Z lotu ptaka

Od jakiegoś czasu z różnych stron wracało do mnie pytanie: czy istnieje taki przypadek na świecie, kiedy ktoś wychowany bez empatii wobec innych zaczyna widzieć, rozumieć, czuć i uwzględniać cudzą perspektywę? Chciałam wierzyć, że tak, że przecież każdy musi mieć szansę na zmianę. Ale rzeczywistość wciąż na nowo pokazywała mi, że to nie działa. No bo tych, którzy zostali wychowani bez empatii wobec siebie do uwzględnienia własnej perspektywy zmusza własne cierpienie. Tych jednak, którzy zostali wychowani bez empatii wobec innych cudze cierpienie nie rusza, a własne powoduje jedynie szukanie winnych na zewnątrz – niczego nie uczy, niczego nie zmienia. Czyli logicznie rzecz biorąc, narcyzi nie mają szans na zmianę tak samo jak ludzie w głębokim stopniu upośledzeni intelektualnie nie podołają wymaganiom szkoły podstawowej czy jak ludzie bez kończyn nie wyhodują ich sobie w ciągu życia. Brzmi jak niesprawiedliwy determinizm… ale tylko wtedy, kiedy patrzymy na świat przez umysł, w sposób hierarchiczny: że wszyscy tutaj odrabiamy swoje życiowe lekcje jak uczniowie w szkole, zapracowujemy na dobre oceny, w nagrodę przechodzimy na wyższy poziom, stajemy się lepsi, bogatsi, mądrzejsi, bardziej oświeceni, bliżej Prezesa – tak to się zazwyczaj przedstawia. Taki wzorzec zna nasz umysł, na takiej hierarchii oparty jest system szkolnictwa czy kariera zawodowa, więc tak samo wyobrażamy sobie rozwój duchowy – jako zapracowanie na pobyt w niebie. W tej filozofii pojawia się jednak istotny problem: co z tymi, którzy mają blokady poznawcze wrodzone lub nabyte (intelektualne, fizyczne, emocjonalne lub duchowe) i nie są w stanie rozwijać swojej świadomości? Są gorszym gatunkiem? Na zawsze utykają w tym samym miejscu w procesie autoewolucji jak bezdomni i bezrobotni poza systemem? Jak skazańcy bez praw? Jak pariasi na zawsze uwięzieni na samym dole hierarchii społecznej? Trochę zgrzyta, skoro mamy wszyscy być równi i jednakowo kochani przez Boga czy Wszechświat… No ale skoro ci ludzie nie mogą się rozwijać, to nie mogą sprostać wymaganiom i przejść dalej, więc jak to jest…? Z tej perspektywy nie widać rozwiązania.

Spróbujmy zatem popatrzeć na sprawę inaczej. A co jeśli każdy z nas jest jak… taboret? 😁 To znaczy ma cztery nogi: fizyczność, intelekt, emocjonalność i duchowość. I doświadcza, że jest mu najfajniej, jak te cztery nogi są takiej samej długości: przychodzi tu na świat, żeby to sobie sprawdzić, niekoniecznie w jednym życiu. Raz doświadczamy maksymalnie fizyczności, raz wyzwań dla potencjału intelektualnego, a raz testujemy emocjonalność czy duchowość. Im bardziej rozwijamy jedną „nogę”, tym bardziej w kolejnej turze musimy dopasować inną, żeby „taboret” łapał stabilność. Jedni próbują wydłużać nogi ekstremalnie pojedynczo, inni próbują dopasować dwie naraz albo każdą po trochę. Im bardziej łapiemy stabilność, tym bardziej czujemy się ok, czujemy, że tworzymy coś sensownego, coś, co działa, co staje się Miłością na podobieństwo naszego Stwórcy.

Co to zmienia? Wszystko 😁 Bo nie ma lepszych i gorszych, mniej lub bardziej rozwiniętych czy oświeconych – próbujemy różnych ról w tym samym przedstawieniu, wydłużymy lub skracamy „nogi” w tym swoim „taborecie” wedle własnego uznania i pomysłu. Próbujemy wszystkiego po to, żeby zostawić sobie to, co nam pasuje. Nie to co jest najlepsze, najdroższe, najmodniejsze, najbardziej opłacalne – tylko to, co sprawia, że czujemy się dobrze, że taboret stoi stabilnie. Każdy to robi po swojemu, a wszyscy się uzupełniają i inspirują. Każdy jest szczęśliwy tak jak potrafi i na ile potrafi, a kiedy poczuje niedosyt, wybiera inaczej, po prostu. W tym lub następnym życiu. Metafora może trochę kulawa (jak taborety 😆), ale czy nie sensowniejsza od kopiowania wszechobecnego wyścigu szczurów? Czy czysta Miłość może powiedzieć: ścigajcie się, kto będzie najlepszy ten wygra moje względy, a kto nie podoła, odpada? Czy powiedziałaby raczej: doświadczaj, poznawaj i wybieraj to, co cię uszczęśliwia, bo wtedy staniesz się mną…?

Kiedy mówimy o duchowości językiem umysłu (doświadczeń), mówimy o hierarchii, zasługiwaniu, ocenianiu, porównywaniu i segregacji. Kiedy mówimy o duchowości językiem duszy (czucia), mówimy o szczęściu i radości, wolności i czerpaniu z różnorodności.

Kiedy mówimy o emocjonalności językiem umysłu, mówimy o mechanizmach, zasadach, powinnościach, scenariuszach, grach, strategiach. Kiedy mówimy o emocjonalności językiem duszy, mówimy o empatii, zrozumieniu, szacunku i wsparciu.

Kiedy mówimy o intelekcie językiem umysłu, mówimy o karierze, osiągnięciach, nagrodach, sławie, prestiżu, statusie. Kiedy mówimy o intelekcie językiem duszy, mówimy o ciekawości świata i patrzeniu z różnych perspektyw.

