Uważne wybieranie

Generalny poziom ufności wobec innych ludzi i świata w ogóle wynosimy z domu, w postaci przekonania wynikającego z własnego doświadczenia – jeśli rodzice umiejętnie się o nas troszczyli, ufamy innym i sile wyższej, jeśli nie – cechuje nas dystans i brak zaufania. 

Aczkolwiek przyglądając się bliżej można zauważyć, że nawet jeśli jesteśmy bardzo ufni, w jakimś obszarze cechuje nas brak zaufania, i odwrotnie, możemy generalnie nie ufać ludziom, ale w jakimś obszarze paradoksalnie robimy wąski wyjątek. 

Dzieje się tak dlatego, że nasze wczesne doświadczenia tworzące nasze przekonania na temat zaufania są na ogół niespójne (np. jedno z rodziców jest wiarygodne, drugie nie), ale również dlatego, że z czasem nabieramy zaufania do siebie w zakresie swojej wytrenowanej mocnej strony, gdzie jesteśmy w stanie dużo zaryzykować wbrew swojemu generalnemu brakowi ufności; tracimy zaś wiarę w siebie w zakresie swojej zaniedbanej słabej strony, i tam nie jesteśmy w stanie zaryzykować niczego, wbrew generalnej ufności wobec świata. Na przykład nie zauważamy, kiedy ktoś nas notorycznie okłamuje albo naciąga na przysługi (ufamy emocjonalnie), ale nie powierzymy nawet złotówki komuś, kto nie jest sprawdzony (nie ufamy finansowo) – albo odwrotnie: oddamy ostatnie pieniądze naciągaczom, ale nie wierzymy na słowo nawet bliskim. To sygnał, że działamy według automatycznych zapisów w naszym umyśle, który posegregował na osobne „światy” nasze wczesne doświadczenia i nabyte umiejętności według zasady: „tego jest dużo – możesz zaufać, ryzyko dopuszczalne” lub „tego jest mało – nie wolno ufać, ryzyko zabronione”. Pewne sytuacje wyzwalają ufność, a inne – nieufność. I na ogół jedna reakcja jest tą podstawową, najczęstszą, zaś druga – sporadyczną.

Sęk w tym, że ta generalizacja umysłu z indywidualnego doświadczenia w zasadę się nie sprawdza. To, że mogliśmy polegać na rodzicach nie oznacza, że możemy ufać wszystkim napotkanym osobom w życiu; tak jak fakt, że byliśmy okłamywani przez rodziców nie oznacza, że nie można ufać nikomu na świecie. Nie sprawdza się też podział na odrębne światy z różnymi zasadami (można ufać emocjonalnie, ale nie finansowo czy odwrotnie). Bo w życiu jak w gramatyce, czasem jest więcej wyjątków niż zasad.

No to ufać czy nie?

Odpowiedzią jest nie podział, a równowaga; dokładniej to ujmując – świadomy każdorazowy wybór, rezygnacja ze schematów. 

Życie w cywilizowanym świecie bazuje na zaufaniu: wjeżdżamy na most z przekonaniem, że się nie zawali, wchodzimy na balkon nie myśląc o tym, czy się zarwie, wsiadamy do pojazdów z wiarą, że dotrzemy bezpiecznie na miejsce, kupujemy jedzenie zakładając, że się nie otrujemy; powierzamy swoją sprawę prawnikowi czy swoje zdrowie lekarzowi ufając w ich wiedzę i umiejętności itd. Niemniej zdarzają się przypadki zawalenia mostów i zarwania balkonów, wypadki drogowe i lotnicze, zatrucia w restauracjach i wycofane niebezpieczne dla zdrowia produkty ze sklepów; bywa, że ekspert czy specjalista zamiast nam pomóc, poważnie nam zaszkodzi. Więc jak? Ufać (bo zwykle się udaje) czy nie (bo może zdarzyć się pech)? 

Jedni ufają bezkrytycznie jak dzieci (bo ktoś za to odpowiada przecież), inni wszędzie widzą zamach na swoje życie lub zdrowie. Prawda leży pośrodku: nie mamy wpływu na wszystko ani wiedzy pozwalającej wszystko sprawdzić, ale kiedy bierzemy odpowiedzialność za swoje wybory, nasze szanse dożycia sędziwego wieku w zdrowiu i dobrostanie wzrastają bardzo istotnie. Bo zamiast wbiec z rozpędu na pasy (bo jest zielone światło), rozglądamy się wcześniej w obie strony; bo zamiast pakować do koszyka w sklepie produkty jak leci czytamy etykiety z opisem ich zawartości; bo zanim powierzymy swoje sprawy przypadkowej osobie najpierw sprawdzamy jej wiarygodność; bo zanim połkniemy tabletki przepisane przez lekarza czytamy ulotkę leku; bo zanim wsiądziemy do czyjegoś samochodu, oceniamy swoje bezpieczeństwo; bo zanim klikniemy w przysłany nam przez obcego nadawcę link sprawdzamy rzecz w wyszukiwarce itd. 

