Dobre samopoczucie

Dobre samopoczucie jest energią, która wymaga stałego zasilania tym, co nam służy, co nas wzmacnia. Można ładować energię z zewnątrz – od pozytywnych ludzi, ze słońca i światła, ciepła, dobrego jedzenia, snu, muzyki, obcowania z naturą. Można wytwarzać ją samemu przez medytowanie, wysiłek fizyczny, pomaganie innym, robienie czegoś dla innych, zaangażowanie się w coś, przez pasję lub misję.

Człowiek jest potencjalnym perpetuum mobile, ale paradoksalnie żeby stać się niezależnym od zewnętrznych źródeł energii musi najpierw nauczyć się ich używać do uruchomienia źródeł wewnętrznych. Energetycznie człowiek funkcjonuje tak samo jak fizycznie –  potrzebujemy całkowitej opieki dorosłego jako niemowlę, a w miarę nabierania sił i umiejętności uniezależnimy się od opiekunów. Tak samo trzeba nauczyć się dawać sobie dobrą energię z zewnątrz tak, żeby jej poziom nie spadał, a potem stopniowo zastępować jej dostarczanie wytwarzaniem. W przeciwnym wypadku albo uzależnimy się od zasilaczy zewnętrznych (konsumpcjonizm), albo wyczerpiemy się, próbując bez przygotowania polegać tylko na zasilaniu wewnętrznym (poświęcanie się).

Etykietowanie

Inni ludzie narzucają nam etykietki – wierzymy, że jesteśmy jacyś i musimy się w tym sprawdzać, żeby nie stracić akceptacji innych. Dopóki utożsamiamy się z jakąkolwiek etykietką, dbamy o nią, nie o siebie, i w pewnym momencie ta etykietka zwraca się wprost przeciw nam: zamiast gwarantować nam dobre samopoczucie, zaczyna powodować negatywne emocje.

Szczęście splątane z krzywdą

Dziecko, które podporządkowuje się autorytetowi dorosłych wbrew temu, co czuje, ulega przekonaniu, że żeby zdobyć miłość, bliskość i akceptację, musi zrezygnować z siebie.

Nieświadomie tworzy w swoim umyśle zgeneralizowane fałszywe założenie: „żeby być szczęśliwym, trzeba pozwolić na krzywdę”. 

To przekonanie manifestuje się później jako podporządkowanie innym ludziom wbrew swoim potrzebom, niesienie pomocy czy uszczęśliwianie innych swoim kosztem, przymus zadowalania (dbania o samopoczucie) innych z pominięciem siebie, poświęcania swojego wolnego czasu sprawom i potrzebom innych itp. Często pojawia się także uzależnienie od używek i substancji psychoaktywnych, które dosłownie chwilowo uszczęśliwiają, w konsekwencji krzywdząc.

Głos „ja”

Zobaczenie, w jakim schemacie się funkcjonuje, wcale nie jest łatwe, szczególnie bez drugiej perspektywy z zewnątrz. Po pierwsze dlatego, że schematy umysłu są jak geny – nigdy nie dziedziczy się identycznej kopii, zawsze są to dane wymieszane od obojga rodziców lub od wszystkich osób opiekujących się stale i bezpośrednio dzieckiem. Po drugie dlatego, że ten sam schemat (sposób myślenia) może tworzyć zupełnie różne zachowanie, a różne schematy mogą przejawiać się w podobnym zachowaniu. 

Umysł dziecka z całego swojego wczesnego chaotycznego doświadczenia wyodrębnia pewne zasady, które generalizuje, pewien styl, wzorzec – tak powstaje nasz wewnętrzny „głos”, ten narrator w naszej głowie, który do nas mówi – raczej którym my sami mówimy do siebie. Jest to kontynuacja głosu rodziców i ważnych dla nas w dzieciństwie osób – głos na tyle wymieszany, że nie można go przypisać jednej osobie, i na tyle charakterystyczny dla naszego dzieciństwa, że bezbłędnie rozpoznawalny. Kiedy jest pobłażający i przekupujący, sprawia, że traktujemy siebie jak ofiarę innych ludzi i sytuacji. Kiedy jest surowy i wymagający, powoduje, że sami sobie wysoko stawiamy poprzeczkę. Kiedy jest silnie krytykujący, wszystko (i wszystkich) poddajemy w wątpliwość. Kiedy jest manipulujący, umiemy wszystko (i wszystkich) usprawiedliwić (lub skazać).

