyśmy w ten sposób krzywdzili innych), albo że nas na to nie stać (tak jak nas nie stać na coś materialnie). 

Szukamy instrukcji, jak siebie pokochać, skoro to warunek otrzymania miłości z zewnątrz. Specjaliści czy podręczniki radzą, żeby znaleźć czas dla siebie, ale kiedy to robimy, pojawia się poczucie winy, że zabieramy ten czas swoim bliskim, więc wcale nie czujemy się lepiej. Idziemy na jakieś samo-rozwojowe zajęcia, ale zamiast radości odczuwamy spotęgowane zmęczenie. Próbujemy czuć wdzięczność za to, co mamy, żeby to rozmnożyć, ale umysł natychmiast podsuwa nam listę tego, czego mamy za mało, czego nam brakuje, i kończy się na irytacji. Próbujemy pochwalić siebie za cokolwiek, ale ten drugi głos od razu zapytuje z sarkazmem: „a to całkiem zawaliłaś/eś, też się za to pochwalisz?”. Strasznie trudna ta automiłość do wprowadzenia w życie, kiedy jedna część nas samych sabotuje każdą próbę, każdy wysiłek tej drugiej. Robi to, bo umysł definiuje miłość według swojego doświadczenia, a nikt z nas nie ma doświadczenia miłości absolutnej, zazwyczaj znamy jedynie mniej lub bardziej warunkową akceptację. Stąd im bardziej dusza każe nam pragnąć miłości, tym bardziej umysł oponuje, że chcemy za dużo, że chcemy niemożliwego, na dowód przywołując przepełnione negatywnymi emocjami obrazki z dzieciństwa i wszelkie rozczarowania doznane w relacjach z innymi ludźmi. Wygląda to na konflikt nie do rozwiązania, ale rzecz jasna jest to konflikt pozorny, stworzony przez skojarzenia umysłu.

Zobaczmy zatem, co będzie, kiedy odwrócimy to równanie „Bóg = Miłość”. Zamiast „potrzebuję więcej miłości” powiedzmy sobie „potrzebuję więcej Boga” i zobaczmy, co się stanie. Jeśli poczujemy negatywne emocje, to znaczy, że nasze wyobrażenie Boga zostało mocno zniekształcone i niewiele w nim prawdziwej treści, czyli miłości. Warto się wtedy zastanowić, czy naprawdę w taki obraz Boga wierzymy, czy może to pozostałość z dzieciństwa, wynik dwóch filtrów umysłu, o których wspomniałam wcześniej; taki kolaż własnych lęków i cudzych wyobrażeń. Odrzucamy taki obraz intuicyjnie, ale często utykamy w tym miejscu, nie zastępując go niczym innym. Jedni więc nie chcą o Bogu myśleć, bo budzi lęk, inni decydują, że Boga nie ma wcale, skoro ma postać jak z dziecięcych koszmarów. To decyzje podjęte na poziomie umysłu. Kiedy utożsamiamy się z umysłem, tracimy dostęp do drugiego odbiornika: czucia, głosu duszy. Kiedy decydujemy, że Boga nie ma, albo jest tak straszny, że lepiej jak jest daleko, to nie nasłuchujemy Jego głosu, nie szukamy Go poza umysłem, i faktycznie dla nas Go nie ma. Aczkolwiek to nie On nas opuszcza, to my Go nie rozpoznajemy, odcinając jakąś część siebie, pozbawiając ją głosu. To tak, jakbyśmy zamykali oczy i mówili, że czegoś nie widzimy, więc to nie istnieje.