Zasada ograniczonego zaufania nas chroni (wszyscy przecież jesteśmy ludźmi i każdy może się pomylić, zagapić, zasugerować błędną informacją, nie wspominając o tych, którzy mogą chcieć nam zaszkodzić swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem, zmanipulować czy wykorzystać). Ale oprócz tego wybieranie z uważnością poszerza naszą percepcję. Im częściej pytamy siebie „czy to dla mnie dobre? czy tego chcę?”, tym bardziej otwieramy się na odpowiedzi pochodzące z różnych kanałów, nie tylko z umysłu (wiedzy i logiki), ale także czucia i intuicji – dopuszczamy do głosu dane z naszej podświadomości; nasze postrzeganie sytuacji staje się pełniejsze, nabiera szerszej perspektywy; słowem wzrasta trafność i naszych spostrzeżeń i dokonywanych wyborów. 

Traktując świat z pozycji ufnego beztroskiego dziecka, za które ktoś inny decyduje i bierze za nie odpowiedzialność, musimy być przygotowani na przykre niespodzianki i bolesne rozczarowania. 

Traktując świat z pozycji nieufnego zalęknionego dziecka, które bierze na siebie odpowiedzialność za to, na co nie ma wpływu i boi się korzystać z czegokolwiek, tracimy radość i sens życia.

Traktując świat z pozycji dorosłego, który uważnie i świadomie dokonuje wyborów  i bierze odpowiedzialność za swoje decyzje, uczymy się tworzyć optymalną dla siebie rzeczywistość.

Zaufanie do ludzi

Umysł generalizuje, stąd nasze doświadczenia w relacji z rodzicami stają się automatycznie przekonaniami na temat innych ludzi i Boga. Tymczasem są to trzy zupełnie odrębne sprawy. 

Ci, którzy byli manipulowani, stają się nieufni. Czasem jednak szukają u innych lekarstwa na stare rany, dlatego gdzieś wyrywkowo obdarzają kogoś zaufaniem jak kamikadze, wbrew rozsądkowi – i znowu zostają zmanipulowani, zgodnie z tym, w co wierzą.

Ci, którzy byli ochraniani, z nawyku ufają innym, bo automatycznie zakładają, że inni chcą dla nich dobrze. Są łatwym łupem dla tych, którzy zechcą ich wykorzystać.

Różnica między tymi dwoma typami ludzi jest taka, że ci pierwsi z doświadczenia potrafią rozpoznać, kiedy zostaną zmanipulowani, ci drudzy nie.

Zaś jedni i drudzy muszą nauczyć się tego samego: że bezwarunkowo można ufać tylko czystej Miłości, a innym ludziom na tyle, na ile się z nią utożsamiają.

Zaufanie

W relacji z rodzicami tworzy się wzorzec bliskości z innymi ludźmi – przekonanie, na ile można innym ufać, liczyć na ich wsparcie i zrozumienie. Jeżeli generalny wzorzec bliskości zapisany na tej podstawie mówi „możesz zaufać innym ludziom”, narażamy się na to, że inni to wykorzystają, użyją do realizacji własnych celów; takich też ludzi przyciągamy do swojego życia. Jeżeli wzorzec mówi „lepiej nie ufać innym” – trzymamy dystans, boimy się całkowicie zaangażować, boimy się bliskości – i gromadzimy wokół siebie ludzi odpowiadających temu przekonaniu. 

Żeby nauczyć się realnie wybierać, komu można zaufać, a komu nie, trzeba poznać przeciwny koniec do tego, który się otrzymało w doświadczeniu. Niezależnie od generalnego wzorca łatwiej jest nam zaufać innym w sferze swojej mocnej strony i nie ufać w zakresie tego, co uważamy za swoją słabą stronę. To powoduje, że w pewnych sprawach ufamy innym podwójnie, nadmiarowo, a w innych wcale, tworząc przed nimi blokadę. A dopóki trwa taki wewnętrzny dualizm (brak zaufania do jednej części siebie i nadmierne zaufanie do innej), rzeczywistość go odbija i jedność (bliskość, poczucie wspólnoty) nie następuje.

Zaufanie

Aby dziecko przeżyło i nauczyło się zasad życia w swojej społeczności, musi zaufać doświadczeniu opiekujących się nim dorosłych, bo własnego doświadczenia jeszcze nie ma, nie wie nic o świecie czy innych ludziach. Automatycznie więc przejmuje sposób myślenia dorosłych wokół siebie i ufa temu zgeneralizowanemu głosowi jako swojemu przewodnikowi po życiu.

