Wiedzieć a wierzyć

Umysł zapisuje pierwsze informacje na dany temat jako wzorzec. Jeżeli tego świadomie nie zmienimy, ten wzorzec tworzy nasze życie poza naszą kontrolą. 

Jeżeli dziewczyna na podstawie najwcześniejszych obserwacji i doświadczeń uwierzy, że „faceci to dranie”, to daremnie będzie marzyć i wyglądać swojego księcia na białym koniu. On się nie pojawi, bo nie istnieje w jej przekonaniach; nie przyciągnie go do siebie, nawet jeśli on czeka za rogiem, bo tak naprawdę nie wierzy w jego istnienie. 

Jeżeli chłopak słyszał i uwierzył, że „wszystkie baby to zdziry”, to nie znajdzie księżniczki, choćby jej bardzo szukał. 

Ktoś może próbować dorobić się większych pieniędzy, ale jeżeli wierzy, że „bogaci ludzie to snoby i dupki”, to niechęć przed zostaniem jednym z nich skutecznie go powstrzyma. 

Ktoś może ciężko pracować i bardzo się w życiu starać, ale jeśli gdzieś w jego umyśle zostało zapisane, że cały świat jest przeciw niemu, w życiu zawsze ma pod górkę, a cierpienie uszlachetnia, to niczego nie osiągnie. Nie może, bo zaprzeczyłby temu, w co wierzy.

Wiara czyni cuda, ale oprócz tego tworzy naszą rzeczywistość, każdy jej kawałek. Obserwując, co nam w życiu nie wychodzi, możemy namierzyć przekonania, które nas blokują. Możemy je świadomie zweryfikować i stworzyć dla siebie zupełnie inną rzeczywistość.

Błędne koło przekonań

Pierwsze przekonanie na temat miłości kształtuje się w najwcześniejszym okresie życia dziecka; jest pozawerbalne, czysto poczuciowe. Dziecko po prostu koduje dominujące uczucie, z jakim rodzice zwracają się do niego. U jednych może to być to radość, zachwyt z jego istnienia, ciepło. U innych – obowiązek, troska pomieszana ze zmartwieniem, bycie przeszkodą czy obciążeniem. To zgeneralizowane poczucie staje się naszą definicją – czymś, co „z automatu” dajemy sobie i innym, powtarzając bazowe doświadczenie.

Są dzieci, którym rodzice przedłużali dzieciństwo w nieskończoność, nie potrafiąc się nimi nacieszyć, zaburzając ich rozwój społeczny i tym samym utrudniając tworzenie prawidłowych relacji z innymi ludźmi, co spowodowało przeżycia traumatyczne – bycie odrzucanym, wyśmiewanym, manipulowanym, prześladowanym.

Są dzieci, które zostały poddane socjalizacji zbyt szybko, zanim zdążyły doświadczyć kwintesencji dzieciństwa – szczerości, naiwności, radości, spontaniczności, żywiołowości w wyrażaniu siebie. Zastąpiły je dyplomacja, kontrola, wycofanie, powodujące wyraźną aprobatę otoczenia. Im więcej było tej aprobaty, tym większa stawała się trauma z powodu coraz bardziej niedostępnej, utraconej, zablokowanej, niewyrażonej części siebie; świat staje się wtedy coraz bardziej szary, pozbawiony kolorów.

Dzieci, które doświadczyły rodzicielskiego zachwytu nad swoim istnieniem i przedłużonego emocjonalnego dzieciństwa jako dorośli mają głębokie przeświadczenie o istnieniu miłości, ale szukają jej na oślep, nie rozumiejąc innych ludzi i angażując się w przypadkowe związki, których nie potrafią utrzymać. Bazowe doświadczenie miłości, które otrzymali powoduje jednak, że porażki ich nie zniechęcają, angażują się ponownie mimo zranień i czerpią z tego dla siebie ile się da.

