Idealne dopełnienie

Pierwsza relacja z opiekunami jest pierwowzorem wszystkich innych relacji – ze sobą, z innymi ludźmi, ze światem. Staramy się na siłę powtórzyć to, co było w niej dobre i uniknąć tego, co pamiętamy jako krzywdę. Jedynie strategie są różne, w zależności od tego, jakie mechanizmy skopiowaliśmy z domu rodzinnego: jedni żądają, inni próbują zapracować czy zasłużyć; jedni oszukują siebie, inni oszukują innych. Efekt jest zawsze ten sam: niedosyt. Jak długo chcemy kontrolować innych, żeby dali nam to czego chcemy na naszych warunkach, tak długo jesteśmy od nich zależni – a więc słabi, wciąż w lęku, że zabraknie nam tych dostaw. Dopiero kiedy damy sobie sami to, czego poszukujemy u innych, przestajemy potrzebować tego zewnętrznego „rodzica” – emocjonalnie przestajemy być dzieckiem. Tam, gdzie żyliśmy pod presją, musimy stać się dla siebie wyrozumiali; tam, gdzie nie postawiono nam granic, musimy nauczyć się wymagać od siebie. Stając się dla siebie idealnym dopełnieniem swoich rodziców, zaczynamy widzieć siebie i innych ludzi bez zniekształcających okularów poczucia krzywdy i winy założonych w dzieciństwie. Wtedy rzeczywistość jak hologram zaczyna odbijać tę pełnię w nas samych – jako realizację, a nie tęsknotę, jako spełnienie, a nie jego brak.

Skojarzenia

Skojarzenia rządzą całym naszym życiem. Lubimy to, co nawet całkiem przypadkowo było w tle, gdy przeżywaliśmy silne pozytywne emocje i odruchowo odrzuca nas od tego, co powiązało nam się z silnymi negatywnymi emocjami, nawet jeśli nie było tego przyczyną ani źródłem. 

W ten sposób łatwo oszukać instynkt: pokochamy coś, co nam szkodzi, jeśli skojarzy nam się z relaksem, towarzystwem, dobrym samopoczuciem (patrz: kawa, alkohol, słodycze), znienawidzimy coś, co nam służy, jeśli skojarzy nam się z bólem, cierpieniem (patrz: szpital, zastrzyki, dentysta).

Z tego powodu nienawidzimy albo uwielbiamy jakiś zapach, gest, fryzurę, kolor, konsystencję jedzenia, miejsce, cokolwiek. Mózg generalizując jeden rodzaj doświadczenia informuje nas, że coś jest „dobre” albo „niedobre”, nie biorąc pod uwagę kontekstu i innych czynników. Przypomina stare emocje, żeby nas od czegoś odwieść za wszelką cenę albo każe nam za czymś ślepo gonić, choć logicznie nie ma to sensu. Takie niespójne skojarzenia powodują niespójne zachowania powtarzane w kółko mimo odczuwalnych negatywnych skutków. 

Kiedy na przykład rodzic silnie i gwałtownie odrzuca dziecko, które zachowało się niewłaściwie, a potem równie silnie, gwałtownie i serdecznie mu przebacza, powoduje u dziecka najpierw głębokie negatywne emocje, krańcowy lęk, a potem bardzo silne pozytywne emocje związane z odzyskaniem miłości. W ten sposób można wytworzyć u dziecka uzależnienie od przeżywania rozgrzeszenia – czyli spowodować przymus zachowywania się w krzywdzący sposób, żeby doświadczyć gwałtownej radości wybaczenia, i w taki namacalny sposób poczuć czyjąś miłość/akceptację. Później częstym czynnikiem towarzyszącym staje się skłonność do nadużywania alkoholu jako środek do osiągania celu na wypadek gdyby świadomość za bardzo się opierała.

O ile w dzieciństwie to skojarzenie ma prawo bytu, bo rodzice powtarzają schemat w nieskończoność i nie porzucają dziecka, o tyle w dorosłym życiu takie skojarzenie prowadzi do rozpadu bliskich relacji z innymi ludźmi, bo im bardziej ktoś chce poczuć czyjąś miłość, tym bardziej musi skrzywdzić tego, na kim mu zależy. A że jedynie masochista da się krzywdzić w nieskończoność, więc dążenie do doświadczenia pierwowzoru miłości kończy się jej permanentnym brakiem.

Tak działa nasz umysł – zapisuje przypadkowe skojarzenia i drukuje z nich scenariusz naszego życia. Nie możemy temu zapobiec, ale obserwując swoje powtarzające się zachowania powodujące w nas emocjonalne konflikty możemy odtworzyć i zrewidować stare zapisy – możemy świadomie przeprogramować swój mózg.

Najstarsza tęsknota

Każdy z nas nosi w sobie jakiś niedostatek, tęsknotę z okresu dzieciństwa. Radzimy sobie z tym na trzy sposoby, próbując „nakarmić” to zaniedbane dziecko w sobie:

1. żądamy tego i przede wszystkim tego od innych ludzi (bez tego inne dary się nie liczą)

2. próbujemy to zarobić, czyli dostać w zamian za poświęcenie jakiegoś kawałka siebie 

3. dajemy to innym od siebie jako coś specjalnego, wierząc, że oddadzą nam tym samym (czytaj: wciskamy im to nie proszeni, szczególnie własnym dzieciom, niezależnie od tego, czego naprawdę potrzebują). 