Dziecko potrzebuje autorytetów, żeby bezpiecznie wejść w dorosłość. Ale żeby stać się autonomicznym dorosłym potrzebuje uwolnić się od schematów tych autorytetów (zarówno od ufania im, jak i ślepego buntowania się przeciwko nim), potrzebuje je zweryfikować po swojemu, żeby stać się sobą.

Dojrzałość zaczyna się wtedy, kiedy uznajemy, że zgromadziliśmy dość doświadczenia, żeby zaufać sobie samemu. Oznacza to spojrzenie na swoje dotychczasowe przekonania z dystansu, i zweryfikowanie ich w oparciu o to, co się czuje jako swoją własną prawdę. Inaczej mówiąc, oznacza to odzyskanie zaufania do mądrości swojego ciała, swoich emocji i swojego intelektu ponad zwyczajami i założeniami wyniesionymi z domu, standardami narzucanymi przez kulturę i wytycznymi ekspertów z różnych dziedzin. To odzyskanie kontaktu ze sobą bez cudzych filtrów dzieje się proporcjonalnie do odzyskania kontaktu ze swoją sferą duchową, ze swoją duszą; proporcjonalnie do wiary w to, że Bóg, siła wyższa czy Miłość jest w nas, a nie na zewnątrz; chce tego samego dobra dla nas, które my czujemy jako dobro, a nie tego „dobra”, które wskazują nam inni, a które my czujemy jako krzywdę.

Podporządkowanie vs zaufanie

Podporządkowanie się a zaufanie (rodzicowi, innym ludziom, sile wyższej) to dwie różne rzeczy. W obu przypadkach uznajemy, że jest coś mądrzejszego czy silniejszego od nas, ale w różny sposób. 

W pierwszym przypadku robimy to pod presją, wbrew sobie, z poczucia zależności i bezsilności, co powoduje wewnętrzny konflikt i walkę – ze sobą lub innymi. 

W drugim przypadku robimy to z własnej woli, w zgodzie ze sobą, z poczucia przynależności i zachowując prawo dokonywania własnych wyborów.

Podporządkowanie niszczy, zaufanie pomaga wzrastać.

Zaufanie i zrozumienie

W relacjach z innymi ludźmi szczególnie ważne są dwie rzeczy – zaufanie oparte na szacunku i zrozumienie. Tam, gdzie jest zaufanie, można pracować nad rozbudową wzajemnego zrozumienia, ale nawet najgłębsza relacja, której brakuje szacunku i zaufania, prowadzi donikąd.

Zaufanie

Ufając ludziom, wymagamy, żeby chronili to, co im powierzamy. To wyzwanie dla nich, ale sprostają temu nie w zależności od tego jak bardzo się przed nimi otworzymy i im zaufamy, a na ile lojalność jest dla nich ważna, na ile potrafią być lojalni.
Jeśli nie podołają temu zadaniu, mówimy, że nas krzywdzą – ale to my sami krzywdzimy siebie, próbując wymusić coś, co nie jest dostępne – zmusić kogoś do tego, czego nie potrafi. Ponosimy konsekwencje swoich błędnych założeń, tak samo jak wtedy, kiedy wkładamy rękę do wrzątku czy ognia, mając nadzieję, że wyjątkowo nas nie oparzy. 
Automatycznie ufamy innym na tyle, na ile sami czujemy się lojalni wobec innych, a inni są lojalni na tyle, na ile pozwalają im ich własne przekonania. Jedno nie ma nic wspólnego z drugim.

Bezbronność

Jako dowód zaufania w miłości uznajemy pokazanie drugiej osobie swojej słabej strony. Ale to pół prawdy. Naprawdę bezbronni stajemy się wtedy, kiedy nie tylko pokazujemy swoją słabą stronę, ale również odkładamy na bok broń, która tej słabości strzeże – swoją mocną stronę. 

Kiedy nie boimy się ujawnić i chronić swojej słabości, ona przestaje nią być. Kiedy oddajemy prowadzenie w zakresie swojej mocnej strony drugiej osobie, nasza siła także przestaje nią być. W ten sposób lęk traci nad nami władzę i dopóki mu jej nie oddamy, dopóty w relacji może panować miłość.

Ufność i kreatywność

W obszarach, gdzie rodzice okazywali nam swoją zaradność i siłę, w dorosłym życiu mamy tendencję do uznawania autorytetów i podporządkowania się. Tam, gdzie doświadczyliśmy rodzicielskiej niemocy i bezradności mamy tendencję do odrzucania autorytetów i tworzenia rozwiązań na własną rękę. 

Pierwszy wzorzec uczy nas ufności, ale pozbawia kreatywności, drugi odwrotnie – uczy kreatywności, ale pozbawia zaufania do ludzi i losu. 

Sztuką jest połączenie jednego z drugim – zachowania zarówno ufności wobec mocy i opieki Wszechświata, jak i nieskrępowanej kreatywności w wyrażaniu siebie.