Dylemat miłości

Dziecko staje się fizycznie niezależne od swoich rodziców, kiedy potrafi samo się poruszać i zadbać o swoje podstawowe potrzeby; materialnie staje się niezależne, kiedy zaczyna zarabiać na swoje utrzymanie; intelektualnie – kiedy realizuje swoje zainteresowania i pasje, nabiera wiedzy i doświadczenia, tworzy własne opinie i poglądy. Pytanie brzmi: kiedy stajemy się niezależni emocjonalnie od swoich rodziców?

Wbrew pozorom nie wtedy, kiedy rozluźnimy z rodzicami kontakt czy nauczymy się sobie radzić z ich problematycznym zachowaniem. Dzieje się to dopiero wtedy, kiedy nasza świadomość dojrzeje wystarczająco, żeby rozwiązać „konflikt miłości”, którego doświadcza każde dziecko. Ten konflikt to niezgodność między uczuciami dziecka a zachowaniem rodziców nazywanym miłością. To konflikt prawd, których dziecięcy umysł nie potrafi ani pogodzić, ani rozdzielić. Pierwsza z nich to ta, że rodzice kochają dziecko jak potrafią i dają mu to, co mają, i dziecko czuje tę miłość bez względu na jej siłę, zakres i formę. Druga prawda jest taka, że dziecko nie ma wpływu na to, co czuje, a czasami czuje się niekochane, bo nie dostaje tego, czego naprawdę potrzebuje, a czego rodzice dać mu nie potrafią. Innymi słowy dzieci widzą, że rodzice się starają lub słyszą, że rodzice deklarują swoją miłość – ale jej nie czują. Zaczynają wtedy wątpić w swoje czucie, próbują zablokować nieakceptowane emocje, równolegle dochodząc do wniosku, że nie zasługują na miłość. Tam, gdzie trzeba, deformują swoje odczuwanie; tam, gdzie mogą, wymuszają więcej tej formy miłości, która jest dostępna. I w taki sposób tworzą swoje kolejne relacje z innymi ludźmi.


Dojrzewamy emocjonalnie wtedy, kiedy dziecięcy konflikt między „czy coś ze mną jest nie w porządku, skoro nie czuję miłości, którą dostaję” a „czy inni są wybrakowani, bo nie dają mi tego, czego potrzebuję” zostaje świadomie rozwiązany. Wtedy, kiedy na powrót uznajemy swoje potrzeby i uczucia, i kiedy jednocześnie rozumiemy, że inni ludzie mogą nie być w stanie ich zaspokoić. Kiedy przestajemy negować to, co czujemy i przestajemy wymuszać na innych dawanie tego, czego brakowało nam jako dzieciom. Kiedy podejmujemy decyzję, żeby samemu zaopiekować się sobą, rozpoznać swoje potrzeby, zaakceptować swoje emocje, uznać swoje marzenia.


Uniezależniamy się emocjonalnie od swoich rodziców i innych ludzi, kiedy bierzemy odpowiedzialność za swoją sferę emocjonalną – dokładnie tak samo jak usamodzielniliśmy się fizycznie ucząc się robić sobie kanapkę, jeździć autobusem i zarabiać pieniądze.

Odpowiedzialność

Nadmierna odpowiedzialność (za innych) powoduje, że tracimy radość tworzenia, a życie nas przygniata, pokazując, że wzięliśmy na barki ciężar nie do uniesienia. 

Unikanie jakiejkolwiek odpowiedzialności z kolei czyni z nas ofiarę całkowicie zależną od zewnętrznych warunków i od zachowania innych ludzi.

Tylko pełna odpowiedzialność za siebie i pełna świadomość braku kontroli nad innymi ludźmi powodują, że zyskujemy kontrolę nad tym, co tworzymy.

Dziecko, rodzic czy dorosły?

W zależności od swoich wczesnych doświadczeń i relacji z opiekunami, w każdym obszarze siebie uczymy się myśleć o sobie w jakiś sposób. Tam, gdzie nasz rozwój przebiegał prawidłowo, myślimy o sobie jak o dorosłym; tam, gdzie nasz rozwój został zablokowany, myślimy o sobie w kategoriach dziecka; tam, gdzie „przeskoczyliśmy siebie” (skupiliśmy się na innych z pominięciem siebie), myślimy o sobie w kategoriach rodzica.