Wszystkie te sposoby spektakularnie zawodzą, powodując w nas poczucie krzywdy, które odbija się na relacjach z innymi. Istnieje jednak konstruktywny sposób poradzenia sobie z brakami z dzieciństwa: zaprzestanie działań z pozycji dziecka, którym już nie jesteśmy i zaspokojenie jego potrzeb przez dorosłego, jakim się staliśmy. Czyli danie tego czegoś sobie samemu. A dokładniej danie sobie prawa do posiadania i otrzymywania tego.

Zapisy z dzieciństwa

To, czego jesteśmy świadkami we wczesnym dzieciństwie, staje się pierwszym programem dla naszego mózgu, standardem wiedzy o świecie i ludziach. Późniejsze doświadczenia mogą zmienić część tego programu, ale bazowa część będzie nadal pracowała automatycznie po staremu, powodując niespójność i konflikt. 

Czasami zmieniamy metodę, jaką działali nasi rodzice, ale nieświadomie powtarzamy ich intencję, przekonania; czasami odwrotnie – zmieniamy intencję, ale automatycznie powielamy metodę, sposób działania. Tak czy siak, dopóki nie zmienimy jednego i drugiego, powtórzymy efekty wychowawcze swoich rodziców. Nie tylko w relacjach ze swoimi dziećmi, ale ogólnie w relacjach z innymi ludźmi. 

Innymi słowy – tak sobie wychowamy innych, tak pozwolimy się traktować, jak pozwala na to program w naszej głowie. Czy będzie to przypadkowy zapis z dzieciństwa, czy świadomy wybór, zależy od nas samych.

Najstarsze przekonania

Zmieniamy się całe życie, bo wraz z nabywaniem nowego doświadczenia zmieniają się nasze przekonania. Są to jednak zmiany na powierzchni. Możemy również zmienić to, co automatycznie i przypadkowo zapisało się w nas na samym początku (i tak naprawdę rządzi nami często wbrew naszej woli), ale potrzebny jest do tego świadomy wysiłek. Polega on na neutralnym przyglądaniu się sobie, swoim emocjom i reakcjom na świat zewnętrzny i szukaniu prawdziwego siebie pod warstwami przekonań o sobie przyjętymi od innych. Można powiedzieć, że polega to na udowadnianiu sobie, że jesteśmy czymś znacznie bardziej wszechstronnym niż wskazują na to ramki, w których nas zamknięto w procesie wychowania i socjalizacji. Przekraczanie tych ramek budzi nasze silne dziecięce lęki, dlatego wielu ludzi nie odważa się przekroczyć tej umownej granicy i nie rozwija swojego potencjału.

Kompensacja

Kiedy w dzieciństwie odczuwamy brak jakiejś formy rodzicielskiej miłości, nasz umysł wynajduje sposób, jak to sobie skompensować; jak to zrobić, żeby poczuć się kochanym nie dostając tego, czego się naprawdę potrzebuje: obecności, opieki, kontaktu, życzliwości, wsparcia, poszanowania, zrozumienia, granic wytyczonych z szacunku wobec innych i z troski o bezpieczeństwo samego dziecka.

W formie bezpośredniej kompensacja wyraża się w szukaniu przyjemności jako namiastki miłości – np. jedzenia, kontaktu fizycznego, prezentów, pieniędzy, alkoholu, słodyczy – czegokolwiek, co szybko na chwilę poprawi nam samopoczucie. Jak dbająca o dobrostan dziecka ręka matki.

W formie pośredniej kompensacja to działanie mające na celu otrzymanie czyjejś akceptacji, podziwu, docenienia, wyróżnienia. Często jest to praca, kariera zawodowa, bycie duszą towarzystwa, bycie kimś ważnym lub wyjątkowym w jakiejś społeczności – cokolwiek, co poprawi na moment naszą samoocenę. Jak akceptujące spojrzenie ojca.

Kiedy używamy czegoś zgodnie ze swoimi autentycznymi potrzebami, następuje moment nasycenia – mamy dość danej przyjemności czy pełnienia danej roli, zaczynamy czuć przesyt i potrzebę zrównoważenia tego czymś innym.
Sygnałem, że coś sobie kompensujemy, jest brak nasycenia, zanik wewnętrznej kontrolki stopu. Nieważne, czy to jest jedzenie czy brylowanie w towarzystwie, nie potrafimy się zatrzymać, powiedzieć sobie „dość”; umysł dominuje uczucia i nie zauważamy granicy, za którą zaczynamy sobie szkodzić. 
To właśnie jest zgubna logika umysłu – tracimy kontrolę, ścigając zastępniki miłości, które miały być lepsze, bezpieczne, bo – w przeciwieństwie do samej miłości – dające się kontrolować…

Możemy całe życie próbować zatkać tę „czarną dziurę” z dzieciństwa szeroką gamą przyjemności czy próbować ją zacerować zapracowywaniem na uczucia innych, ale nigdy nam się nie uda poczuć w ten sposób tej miłości, której pragnęliśmy jako dzieci. 
Żeby poczuć się kochanym, musimy dopuścić do głosu uczucia, które umysł dziecka stłumił i przekierował na boczny tor, na manowce. To uczucia wiedzą, czego nam trzeba, nie racjonalizujący je umysł.