Wirtualne szczęście

Wirtualne życie może być dobre, pożyteczne. Bo umożliwia nam dotarcie z tym, co chcemy przekazać do znacznie większej ilości ludzi niż jesteśmy w stanie spotkać w realnym życiu. Bo ze względu na kontrolowanie stopnia swojej anonimowości możemy śmielej testować pewne zachowania i sprawdzać reakcje innych na nie, a więc przyspieszać własny rozwój, odkrywać i testować własne talenty. Bo pozwala nam mieć kontakt z tymi, z którymi nie możemy się spotkać, odnaleźć tych, z którymi dawno straciliśmy kontakt, odnowić stare przyjaźnie. Bo pozwala nam natychmiast znaleźć informacje, których znalezienie w realnym świecie zajęłoby nam mnóstwo czasu i wysiłku. Bo sprawia, że możemy doświadczyć rzeczy, na które w realnym życiu potrzebowalibyśmy ogromnych pieniędzy albo drugiego życia.

Wirtualne życie może być szkodliwe. Kiedy uzależnia i staje się nie możliwością, a przymusem. Kiedy zastępuje prawdziwe życie, prawdziwych ludzi i prawdziwe relacje z nimi. Kiedy zabiera nam nasze własne życie i powoduje, że zaczynamy żyć cudzym, wyobrażając je sobie jak w krzywym zwierciadle. Kiedy gramy kogoś innego, inwestując w wirtualny wizerunek kosztem rozwijania prawdziwego „ja”. Kiedy używamy anonimowości do tego, żeby krzywdzić innych.

Wirtualne życie jest jak każda inna rzecz na świecie – ani dobre, ani złe; staje się takie w zależności od tego, jak je używamy, a używamy je tak, jak wszystkiego innego co dał nam los, bo to my sami jesteśmy źródłem tego, co mamy i co nam się przydarza. Tak więc Twoje życie wirtualne jest lustrem Twojego umysłu, Twoich potrzeb i marzeń, ale także kompleksów i sposobów ich kompensacji. Im bardziej Twój wizerunek w sieci różni się od prawdziwego Ciebie w Twoim realnym życiu, tym silniej wysyłasz informację, że nie jesteś szczęśliwym człowiekiem.

Ego vs naturalne ja

Podążanie za swoim ego powoduje, że widzi się nie to, co jest, tylko to, co chciałoby się widzieć. Forsuje się wtedy mury w przekonaniu, że są tam ukryte drzwi; znosi cierpienie dla jakiegoś wyższego celu, który okazuje się mitem.

Życie w zgodzie ze swoim prawdziwym ja i rzeczywistością polega na tym, że widzi się to co jest, i podąża się za tym, co sprawia radość. Nie pcha się tam, gdzie nie ma drzwi i unika tego, co sprawia ból.

Teoretycznie oczywista oczywistość, praktycznie odróżnienie tego, co pochodzi od ego od tego, co pochodzi od ja, to wyższa szkoła jazdy.

Życiowa nauka jazdy

Nauka jazdy przez życie polega na nauce rozpędzania się i hamowania. Wsparcie uczy obsługi pedału gazu, stawianie granic – obsługi hamulca. Dzieci rozpieszczane mają problem z hamowaniem, dzieci wychowane w rygorze – z rozpędzaniem się. Generalnie, bo precyzyjniej każdy z nas nadużywa gazu tam, gdzie czuje się pewnie, czyli w obszarze swojej mocnej strony, a nadmiernie hamuje w obszarach, w których ma mniejsze doświadczenie.

Kontrola tworzenia

Ze środka niewiele widać. Ale gdybyśmy zmienili perspektywę i popatrzyli na siebie z zewnątrz, jako neutralny obserwator, zauważylibyśmy, że wszystko w swoim życiu stworzyliśmy sami, choć nieświadomie. Uzyskanie świadomości swoich myśli, słów i czynów to uzyskanie kontroli nad tym, co tworzymy.

Podróż

Życie jest jak jazda na rowerze – wymaga równowagi. Jeśli gdzieś się buntujesz, to gdzieś ulegasz wbrew sobie. Jeśli gdzieś jesteś perfekcjonistą, gdzieś indziej nie ogarniasz. Jeśli czymś się popisujesz, coś innego ukrywasz. Jeśli gdzieś masz nadmiar, to gdzieś indziej niedomiar.

Jazda na rowerze z silnym przeciążeniem z jednej strony to nie frajda, to mordęga. Im lżejszy i równiej rozłożony balast, tym więcej radości z podróży.

Tu i teraz

Życie to ciągły proces rozwojowy poszerzający dalsze możliwości – żadne dziecko nie zaczyna najpierw biegać, potem chodzić, ani najpierw mówić, a potem gaworzyć. Tak też wszystko, co dzieje się w naszym życiu jest kolejnym etapem nielimitowanego wszechstronnego rozwoju, jak wszystko wcześniej i później. 