Jeśli jednak emocjonalnie zareagujemy na życzenie „chcę więcej Boga” pozytywnie, to znaczy, że umysł złapał haczyk i puszcza nas dalej. W tym miejscu przychodzi czas na zastanowienie się, czym jest dla nas to „więcej Boga” – kiedy konkretnie CZUJEMY Jego obecność. Jestem przekonana, że odpowiedzi będą podobne: w kontakcie z naturą, w spokoju, w bliskości, w bezpieczeństwie, w poczuciu mocy, tworzenia czegoś, w radości, wdzięczności, dostatku, słowem, we wszystkim, co uznajemy za dobre, piękne, przyjemne i wspierające. Wtedy czujemy miłość, czujemy się kochani, wspierani. Ale zauważcie, że nie odpowiemy w ten sposób na pytanie „kiedy czujesz się kochany/a?”, bo wtedy umysł skupia się wyłącznie na relacji z drugą osobą, na doświadczeniu dziecka z rodzicem, na tym, co dostaliśmy i chcemy więcej, i czego nie dostaliśmy, a bardzo potrzebujemy – czyli na liście życzeń do losu pt. co mam mieć materialnie i jaki ma być ten ktoś, kto mi dostarczy emocjonalnego „towaru”. Jak to się kończy, pisałam w poprzednim tekście. W tym tutaj próbuję pokazać, że wystarczy podejść własny umysł przez zmianę jednego słowa, żeby uwolnić głos duszy; wystarczy zmienić słowo „miłość”, które umysł ogranicza i definiuje zgodnie ze swoim doświadczeniem, na słowo „Bóg”, które z definicji jest nieograniczone, i wtedy umysł przestaje nas sabotować. „Chcę więcej Boga” – „ok, to akceptowalne, godne pochwały nawet, zdefiniuj, kiedy czujesz jego obecność”. I już mamy prawo chcieć ciepła, dobra, przyjaźni, życzliwości, bezpieczeństwa, radości, przyjemności, ułatwień, cudownych zbiegów okoliczności… Skoro to Bóg, to bez poczucia winy można chcieć tego, co nas uskrzydla (zamiast w cierpieniu coraz bardziej podcinać sobie te skrzydła, bo ktoś tak zinterpretował Bożą wolę). I nagle wdzięczność, która pomnaża to, wobec czego ją czujemy, rodzi się sama, dosłownie z każdego powodu – że żyjemy w czasach, kiedy ciepła woda leci z kranu, pralka pierze, kaloryfery grzeją; że mamy samochód i chwilę na kawę, że pani w sklepie była miła, że ktoś docenił nasz wysiłek, że nic złego się nie stało, chociaż było o włos; że mamy komu opowiedzieć, jak minął nam dzień, że możemy wybrać, co chcemy zjeść i w co się ubrać… 

Miłość jest jak zupa – jest sumą wielu smaków. Zupa może nam mniej smakować bez naszego ulubionego składnika, możemy zmieniać proporcje składników, a więc i smaki, ale wciąż będzie zupą. Podobnie jest z miłością – możemy mieć blokady emocjonalne utrudniające nam stworzenie konkretnej formy miłości, ale to nie znaczy, że jesteśmy od niej, od Boga, odcięci. To właśnie ta myśl o opuszczeniu, odrzuceniu, powoduje, że tworzymy dobre rzeczy w swoim życiu sporadycznie, kiedy na chwilę tę łączność nawiązujemy, bo na moment umysł się zagapi. Jeśli jednak możemy czuć miłość cały czas – być z Bogiem w stałej łączności – to co może się stać, co możemy stworzyć? Umysłem nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na to pytanie, ale dusza doskonale zna odpowiedź.

Nie musimy świadomie i werbalnie konstruować życzeń do losu, bo nasza radość i wdzięczność to energetycznie wysłane życzenie „poproszę tego więcej”. Ale tych uczuć nie można wyprodukować czy wymusić umysłem, to zupełnie nie działa; jest jak uśmiech wywołany przez drażnienie odpowiedniego ośrodka w mózgu – nic nie znaczy. Życie staje się piękne, kiedy dopuszczamy do głosu czucie i dusza nam pokazuje, jak pełno jest obecności Boga – miłości – w naszej codzienności. Umysł tego nie potrafi. Umysł Boga nie rozumie, a jeśli Go zdefiniuje tak jak definiuje miłość, utracimy łączność z własną duszą, z głosem Boga w nas samych. Taki paradoks 🤷‍♀️

