Dylemat miłości

Dziecko staje się fizycznie niezależne od swoich rodziców, kiedy potrafi samo się poruszać i zadbać o swoje podstawowe potrzeby; materialnie staje się niezależne, kiedy zaczyna zarabiać na swoje utrzymanie; intelektualnie – kiedy realizuje swoje zainteresowania i pasje, nabiera wiedzy i doświadczenia, tworzy własne opinie i poglądy. Pytanie brzmi: kiedy stajemy się niezależni emocjonalnie od swoich rodziców?

Wbrew pozorom nie wtedy, kiedy rozluźnimy z rodzicami kontakt czy nauczymy się sobie radzić z ich problematycznym zachowaniem. Dzieje się to dopiero wtedy, kiedy nasza świadomość dojrzeje wystarczająco, żeby rozwiązać „konflikt miłości”, którego doświadcza każde dziecko. Ten konflikt to niezgodność między uczuciami dziecka a zachowaniem rodziców nazywanym miłością. To konflikt prawd, których dziecięcy umysł nie potrafi ani pogodzić, ani rozdzielić. Pierwsza z nich to ta, że rodzice kochają dziecko jak potrafią i dają mu to, co mają, i dziecko czuje tę miłość bez względu na jej siłę, zakres i formę. Druga prawda jest taka, że dziecko nie ma wpływu na to, co czuje, a czasami czuje się niekochane, bo nie dostaje tego, czego naprawdę potrzebuje, a czego rodzice dać mu nie potrafią. Innymi słowy dzieci widzą, że rodzice się starają lub słyszą, że rodzice deklarują swoją miłość – ale jej nie czują. Zaczynają wtedy wątpić w swoje czucie, próbują zablokować nieakceptowane emocje, równolegle dochodząc do wniosku, że nie zasługują na miłość. Tam, gdzie trzeba, deformują swoje odczuwanie; tam, gdzie mogą, wymuszają więcej tej formy miłości, która jest dostępna. I w taki sposób tworzą swoje kolejne relacje z innymi ludźmi.


Dojrzewamy emocjonalnie wtedy, kiedy dziecięcy konflikt między „czy coś ze mną jest nie w porządku, skoro nie czuję miłości, którą dostaję” a „czy inni są wybrakowani, bo nie dają mi tego, czego potrzebuję” zostaje świadomie rozwiązany. Wtedy, kiedy na powrót uznajemy swoje potrzeby i uczucia, i kiedy jednocześnie rozumiemy, że inni ludzie mogą nie być w stanie ich zaspokoić. Kiedy przestajemy negować to, co czujemy i przestajemy wymuszać na innych dawanie tego, czego brakowało nam jako dzieciom. Kiedy podejmujemy decyzję, żeby samemu zaopiekować się sobą, rozpoznać swoje potrzeby, zaakceptować swoje emocje, uznać swoje marzenia.


Uniezależniamy się emocjonalnie od swoich rodziców i innych ludzi, kiedy bierzemy odpowiedzialność za swoją sferę emocjonalną – dokładnie tak samo jak usamodzielniliśmy się fizycznie ucząc się robić sobie kanapkę, jeździć autobusem i zarabiać pieniądze.

Gospodarz

Einstein powiedział, że najważniejsza decyzja, jaką każdy z nas podejmuje to przekonanie czy żyjemy w przyjaznym czy we wrogim wszechświecie.

Coś w tym jest. Jeśli ktoś wierzy, że gospodarz jest przyjaznym i dbającym o niego człowiekiem, będzie używał drzwi, które są otwarte, bo wierzy, że tylko za nimi znajdzie to, czego potrzebuje.

Jeśli ktoś wierzy, że gospodarz chce ukryć przed nim to, co ma najlepszego, będzie wyłamywał każde zamknięte drzwi, nie bacząc na ponoszone koszty.

Jedni wierzą, że ich gospodarzem jest Miłość, inni, że Lęk. A każde przekonanie jest samospełniającą się przepowiednią.

Języki miłości

Każda miłość mówi innym językiem – inaczej okazuje się ją rodzicom, inaczej dzieciom, inaczej partnerowi; inaczej rodzinie, inaczej obcym. Rola, jaką ktoś pełni w naszym życiu definiuje rodzaj bliskości, ilość poświęconego czasu i pieniędzy, sposób dotyku, siłę więzi, rodzaj wspólnoty.

Kochać znaczy chcieć dla wszystkich tak samo dobrze jak dla siebie, ale nie oznacza to tworzenia bliskości – a tym bardziej intymności – ze wszystkimi tak samo.

