Kara za szczęście

Rodzimy się z wewnętrznym radarem, który prowadzi nas do dobrostanu – wszystkie małe dzieci idą za tym, co lubią robić, co im smakuje, co sprawia im przyjemność i radość. Zaczynamy wątpić w ten radar, kiedy zderza się on z dezaprobatą dorosłych. Każdy z nas pamięta jakieś zdarzenie, kiedy świetnie się bawił, a potem został dotkliwie ukarany. Został ukarany, bo rodzice odreagowali swój lęk – że nie wiedzieli, gdzie dziecko jest, że zabawa była niebezpieczna albo niewłaściwa z różnych powodów. Zadaniem rodziców było ukierunkowanie czucia dziecka, żeby obejmowało sobą także potrzeby i uczucia innych – nie zabicie zaufania dziecka do siebie. Ale w umyśle dziecka zapisało się wtedy przekonanie „Jak jestem szczęśliwy, to potem nadchodzi kara” – tak silnie, jak silne były wtedy jego emocje. 

W dorosłym życiu to nieświadome, głęboko zapisane przekonanie powstrzymuje nas od bycia szczęśliwym. Podświadomie czujemy, że bycie szczęśliwym jest „nieodpowiednie”, że ściągnie na nas jakąś „karę”, cierpienie – im bardziej będziemy szczęśliwi, tym większą, więc logicznie lepiej być tylko trochę zadowolonym z życia, to może uniknie się bólu… Rozmawiając z ludźmi, często słyszę: „to głupio zabrzmi, ale boję się być szczęśliwa/y, boje się sprawiać sobie przyjemność”. Ten lęk jest samospełniającą się przepowiednią: albo w ogóle powstrzymuje nas od cieszenia się życiem, albo jeśli tego próbujemy, sprowadza to na nas problemy, żeby rachunek się zgadzał: była radość, teraz musi być cierpienie, zadośćuczynienie. 

To duże wyzwanie, żeby na powrót zaufać swojemu czuciu i iść za nim, za swoją radością, satysfakcją i dobrostanem wbrew zapisom z dzieciństwa; żeby stanąć twarzą w twarz ze starym, wrośniętym głęboko lękiem i mu zaprzeczyć; żeby udowodnić samemu sobie, że to przekonanie jest fałszywe. To duże wyzwanie, bo wbrew doświadczeniu wymaga wiary w to, że siła wyższa nie krzywdzi (i nie ukarze nas jak rodzice), i że mamy w sobie instynkt, który nas prowadzi do szczęścia (nie cierpienia). 

Dwa źródła

Dostajemy „na wyposażeniu” dwa rodzaje źródeł informacji: czucie (odczucia fizyczne i emocje) oraz umysł (sposób myślenia, przetwarzania danych z doświadczenia). Czucie jest głosem wewnętrznym, wyrażającym potrzeby (czego chcę); umysł reprezentuje głos zewnętrzny, logikę na bazie doświadczenia uwzględniającego oczekiwania i potrzeby innych ludzi (co jest dostępne, czego chcą inni, co się opłaca). Czucie jest wspólne dla nas wszystkich, ale logika każdego umysłu jest niepowtarzalna jak linie papilarne. Innymi słowy – dostajemy ten sam materiał, ale różne narzędzia do jego obróbki.
Równowaga w korzystaniu z tych dwóch źródeł daje naturalny stan szczęścia – kiedy na podstawie danych z obydwu źródeł świadomie decydujemy, czego nam potrzeba i jak to zdobyć w zgodzie z sobą i innymi. Ten naturalny stan szczęśliwego bycia jest trudny do osiągnięcia, ponieważ od dzieciństwa na wzór rodziców i opiekunów utożsamiamy się na zmianę to z czuciem, to z umysłem, a bardzo rzadko ze świadomością, która dokonuje wyboru po wysłuchaniu obu.
Kiedy bezwzględnie podążamy za swoimi potrzebami, dominujemy, a nawet krzywdzimy innych; kiedy idziemy za logiką umysłu, odcinając się od czucia, krzywdzimy siebie. Ponieważ od dziecka jesteśmy nagradzani przede wszystkim za osiągnięcia intelektualne, więc po latach treningu w utożsamianiu się ze swoim umysłem jemy nie wtedy, kiedy jesteśmy głodni, tylko wtedy, kiedy jest przerwa w pracy, albo jest towarzystwo, albo kiedy mamy na to czas; jemy nie to, czego potrzebuje nasz organizm, tylko to, co jest, albo co zaleca jakaś dieta; śpimy tyle, na ile pozwala nam budzik, nie zapotrzebowanie organizmu; jesteśmy aktywni, kiedy pozwala nam na to grafik, a nie kiedy potrzebuje tego nasze ciało; ubieramy nie to, co daje nam komfort, tylko to, co jest modne. Pracujemy nie do zmęczenia, które sygnalizuje nam ciało, tylko tyle, ile wymaga „sytuacja”, awans, zrobienie kariery. Umysł nie pozwala nam na rozwijanie zainteresowań, naszych naturalnych predyspozycji, bo nie mamy na to czasu i siły; odcina nas od odczuć i emocji, żeby osiągnąć konkretny efekt lub cel; zamienia naszą niematerialną wiarę w materialną religijność. Umysł sprawia, że staramy się stworzyć obrazki, które mają nas uszczęśliwić, ale bez czucia nie jesteśmy w stanie tego zaplanowanego szczęścia doświadczyć.
Więc czasami dla równowagi czucie bierze górę i wycina umysł – jemy w środku nocy i jemy rzeczy, które nam szkodzą; śpimy cały weekend albo trenujemy bez wytchnienia za cały miesiąc, chodzimy wyłącznie w wyciągniętym dresie; imprezujemy do rana; układamy puzzle cały dzień; wyrzucamy z siebie wszystkie nagromadzone emocje w kłótni o drobiazg; i obwiniamy Boga za życie bez sensu, bo tak czy siak czujemy się źle.
Kiedy utożsamiamy się tylko z częścią siebie – czy to z czuciem, czy umysłem – staramy się być szczęśliwi, ale za bardzo nam się to nie udaje, bo niewysłuchane negatywne emocje nie chcą odejść, a nawet pojawiają się nowe, prowokując umysł do silniejszego działania przeciwko nim. Kiedy jak mediator wysłuchujemy każdej strony, a potem decydujemy, co będzie najlepszym rozwiązaniem, doświadczamy pozytywnych emocji (radości, spokoju, nadziei, satysfakcji). Na ile staje się to naszym nawykiem, na tyle emocje stają się stanem – na tyle jesteśmy w życiu szczęśliwi.

