„Spacer w chmurach” (1996)

Bardzo lubię ten film i chętnie do niego wracam. Za każdym razem od nowa podziwiam kręgosłup moralny głównego bohatera i wraca do mnie pytanie: czy musi być tak, że tylko ci, którzy nie doświadczyli miłości, potrafią ją docenić, potrafią zrobić z niej swój priorytet, potrafią być jej wierni? Czy musi być tak, że trzeba coś stracić, żeby to docenić? Czy musi być tak, że kiedy jakiś rodzaj dobrobytu mamy od urodzenia, to przestajemy to zauważać, być za to wdzięczni, doceniać to? Czy musi być tak, że „trudne czasy tworzą silnych ludzi, silni ludzie tworzą dobre czasy, dobre czasy tworzą słabych ludzi, a słabi ludzie tworzą trudne czasy”(G. M. Hopf)…?

„K-PAX” (2001)

Ostrzeżenie: poniższy tekst można uznać za spoiler (może zepsuć przyjemność oglądania filmu po raz pierwszy).

Kiedy doświadczamy traumy, emocje zostają zamknięte niczym w pudełku. Umysł „otorbia” je, izolując cały powiązany z nimi obszar. Mniejszy lub większy – czasem po wypadku nie potrafimy ponownie wsiąść do samochodu, a czasem na skutek zbyt bolesnych doświadczeń dochodzi do rozszczepienia osobowości lub zmiany całej tożsamości. Gdy jedna część staje się „martwa”, pozostała zostaje zasilona w dwójnasób, jak przy każdej kompensacji. Może przekraczać granice, może stać się „genialna”, może inspirować innych. Ale dla swojego właściciela jest jedynie mechanizmem obronnym, zastępnikiem prawdziwego pełnego „ja”, życiem warunkowym. Jest jak granie roli na scenie, za którą otrzymuje się wielki aplauz, ale nie można poczuć satysfakcji, bo nigdy nie przestaje się być graną postacią – albo przestaje się istnieć.

Kiedy umysł uzna emocje za zagrażające przetrwaniu, dzieli się na dwie tożsamości, dwa równoległe światy. Jeden jest jak przerażające więzienie bez wyjścia, drugi jak piękny sen o wszechmocy. Życie w jednym z nich ze świadomością istnienia tego drugiego tworzy stały niepokój, lęk, cierpienie. Ukojenie może przynieść jedynie ponowne połączenie ich w jedną autentyczną rzeczywistość. Jedynym, ale koniecznym warunkiem tego procesu jest odtworzenie, uznanie i zaakceptowanie tych emocji, które spowodowały rozdział „ja”. To z kolei jest możliwe wtedy, kiedy wiara w miłość jest większa niż doświadczony lęk przed jej utratą.

Lęk jest sprawcą dysfunkcji umysłu, który zmienia metabolizm. Leki mogą w jakimś stopniu przywrócić właściwy metabolizm (znieść objawy), ale nie mogą przywrócić wiary w miłość, która uzdrawia. To lekarstwo możemy wytworzyć tylko sami dla siebie.

„Przeznaczenie”(2014)

Jesteśmy swoimi rodzicami, bo przejmujemy ich geny i ich przekonania. Jesteśmy niepowtarzalnym sobą, bo nie jesteśmy niczyją kopią. Jesteśmy swoimi największymi wrogami, bo nieświadomie pozwalamy sobie wyrządzać krzywdę w imię miłości. I sami decydujemy, czy będziemy w kółko powtarzać ten sam scenariusz jak wąż połykający własny ogon, czy usuniemy ze swojej historii jeden element, żeby zmienić przeznaczenie.

„Linia życia” (1990, 2017)

Wniosek z tej historii opowiedzianej na dwa różne sposoby jest jeden: sami tworzymy sobie piekło, i nikt nas z niego nie uwolni, jeśli nie zrobimy tego sami.