Kiedy mówimy o fizyczności językiem umysłu, mówimy o standardach, modzie, starzeniu się, osiągnięciach sportowych, majątku, niezobowiązującym seksie. Kiedy mówimy o fizyczności językiem duszy, mówimy o możliwościach, indywidualności, unikalności, dobrobycie, pięknie i intymności.

Kiedy mówimy językiem umysłu (doświadczeń) o jakiejś części siebie, to znaczy, że zamknęliśmy ją w więzieniu nabytych społecznych schematów, gdzie jest wykorzystywana i źle traktowana. Kiedy mówimy językiem duszy (czucia) o jakiejś części siebie, to znaczy, że pozwalamy jej żyć i rozkwitać.

Treść czy opakowanie?

Ludzki umysł jest narzędziem do katalogowania doświadczeń rzeczywistości i dąży do nadania kształtu, nazwy, skojarzenia. Od zawsze ludzie tworzyli „materialny” odpowiednik wiary – religię, z jasno określonymi zasadami, miejscem i obiektami czci. Podobnie od zawsze próbujemy zamknąć miłość w jakiejś definicji – wierzymy, że poczujemy się kochani, kiedy los da nam to, czego dotąd nie dostaliśmy – pieniądze, pracę, karierę, sławę, uznanie, rodzinę, dzieci, przyjaciół, zrozumienie, szacunek, partnera…

I tak jak czasem rezygnacja z religii – ze skupiania się na tym, co angażuje umysł zamiast duszy – pozwala znaleźć w sobie czystą wiarę, tak czasem dopiero utrata tego, co utożsamiliśmy z miłością pozwala nam poczuć, że autentycznej miłości stracić nie można. Bo jest częścią nas, daleko ponad tym, co może objąć i czego każe nam szukać umysł. Ta miłość odczuwana z wewnątrz nadaje sens gestom, relacjom, sytuacjom i rzeczom, uszczęśliwia nas przez nie. Ale żadna rzecz, sytuacja, gest czy relacja nie posiadają tej mocy same w sobie. Naśladowanie różnych form miłości może stworzyć ładny obrazek, którego inni będą nam zazdrościć, ale nie może sprawić, że poczujemy miłość.

Ok czy nie ok?

Dziecko nie widzi świata takim jaki jest, tylko w taki sposób, w jaki przedstawiają go jego rodzice czy opiekunowie.

Jeśli najważniejsze dla dziecka osoby okazują mu zainteresowanie, ciepło, serdeczność i wsparcie, w umyśle dziecka pojawia się bazowe przekonanie „jestem ok”. Jeśli dodatkowo rodzice potrafią życzliwie stawiać dziecku granice, w zdrowy sposób dbając o własne potrzeby i uczucia, w umyśle dziecka pojawia się zapis „inni są ok”. To wzorcowe ustawienie pozwala dziecku rozwijać się bez przeszkód i blokad, bez krzywdzenia innych lub siebie.

Jeśli dziecko czuje się kochane, ale rodzice nie potrafią kochać samych siebie i pozwalają dziecku na przekraczanie ich własnych granic, krzywdzenie siebie (od pozwolenia na zaniedbywanie swoich potrzeb i uczuć po tolerowanie przemocy wobec siebie – krzyku, wyzwisk, rękoczynów), to u dziecka kształtuje się przekonanie „ja jestem ok, inni nie są ok”. To przekonanie powoduje co najmniej egocentryzm i narcyzm („wszystko kręci się wokół mnie”, „muszę być w centrum wydarzeń”, „jestem centrum świata”, „uwaga innych powinna skupiać się wyłącznie na mnie”); może także przerodzić się w socjopatię. Taki wzorzec nakazuje bowiem dbać o siebie kosztem innych; krzywda innych jest standardem, potrzebnym do tego, żeby samemu wzrastać.

Jeżeli dziecko odczuwa brak miłości rodziców w postaci jakiejś formy odrzucenia (od zaniedbania po przemoc), definiuje siebie jako „nie jestem ok”. Jeśli rodzice przy tym idealizują siebie i swoją miłość do dziecka („tak bardzo się staram”, „oddał(a)bym życie za ciebie”, „wszystko robimy dla ciebie”), bazowym ustawieniem w umyśle dziecka staje się „ja nie jestem ok, inni są ok”. Powoduje to stałe poczucie winy, niską samoocenę bez względu na rzeczywiste osiągnięcia, podporządkowanie innym, krzywdzenie siebie, żeby zasłużyć bądź zapracować na miłość lub chociaż akceptację tych lepszych od siebie. 

Jeżeli dziecko nie doświadcza miłości, a jego opiekunowie rażąco nie wywiązują się ze swojej roli (np. stosują przemoc, są uzależnieni, porzucają dziecko), to w jego umyśle zostaje zapisane przekonanie „ja nie jestem ok, inni nie są ok”, czyli w skrócie: cały świat jest nic nie warty, nie ma po co żyć. Takie ustawienie powoduje  brak chęci i sensu życia, odbiera energię i nadzieję potrzebne do rozwoju.

Pierwsze doświadczenia w relacjach z innymi ludźmi stają się wzorcem dla wszystkich naszych przyszłych relacji. Możemy zmieniać miejsca i ludzi, ale typ relacji pozostanie ten sam, dopóki sobie nie uświadomimy swojego wzorca i nie zmienimy go. Często zresztą sami to zauważamy w jakimś obszarze („dlaczego w każdej pracy mam przemocowego szefa?”, „dlaczego zawsze trafiam na facetów drani?”, „dlaczego przyjaciele ode mnie odchodzą?”, „dlaczego moje dzieci mnie nie szanują, nikt mnie nie szanuje?, „dlaczego moje związki trwają maksymalnie kilka tygodni?”). 

