„Malcolm i Marie” (2021)

Bardzo trudny film, wymagający, bardziej przypomina sztukę teatralną. Czarno-biały, żeby nic nie odciągało uwagi widza od dialogu między bohaterami. A dialog trwa prawie dwie godziny, niemal w czasie rzeczywistym. Jak ktoś chce, może to być film o (braku) miłości, albo o światku filmowym, czy nawet szerzej artystycznym, ale dla mnie jest o tym, co sprawia, że i związek bohaterów, i ich życie zawodowe czy prywatne są właśnie takie, jak to przedstawiają w tej niekończącej się emocjonalnej rozmowie – o braku partnerstwa. O dominacji, wykorzystywaniu, manipulacji, ustawianiu się w roli zwycięzcy lub ofiary, nigdy partnera. Film jest męczący i irytujący, na pewno nie dla każdego; ale jeśli ktoś lubi podglądać innych „od środka”, polecam – mechanizmy rządzące komunikacją w związku opartym na nierówności widać jak na dłoni.

„Dwunastu gniewnych ludzi” (1957)

Nasze życiowe doświadczenie to nasza subiektywna prawda, którą umysł traktuje jako obiektywną, jednakową dla wszystkich. Ale jedni z nas boją się psów (bo zostali pogryzieni), szanują lekarzy (bo ich wyleczyli) i błyszczą w sytuacjach publicznych (bo ich chwalono za autoekspresję); drudzy zaś uwielbiają psy (bo mieli swojego pupila), nienawidzą lekarzy (bo mają paskudne wspomnienia ze szpitala) i unikają sytuacji publicznych (bo ich zawstydzano). Subiektywne prawdy, choć absolutnie prawdziwe dla ich właścicieli, bywają zupełnie nieprawdziwe dla kogoś innego. Kłócimy się o to, kto ma rację, choć tak naprawdę nikt nie wie, jak wygląda prawda; przerzucamy się opiniami, wierzeniami i uprzedzeniami, nazywając je faktami. Obiektywna prawda oprócz umysłu angażuje serce – empatię – i brzmi: może być tak i tak: bywają psy, które gryzą i takie, które ratują człowiekowi życie; bywają lekarze eksperci i lekarze niekompetentni; sytuacje publiczne mogą motywować lub stresować. Możemy nigdy nie poznać faktów, które usatysfakcjonują nasz umysł, ale czucie pomoże nam znaleźć prawdę.

„Anatomia skandalu” (serial, 2022)

Serial nakręcony z ogromnym wyczuciem mechanizmów psychologicznych, powiedziałabym, że to taki psychologiczny dokument. Uprzedzam, że poniżej nieco spoileruję, więc kto chce oglądać bez uprzedzeń, niech dalej nie czyta 🙂

Jego naczelną wartością jest wygrana. Żeby nie przegrać, musiał nauczyć się dwóch rzeczy: manipulować prawdą i nie brać pod uwagę uczuć innych ludzi. Nawykowe przesuwanie granicy uczciwości pozwala mu zachować dobre mniemanie o sobie (coś jak „nikogo nie zabiłem, więc jestem dobrym człowiekiem” czy „nigdy nie ukradłem dużego banknotu, więc nie jestem złodziejem”), a satysfakcja z wygranej przysłania mu wszelkie koszty, jakie ponosi, a tym bardziej jakie ponoszą z tego tytułu inni (przecież zawsze można im tę krzywdę jakoś wynagrodzić, wykupić się). Jest w swojej filozofii tak szczery, że ona bierze to za autentyczność. Chce budować na zaufaniu i stworzyć wspaniały związek, więc ślepo mu wierzy, usprawiedliwia go przed sobą i innymi, odrzuca wątpliwości, nie chce widzieć nieścisłości, drobiazgów, które nie pasują do tej perfekcyjnej wizji. Aż w końcu musi dokonać wyboru, czemu pozostanie wierna – obrazkowi z pozorną wygraną czy swoim uczuciom, swoim wartościom. On szczerze nie rozumie dlaczego ich definicje prawdy się rozmijają i dlaczego tym razem nie może sobie wykupić rozgrzeszenia; ona wie, że jedyną szansą, żeby cokolwiek zrozumiał, jest poniesienie konsekwencji za swoje czyny.

„Bagdad Café” (1987)

Trudno trafić na ten film. Pierwszy raz oglądałam go jako studentka, na konfrontacjach filmowych. Film mi się podobał, ale przede wszystkim zauroczyła mnie piosenka przewodnia „Calling You” śpiewana przez Jevettę Steele. Dla tej piosenki odszukałam „Bagdad Cafe” po latach, i wciąż wracam do tego filmu od czasu do czasu. Im jestem starsza, tym cieplejsze uczucia budzą celowo przerysowane postacie, zderzenie odmiennych kultur i magia, która z tego wynika, w sensie dosłownym i metaforycznym.