Serce czy rozum?

Rodząc się na tym świecie, posługujemy się wyłącznie czuciem. 

Odczuwanie dyskomfortu fizycznego czy emocjonalnego każe niemowlętom komunikować swoje potrzeby i otrzymywać od rodziców wsparcie. Z czasem doświadczają one jednak, że opiekunowie, od których zależą, nie zawsze są zadowoleni z ich emocji i nie zawsze uważają ich potrzeby za właściwe. Aby zdobyć akceptację i miłość dorosłych, dzieci zastępują czucie umysłem, próbując sobie wmówić, że nie czują tego, co czują, i że chcą tego, czego chcą ich rodzice; za pomocą logicznego rozumowania próbują znaleźć sposób jak zdobyć miłość, zaprzeczając temu, co czują.

Umysł dziecka nie ma doświadczenia, nie tworzy z niczego – sposób na „spacyfikowanie” swoich emocji umysłem dziecko przejmuje ze swojego otoczenia, od opiekunów. Nie zawsze naśladuje zachowania rodziców, ale zawsze naśladuje ich mechanizm radzenia sobie z emocjami. I stosuje ten mechanizm później, w dorosłym życiu, we wszystkich swoich relacjach z innymi ludźmi.

Najbardziej typowy przykład: poświęcająca się matka, wyrażająca swoją miłość do dziecka nadmiernym dawaniem i opiekowaniem się, wychowa egocentryka i egoistę, biorcę nie liczącego się z uczuciami innych. Zachowanie matki i dziecka jest krańcowo różne (dlaczego, wyjaśniam w rozdziale 2 i 6 swojej książki), ale mechanizm radzenia sobie z własnymi emocjami ten sam. Matka odcina się od swoich uczuć i potrzeb, próbując zdobyć w ten sposób miłość dziecka (tak jak w dzieciństwie miłość rodziców, a potem partnera). Nie pozwala sobie czuć złości i gniewu, kiedy dziecko (rodzic, partner czy współpracownik) przekracza jej granice, odbiera prawa, depcze uczucia; nie pozwala sobie na odczuwanie rozczarowania, żalu, rozgoryczenia, poczucia krzywdy. I to jest właśnie to, co jej dziecko kopiuje: odcięcie się od swoich emocji –  w jego przypadku od swojej empatii, wrażliwości na potrzeby drugiej osoby, od negatywnych uczuć związanych z krzywdzeniem kogoś, od własnej bezradności, bezsilności i niezadowolenia z siebie. Im bardziej jedno poświęca siebie, tym większym socjopatą staje się drugie.

Członkowie danej rodziny mogą zachowywać się różnie, naśladując wybiórczo zachowania innych wokół siebie, ale wszyscy „dziedziczą” ten sam sposób radzenia sobie z emocjami, jaki mają najbliżsi opiekunowie. Często się mówi, że np. syn naśladuje postawę narcystyczną ojca – ale okazuje się, że nawet kiedy ojciec nie uczestniczy w wychowaniu dziecka, przejawia ono taką postawę. Mówimy wtedy, że to wina genów ojca, skoro matka jest taka ofiarna i tak bardzo się stara – ale to właśnie jej zachowanie kształtuje taką osobowość dziecka: w dzieciństwie nauczyła się ustępować dominującemu ojcu, żeby ją akceptował; potem jej ustępliwość przyciągnęła dominującego partnera, i jej ustępliwość (rozumiana jako negowanie swoich potrzeb i uczuć) ukształtowała jej dziecko. To ten sam mechanizm odcięcia się od swoich emocji dziedziczony przez naśladownictwo przez pokolenia mimo czasami krańcowo różnych zachowań.