Jeśli nie pasuje nam to, co mamy, to znaczy, że podświadomie wybieramy z przekonania, że albo inni ludzie, albo my sami nie jesteśmy w porządku. Bardzo często są to przekonania cząstkowe, mówiące, że jakaś część nas nie jest w porządku, albo jacyś ludzie (np. kobiety/mężczyźni). Wystarczy świadomie wybrać przeciwstawne przekonanie i zacząć reagować z jego poziomu, (realizować je w praktyce, bo umysł uczy się tylko na doświadczeniu), a wszystko wokół nas zacznie się zmieniać. Przyciągamy dokładnie to, co do nas pasuje, co odpowiada naszej energii. Zmieniając swoją energię, przyciągamy to, co pasuje do tej zmiany.

Myśleć pozytywnie

Myślenie pozytywne nie oznacza wmawiania sobie, że jest lepiej niż jest (że szklanka jest napełniona wodą po brzegi, chociaż wyraźnie widzimy, że tylko do połowy), ani zmuszania się do czucia czegoś innego niż się czuje (że to lepiej jak w szklance jest mniej wody niż więcej). Myślenie pozytywne polega na tym, że uczymy się skupiać uwagę na pozytywach, że kierujemy uwagę (a więc i energię) na to, co chcemy w swoim życiu pomnażać, powiększać („w szklance jest woda”).

W zakresie swojej silnej strony robimy to automatycznie – jesteśmy nastawieni pozytywnie, drobiazgi nie wytrącają nas z równowagi; po prostu wiemy z doświadczenia, że nawet jeśli się potkniemy, to nas nie powstrzyma, bo lubimy i potrafimy rozwijać te sferę.

W zakresie swojej słabej strony widzimy jednak sprawy odwrotnie – każdy niepomyślny drobiazg przyciąga naszą uwagę, psuje humor, wzbudza lęk i wątpliwości, i jak wielki silny magnes zaczyna ściągać inne negatywne myśli i uczucia.

Radzenie sobie z tzw.negatywnymi (czyli nieprzyjemnymi) emocjami nie oznacza tłumienia ich („to nieważne, że pół szklanki jest puste”) czy zaprzeczania im („szklanka jest prawie pełna”), ale nie oznacza również pogrążania się w nich coraz bardziej i coraz głębiej („za chwilę szklanka może zrobić się całkiem pusta i co wtedy?”). Radzenie sobie z negatywnymi emocjami oznacza, że nazywamy je po imieniu („boję się, że wody w szklance jest za mało”) i decydujemy się na nich nie skupiać, czyli ich nie powiększać, kierując uwagę na pozytywy („w szklance nadal jest woda”).

Co może myślenie pozytywne najlepiej ilustruje przykład Nicka Vujicica – człowieka, który urodził się bez rąk i nóg, żyje jednak pełniej niż wielu ludzi bez takich drastycznych ograniczeń. Jest mówcą motywacyjnym, pisze książki, podróżuje po całym świecie, spotyka się z ludźmi na stadionach; założył rodzinę, ma pełnosprawną żonę i czworo dzieci. Jak mówi „Mogłem być zły na Boga za to, czego nie mam, albo być wdzięczny za to co mam.”

O nieprzyjemnych emocjach

Negatywne emocje – brzmi niedobrze, odczuwanie ich jest nieprzyjemne i nikt nie uczy nas co z nimi robić…

Wyrażamy je tak, jak nas nauczono. Ci, którym ustępowano, kiedy krzyczeli, nauczyli się wyrażać swoje emocje głośno i przesadnie, nie zwracając uwagi na innych, „po trupach”.

Ci, na których się skupiano, kiedy sygnalizowali swój dyskomfort, nauczyli się narzekać, rozczulać nad sobą i wynajdywać problemy, żeby dostać trochę uwagi.

Ci, którzy byli zawstydzani za wyrażanie tego, co czuli, nauczyli się blokować okazywanie emocji i nie dopuszczać do nich innych ludzi, żeby nie zostać zranionymi jeszcze bardziej.

Ci, którym kazano brać się w garść, kiedy okazywali emocje, nauczyli się oszukiwać siebie i innych, że nie czują tego co czują, żeby zasłużyć na akceptację i podziw dla swojej siły.

Wszyscy nauczyliśmy się „robić coś” ze swoimi emocjami zgodnie z oczekiwaniami rodziców i społeczności, w której dorastaliśmy. Dopóki skupiamy się na „robieniu czegoś” z  kontrolką awarii, nie potrafimy jej odczytać. A kiedy nie potrafimy właściwie odczytać sygnału, nie potrafimy właściwie zareagować. Kiedy reagujemy niewłaściwie, jesteśmy niezadowoleni z siebie i z reakcji innych, i negatywne emocje mnożą się w nieskończoność…

Negatywne emocje mogą być nieprzyjemne, ale z natury spełniają bardzo pozytywną rolę: mówią nam lepiej niż ktokolwiek z zewnątrz co jest dla nas dobre, a co nie, ostrzegają, wskazują wewnętrzne konflikty – pilnują naszego dobrostanu. Ale żeby naprawdę spełniały tę rolę, musimy się oduczyć „robienia z nimi czegoś”. Musimy pozwolić im być tym, czym są, czyli pozwolić sobie czuć je jak wtedy, kiedy byliśmy małymi dziećmi i nimi nie manipulowaliśmy. 

Jest tylko jeden haczyk – nie da się tego zrobić wyłącznie poprzez decyzję intelektualną. Trzeba pozwolić sobie na autentyczne przeżycie tych dawnych emocji, które stały się przyczyną wytworzenia mechanizmu zniekształcającego je po to, żeby czemuś służyły albo czemuś zapobiegały.

To trochę jak podróż w czasie – ale nie po to, żeby zmienić wydarzenia, tylko ustawienia swojego umysłu. 