Wersja z 1990 roku jest gorszej jakości technicznej ze zrozumiałych względów, ale z głębszym przesłaniem. Wersja z 2017 roku jest dostosowana do współczesnego widza, więc jest szybko, głośno, kolorowo, z dodatkowymi efektami i podkręconym napięciem, tylko że samo przesłanie schodzi w ten sposób na drugi plan. Polecam obejrzeć obie wersje, bo to jak patrzenie oczami dwóch pokoleń: niby to samo, ale całkiem co innego.

„Potwór” (2018)

Czy bycie uczciwym człowiekiem a mówienie prawdy to to samo?

Wbrew pozorom niekoniecznie. Nie każdy człowiek mówiący prawdę robi to z uczciwości, czasami jest to świetny sposób na „wygarnięcie” komuś co się o nim myśli, na zemstę, na odwet, na poczucie się kimś lepszym. Wtedy prawda staje się śmiercionośną bronią. I nie każdy człowiek, który skłamie, staje się przez to nieuczciwy – bo czasami kłamstwo może uratować komuś życie, paradoksalnie może pozwolić stać się zadość sprawiedliwości. To nie prawda czy kłamstwo decydują, czy człowiek jest uczciwy, dobry, przyzwoity, w porządku – tylko intencja, z której pochodzą jego słowa.

Prawda nie definiuje miłości, tak jak nie definiuje jej nic innego – żadne słowo, gest, zachowanie – poza zamiarem, intencją, z jakiej one pochodzą. Ludzie, którzy zostali wychowani „na uczciwych ludzi”, albo na siłę starają się być uczciwi, żeby „odczarować” to, czego doświadczyli w rodzinnym domu, tkwią w schemacie. Wierzą, że należy dawać chleb biednym nawet wtedy, kiedy oni tym chlebem w nich rzucają; że należy wspierać potrzebujacych nawet wtedy, kiedy widzą, że są naciągani na zakup używek; że należy się otwierać przed innymi, żeby ich zainspirować, nawet kiedy widzą, że są wykorzystywani, okłamywani, manipulowani. W skrócie – wierzą, że należy być miłym dla lwa, to lew ich nie zje. Prawda jest taka, że lew nie ich nie zje, póki nie jest głodny, a kiedy zgłodnieje, niczyja uczciwość go nie powstrzyma.

Schematy powodują, że nie widzimy rzeczywistości takiej, jaka jest; widzimy ją taką, jaką chcielibyśmy, żeby była. Wtedy uczciwość/dobroć/sprawiedliwość prowadzi do samozniszczenia, nie do miłości.

„Dwa życia” (2022)

Bardzo często mówimy sobie: „gdybym wtedy wybrał(a) inaczej…”, wierząc, że zmieniłoby to wszystko, co nastąpiło potem. Film „Dwa życia” fajnie pokazuje, jak bardzo jest to zarazem prawda i nieprawda: zmieniają się dekoracje (ludzie, okoliczności, sytuacje), ale nie zmienia się poczucie szczęścia, jakie odczuwamy. Tworzymy swoje życie sobą – na ile siebie znamy, na tyle potrafimy siebie uszczęśliwić, niezależnie od okoliczności.

„Transfert” (2018)

Każdy psychoterapeuta nosi w sobie pacjenta. I dopóki go nie wyleczy, nie pomoże też innym. Nie wiem, na ile ten film ma szansę być zrozumiały dla ludzi spoza branży, ale do mnie bardzo przemówił. Jest niezwykle symboliczny i metaforyczny, więc trudny w odbiorze dla widzów szukających dosłowności w obrazie i sensu w narracji. Taki film bardziej dla duszy niż głowy.

„Elvis” (2022)

Smutny ten film. Każdy chciałby być podziwiany jak Elvis, ale nikt nie chciałby czuć się jak Elvis, i mało kto rozumie, że jedno wynika z drugiego. Bo podziw to nie miłość, i nie da się nim nakarmić poczucia osamotnienia. Ani podziwem, ani pieniędzmi, ani sławą, ani seksem. Można mieć to wszystko i czuć się źle. Bo w życiu nie chodzi o to, ile mamy czy ile osiągnęliśmy, ale czy jesteśmy szczęśliwi. Czy jesteśmy pionkiem czy graczem, uzależnieni czy wolni, pod presją czy spełnieni.