Jeśli potrafimy w pełni być i ciałem i umysłem w miejscu, w którym jesteśmy, zaakceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy, to otwierają się drzwi do następnego etapu. Ale jeżeli prześladują nas wizje z reklam, filmów czy książek, i stajemy się maniakami perfekcyjnego obrazka, to zamiast skupiać się na rozwijaniu tego co jest, skupiamy się na wynajdywaniu tego, czego brakuje – i utykamy w miejscu, w którym jesteśmy, jak Phil Connors w „Dniu Świstaka”.

Priorytety

Być może czasem można osiągnąć doraźny cel, zwalczając ogień ogniem, ale co się wtedy tworzy? Przyzwolenie na ogień i więcej ognia, czyli tego, co stworzyło problem? Nieważne czy Kali ukradł krowę, czy Kalemu ukradziono, tak czy owak była to kradzież. Cel nie uświęca środków, a co akceptujemy, zostaje w naszym życiu.

Jak kosmita

Żeby coś zmienić w swoim życiu, trzeba wiedzieć co. Żeby wiedzieć co, trzeba to sobie nazwać. Żeby móc nazwać, trzeba zobaczyć. Żeby zobaczyć, trzeba zmienić perspektywę, popatrzeć z zewnątrz, nie od środka. Żeby zmienić perspektywę, trzeba wpuścić do swojego świata coś całkowicie odmiennego, zmienić coś, wyrwać się z rutyny i schematów, spróbować popatrzeć bez swojej „wiedzy” o świecie i ludziach, bez założeń, uprzedzeń, oczekiwań. Jak kosmita.

Weryfikacja przekonań

Przekonania o byciu kimś bezsilnym, zależnym (czyli ofiarą) mogą przejawiać się w różny sposób. 

Ktoś może czuć się bezradny, uzależniony od pomocy i wsparcia innych ludzi, od autorytetów, ekspertów, pośredników.

Ktoś inny może czuć się osamotniony, zdany sam na siebie, pozbawiony wsparcia i pomocy.

Ale również ktoś może po prostu wierzyć, że jest pionkiem w swoim życiu, że jego los biernie zależy od efektu walk jakichś zewnętrznych sił.

Można też być przekonanym o tym, że ciąży na kimś klątwa, że czyjeś słowa niszczą temu komuś życie; albo że życie przodków uniemożliwia czyjeś szczęście, albo geny blokują nam osiąganie sukcesów czy satysfakcji.

Prawda jest taka, że inni ludzie są dla nas wzorcem, standardem i inspiracją, ale nas nie determinują. Zawsze ostatecznie to nasze własne przekonania decydują o tym, jakie jest nasze życie – dopóki są nieświadome, sprowadzają na nas cierpienie, kiedy weryfikujemy je świadomie stają się źródłem naszego szczęścia.

Rozczarowanie

Im bardziej rodzice próbują sobie skompensować własne życiowe niepowodzenia (w relacjach z innymi, w karierze zawodowej), tym konkretniejszą mają wizję swojego dziecka (jakie będzie, co osiągnie). Dziecko jest wtedy chwalone za to, co robi zgodnie z wizją rodziców, a krytykowane czy nawet ośmieszane, kiedy próbuje wyrażać siebie. 

W umyśle takiego dziecka powstaje przekonanie, że nie można pogodzić miłości do siebie i miłości do rodziców, że trzeba wybrać jedną z nich. Dla całkowicie zależnej od dorosłych małej istoty wybór jest jasny: trzeba zasłużyć na miłość rodziców za wszelka cenę. Ale jak to zrobić, kiedy działa się wbrew sobie, wbrew swoim predyspozycjom i potrzebom? Nigdy nie jest się wystarczająco dobrym. W efekcie zamiast rodzicielskiej akceptacji dziecko odczuwa ich ciągłe rozczarowanie. I staje się rozczarowaniem, przyjmuje je za część swojej tożsamości. Tą tożsamością tworzy potem swoje dorosłe życie.

Z jednej strony taki człowiek oczekuje od życia tego, co zna, czyli rozczarowania sobą; dlatego podświadomie szuka takich doświadczeń, które potwierdzą to przekonanie, że nie jest wystarczająco dobry, nie spełnia czyichś oczekiwań, nie zasługuje na czyjąś uwagę, akceptację, miłość. 

Z drugiej strony – ponieważ głos naszych rodziców staje się naszym wewnętrznym głosem – taki człowiek nieustannie rozczarowuje samego siebie. Dokonuje takich wyborów i podejmuje takie decyzje, które go krzywdzą, podtrzymując przyjęte nieświadomie przekonanie i tworząc samospełniającą się przepowiednię.