Dzieci, które nie doświadczyły bezwarunkowej radości ze swojego istnienia i zostały szybko zsocjalizowane, potrafią tworzyć bezkonfliktowe relacje z innymi ludźmi, ale nie czerpią z nich satysfakcji, bo nie bierze w nich udziału ich dziecięca część, odpowiedzialna za wiarę w miłość, za radość, zachwyt, spontaniczność, nieskrępowane wyrażanie siebie. Jeśli jakieś nadzwyczajne okoliczności sprawią, że sięgną do swojego uwięzionego niewyrażonego „dziecka” i pozwolą sobie na odczuwanie pełną mocą z jego udziałem, a zostaną oszukani, zmanipulowani, zranieni, to zatrzaskują je w sobie z powrotem i tylko cud może sprawić, żeby zaufali ponownie komukolwiek.

Do zaprzeczenia swoim przekonaniom potrzeba gotowości – wiary w istnienie tego drugiego końca. Wiara to czucie – kiedy czucie ograniczone jest przez lęk, wiara także. I kółko się zamyka. Nie można dostać z zewnątrz czegoś, czego nie ma wewnątrz, a nie można stworzyć wewnątrz tego, do czego nie dostało się narzędzi.

Umrzeć, żeby żyć naprawdę

Bliskość z drugą osobą wydaje się być naturalną i podstawową potrzebą człowieka. Szukamy jednak tej bliskości jak dzieci, które są zależne, niesamodzielne, które potrzebują stałych zapewnień i namacalnych dowodów na to, że są kochane. Szukamy fizycznego kontaktu, intelektualnego porozumienia, emocjonalnego wsparcia – czegokolwiek, jakiejś formy miłości, której moglibyśmy być pewni, którą moglibyśmy kontrolować. I nieważne, czy to dostajemy czy nie, bo i tak nie czujemy tej bliskości – czujemy zależność, przymus zapracowania na to, kupienia tego, wymuszenia albo po prostu wykradzenia; dostania z zewnątrz, od innych; lęk przed tym, że zabraknie tego dla nas. Ale tak jak dorastając uczymy się robić sobie sami jedzenie i kupować ubrania (nie oczekujemy, że inni nam to dadzą jak wtedy, kiedy byliśmy dziećmi), tak samo uczymy się przenosić źródło miłości z zewnątrz do wewnątrz.

Tym, co nas napędza do szukania miłości i bliskości jest wiara, że one istnieją. A wiara jest tym silniejsza, im mniej można ją wesprzeć dowodami, faktami, logicznym rozumowaniem, doświadczeniem – im bardziej jest poczuciem, nie dającą się udowodnić wewnętrzną pewnością. Dlatego paradoksalnie każdy z nas, żeby z duchowego dziecka stać się duchowym dorosłym, potrzebuje przejść przez brak miłości i bliskości z innymi w każdym z obszarów siebie – żeby przełamać dziecięcy lęk, że bez innych nie istniejemy, nie przeżyjemy; żeby aktywować miłość i zdolność do bliskości w sobie. Im bardziej jesteśmy uzależnieni od fizycznej obecności innych ludzi, tym bardziej potrzebujemy zostać pozbawieni ich kojącego dotyku. Im bardziej jesteśmy uzależnieni od bycia w kontakcie z innymi, tym bardziej potrzebujemy zostać pozbawieni możliwości porozumienia się z nimi. Im bardziej jesteśmy uzależnieni od wsparcia emocjonalnego, tym bardziej potrzebujemy zostać opuszczeni, zdradzeni. 

Jeżeli potrafimy wierzyć w miłość po utracie wszystkich jej namiastek, a szczególnie tej wybranej formy, tej wyjątkowej tęsknoty pochodzącej z naszego indywidualnego doświadczenia, to znaczy, że głos naszej duszy jest silniejszy niż wszystkie głosy z zewnątrz. Dopiero kiedy wierzymy w miłość całkowicie wbrew swojemu doświadczeniu i logice, wierzymy naprawdę i jesteśmy gotowi na tworzenie autentycznej bliskości z drugim człowiekiem – jak niezależny, samodzielny dorosły, jak partner, nie jak zalęknione zależne dziecko.