Jeżeli silnie potrzebujemy towarzystwa, stałej obecności innych ludzi, a największą karą jest dla nas zostać sam na sam ze sobą, traktujemy siebie jak fizyczne dziecko. Jeżeli mamy przymus decydowania o aktywności i obecności innych, jesteśmy w roli fizycznego rodzica.

Jeżeli musimy znać zdanie innych, żeby wiedzieć co myśleć, traktujemy siebie jak intelektualne dziecko. Jeżeli mamy zwyczaj pouczać innych, traktujemy siebie jako intelektualnego rodzica.

Jeżeli wydaje nam się, że nie przeżyjemy bez emocjonalnego wsparcia i opieki innych ludzi, traktujemy siebie jak emocjonalne dziecko. Jeżeli wydaje nam się, że inni zginą bez naszego wsparcia, jesteśmy w roli emocjonalnego rodzica.

Jeżeli wierzymy, że miłość jest warunkowa i trzeba o nią zabiegać, trzeba znaleźć klucz, żeby ją dostać od innych (zapracować, wyłudzić, ukraść, zaszantażować, kupić), to traktujemy siebie jak duchowe dziecko. Jeżeli myślimy, że znamy jedyną prawdę na świecie i musimy każdego na nią nawrócić, traktujemy siebie jak duchowego rodzica.


Dziecko umiejscawia źródło mocy na zewnątrz siebie, unika odpowiedzialności, jest zależne od innych, od okoliczności, od losu, od przeznaczenia ustanowionego przez kogoś innego; za swoje problemy obwinia innych.

Rodzic umiejscawia źródło mocy w sobie, ale bierze odpowiedzialność za innych, co powoduje, że staje się od nich zależny; za porażki obwinia siebie.

Dorosły umiejscawia źródło mocy w sobie i bierze odpowiedzialność za własne wybory; jest niezależny i świadomy, że sam tworzy swoje przeznaczenie. Nie obwinia nikogo, widzi, że każdy wybór niesie konkretne konsekwencje. 

Tak, jak traktujemy siebie w danym obszarze, tak tworzymy bliskość z drugim człowiekiem – albo jak dorosły, żeby doświadczać siebie w poszerzonym, społecznym zakresie, albo jak dziecko, żeby znaleźć opiekuna, który przejmie to, co dla nas niewygodne i zdejmie z nas odpowiedzialność za to, co robimy, albo jak rodzic, żeby być takim opiekunem.

O chorobie

Osoby wierzące, że są odpowiedzialne za innych nie chorują, bo muszą być silne. Ale im są silniejsze, a inni nie, tym więcej cudzych powinności biorą na siebie, więc żeby nie musieć robić wszystkiego za innych na stałe, żeby mieć wymówkę dla odpoczynku, trzeba… coś w sobie zepsuć?

Wierzymy, że dolegliwości i problemy zdrowotne biorą się znikąd, a urazy są przypadkowe, ale czy na pewno tak jest? 

Na poziomie świadomym nikt nie chce być chory, pokaleczony czy potłuczony, ale dla podświadomości taki stan to sposób na spełnienie życzenia, w tym przypadku – żeby nie musieć być silniejszym, nie musieć dźwigać bagażu innych ludzi. Jedno przekonanie („nie mogę sobie pozwolić na bycie słabym, bo nie mogę na nikogo liczyć”) chroni przed chorobami, ale drugie („nie mogę być zbyt silny/zdrowy/zaradny, bo będę musieć pracować jeszcze ciężej”) nie pozwala na optymalne funkcjonowanie z obawy, że super forma oznacza jeszcze więcej obowiązków i wysiłku. Bo nadrzędne przekonanie mówi: „jestem dla innych”. Kiedy tym przekonaniem jest „inni są dla mnie”, choroba to dobry sposób, żeby uzyskać współczucie, opiekę, czułość, zainteresowanie, a przy okazji odpuszczenie obowiązków.

Ci, których choroba w dzieciństwie była niemile wiedziana, eliminują ją ze swojego życia, żeby nie doświadczać cudzych negatywnych emocji. Ci, których choroba w dzieciństwie przynosiła coś ekstra, przywołują ją na mocy starego skojarzenia, żeby doświadczyć pozytywnych emocji od innych ludzi. Stan zdrowia to nie przypadek, to scenariusz umysłu.