Pierwszy krok to uświadomienie sobie swojego mechanizmu zniekształcającego odczytywanie tego, co naprawdę czujemy (czyli uświadomienie sobie potrzeby odbycia takiej podróży w czasie).

Drugi krok to decyzja spotkania się z tym, przed czym uciekamy, z emocjami, których unikaliśmy przez lata (czyli decyzja, że wsiadamy do wehikułu). Cały dziecięcy lęk będzie próbował nas zatrzymać w tym miejscu – bo może utoniemy w tych negatywnych emocjach i nigdy nie wrócimy? Może tam na miejscu okaże się, że jesteśmy źli, albo nasi rodzice byli źli? 

Trzeci krok to przypomnienie sobie sytuacji z dzieciństwa i pozwolenie sobie na przeżycie odczuwanych wtedy emocji (czyli spotkanie ze sobą z przeszłości).

Czwarty krok to nazwanie tych emocji bez oceniania i obwiniania kogokolwiek – uznanie, że mieliśmy do nich prawo (czyli świadomość z przyszłości przekazuje informacje swojemu ja z przeszłości). Zidentyfikowanie się ze swoimi dziecięcymi emocjami zamiast intelektualnie wytworzonym przez nie mechanizmem jest jak powrót do siebie, ponowne połączenie rozdzielonych części siebie.

Krok piąty to powrót do dorosłego siebie w zmienionej emocjonalnie postaci (czyli powrót do swojego świata, który okazuje się światem równoległym). Przeżycie emocji dziecka, jakim byliśmy ze świadomością dorosłego, jakim się staliśmy likwiduje potrzebę istnienia naszego mechanizmu – w tym momencie traci on rację bytu i przestaje działać, czyli generować fałszywe, dodatkowe negatywne emocje. 

„To co jest odcięte, nieodczute, pozostaje bez zmian. Kiedy zostanie odczute, zmienia się. Większość ludzi o tym nie wie. Wydaje im się, że jeśli nie pozwolą sobie poczuć negatywnej części siebie pozostaną dobrymi osobami. Dzieje się odwrotnie, negatywne aspekty trwają niezmiennie latami.”  Eugene Gendlin

Sterowniki umysłu

Energia idzie za uwagą – pomnażamy to, na czym się skupiamy. Jeśli skupiamy się na problemach, mamy więcej problemów, jeśli koncentrujemy się na rozwiązaniach, mnożymy rozwiązania. Kiedy myślimy, że szklanka jest w połowie pusta, zaczyna z niej ubywać wody; kiedy myślimy, że szklanka jest w połowie pełna, wody zaczyna przybywać. Szklanka to odpowiednik życia, woda to odpowiednik pozytywnej energii w każdej postaci, decydującej o naszym dobrobycie materialnym i dobrostanie emocjonalnym. Skoro to taka prosta zasada, to dlaczego tak trudno zafiksować nam umysł na pozytywach? Dlaczego umysł automatycznie zbacza w kierunku problemów, braków, niedostatków, wad i niedoborów?

To, czym zawsze automatycznie kieruje się umysł, to doświadczenie. Jeśli w jakimś obszarze doświadczyliśmy dostatku i bezpieczeństwa, nasz umysł automatycznie skupia się na utrzymaniu i mnożeniu tego stanu, który jest dla niego standardem. Nie boi się straty, bo jej nie zna. Skupia się na sposobach pomnożenia tego, czego doświadczył, bez względu na to, czy jest to majątek czy dobre samopoczucie. Umysł pracuje w trybie rozwoju, szuka wyzwań, podąża za marzeniami duszy. Jego hasło przewodnie to „jak może być jeszcze lepiej?”, więc wyszukuje pozytywy i na nich się skupia, jak na drogowskazach.

Tam jednak, gdzie nie doświadczyliśmy stabilności i bezpieczeństwa (materialnie, fizycznie, emocjonalnie), umysł traktuje ten brak jako standard i automatycznie przestawia się w tryb przetrwania: wciąż pilnuje tyłów, ogląda się za siebie, przewiduje zasadzki, broni się, walczy, jest czujny. Jego hasło przewodnie to „byle nie było gorzej”, więc obserwuje negatywy, żeby mieć je pod kontrolą, na nie przeznacza całą swoją energię. To kwestia przetrwania, więc nie pozwoli nam na odwrócenie uwagi w innym kierunku.

Doświadczenie ustawia standardy dla naszego umysłu („biednemu wiatr w oczy, a bogatemu to i byk się ocieli”), który losowo w pewnych obszarach automatycznie pcha nas do rozwoju, w innych skazując nas na walkę o przetrwanie. W ten sposób bogaci stają się coraz bogatsi, a biedni coraz biedniejsi, dobrzy coraz lepsi, a źli coraz gorsi…

Są jednak dwa „ale” do tego scenariusza 🙂

Po pierwsze, każdy mechanizm dąży do samozniszczenia, bo nie jest zgodny z naturą rzeczy. Umysł nie znający braku i straty ma tendencję do przeszacowania swoich możliwości, do podejmowania nadmiernego ryzyka, co czasami kończy się bankructwem, finansowym lub emocjonalnym.

Po drugie, nie samym umysłem działa człowiek… Jest w nas coś jeszcze, nazywane głosem duszy, co każe nam marzyć o rzeczach, których nie znamy ze swojego doświadczenia, których nigdy nie przeżyliśmy, nawet nie obserwowaliśmy. Jeśli dopuścimy duszę do głosu, to nasz umysł zaczyna traktować ten głos na równi ze swoim doświadczeniem. Ten głos może wyznaczać standardy dla umysłu tak samo jak nasze realne doświadczenia. A wtedy nasz umysł jest zdolny do całkowitego zaprzeczenia wzorcom, na których się opiera.