Wiara a wiedza

Miłość to stan duszy, lęk to wytwór umysłu. 

Kiedy wierzymy bardziej w to, co wiemy niż w to, co czujemy, tworzymy zakłócenia w swojej rzeczywistości. 

Kiedy w jakimś obszarze lęk sięga zenitu, tworzymy tam sobie piekło na ziemi, kiedy miłość – raj. 

Wszystkie stany pośrednie jak lustro odbijają walkę, którą toczy nasza świadomość – walkę umysłu z duszą, lęku z miłością.

Oczekiwania

Nasza postawa wobec życia, wobec tego, co się dzieje, wynika z pewnych założeń co do intencji siły wyższej – losu, Boga, Wszechświata. Odruchowo przypisujemy tej sile tę samą intencję, którą odczytywaliśmy u swoich rodziców. W co wierzymy, to przyciągamy – dla jednych los jest opiekuńczy, dla innych wymagający, dla jednych konsekwentny, dla innych nieprzewidywalny. Jeśli chcemy, żeby był dla nas dobry, musimy uwierzyć, że jest.

Miłość nie krzywdzi

Żeby dotrzeć do miłości, która w nas jest, musimy otworzyć wszystkie drzwi, które zatrzasnęliśmy i zablokowaliśmy, żeby ją chronić – musimy ją uwolnić. Jesteśmy w stanie to robić na tyle, na ile wierzymy w miłość, bo w miarę jak do niej docieramy, po kolei tracimy wszystkie środki obrony i kontroli. Musimy bezwzględnie uwierzyć, że chociaż miłość czyni nas całkowicie bezbronnymi, to jednak nie skrzywdzi.

Nawyki

Ludzie mają z natury dobre serca, są zdolni do dobrych słów czy gestów pod wpływem emocji. Zwykle nie mają tylko nawyków, które sprawiłyby, że te słowa i gesty stałyby się codziennością. I nie mają wystarczającej wiary w miłość, żeby nad tymi nawykami pracować, żeby je w sobie wyrabiać.

Prawda

Kiedy coś jest dla nas samych ważne, ale nie do końca zrozumiałe czy prawdziwe, próbujemy na siłę przekonać innych, żeby mieć zewnętrzny dowód i ostatecznie przekonać siebie. Oczywiście nic nam z tego nie wychodzi, bo inni słyszą echo naszych wątpliwości i nie dają się przekonać. 

Ale kiedy pokonujemy swój lęk i decydujemy uznać za prawdziwe to, co czujemy jako prawdziwe bez żadnych dowodów i nie licząc na zrozumienie kogokolwiek, sytuacja się odwraca. Ta nasza prawda zaczyna żyć swoim życiem, które jej ofiarowaliśmy, a co więcej, sama dla siebie zaczyna zdobywać przyjaciół i zwolenników.

Prawda

Poszukujemy poparcia dla swojej prawdy jakby ilość ludzi w nią wierzących decydowała o stopniu jej prawdziwości. Ale przecież często bywa tak, że im więcej jest wyznawców, tym bardziej prawda staje się zniekształcona i słaba. Może paradoksalnie najsilniejsza staje się ta nasza prawda, w którą nikt nie wierzy, bo zmusza nas do zasilenia jej maksymalną ilością wiary…?

Wiara w miłość

Kiedy wierzymy w siebie to wierzymy, że miłość, którą jesteśmy z natury jest silniejsza niż lęk, który w nas zaprogramowano. 

Kiedy wierzymy w miłość w sobie to pozwalamy sobie stworzyć codzienne scenariusze, które przynoszą nam radość i satysfakcję.

Kiedy tworzymy swój wewnętrzny świat na własnych zasadach niezależnych od zasad reszty świata to doświadczamy materializacji swojej wiary w miłość.

Kiedy doświadczamy miłości, którą sami stworzyliśmy za pomocą wiary w nią, to dajemy innym ludziom dowód na to, że miłość – nie tylko lęk – jest samospełniającą się przepowiednią.