Życzenia do losu

Jest taki dowcip o człowieku od lat codziennie modlącym się „Panie Boże, daj mi wygrać na loterii” tak żarliwie, że w końcu Bóg się odzywa: „Daj mi szansę, kup los”. Niech to będzie wstęp i kontekst do dzisiejszego tekstu o szczęściu i spełnianiu życzeń 🙂

Większość ludzi uważa, że los jest głuchy na nasze życzenia. Ja mam taką teorię, że los/Bóg/Wszechświat spełnia nasze życzenia, ale spełnia je tak dosłownie, że ich nie rozpoznajemy. W końcu mamy spore problemy z komunikacją między sobą, cóż więc dziwnego, że występują też zakłócenia komunikacji z Wszechświatem…

Po pierwsze, nasze niskie poczucie własnej wartości i nieświadomie przejęte wzorce sprawiają, że chcemy dla siebie czegoś, co do nas nie pasuje, co nie zgadza się z naszą prawdziwą naturą, z naszymi autentycznymi potrzebami. Przykładem mogą być córki alkoholików, bardzo często wybierające partnerów życiowych, którzy okazują się alkoholikami. 

Przejaskrawiając – gdybyśmy wierzyli, że jesteśmy kurami, chcielibyśmy ziarna i dżdżownic, tylko czy to by nas uszczęśliwiło…? Ale pomstujemy nie na swoje wybory, a na los, że widocznie ziarno paskudnej jakości i dżdżownice żylaste…

Po drugie, tworząc życzenia, opieramy się głównie na umyśle, czyli na jego konkretnych skojarzeniach. Te skojarzenia każą nam chcieć czegoś, co tak naprawdę samo w sobie nie ma mocy uszczęśliwienia nas. Fajnie jest mieć pieniądze czy urodę czy cokolwiek innego, ale nie jest to w stanie zapewnić nam stałego dobrego samopoczucia, wyrównać negatywnych emocji płynących z innych sfer. Ale każdy obrazek losowo połączony w naszym umyśle z przekonaniem „tak wygląda szczęście” każe nam desperacko tego pragnąć, tworzyć z tego warunek dla bycia szczęśliwym. Zaprogramowani reklamami i cudzymi historiami wskazujemy kolejne rzeczy, sytuacje czy osoby, które mają nam przynieść szczęście, a kiedy tego nie robią, czujemy się oszukani. Nie przez siebie, przez los. A co los winien, że nie wiemy co nas uszczęśliwi, że testujemy kolejne obrazki zamiast iść za tym, co tu i teraz sprawia, że czujemy się dobrze? 

Kiedy wspomniana wyżej córka alkoholika uzna, że partner alkoholik nie jest tym, o czym marzyła, odchodzi od niego i formułuje życzenie do losu „mam tego dość, chcę kogoś, kto nie będzie pił i zachowywał się agresywnie”. Spotyka więc na swojej drodze takiego partnera, który de facto też nie tworzy z nią partnerskiej relacji, bo zgodnie z jej życzeniem jest przeciwieństwem poprzedniego – jest bierny, podporządkowany, wycofany, nie ma swojego zdania i nic sobą do związku nie wnosi poza fizyczną obecnością. Czy to ją uszczęśliwi, czy o tym marzyła?

Po trzecie, komunikat jest czytelny, kiedy jest spójny. Czasem kiedy komunikujemy się między sobą, treść mówi co innego, ton głosu co innego, a mowa ciała (mimika, gesty, postawa) co innego, trudno odgadnąć prawdziwą intencję mówiącego. Jeśli chcemy czegoś przez umysł (dochodzimy do wniosku, że to będzie dla nas dobre), może to być niezgodne z naszą hierarchią wartości, albo możemy się bać swoich emocji z tym związanych, albo zwyczajnie nie potrafimy uwierzyć, że to możliwe, więc blokujemy działania, które prowadzą do spełnienia życzenia (jak w wyżej zacytowanym dowcipie: chcę wygrać, ale nie wierzę, że to możliwe, więc nawet nie kupuję losu, tylko powtarzam sobie/innym/losowi, że chcę, marzę, potrzebuję). Nasza przykładowa córka alkoholika może mówić, że pragnie idealnego partnera, a nawet fizycznie go szukać, ale jeśli jest zmieszana, kiedy ktoś traktuje ją z szacunkiem, jeśli myśli o sobie jak o osobie gorszego gatunku, jeśli ma ukryte przekonanie, że nie istnieją związki partnerskie, że nie można być w stałej dobrej relacji z drugim człowiekiem –  to tak naprawdę wysyła sprzeczne sygnały.

