Schemat zastępczy

Umysł dziecka jako pierwsze, bazowe dane zapisuje to, z czym się styka – czyli z poglądami, postawami i reakcjami opiekunów. Najsilniej zapisuje te schematy, które interpretuje jako najskuteczniejsze dla przetrwania. Kiedy stajemy się świadomi swojego dominującego sposobu reagowania emocjonalnego i wyzwalamy się z niego, umysł automatycznie próbuje stosować inny znany automatyzm – schemat drugiego rodzica, który przechowuje i wykorzystuje „awaryjnie” w jakimś pobocznym obszarze. 

Innymi słowy świadomie występując przeciwko swojemu głównemu schematowi, nieświadomie uruchamiamy schemat zastępczy. Oznacza to, że jeśli odrzuciliśmy zachowania przemocowe, możemy zacząć wchodzić w rolę ofiary; jeśli walczymy z własnym wycofaniem, możemy stać się agresywnie dominujący; jeśli blokowaliśmy własne potrzeby, możemy stać się egoistyczni; jeśli pozwalaliśmy się obsługiwać, wyręczamy innych itp.

Złamanie schematu polega na tym, że dajemy sobie nowe, odmienne doświadczenia, tworzymy nowe, pozytywne skojarzenia. Żeby umysł uległ przeprogramowaniu, dla równowagi to doświadczenie musi być konsekwentnie i silnie odmienne od tego, które posiadamy. Dlatego łatwo jest wpaść w pułapkę zamiany jednego znanego schematu na drugi zamiast uwolnienia się od niego.

Zamiana schematu powoduje zmianę zachowania, ale nie negatywnych emocji, oznacza zmianę roli jednego rodzica na rolę drugiego. Złamanie schematu daje poczucie wolności wyboru, któremu towarzyszą pozytywne emocje, bo oznacza uwolnienie się od obu ról pełnionych przez rodziców, od wszelkich wzorców.

Miłość do kupienia

Rodzice często mają sprecyzowaną wizję tego, jakie powinno być ich dziecko – jak powinno wyglądać, jak się powinno zachowywać, co powinno osiągnąć. 

Taka akceptacja warunkowa rodziców („będę cię kochać, jeżeli będziesz taki/a jak chcę”) powoduje ogromną dziecięcą tęsknotę, żeby wypełnić tę wizję i zasłużyć na rodzicielską miłość; tęsknotę, by być takim, jakim rodzice chcą, żeby poczuć, że się jest kochanym. Bez względu na to, jaką strategię przyjmuje dziecko – czy się buntuje, czy rozwija siebie w obszarze neutralnym (tam, gdzie rodzice nie zdefiniowali swoich oczekiwań), i bez względu na osiągane efekty, gdzieś głęboko pozostaje w nim przekonanie o byciu niewystarczającym do tego, żeby być kochanym przez innych. 

Warunkowa akceptacja dziecka przez rodziców powoduje u niego nie tylko brak akceptacji siebie takim, jakim jest naprawdę. Powoduje też odczuwanie gwałtownych skumulowanych od dzieciństwa emocji (od smutku, rozżalenia, zazdrości po złość i gniew) wobec osób, które wydają się wypełniać dawne rodzicielskie oczekiwania; które wydają się być tym, kim tamtemu dziecku nigdy nie udało się być.

Umysł mówi, że ich istnienie jest jak żywy dowód, że rodzicielska wizja była realna, więc rodzicielska miłość byłaby możliwa, odczuwalna, gdyby udało się być właśnie takim. Dusza mówi: „…gdyby miłość można było kupić.”

Wsparcie

Za słabe wsparcie od innych ludzi boli, ale tworzy siłę, umiejętności. Za duże wsparcie daje radość, ale tworzy zależność i bezsilność. Właściwe wsparcie – odpowiednie do potrzeb – tworzy i radość, i siłę. Tworzy takie wyzwania, które pomagają się rozwijać, a dzięki temu przynoszą satysfakcję, radość i samorealizację.

To, jak traktowali nas rodzice staje się naszym nieświadomym wzorcem do traktowania siebie – do tego, jakiego wsparcia udzielamy samym sobie, jak sobą kierujemy w życiu.