To się nazywa siła wiary: bez niej nasze losowe doświadczenie determinuje nasz umysł i nasze życie; z nią nieważny jest punkt wyjściowy, bo wszystkie drzwi stoją przed nią otworem. Możemy tworzyć na podstawie tego, co wiemy – i odtwarzać w kółko to, co znamy. I możemy działać na podstawie tego, w co wierzymy – i tworzyć nowe bez ograniczeń płynących z naszego doświadczenia.

Musimy tylko świadomie wybrać, czy nasz umysł ma się kierować tym, co wiemy, czy tym, w co wierzymy.

Pułapka serca

Niedawny post pt. „Pułapki umysłu” był o tym, że umysł bez współpracy z sercem (siła jako sprawstwo bez udziału wrażliwości) ma tendencję do krzywdzenia innych. Dzisiaj chcę opowiedzieć o tym, jak serce bez współpracy z umysłem (wrażliwość pozbawiona siły jako ochrony) ma tendencję do krzywdzenia swojego właściciela.

Serce to wrażliwość, empatia, umiejętność traktowania uczuć i potrzeb innych ludzi jak własnych. Jedni kierują się Sercem sporadycznie, kiedy poruszy ich czyjaś tragedia; inni nałogowo, nawet kiedy wiedzą, że zostaną wykorzystani. Różnica w tym, jak bardzo dopuszczamy Serce do głosu pochodzi z okresu wczesnodziecięcego – wtedy dziecko dostaje od swoich rodziców pierwsze i tym samym najsilniejsze informacje, czy jego wrażliwość jest „dobra” („masz takie dobre serduszko”, „potrafisz się fantastycznie zajmować swoim młodszym rodzeństwem”, „umiesz dbać o zwierzęta”, „jesteś najlepszym pomocnikiem mamy/taty”), czy też „zła” („nie becz, to tylko głupia bajka”, „trzeba być silnym, nie można się roztkliwiać nad każdym chorym zwierzakiem”, „zawsze musisz komuś zrobić krzywdę, strach cię puścić do ludzi”, „nie można na ciebie liczyć, w niczym nie potrafisz pomóc”).

Dziecko może więc zaakceptować swoją wrażliwość lub nie, w zależności od tego, czy ją zinterpretuje jako zaletę czy wadę. I może to zrobić na wiele sposobów.

Może ją odrzucić i Sercem, i Umysłem („wrażliwość jest zła, trzeba ją w sobie wytępić”) – wtedy staje się ludzkim robotem, socjopatą, dla którego liczy się tylko cel, a inni ludzie są jedynie środkami do jego osiągnięcia. Taka osoba potrafi wiele w życiu osiągnąć, ale nie potrafi kochać i tworzyć relacji z innymi ludźmi, nie jest zainteresowana pomaganiem czy wspieraniem innych.

Dziecko może przyjąć swoją wrażliwość Umysłem („jest przydatna”), ale odrzucić Sercem („bycie wrażliwym prowadzi do bycia krzywdzonym”) – wtedy staje się wrażliwym manipulantem. Oznacza to, że zachowuje umiejętność czytania ludzi Sercem (na co są wrażliwi, co lubią, w jakim są humorze), ale wykorzystuje ją Umysłem do manipulowania innymi dla własnych korzyści (mówi to, co chcą usłyszeć, reaguje tak, żeby zdobyć ich przychylność jednocześnie nie ujawniając swoich własnych prawdziwych uczuć i emocji). Pozornie może wiele dawać innym ludziom, ale robi to dla siebie; ponieważ decyduje o tym jego ego, nie empatia, bywa hojny i skąpy, dobroduszny i okrutny, w zależności od okoliczności i swojego humoru. Jego relacje z innymi są jak rollercoaster, raz sięgają nieba, raz piekła.

Dziecko może także przyjąć swoją wrażliwość Sercem (empatia jest najważniejsza), ale odrzucić Umysłem (nie ma granic w byciu wrażliwym, im więcej, tym lepiej) – w takim przypadku staje się osobą poświęcającą się dla innych, męczennikiem. Wyłączony Umysł nie pilnuje ani granic w dawaniu, wspieraniu i pomaganiu, ani równowagi w objęciu tą wrażliwością siebie, co doprowadza do wyczerpania, depresji, chorób somatycznych. Taki człowiek pomaga zawsze i wszystkim, aż do wyczerpania swoich zasobów; a wtedy zazwyczaj zostaje sam w potrzebie, bo pozwalając się wykorzystywać, przyciąga do siebie zainteresowanych braniem, nie dawaniem w zamian.

Kiedy dziecko przyjmuje swoją wrażliwość i Sercem, i Umysłem, staje się i wrażliwe, i silne. Empatycznie podchodzi do innych, ale potrafi rozpoznać socjopatów, obronić się przed manipulantami i samopoświęceniem. Jego wrażliwość przynosi korzyść i jemu samemu, i innym ludziom. Tworzy relacje partnerskie, polegające na wzajemnym dawaniu i przyjmowaniu wsparcia.

Profesjonalne pomaganie wymaga tego ostatniego ustawienia. Wymaga znajomości funkcjonowania człowieka i dostępu do swojej wrażliwości jednakowo, w równowadze. Sama wiedza to za mało, żeby dostać się do ludzkiego Serca. Sama empatia to za mało, żeby dostać się do ludzkiego Umysłu.

Tym właśnie różni się profesjonalna pomoc od zwykłego ludzkiego odruchu współczucia, kiedy widząc krzywdę, próbujemy sprawić, żeby prześladowca się opamiętał lub wesprzeć poszkodowaną osobę, żeby nie czuła swojej krzywdy tak bardzo. Nie ma jednak możliwości, żeby z zewnątrz dostać się do zamkniętego Serca: mówienie o empatii do psychopaty to mówienie w obcym dla niego języku; to nie ma szans zadziałać. Wspieranie ofiary zanim sama zdecyduje o zerwaniu ze swoją rolą to wpychanie jej w mechanizm jeszcze głębiej („skoro ktoś pomaga, to jakoś to będzie, jakoś przetrwam w tym co jest”).