Kiedy każda część nas mówi co innego, to generalnie, całym sobą, mówimy „nie wiem”, „waham się”, „mam wątpliwości”. Zatem Wszechświat czeka, zgodnie z naszym nieświadomym życzeniem.

Podsumowując, w kwestii wypowiadania życzeń do losu trzeba sobie uświadomić pewną kwestię. Nasze doświadczenie z najwcześniejszych lat życia staje się naszym naszym standardem, wzorcem, miarą dla wszystkiego innego, co nas później w życiu spotyka. To, czego doświadczyliśmy osobiście lub byliśmy świadkami, ustala naszą indywidualną definicję w każdym temacie: czy standardem jest zdrowie czy choroba, bieda czy bogactwo, cierpienie czy przyjemność, porozumienie czy walka, „ja” czy „my”, i tak dalej. Ważne jest, żeby sobie uświadomić te standardy – co dla mnie jest „normą”? Czy przemoc zaczyna się od bicia, wyzwisk czy podniesionego głosu? Czy dobrobyt to mieć na chleb, na czynsz, czy na podróż dookoła świata? Czy sukces to uznanie szefa, podziw znajomych czy posiadanie fanów na całym świecie? I tak dalej. Dlaczego to ważne? Bo to jest nasz poziom „0”, miejsce startu. A umysł puszcza nas tylko o jeden poziom dalej, tylko tyle tak naprawdę uznajemy za realne, możliwe do spełnienia. Kobieta maltretowana przez partnera nie marzy o podziwianiu zachodu słońca z ukochanym na Bali – marzy o tym, żeby nie była bita, upokarzana, wyzywana; marzy o spokoju, bezpieczeństwie. Ktoś chory na przewlekłą chorobę ograniczającą życie nie marzy o zdobywaniu górskich szczytów ani zwycięstwie w maratonie – marzy o jakiejkolwiek sprawności, uwolnieniu się od leków i bólu. I odwrotnie – ktoś wychowany w luksusie nie planuje wydatków na następny miesiąc, tylko spełnia kolejne materialne marzenia. Dziecko dorastające w rodzinie naukowców nie zastanawia się, czy wybrać szkołę średnią czy branżową, tylko w jakiej dziedzinie zrobi doktorat. 

Umysł bazuje na naszym doświadczeniu, i każe nam odtwarzać to, co zna, z niewielkim odchyleniem, z małą tolerancją. Pozwala jedynie na ewolucję – powolną zmianę w wybranym kierunku, w tempie jeden szczebel na drabinie wzwyż; nieważne, czy chodzi o finanse, karierę, relacje z innymi czy inną sferę. Wzorzec zapisany w umyśle czuwa, żebyśmy nie przekroczyli wyznaczonej linii. I słuchając dyktatury swojego umysłu, jego logiki, nie jesteśmy w stanie tej granicy przeskoczyć. Wtedy mają sens powiedzenia „jaki rodzic, takie dziecko”, „niedaleko pada jabłko od jabłoni”, „natura ciągnie wilka do lasu” itp.