Dorosły

Czasami miłość rodzicielska jest, a czasami bywa. Czasami przytula, a czasami krzywdzi. A najczęściej jedno i drugie na zmianę. Dlatego w jakiejś części jesteśmy sobą, a w jakiejś kimś, kto próbuje realizować cudzy scenariusz wbrew sobie, tłumiąc swoje prawdziwe uczucia.Kiedy dorastamy, tęsknoty dziecka już nie można zaspokoić z zewnątrz, bo nie ma już dziecka. Jest dorosły, który jedynie sam może utulić swoje zranione czy przerażone wewnętrzne dziecko i pozwolić mu dorosnąć po swojemu, zgodnie z własnymi uczuciami.

Blokada emocjonalna

Czasem rodzice śmieją się z emocji dziecka lub reagują na nie niezadowoleniem, powodując, że w umyśle dziecka powstaje przekonanie, że z jego emocjami coś jest nie tak, że odczuwa w niewłaściwy sposób, że jest „uszkodzone”.

Czasem rodzice tak bardzo chcą utrzymać uśmiech na twarzy dziecka, że chronią je przed wszelkimi potencjalnymi przykrościami i trudnymi sytuacjami, powodując, że w umyśle dziecka powstaje przekonanie, że samo nie poradzi sobie z najmniejszą życiową przeszkodą, że potrzebuje kogoś, kto będzie stale dbał o jego dobre samopoczucie. Ale że inni zazwyczaj nie chcą pełnić takiej roli, więc wcześniej czy później dziecko doświadcza takiego samego odrzucenia jak w pierwszym przypadku.

W ten czy inny sposób często w umyśle dziecka powstaje przekonanie o swojej emocjonalnej słabości, wręcz upośledzeniu. Sprawia, że z wiekiem dziecko coraz bardziej rezygnuje z wyrażania emocji i mówienia o swoich uczuciach; co więcej, takie dziecko robi wszystko, żeby nie czuć: ucieka w świat wirtualny, zagłusza swój wewnętrzny głos używkami albo próbuje uzyskać aprobatę innych czymś przeciwnym do emocji, czymś, co łatwiej kontrolować – intelektem.

Niezależnie od upływu lat tak uformowana osoba czuje się zależna od emocjonalnego wsparcia i aprobaty innych, co powoduje u niej stałe wewnętrzne napięcie. Nie komunikując swoich emocji, pozostaje nierozumiana, więc lęk i przekonanie o swojej „kalekiej inności” rosną, często prowadząc do izolacji i depresji.

Jest tylko jedno lekarstwo na tę przypadłość – przekonanie swojego umysłu, że założenie o emocjonalnej słabości jest przypadkowe i nieprawdziwe. Krok po kroku, zaczynając od drobnych rzeczy, trzeba udowodnić sobie, że każda cecha jest jak mięsień, który można ćwiczyć. Zamiast oczekiwać, że inni znajdą sposób, żebyśmy poczuli się dobrze – zrozumieć swoje emocje i kryjące się za nimi potrzeby i samemu wyjść im naprzeciw, a potem spróbować zakomunikować je innym. Zamiast uzależniać się od aprobaty innych ludzi – zacząć być lojalnym wobec siebie, wobec tego, co się czuje. Zamiast przewidywać odrzucenie – zaryzykować otwartość, zaufać, że ktoś zrozumie. 

Tam, gdzie wierzymy, że jesteśmy silni, chcemy dawać, dzielić się, pomagać; tam, gdzie czujemy się słabi, stajemy się biernym, uzależnionym od innych biorcą. Bywa więc tak, że potrzeba dawania w obszarze mocnej strony jest tak silna, że potrafi zaangażować tę słabą, pociągnąć ją za sobą, nauczyć ją dotrzymywać kroku tej silnej. I bywa tak, że chęć pomocy komuś jest tak silna, że sprawia, że dzielimy się tym, czego ponoć nie mamy (jak przeczytałam jako młoda dziewczyna w poradniku dla nastolatek: „Najlepszym sposobem na własną chandrę jest cudza chandra, pod warunkiem, że się nią wystarczająco przejmujesz”).

W momencie, w którym doświadczamy, że w każdym obszarze swojego ja możemy i brać, i dawać, stajemy się w pełni sobą, odzyskujemy wybór, wpływ na życie i relacje z innymi, a przede wszystkim – dobre samopoczucie. 

Prawdziwe potrzeby

Nie to jest dobre dla kogoś co jest dobre, tylko to, czego potrzebuje.