Tam, gdzie zachowanie opiekunów nas dotknęło w szczególny sposób, staramy się przekształcić ten głos w jego przeciwieństwo: kłamstwo w prawdę, emocjonalną labilność w stabilność, uzależnienie od czegoś w wolność od tego, zasadniczość w rozumienie, brak zainteresowania w opiekuńczość. Jedynym jednak skutkiem jest to, że w innym miejscu automatycznie wzmacniamy stary wzorzec, jakby dla równowagi, dlatego takie działania najczęściej nie przynoszą trwałego i satysfakcjonującego efektu. Wydaje nam się, że zmieniliśmy tak wiele w stosunku do wzorca ze swojego rodzinnego domu, a znajdujemy się dokładnie tam, skąd chcieliśmy uciec. Zmiany, które nie są zmianami u źródła, powodują jedynie zmianę drogi, objazd, ale nie zmieniają celu – nadal tworzymy to, czego chcieliśmy uniknąć.

Osoba tkwiąca w schemacie może traktować siebie i innych tak jak była traktowana przez rodziców, albo może traktować tak siebie, a innych przeciwnie czy na odwrót – ale jej zachowanie jest jednakowo sztywne, przewidywalne, zasadnicze, według konkretnych wewnętrznych procedur, które nie wynikają z jej autentycznych potrzeb, tylko z przyjętego z zewnątrz założenia. Rodzicielskie filtry nie tylko wpływają na zachowanie, ale i na samopoczucie – ponieważ stanowią przeszkodę w kontakcie z samym sobą, często powodują poczucie wyizolowania, samotności, depresyjnego przygnębienia „bez powodu”; skutecznie przeszkadzają w czerpaniu naturalnej spontanicznej radości z życia.

Osoba, która uwolniła się od swojego schematu, od swojego rodzicielskiego głosu, traktuje siebie i innych jednakowo i elastycznie – w zależności od uczuć i potrzeb obu stron w danej sytuacji. Będąc w kontakcie ze swoimi prawdziwymi potrzebami i uczuciami, reaguje zgodnie z nimi i tym samym zapobiega swojemu złemu samopoczuciu.

Co jest dobre

Jeśli coś daje nam energię, która długofalowo, stale poprawia nasz stan i samopoczucie, to jest dla nas dobre. 

Jeśli coś odbiera nam energię, czy to natychmiast, czy powoli, ale stale obniżając nasze samopoczucie, nie jest dla nas dobre. 

Wszyscy mamy wbudowany ten kompas, naturalny instynkt – musimy jedynie nauczyć się go słuchać ponad „prawdami” o tym, co jest dla nas dobre, które nam wpojono.

Wyzwalacze

Wierzymy, że to zachowanie innych ludzi powoduje nasze złe lub dobre samopoczucie. Tak naprawdę uaktywnia ono jedynie pewne nasze przekonania o nas samych. 

Te skojarzenia i myśli – nie cokolwiek na zewnątrz – decydują o tym, czy czujemy się zadowoleni z siebie czy też nie, i czy nasze samopoczucie idzie w górę czy w dół. 

To, co na zewnątrz, jest tylko wyzwalaczem, i nie to powinniśmy próbować kontrolować, tylko zrewidować negatywne przekonania na własny temat.

Pytania

Kiedy potrzebujemy wielu zabiegów kosmetycznych, żeby wyglądać pięknie, to jesteśmy piękni czy jesteśmy uzależnieni od działań podtrzymujących wizerunek, który na chwilę pozwala nam się czuć pięknie?

Kiedy potrzebujemy alkoholu, żeby móc swobodnie rozmawiać z ludźmi, to jesteśmy duszą towarzystwa czy jesteśmy uzależnieni od używania substancji, która pozwala nam przez jakiś czas czuć się świetnie?

Kiedy potrzebujemy uznania innych ludzi, żeby czuć się ważnym, mądrym, inteligentnym, to jesteśmy tacy, czy jesteśmy uzależnieni od tych, którzy sprawiają, że możemy się tak poczuć na moment?

Kiedy potrzebujemy mnóstwa rytuałów, żeby doświadczyć boskiej obecności, to czujemy się częścią tej wyższej siły, czy próbujemy jej dotknąć okazjonalnie, warunkowo?

Kiedy komunikujemy swoje oczekiwania wobec partnera, to tworzymy bliskość, czy używamy kogoś, żeby na chwilę stworzyć sobie dobrostan?

Kiedy potrzebujemy lekarstw, nie jesteśmy zdrowi.

Kiedy potrzebujemy działania, substancji, techniki żeby poczuć się dobrze, to znaczy, że nasze samopoczucie nie jest zdrowe.

Czy można być tak zdrowym, żeby nie potrzebować lekarstw?

Czy można nie używać zabiegów kosmetycznych, substancji psychoaktywnych czy komplementów innych ludzi i czuć się świetnie?

Czy można czuć bliskość z drugim człowiekiem bez ustawiania jego zachowania pod swoje potrzeby i bez dostosowywania swojego zachowania pod jego potrzeby?

Czy można czuć jedność ze światem i Bogiem nie stosując żadnych technik, żadnych rytuałów?