Założę się, że w tym momencie wiele osób pomyśli: „ale nieprawda, przecież są przykłady cudownych odmian losu, ludzi, którzy z niczego doszli na szczyt czy wyzdrowieli ze śmiertelnej choroby”. To fakt 🙂 Ale nie wtedy, kiedy opieramy się na umyśle, jego logice i doświadczeniu. Tak dzieje się wtedy, kiedy potrafimy odsunąć głos umysłu na drugi plan i zawierzyć temu drugiemu głosowi, zwanemu czuciem, intuicją, głosem duszy, wiarą. Dzięki niemu jednostka i świat są zdolne nie tylko do ewolucji, ale i do rewolucji, do zmian o 180 stopni, do gigantycznych skoków rozwojowych. Tam, gdzie nie zatrzymują nas blokujące wiarę przekonania, jesteśmy zdolni do cudów, do przeskoczenia swojego poziomu startowego o dowolną ilość poziomów – do miejsca, gdzie zatrzyma nas własna wyobraźnia. Często oceniamy  myśl, która jest sprzeczna z naszymi przekonaniami, jako szaloną. Tymczasem tworzy ją ta część nas samych, która nie uległa społecznemu zaprogramowaniu; to głos, który odważa się mówić totalnie wbrew wszystkiemu co poznaliśmy „a jednak to możliwe”. Mówiąc krótko, ile w nas wiary w to, czego nie doświadczyliśmy osobiście, tyle możliwości do przekraczania granic wyznaczonych przez umysł.

Wszechświat spełnia nasze życzenia. Kiedy mówimy, że czegoś nie chcemy, że czegoś mamy dosyć – czeka aż sprecyzujemy, co zatem chcemy. Kiedy mówimy, że czegoś chcemy i jest to w zasięgu tolerancji naszego umysłu – dostajemy to, choć nie zawsze nas to uszczęśliwia. Kiedy mówimy, że czegoś chcemy, a inna część nas samych się z tym nie zgadza – Wszechświat czeka, aż się ze sobą dogadamy. Kiedy mówimy, że chcemy być szczęśliwi, Wszechświat pyta jak robot ustawiający swoje funkcje w filmie „Interstellar” – „szczerość na ile procent? poczucie humoru na ile procent?” Ile chcesz bólu, czułości, empatii, siły, wrażliwości, odwagi, poczucia bezpieczeństwa… Co znaczy dla ciebie bogaty, ważny, mądry, przystojny…? A my odpowiadamy, nie zdając sobie nawet z tego sprawy, zazwyczaj umysłem, a czasem dopuszczając do głosu duszę. Na co się zgadzamy, to otrzymujemy.

Praktycznie każdy jest tak szczęśliwy, jak pozwala mu jego własne zaprogramowanie lub nieco bardziej, jeśli włoży w to dużo wysiłku. Potencjalnie każdy może być szczęśliwy tak bardzo, jak jest w stanie to sobie wyobrazić i w to uwierzyć.

Zaprogramowani – cz.2

Zaprogramowanie oznacza automatyczne przejęcie przekonań rodziców czy opiekunów przez dziecko, począwszy od obrazu siebie, poprzez kwestie relacji z innymi ludźmi, do przekonań o zasadach rządzących życiem, naturze świata i stosunku do siły wyższej. Te przekonania sterują naszym zachowaniem, choć najczęściej nie jesteśmy tego świadomi.

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież w każdej chwili mamy wolny wybór, możemy zachować się dowolnie. Teoretycznie jak najbardziej. Praktycznie ten wybór jest zdominowany przez konkretny nawyk, który praktykujemy od dzieciństwa, pewien automatyzm, który zazwyczaj – a szczególnie kiedy sytuacja, jest nowa, nieznana, trudna, kiedy jesteśmy pod wpływem emocji – bierze górę ponad wszystkimi innymi opcjami. Ten schemat działa na poziomie wręcz biologicznym, bo kształtuje się w pierwszych latach naszego życia, kiedy jesteśmy całkowicie zależni od rodziców i dla naszego umysłu wszystko jest kwestią życia i śmierci. Jeśli ktoś doświadczył silnej traumy, wszystko, co z nią skojarzone, będzie wzbudzać lęk. Jeśli ktoś nauczył się pozyskiwać uwagę i akceptację rodziców poprzez jakieś zachowanie (np. rozśmieszanie, bunt, ucieczkę, zasługiwanie, agresję, podporządkowanie się), wybiera ten schemat działania automatycznie w dorosłym życiu wobec innych ludzi, nawet jeśli de facto w tych relacjach przynosi to odwrotny rezultat. 