Rodzic pamiętający, że bywał głodny przekarmia swoje dziecko. Otyłe dziecko nie staje się szczęśliwe dlatego, że nakarmiło wspomnienie głodu swojego rodzica.

Rodzic, który miał nadmiar towarzystwa w ciasnym mieszkaniu, gdzie mieszkały razem trzy pokolenia dąży do zbudowania wielkiego przestronnego domu, gdzie każdy będzie miał swój kąt tylko dla siebie. Dziecko nie staje się jednak automatycznie szczęśliwe, spędzając całe dnie samotnie za zamkniętymi drzwiami swojego pięknie urządzonego pokoju, bez kontaktu z zapracowanym tatą.

Zaspokajanie potrzeb rodziców za pomocą dzieci sprawia, że dzieci stają się nieszczęśliwe, bo ich prawdziwe potrzeby nie zostają zaspokojone. Kiedy dorosną, znowu dadzą swoim dzieciom nie to, czego będą potrzebowały, ale to, czego im samym brakowało w dzieciństwie.

Życie jest jak rodzic

Wiadomo, że jeśli nadmiernie chwalimy dziecko, unikając jakiejkolwiek krytyki to najprawdopodobniej wyrośnie z niego osoba zadufana w sobie. Wiadomo, że jak chwalimy za mało, za to krytykujemy, to wychowamy kogoś zalęknionego, komu będzie brakowało pewności siebie. 

Kiedy jednak dajemy negatywne informacje wprost, dziecku jest się łatwiej z nimi uporać, może się zbuntować lub zdystansować – uznać, że ktoś ma odmienne zdanie, inną perspektywę. 

Znacznie gorszym rodzajem krytyki jest ukryta krytyka, aprobata z nutką rozczarowania: „świetnie, a był ktoś lepszy od Ciebie?”, „doskonale, a ile osób w klasie miało taką samą ocenę?”, „to super, teraz możesz postarać się o więcej”. Innymi słowy „jesteś dobry, ale nie wystarczająco, wróć, jak Ci się uda osiągnąć coś więcej”. Nie ma z czym walczyć, bo przecież nie ma zarzutu. I nie ma satysfakcji, bo przecież to nic wyjątkowego. Jest za to poczucie bezsilności, które zostaje na całe życie, że trzeba ciężko pracować – choć każdy wysiłek to za mało – żeby uzyskać aprobatę, akceptację czy miłość. Że nie warto z niczego się cieszyć, bo za chwilę i tak okaże się to nic nie warte. Że życie jest jak rodzic, najpierw poklepie po plecach, a potem da solidnego kuksańca.

Oprogramowanie

Jako małe dzieci zbieramy wiedzę o ludziach na podstawie kontaktu z rodzicami – konkretnymi osobami, które reagują w konkretny sposób i w ten sposób kształtują nasze reakcje i nasz sposób myślenia o innych.

Ale im jesteśmy starsi, tym więcej ludzi spotykamy i okazuje się, że są inni, że nasze wyuczone sposoby radzenia sobie i pozyskiwania akceptacji nie na wszystkich działają. Reagując według jednego schematu wobec różnych osób, dostajemy tak samo różne efekty. 

Jedni z nas aktualizują wtedy swoje „oprogramowanie”, zmieniają sposób myślenia uwzględniając nowe dane. Inni na siłę próbują ocalić swój sposób myślenia, próbując zmusić rzeczywistość i innych ludzi, żeby się dostosowali do ich wewnętrznej mapy. Stąd biorą się konflikty i negatywne emocje.

Zaraźliwa filozofia

Dzieci przejmują sposób myślenia opiekunów – te wychowane w atmosferze niedostatku dawania mają w dorosłym życiu tendencję do umniejszania swoich potrzeb; te wychowane w nadmiarze dawania – do wyolbrzymiania ich. Co ciekawe, nie ma to związku z materialną wartością czy ilością rzeczy, które dzieci dostają, a jedynie z ogólną postawą rodzica, z jego przekonaniami.

Jeśli rodzic wyznaje filozofię „nie możesz dostać pewnych rzeczy” i autorytarnie decyduje jakich, dziecko przejmuje to przekonanie – łatwo godzi się na ograniczenia, ale nie uczy się zaspokajania swoich prawdziwych potrzeb; inni o nich decydują, także później w dorosłym życiu.
Jeżeli rodzic chce coś dziecku wynagrodzić (najczęściej z poczucia winy), podąża za filozofią „moje dziecko dostanie wszystko” – co sprawia, że w dorosłym życiu takie dziecko nie potrafi zdefiniować swoich realnych potrzeb i każde nawet niewielkie ograniczenie odczuwa jako dyskomfort i odrzucenie.