Profesjonalna pomoc polega na tym, żeby towarzyszyć danej osobie w procesie uświadomienia sobie swoich szkodliwych mechanizmów i wspierać ją w decyzji wydostania się z nich. Polega na tym, żeby nauczyć ją unikania przykrych dla niej konsekwencji, a nie na tym, żeby ją przed nimi ochraniać; na tym, żeby uczyć, jak sobie poradzić, a nie wyręczać; żeby dawać wędkę zamiast ryby; żeby aktywować w kimś jego własną moc, a nie uzależniać go od siebie dla własnego ego.

Prawdziwa pomoc – taka, która czyni dobro i nie przynosi niechcianych skutków ubocznych – pochodzi ze współpracy Serca i Umysłu. Tylko kiedy działają razem, widzimy jasno, kto i jakiego wsparcia wymaga: komu potrzeba pomocy, a komu odmówienia pomocy. Tylko kiedy Serce i Umysł działają razem, widzimy jasno, ile możemy dać, na ile nas stać – jakie zasoby mamy do dyspozycji, czym możemy się podzielić bez skrzywdzenia siebie.

Serce to cudowna rzecz, zdolna poruszyć góry, ale bez współpracy z Umysłem ma tendencję do przygniatania tymi górami swojego właściciela. Warto o tym pamiętać zawsze, a szczególnie teraz, kiedy pomaganie stało się naszą codziennością.

Pułapki umysłu

Tak jak przez ostatnie dwa lata nie udawałam wirusologa, tak teraz nie zamierzam udawać eksperta od polityki. Jestem natomiast ekspertem od mechanizmów, które rządzą ludzkim umysłem, i o tym jest ten tekst.

Fakt pierwszy: umysł generalizuje – z jednego doświadczenia (szczególnie powiązanego z silnymi emocjami) tworzy automatycznie zasadę. Jeśli ugryzie nas pies, zaczniemy bać się wszystkich psów. Jeśli mamy swojego psiaka, uwielbiamy inne psy. Nasze własne, losowe doświadczenia kieruje daną rzecz, człowieka, sytuację do szufladki „uwaga! zagrożenie!” lub do szufladki „spoko, nie ma się czego obawiać”. Dlatego jedni przysięgną przed sądem, że psy to bestie, inni, że psy to anioły, i to jest ich subiektywna prawda, tego doświadczyli i w to wierzą. Obiektywna prawda zaś jest taka, że pewne psy potrafią zagryźć człowieka, a pewne psy potrafią oddać za człowieka własne życie, i w każdej sytuacji spotkania z psem musimy zdecydować, z jakim mamy do czynienia.

Fakt drugi: umysł segreguje – próbuje otagować każdą informację jako „dobrą” lub „złą”, obrazek jako „ładny” lub „brzydki”; innymi słowy, jeśli temu świadomie nie przeciwdziałać, będzie automatycznie starał się ocenić i podzielić wszystkie dane na pozytywne i negatywne, na czarne i białe, choć to nie odpowiada wielokolorowej rzeczywistości. Ocenianie deformuje percepcję, każe nam widzieć kogoś czy coś jednolicie, pomijać wszystkie informacje, które się nie zgadzają z tym, w co chcemy wierzyć. Ocenianie powoduje, że się mylimy, uwzględniając tylko część danych; pochopnie oczerniamy lub gloryfikujemy innych, co w konsekwencji prowadzi do uczucia wstydu lub rozczarowania, a to nic miłego.

Fakt trzeci: umysł nie zobaczy tego, na co nie jest gotowy. Oznacza to, że jeśli mamy złe doświadczenia z psami, będziemy zwracać uwagę na duże, warczące, wyrywające się osobniki, w tym samym czasie mijając i nie zauważając przyjaznych psiaków wyprowadzanych przez dzieci. Jeśli nie wierzymy w UFO, statek kosmiczny może nawet wylądować w naszym ogródku, a i tak będziemy je uważać za dowcip sąsiada albo próbę wrobienia nas z użyciem ukrytej kamery. Umysł broni swojego systemu przekonań. Im bardziej ten system jest hermetyczny i czarno-biały, tym silniej odrzuca wszystko, co choć odrobinę do niego nie pasuje.

Co zatem możemy zrobić, żeby nasz własny umysł nie sprowadzał nas na manowce, szczególnie w obecnej sytuacji?

Przede wszystkim starajmy się oddzielać fakty od interpretacji. Interpretacje nałożone na siebie powodują efekt jak w zabawie w „głuchy telefon”: to, co było faktem na początku, na końcu często go nawet nie przypomina. Żeby było jasne – nie przestawiam tu żadnej wersji wydarzeń ani własnej opinii, to po prostu przykład: załóżmy, że ktoś mówi: „widziałem grupę ciemnoskórych na ukraińskiej granicy” (fakt). Następna osoba powtarza kolejnej: „mój kumpel widział na granicy Afrykańczyków” (interpretacja przez własne skojarzenie – nie wiadomo, czy byli z Afryki, czy z innej części świata). Ta osoba przekazuje informację dalej: „podobno pełno czarnych z Afryki na granicy, jak stali osobno, to pewnie ich nie wpuszczą” (dopowiedzenie z wyobraźni i generalizacja – na innej naszej granicy takich uchodźców źle traktują, więc tu pewnie też). Ktoś postanawia o tym napisać używając słowa rasizm, ktoś kolejny dodaje prześladowanie, a następny terrorystyczną prowokację. W tym miejscu, w głowie czytającej to osoby zapewne pojawia się czerwona lampka: „ale przecież nie tak było!” – umysł broni swojego systemu przekonań, tego, co już przyswoił (na jakiejkolwiek podstawie) i zintegrował. Właśnie w tym miejscu należy zrobić stop-klatkę i zastanowić się, czy znamy źródło, czy możemy mu ufać; a może wszystko co gdzieś przeczytamy czy usłyszymy w TV bierzemy bezrefleksyjnie za prawdę? Jeśli nie widzieliśmy czegoś na własne oczy, to zwyczajnie nie wiemy, a z dostępnych wersji (fakty, ich nadinterpretacja, wersja podkoloryzowana dla lepszego efektu, celowa dezinformacja) nasz umysł wybierze tę, która najbardziej pasuje do naszej wizji świata, do innych informacji, w których prawdziwość wierzymy. Dlatego większość proputinowskich Rosjan, którym reporterka chciała pokazać zdjęcia zrujnowanej Ukrainy, nawet na nie nie spojrzało, zakładając z góry, że są fałszywe. Podobnie jak przeciwnicy polityczni, którzy wierzą w te fakty, które popierają ich wizję rzeczywistości, i nie wierzą w te, które tej wizji zagrażają. Umysł musi mieć pewność, musi wiedzieć, musi dane zaklasyfikować. A czego można być pewnym w świecie Photoshopa i deepfakeów…? Nie bójmy się powiedzieć „nie wiem”, nie bójmy się wahać, mieć wątpliwości, słuchać różnych opinii z otwartym umysłem, widzieć szare zamiast czarnego i białego. Tym bardziej nie przekazujmy dzieciom swoich interpretacji jako faktów, bo one w obronie tego „co tata powiedział” są gotowe bić się z rówieśnikami na śmierć i życie.