Nauczono nas wierzyć, że jesteśmy z natury niedoskonali – a jeżeli jedyną naszą niedoskonałością jest właśnie to przekonanie?

Reagowanie na emocje


Emocje informują nas o tym, jakie skojarzenia mamy zapisane w naszym umyśle, nie o tym, kim jesteśmy. Jeżeli utożsamiamy się z naszymi emocjami, to działamy pod ich wpływem jak pod wpływem alkoholu, pozwalamy im decydować, kim jesteśmy, i stajemy się nieprzewidywalni nawet dla samych siebie. 
A przecież jesteśmy czymś więcej niż zbiorem przypadkowych skojarzeń tworzących emocje w umyśle – jesteśmy świadomością ponad nimi. 
Jeżeli używamy świadomości do obserwowania, czytania swoich emocji, możemy nie pozwolić im decydować za siebie; możemy je zrozumieć i dzięki tej informacji wybrać zachowanie, które nam posłuży, które będzie zgodne z tym, kim chcemy być.
Traktowanie emocji jak doradców powoduje, że tracimy swoją tożsamość. Traktowanie emocji jak informatorów sprawia, że budujemy swoją tożsamość.

Są trzy sposoby reagowania na emocje, które się w nas pojawiają. Pierwszy to zignorowanie, stłumienie ich. Efektem będzie kumulowanie napięcia, które gdzieś w końcu eksploduje, raniąc odłamkami przypadkowych ludzi. Drugi to natychmiastowe ich wypuszczenie z siebie w takiej postaci, w jakiej się pojawiają. Efekt podobny, zalewamy nimi z impetem kogoś, kto jest z sytuacją powiązany, lecz w sposób tak nadmiarowy, że nie tylko tworzymy konflikt, ale po chwili samym nam wstyd, że daliśmy się tak ponieść. Trzeci i jedyny konstruktywny sposób obchodzenia się ze swoimi emocjami to nazwanie ich i próba zrozumienia skąd się wzięły, a dopiero potem reagowanie w świadomie wybrany sposób. 
Dwóch pierwszych sposobów uczymy się automatycznie w odpowiedzi na postawę naszych rodziców (wymagającą lub przyzwalającą), a ich wadą jest to, że wcześniej czy później przynoszą ze sobą spięcia z innymi i kolejne negatywne emocje. 
Trzeciego sposobu musimy nauczyć się sami, co wymaga treningu, ale też sprawia, że mamy lepsze relacje z innymi i lepsze zdanie o sobie, czyli generalnie lepsze samopoczucie – a czy nie o to w życiu chodzi?

Kim jestem

Często jest tak, że dla tych, od których zależymy, jesteśmy mili, a lekceważymy tych, od których nic nie potrzebujemy. Że szanujemy tych, którzy stali się rozpoznawalni (np. profesorów, celebrytów, polityków), a lubimy upokarzać tych, którzy nie mają dobrej pracy, pieniędzy i markowych ubrań. Że podtrzymujemy relacje z tymi, którzy mogą nam się przydać, a zrywamy z tymi, którzy mogliby czegoś od nas potrzebować. 

Kategoryzujemy innych, żeby odpowiednio się zachować i zadbać o swoją satysfakcję w postaci gestu uznania od ważnej osoby albo swojego poczucia wyższości, „lepszości” od tych, którym mniej się w życiu udało. 
Wierzymy, że nasze samopoczucie zależy od tego, jak wypadamy w kontekście innych, i dlatego tak dbamy o to, żeby otaczać się tymi, którzy są „kimś”, podkreślając jednocześnie swoją odmienność od tych, którzy są „nikim” w społecznej hierarchii.
Ale tak naprawdę pozycja społeczna, którą trzeba z wysiłkiem utrzymywać nie jest w stanie zapewnić nam stabilnego poczucia własnej wartości. Wystarczy czyjaś krytyczna uwaga, wystarczy drobna zmiana w społecznym rankingu, moda na inną wartość, a lęk już nie da nam zasnąć.

Zapominamy, że jesteśmy dla siebie samych towarzystwem, którego nie da się pozbyć ani na chwilę, i to ono właśnie decyduje, jak wartościowi się czujemy – nie inni ludzie. 
To my sami, szufladkując i wartościując innych, stajemy się dla siebie mało wartościowym towarzystwem – kimś, kto zmienia swoje zachowanie i swoje przekonania w zależności od okoliczności, w zależności od presji lub korzyści. 
Nie szanując innych ludzi, sami siebie skazujemy na towarzystwo kogoś, kogo nie szanujemy, nie lubimy.

Wewnętrzny spokój i dobre samopoczucie nie biorą się z satysfakcjonującego wyniku porównywania się z innymi, ale z poczucia zadowolenia ze świadomego wyboru własnej hierarchii wartości – tego, kim naprawdę jesteśmy, kim zdecydowaliśmy się być – nawet wtedy, kiedy nikt nie widzi.