Zastąpienie czucia umysłem pozwala nam wierzyć, że kontrolujemy akceptację innych ludzi, ale nie potrafi nas uszczęśliwić, bo prowadzi nas do namiastek i zastępników tego, czego naprawdę potrzebujemy; jedynie odtwarza to, co znamy i przed czym uciekamy. Żeby być autentycznie szczęśliwym, trzeba być w kontakcie zarówno ze swoimi emocjami i uczuciami, jak i umysłem – bo emocje i odczucia z ciała mówią nam, czego potrzebujemy, a świadomy umysł pomaga nam zdecydować jak to osiągnąć bez szkodliwych konsekwencji dla siebie i innych – czyli bez tworzenia kolejnych negatywnych emocji.

Kontrola czucia

Producenci jogurtu w trosce o nasze zdrowie niszczą naturalne bakterie, wprowadzając potem własne, specjalnie wybrane i kontrolowane.

Ludzie chcący przeżyć życie jak najmocniej blokują swoją wrażliwość z obawy przed cierpieniem, a potem szukają coraz mocniejszych używek i ekstremalnych rozrywek, żeby coś poczuć.

Samoświadomość

Świadomość rodzi się przez nazywanie tego, co się czuje. Trudno to robić dla siebie, dlatego potrzebujemy „lustra” – kogoś innego, nawet wyimaginowanego, komu próbujemy to wytłumaczyć, dla kogo jesteśmy zmuszeni to nazwać. Wtedy dopiero sami zaczynamy to rozumieć. Na ile komunikujemy się emocjonalnie (o emocjach, ale nie na emocjach), na tyle rośnie nasza samoświadomość.

Choroba duszy

System, w którym się rodzimy, robi wszystko, żebyśmy przestali czuć. 

Każe nam się jeść wtedy, kiedy jest na to przerwa od pracy, kiedy inni jedzą i kiedy wypada dla towarzystwa, więc przestajemy czuć, kiedy jesteśmy głodni. 

Każe nam spać wtedy, kiedy nie pracujemy, więc przestajemy odczuwać rytm swojego organizmu. 

Każe nam pracować według norm, więc uczymy się lekceważyć stan zmęczenia. 

Każe nam być miłym dla tych, których nie lubimy i zabiegać o akceptację tych, którzy mają wyższą pozycję, żeby coś osiągnąć. 

Każe nam wydawać zarobione pieniądze na rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebujemy. 

Każe nam zagłuszać wszystkie symptomy buntu naszego organizmu lekami i używkami, żeby czuć jeszcze mniej.

Każe nam żyć według grafika, nie według pór roku. 

Ustala co jest dobre, a co złe tak jakbyśmy nie mieli własnego sumienia; decyduje o tym, co jest normalne, a co nie.

Czy to jest zatem dziwne, że współczesny człowiek jest zagubiony? 

Szuka na zewnątrz siebie, więc zamienia jedną filozofię na drugą, nie dotykając problemu – braku kontaktu z sobą, braku czucia.

A brak czucia jest największą, a może nawet jedyną chorobą duszy.

Dodatkowy zmysł

Małe dzieci mają mało danych zapisanych w umyśle, ich zmysły dopiero uczą się rozpoznawania świata. Podstawowym zmysłem jest dla nich po prostu czucie, globalne odczuwanie bez analizowania i nazywania. Jeśli zdarzy się, że to czucie dostarczy lepszych, prawdziwszych informacji niż wzrok, słuch, węch, smak czy dotyk, to czucie pozostaje w dalszym życiu jako równoprawny szósty zmysł. Jeśli stanie się odwrotnie, jeśli dorosły podważy czy wyśmieje dane dostarczone przez czucie, umysł zapisuje skojarzenie jako negatywne i w dorosłym życiu będzie nas zmuszał do opierania się na tym, co mierzalne i dostępne dla pozostałych pięciu zmysłów.

Dlatego jedni z nas kierują się intuicją, a drudzy z niej nie korzystają. Intuicja to dopuszczenie umysłu do korzystania z danych niematerialnych, niemierzalnych, zaufanie im na równi z tymi, które można udowodnić, udostępnić innym. Jeżeli życie to energia w różnych postaciach, to dlaczego kwestionujemy fakt, że możemy tę energię nie tylko zobaczyć, usłyszeć, powąchać, posmakować czy dotknąć, ale też poczuć? Nie możemy zobaczyć smaku, ani usłyszeć dotyku, więc dlaczego dziwne wydaje nam się odbieranie jakiejś formy przekazu energetycznego poza pięcioma zmysłami?