Ucieczka do wirtualnego świata

Coraz częściej przychodzą do mnie rodzice, którzy nie potrafią sobie poradzić z uzależnieniem dziecka od internetu – gier, czatów, mediów społecznościowych. 

Uzależnienie od wirtualnego świata nie jest jednak problemem samym w sobie, jest objawem innego problemu – trudności w relacji z innymi ludźmi i światem zewnętrznym, tym realnym. 

Skąd biorą się te trudności? Paradoksalnie najczęściej z nadmiernego zaopiekowania, z optymalnych warunków. Dziecko dostaje wszystko co mu potrzebne, więc nie musi zastanawiać się, czego potrzebuje. Nie musi pokonywać trudności, więc nie wie co potrafi, jakie jest. Wszyscy są skupieni na nim, na jego potrzebach, więc ani nie wie czego samo chce, ani nie zauważa potrzeb innych ludzi. Nie ma wielu obowiązków, bo ma mieć czas na naukę, ale że nikt mu nie pokazał jak uczyć się z przyjemnością lub dla satysfakcji, więc się nie uczy i ma nadmiar wolnego czasu. Rodzice nie mają serca mu odmawiać, więc łamie jedną regułę po drugiej, nie dotrzymując umów i nałożonych limitów.

Kiedy nie wiesz kim jesteś i co potrafisz, nie masz potrzeb a tym bardziej marzeń, nikt nie pomaga Ci odnaleźć własnych zainteresowań, masz za to za dużo czasu i nie liczysz się z nikim to… nie masz szans na satysfakcjonujące życie, bo nie rozumiesz ani siebie, ani innych i nie umiesz dostosować się do społecznych wymagań, wszystko staje się trudne, za trudne. Czujesz się pokrzywdzony, więc żądasz więcej tego co masz – bo jak możesz żądać tego, czego nie znasz? 

Czy wirtualny świat nie jest w takiej sytuacji idealnym rozwiązaniem? Jasne reguły gry, anonimowość, możliwość wykreowania się w dowolny sposób, dostępność w każdej chwili, pełna kontrola – jak nie uzależnić się od tego świata, kiedy ten realny jest tak niezrozumiały i niekonsekwentny, inny w domu, inny na zewnątrz?

To nie uzależnienie od komputera czy telefonu jest problemem. To objaw braku tożsamości i poczucia własnej wartości Waszych dzieci, które się nie wykształcają, kiedy decydujecie o wszystkim za Wasze dziecko i usuwacie najmniejsze przeszkody spod jego nóg, kiedy nie pozwalacie mu ponosić konsekwencji swoich wyborów i w ten sposób się uczyć.

Gdy byłam małą dziewczynką, zasypiałam w grudniu wyobrażając sobie zamówione kredki (miały zawierać rzadką wtedy i dlatego bezcenną różową, a nawet białą, ha!) – do teraz pamiętam swoje podekscytowanie i oczekiwanie na spełnienie tego marzenia. Kiedy dzisiaj pytam dzieci o ich marzenia, słyszę: „żeby można było grać na komputerze bez ograniczeń”, „żebym nie musiał nic robić”, „żeby było zawsze ciepło na dworze”, albo jak im zupełnie nic nie przychodzi do głowy to: „może nowy telefon/lepszy komputer/nową grę”.

Ale nie o technologię tu chodzi, nie o ilość pieniędzy, nie o dodatkowe zajęcia i nawet nie o ILOŚĆ czasu poświęconego dzieciom. Chodzi o jakość – o brak relacji między rodzicem a dzieckiem, który dzieci odbijają jak lustro: o brak rozmów o życiu i ludziach, o brak wzajemnego szacunku, empatii, zrozumienia i wsparcia. Chodzi o wspólnotę zamiast mieszkania pod jednym dachem, o wymagania wobec siebie zamiast jednostronnego dawania, o towarzyszenie w drodze zamiast oddawania w ręce ekspertów, o pozwalanie na rozwój zamiast kształtowania według własnych życzeń. 

Chodzi o bycie razem, nie obok siebie. Wtedy żadne dziecko nie ucieknie do wirtualnego świata, bo po co?