Film jest niewątpliwie specyficzny, ale też zabawny i ciepły. Pokazuje jak bardzo gubimy się w swojej rutynie tracąc z życia to, co w nim najcenniejsze: relacje, uczucia, marzenia – i jak odrobina autentyczności pomaga zobaczyć to, co jest, w zupełnie nowy sposób; jak ożywia to, co wydawało się być dawno obumarłe.

Polecam „Bagdad Cafe” wszystkim, którzy lubią się przyglądać ludziom 🙂

„Wszystkie jasne miejsca” (2020)

Czasem traumatyczne zdarzenie życiowe sprawia, że tracimy wiarę w sens życia, że wraz z czyimś odejściem gaśnie dla nas całe światło świata. Wtedy może się zdarzyć, że ktoś zrozumie nas tak bardzo i wesprze tak umiejętnie, że na nowo zaczniemy żyć.

Czasem wczesne doświadczenia życiowe sprawiają, że nie potrafimy kochać siebie i nie potrafimy otworzyć się na innych, że próbujemy żyć bez miłości, bez wiary w przyszłość, bez nadziei. Nie przestajemy jednak tęsknić za światłem, nie tracimy zdolności, aby nim się stać. Dlatego paradoksalnie czasem udaje nam się rozpalić na nowo światło w tych, którzy mają zasoby do jego podtrzymania. Ale nie wpuszczając go do siebie nie możemy rozpalić i zatrzymać go w sobie, dla siebie.

„Truman Show” (1998) i „Kim jest Anna?” (serial, 2022)

„Truman Show” opowiada o człowieku, który zorientował się, że bierze udział w grze, i z tej gry zrezygnował, odzyskując wolność.

W serialu „Kim jest Anna?” w udawanie grają wszyscy, ale nawet kiedy sobie to uświadamiają, zamiast wolności wybierają korzyści wynikające z podporządkowanie się zasadom gry.

To nie system czy okoliczności decydują o naszych wyborach, ale to, w jakim stopniu utożsamiamy się ze swoim ego i jego kuszącymi obrazkami, scenariuszami i etykietkami, a w jakim stopniu ze swoim prawdziwym ja i jego naturalnym dążeniem do niezależności, radości, samorealizacji. Czasem własne iluzje są nam bliższe niż rzeczywistość do tego stopnia, że w obronie swojej bajki jesteśmy w stanie pójść do więzienia – dosłownie lub metaforycznie.

„Nie patrz w górę” (2021)

Niby komedia, niby groteska, celowo przerysowany scenariusz – serio? Patrząc z boku na naszą rzeczywistość, to gdyby zamienić kometę na inny globalny problem, to właściwie film dokumentalny…

Film jest bardzo popularny, co oznacza, że to nie tylko moje odczucia. I źle oceniany przez krytyków, co paradoksalnie potwierdza jego przesłanie, więc… „Nie oglądajcie, to bzdura, nie warto”.

Albo przeciwnie, obejrzyjcie, żeby wyrobić sobie własne zdanie, póki to jeszcze gdzieniegdzie legalne. (To też brzmi jak przesada, a jednak fakt – moją znajomą zbanowano na pewnej popularnej platformie za komentarz „dziękuję”. Serio, serio.) Warto wyciągać wnioski zanim będzie za późno.

„Kobieta na skraju dojrzałości” (2011)

To, czego pragniemy to miłość, bliskość, poczucie szczęścia. Jest to osiągalne, kiedy stawiamy siebie na równi z innymi.

Kiedy jednak lęk i niskie poczucie własnej wartości nie pozwalają nam stworzyć równorzędnych, partnerskich relacji z innymi, często próbujemy miłość zamienić na podziw, bo bycie podziwianym pozwala zachować kontrolę, pozwala być „tym lepszym” i ukryć to, co naprawdę o sobie myślimy.

Każda kontrola kiedyś zawodzi, co daje nam szansę do powrotu do prawdziwego siebie, do zaczęcia od początku w zgodzie ze sobą i stworzenia czegoś prawdziwego, co da nam szczęście. Tak się dzieje, kiedy dojdziemy do ściany i żadne drzwi się nie otworzą. 

Ale wystarczy jeden zagorzały fan, wpatrzony w nas jak obraz, żeby cały schemat odżył jak Feniks z popiołów. Do następnej utraty kontroli i wizerunku.