Dlatego dla wielu z nas wybór zachowania pozostaje tylko potencjalny, bo i tak lądujemy w latami żłobionych koleinach jakiegoś schematu; w rzeczywistości nie wybieramy, bo nasz automatyzm (zachowanie, które praktykowaliśmy latami i stało się nawykiem) wybiera za nas. Co więcej, pozwalamy mu się definiować, myślimy na tej podstawie o sobie: jestem tchórzem (nieudacznikiem, klaunem, cierpiętnikiem, buntownikiem – wstaw cokolwiek). I co więcej, poprzez zachowanie oceniamy innych ludzi, jakby urodzili się nieśmiali albo pracowici, dobrzy albo źli – od zawsze na zawsze, bez wpływu środowiska i możliwości zmiany.

Zatem czy nasza tożsamość to zwykły przypadek? Głęboko wierzymy, że jesteśmy tacy a nie inni, i że mamy swoje mocne strony i słabości. Niektórzy nawet wierzą, że tacy się już urodzili i że nie są w stanie się zmienić. Czy to prawda? I tak, i nie. Tak – bo tworzymy, realizujemy dokładnie to, w co wierzymy, więc każde nasze przekonanie jest samospełniającą się przepowiednią. Nie – bo ten zestaw przekonań, jaki tworzy nasz obraz siebie jest dość przypadkowym zbiorem, utworzonym nie z faktów, a z przekonań osób dla nas ważnych w najwcześniejszych latach naszego życia. Podam uproszczony przykład: dziecko rodzi się z konkretną cechą, np. kręconymi blond włosami, które są neutralnym faktem. Jeśli rodzice będą powtarzać, że włosy są piękne i dziecko wygląda jak aniołek, staną się jego atutem, czymś, co będzie lubić i pielęgnować; dodadzą mu pewności siebie. Jeśli rodzicom nie będą się podobać, i będą oni narzekać, że są kłopotliwe, niesforne i dziecko wygląda przez nie jak czupiradło, dokładnie tak to zapisze się w jego obrazie siebie – będzie z nimi walczyć i się ich wstydzić. Włosy te same, ale dwie zupełnie inne emocjonalne interpretacje podane przez rodziców i w efekcie dwa zupełnie różne przekonania o swojej urodzie. 

Każde dziecko tworzy swoją tożsamość na podstawie tego, jak zwracają się do niego opiekujący się nim dorośli. Ich postawa i ich reakcje stanowią dla dziecka bazę do stworzenia obrazu siebie. Jego predyspozycje nie są tu decydujące – można je zablokować przez zdyskredytowanie ich ważności czy przydatności i można je stworzyć mimo obiektywnych braków. Innymi słowy, co rodzice zobaczą w dziecku, dziecko zobaczy w sobie, bez względu na swój rzeczywisty potencjał. Cechy, umiejętności i zachowania, za które dziecko jest akceptowane, chwalone, nagradzane stają się jego „mocną stroną”. Wszystko to, co wywołuje brak akceptacji rodziców, ich niechęć, krytykę, zdenerwowanie – staje się „słabą stroną” dziecka. Mocna strona jest jak wizytówka – pokazujemy ją, trenujemy, udoskonalamy; z czasem staje się sposobem na pozyskiwanie akceptacji i podziwu innych ludzi. Słaba strona jest jak zawalidroga – staramy się o niej zapomnieć, najchętniej odcięlibyśmy tę część od reszty siebie i zakopali w lesie, żeby nie przeszkadzała nam w życiu, nie torpedowała naszych wysiłków. Nasz obraz siebie od samego początku jest niespójny, podzielony. Gdzieś jesteśmy świetni, gdzieś beznadziejni – czyli jacy…? 