Po drugie, bądźmy obserwatorami własnego umysłu (to nasze narzędzie), a nie jego niewolnikami. Przeciwdziałajmy jego automatyzmom. Generalizując i segregując, zawsze mijamy się z prawdą.

Na przykład: „Rosjanie to mordercy”. A co z tymi, którzy wychodzą na ulice w proteście przeciw wojnie, choć są aresztowani, płacą ogromne mandaty, zostają wydaleni z uczelni? Czy jeśli proputinowskich Rosjan jest więcej, mamy prawo prześladować każdego Rosjanina? Jak tę proukraińską Rosjankę, która od 25 lat prowadzi restaurację w Warszawie, a teraz obawia się o swoje życie?

Inny przykład: „Rosyjscy żołnierze zabijają cywili”. Udokumentowany fakt, tylko oprócz psychopatów strzelających do uciekających rodzin i wolontariuszy niosących pomoc są też zdezorientowani, głodni, przerażeni, płaczący chłopcy, sami poddający się do niewoli, żeby nie musieć tego robić. Ich też na stos?

Nie chodzi o usprawiedliwianie najeźdźców. Chodzi o to, że rzeczywistość nigdy nie jest czarno-biała. To umysł tak chce ją widzieć. Dla jednych Rosjanie to psychopatyczni mordercy, dla innych więźniowie systemu. Dla jednych Ukraińcy to wciąż banderowcy, dla drugich uchodźcy wojenni. Dla jednych Niemcy to hitlerowcy od zawsze i na zawsze odpowiedzialni za całe zło świata, dla innych to rodzina, znajomi, przyjaciele.

A kim jesteśmy my, Polacy? Zbawcami dla jednych uchodźców, mordercami dla innych? Ludźmi dzielącymi się wszystkim z uchodźcami z Ukrainy, spontanicznie organizującymi dla nich pomoc czy trollami wypisującymi obrzydliwe komentarze albo bojówkami obrzucającymi Ukraińców kostką brukową? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, nie ma jednego wzorca Polaka. Może wielu Polaków kradnie, ale wielu się tym brzydzi. Może wielu jest gościnnych, ale są i tacy, co widzą wroga w każdym.

Umysł próbuje generalizować i segregować, ale im bardziej to robi, tym jest dalszy od prawdy. Ludzie są różni, bez względu na swoją narodowość, tak samo jak bez względu na kolor skóry, religię, wykształcenie i co tam jeszcze. We wszystkich powinniśmy wspierać to, co dobre, i nie zgadzać się na to, co krzywdzi. I tyle.

Szczególnie, że logicznie takie podziały nie trzymają się kupy. Mówiąc o Rosji złe rzeczy, mamy na myśli decyzje władz tego kraju, na które zwykli ludzie nie mają wpływu. Mówiąc o Polsce dobre rzeczy, mamy na myśli zryw obywateli i decyzje samorządów, bynajmniej nie działania organizacyjne rządu. Rząd zakazuje organizacjom pozarządowym nawet zbliżać się do białoruskiej granicy (źródło: przemówienie Janiny Ochojskiej w PE), a na ukraińskiej też jakoś nie widać nawet tych autobusów co rozwoziły ludzi na wiece wyborcze i do urn wyborczych, że o innych działaniach organizacyjnych nie wspomnę. Więc to rząd czyni ludzi złymi czy ludzie mogą być dobrzy nawet wbrew rządowi? Przyjmijmy jeden standard dla wszystkich, inaczej mijamy się z prawdą.

Ten tekst nie jest o wojnie, narodowościach i polityce, to tylko przykłady. Żywe przykłady – żeby móc zaobserwować reakcje swojego umysłu, żeby je sobie uświadomić, żeby nauczyć się je kontrolować. Żeby widzieć w drugim człowieku po prostu człowieka, takim jaki jest. Etykietka narodowościowa (jak i każda inna) może nas bardzo zmylić. A podawana dzieciom jako fakt, utrwala się im w umysłach w kategorii „my i oni”, powoduje uprzedzenia, prześladowania, przemoc. Najpierw wobec kolegi z obcym pochodzeniem, potem wobec „tych z głupią fryzurą” (zezem, tatuażem, krzywymi zębami czy nogami, wstaw dowolne); później wobec zwolenników innej partii politycznej czy innego klubu sportowego – a na końcu zawsze jest realna wojna. Czasem na pięści i pałki, a czasem na czołgi i rakiety. „NIE dla wojny” to „NIE dla bycia kontrolowanym przez swój umysł”, NIE dla generalizowania, oceniania i segregacji.