Paradoks polega na tym, że gdyby wychowałby nas ktoś inny, bylibyśmy kimś innym, bo inna osoba zwracałaby uwagę na coś innego, wymagała innych zachowań, reagowałaby inaczej… Coś innego moglibyśmy uznać za swoją mocną stronę, coś innego byłoby nieakceptowane. Z tego jasno wynika, że nasze pierwsze przekonania o sobie nie są ostateczną prawdą, a jedynie pewną wersją nas samych, którą możemy weryfikować, jeżeli czujemy taką potrzebę. Im bardziej jesteśmy przywiązani do swojego obrazu siebie powstałego w dzieciństwie, tym bardziej cierpimy. Zmienia się nasz wiek, wygląd, poglądy, zainteresowania, marzenia – a ramy, w które wstawiliśmy swoje „ja” nie zmieniają się, nie aktualizują, uwierają coraz bardziej, wchodzą w konflikt z każdą zmianą w innym obszarze.

Jednak zmienić możemy tylko to, co nazwiemy po imieniu. Dopóki wstydzimy się siebie, nie chcemy stanąć oko w oko z tym, co uznaliśmy za swoją słabość, dopóty nasze automatyczne zapisy mają zielone światło i decydują za nas. 

Tymczasem każda nasza cecha jest neutralna (ani dobra, ani zła), dopiero emocjonalna interpretacja rodziców czy opiekunów powoduje, że staje się naszą zaletą lub wadą. Tak jest z wrażliwością – w dziewczynkach zazwyczaj się ją wzmacnia („popłacz sobie, to ci przejdzie”, „masz takie dobre serduszko”, „wspaniałe z ciebie dziecko, że się troszczysz o rodzeństwo/mamę/zwierzęta”); chłopców się z jej powodu zawstydza („nie płacz, nie bądź baba”, „facet musi być twardy”, „opiekowanie się to robota dla dziewczyn”). Stąd u dziewczynek wrażliwość staje się zaletą predysponującą je do zawodów opiekuńczych (pielęgniarek, nauczycielek w szkole i przedszkolu, opiekunek dziecięcych i osób starszych itp.), a u chłopców wadą, powodującą odrzucenie w grupie rówieśniczej („mazgaj”, „babski król”, „ciapa”). Ta sama cecha jednym przynosi satysfakcję, innym problemy.

Podobnie jest z innymi cechami – nie są one z natury dobre ani złe, decyduje o tym sposób, w jaki ich używamy. Umiejętność odpoczywania zapobiega przemęczeniu i wypaleniu. Używana w nadmiarze staje się lenistwem, nieużywana prowadzi do pracoholizmu. Umiejętność komunikowania się pozwala na porozumienie. Używana w nadmiarze staje się gadulstwem, które zakłóca dialog; drugi koniec tego kontinuum nazywamy mrukliwością, która blokuje komunikację.

Jeśli popatrzymy w ten sposób, nie zobaczymy „tchórza”, a osobę, której zaszczepiono nadmierną ostrożność, lęk przed konsekwencjami czy porażką. Zamiast „nieśmiałego” zobaczymy człowieka, którego ciągła krytyka zmusiła do wycofania się z relacji. „Histeryk” czy „choleryk” to osoby, od których nie wymagano kontroli emocji, więc się tego nie nauczyli. Buntownik nie urodził się buntownikiem, tylko musiał nauczyć się bronić prze nadmierną presją; klaun błaznuje, bo tylko tak udawało mu się rozbroić negatywne rodzicielskie emocje.

Czy to oznacza, że powinniśmy usprawiedliwiać każde własne i cudze zachowanie? Nie, to oznacza jedynie, że nie powinniśmy oceniać ani siebie, ani innych. Kiedy zamiast oceniać i porównywać próbujemy zrozumieć, otwieramy (sobie i innym) drzwi do zmiany. Bo nie wybraliśmy sobie ani genów, ani wzorców, ale możemy nauczyć się nimi zarządzać tak, żeby czuć się dobrze ze sobą i innymi.