Umysł działa dobrze tylko wtedy, kiedy współpracuje z sercem. (I vice versa, ale to już temat na inny post.)

Odtwarzanie vs tworzenie

To, czego szukamy, to powtórzenie lub odwrócenie uczuć doświadczanych w dzieciństwie.

Sceneria i szczegóły, które pamięta i chce odtworzyć nasz umysł, tak naprawdę nie mają tu znaczenia – są tylko przypadkowymi skojarzeniami z uczuciami, o które w istocie nam chodzi.

Dlatego ci, którzy chcą odtworzyć dobre wspomnienia (lub stworzyć przeciwieństwo złych), na ogół nie znajdują szczęścia. Znajdują je ci, którzy idą za tym, co sprawia, że czują się dobrze, ignorując swoje wczesnodziecięce zaprogramowanie.

O dobrym samopoczuciu

Szczęście to dobre samopoczucie, radość, satysfakcja – czyli zadowolenie z siebie, ze swojego życia i z relacji z innymi ludźmi. Skoro sami tworzymy swoje życie i relacje, to dlaczego tak często nie jesteśmy szczęśliwi?Przede wszystkim dlatego, że umysł zagłusza odczuwanie i dyktuje nam co nas uszczęśliwi za pomocą swoich skojarzeń. Utożsamia nasze szczęście z posiadaniem czegoś lub kogoś i każe nam do tego dążyć za wszelką cenę, nawet jeśli czujemy się z tym źle. Jak mamy dojść do szczęścia podążając za czymś, co nas męczy, krzywdzi, stresuje czy dołuje?


Kiedy rodzice lekceważą emocje dziecka, zwracając się tylko do jego umysłu („musisz to zrobić”, „nie płacz”, „to nic strasznego, nie ma czego się bać”, „a teraz przeproś i pocałuj mamę” itp.), umysł przetwarza takie doświadczenia w zasadę „to co się czuje nie jest ważne, ważny jest cel” i tworzy przekonania typu: „trzeba znosić wszystko w milczeniu, żeby coś osiągnąć”, „trzeba zgadzać się na krzywdę, jeśli chce się doświadczyć miłości”, „trzeba ukrywać swoje emocje i kłamać, żeby być akceptowanym” itd. Takie wewnętrznie sprzeczne przekonania zmuszają nas do zanegowania albo siebie albo innych.


W pierwszym przypadku uznajemy, że jesteśmy zależni od miłości innych ludzi jak małe dzieci i szukamy aprobaty, głasków, uznania, podziwu, sławy wszelkimi znanymi sposobami. Im bardziej się w to angażujemy, tym bardziej się uzależniamy – zamiast szczęścia czujemy głównie lęk („co będzie jeśli to się skończy? co będzie jeśli popełnię błąd?”). Dostajemy dużo i coraz więcej, ale paradoksalnie nas to unieszczęśliwia; bo nawet jeśli przez moment czujemy to, o co nam chodziło, to za chwilę wraca lęk – jak kac po alkoholu.


Drugie rozwiązanie to strategia odwrotna – zaprzeczenie zależności od innych, czyli odizolowanie się od ludzi na tyle, na ile to możliwe. Udowadnianie sobie każdego dnia, że da się żyć bez miłych słów, życzliwych gestów, wsparcia, emocjonalnej więzi. Może się wydawać, że wtedy lęk przed odrzuceniem nie ma nad nami władzy, ale to właśnie on skazuje nas na emocjonalne głodowanie. To, że uczymy się żyć z brakiem, nie sprawia, że brak znika czy przestaje być odczuwalny. Nadal nas unieszczęśliwia.
Umysł tworzy konflikt („żeby być szczęśliwym, trzeba cierpieć/znosić krzywdę/zdobyć coś lub kogoś wyjątkowego”), a potem tworzy rozwiązania tego problemu, które nikogo nie uszczęśliwiają. Tworzy obrazek i strategie osiągnięcia tego obrazka, ale zrealizowany scenariusz nie przynosi szczęścia…


Powód jest prosty – szczęście się czuje, i jeśli coś nas może do niego zaprowadzić, to właśnie czucie. To jak zabawa w ciepło – zimno: naszym zadaniem jest iść za tym, co daje nam radość i satysfakcję, nie za scenariuszami umysłu bazującymi na oczekiwaniach innych ludzi. Umysł jest nam potrzebny do tego, żeby odróżnić co daje nam chwilową przyjemność i nieprzyjemne konsekwencje (to ślepe uliczki) od tego, co daje nam prawdziwe poczucie spełnienia, trwale poprawia nam samopoczucie, stwarza zadowolenie z siebie i życia.


Jeśli coś lub ktoś powoduje przymus („muszę to mieć”), zachłanność („im więcej tym lepiej, na zapas, niech to się nie kończy”), lęk na myśl o odstawieniu („nie dam rady żyć bez tego”), to uzależnienie – bez względu na to, czy chodzi o piękny wygląd, zakupy, kawę, media społecznościowe, towarzystwo, pracę czy cokolwiek innego. A każde uzależnienie krzywdzi, powoduje spadek samooceny i unieszczęśliwia.Uszczęśliwia nas wybór zgodny z własnymi uczuciami i zweryfikowany umysłem, bez względu na to, czego dotyczy. Podnosi naszą samoocenę, powoduje poczucie mocy, sprawstwa, wolności, niezależności.


Mówiąc krótko: brak szczęścia to stan, w którym podążamy bezrefleksyjnie za przypadkowymi skojarzeniami własnego umysłu; a szczęście to stan, w którym kierujemy się czuciem do wyznaczania kierunku, a umysłem do wyznaczania drogi w taki sposób, aby nie tracić dobrego samopoczucia.