Miłość – stan czy emocja?

Mówimy „kocham Cię”, kiedy jest nastrój, specjalne okoliczności, kiedy jesteśmy szczęśliwi, kiedy czujemy się uprzywilejowani będąc z kimś. Ale tak rozumiana miłość jest emocją: zachwytem, radością, dumą, satysfakcją, podziwem, pożądaniem, wdzięcznością, przyjemnością…

Jak rozróżnić prawdziwą miłość od chwilowej emocji? Emocja trwa tylko jakiś czas, a dodatkowo ma to do siebie, że łatwo zmienia się z pozytywnej w negatywną, wystarczy odpowiedni bodziec, zranienie albo wysycenie – i zaczyna nas irytować to, co nas rozczulało, zaczynamy nienawidzić tę samą osobę, którą przed chwilą kochaliśmy na zabój. Mówimy wtedy, że miłość umarła. Ona nie umarła, jej tam po prostu nie było; była jakaś emocja, która zgodnie ze swoją naturą uległa zmianie. I jeśli miłość pozostanie emocją, z kolejnym partnerem także po jakimś czasie umrze. I z każdym kolejnym…

Co więc naprawdę jest miłością? Najlepiej oddaje to język włoski – „ti voglio bene” oznacza „chcę dla Ciebie dobrze” i może być używane do wielu ludzi. Bo miłość to postawa, to traktowanie innych tak priorytetowo jak siebie, ani mniej, ani bardziej; szanowanie cudzych uczuć jak swoich, mówienie „tak”, gdzie potrzeba wsparcia, mówienie „nie”, gdzie potrzeba granic, bycie autentycznym, bycie sobą – bycie miłością. I dopiero na bazie tej miłości możliwe jest „ti amo” – „kocham Cię” – kierowane do wybranej osoby, do partnera, któremu jako jedynemu przydzielamy szczególne miejsce, z którym decydujemy się na wspólną podróż przez życie. Jeśli „ti amo” pochodzi z „ti voglio bene”, miłość w związku nie umiera, bo nie jest emocją; jest porozumieniem na najgłębszym poziomie; jest paktem o szanowaniu, rozumieniu i nieranieniu siebie nawzajem; jest byciem w dwóch osobach; jest doświadczeniem duchowym, wyjątkowym przez swój szczególny stopień intymności. Nie może się skończyć, umrzeć, wypalić, bo zaprzeczyłaby samej sobie.

Miłość nie ma czasu przeszłego – jeśli jest, to stale i na zawsze, ponad ogarniającymi nas emocjami i wszelkimi okolicznościami; jeśli umarła, to nigdy jej nie było, coś ją jedynie udawało – emocja lub inny ukryty cel, dla którego ludzie decydują się tworzyć parę: jak wygoda, korzyści materialne, status społeczny, decyzja wspólnego wychowania dzieci i wiele innych.


Błędne koło przekonań

Pierwsze przekonanie na temat miłości kształtuje się w najwcześniejszym okresie życia dziecka; jest pozawerbalne, czysto poczuciowe. Dziecko po prostu koduje dominujące uczucie, z jakim rodzice zwracają się do niego. U jednych może to być to radość, zachwyt z jego istnienia, ciepło. U innych – obowiązek, troska pomieszana ze zmartwieniem, bycie przeszkodą czy obciążeniem. To zgeneralizowane poczucie staje się naszą definicją – czymś, co „z automatu” dajemy sobie i innym, powtarzając bazowe doświadczenie.

Są dzieci, którym rodzice przedłużali dzieciństwo w nieskończoność, nie potrafiąc się nimi nacieszyć, zaburzając ich rozwój społeczny i tym samym utrudniając tworzenie prawidłowych relacji z innymi ludźmi, co spowodowało przeżycia traumatyczne – bycie odrzucanym, wyśmiewanym, manipulowanym, prześladowanym.

Są dzieci, które zostały poddane socjalizacji zbyt szybko, zanim zdążyły doświadczyć kwintesencji dzieciństwa – szczerości, naiwności, radości, spontaniczności, żywiołowości w wyrażaniu siebie. Zastąpiły je dyplomacja, kontrola, wycofanie, powodujące wyraźną aprobatę otoczenia. Im więcej było tej aprobaty, tym większa stawała się trauma z powodu coraz bardziej niedostępnej, utraconej, zablokowanej, niewyrażonej części siebie; świat staje się wtedy coraz bardziej szary, pozbawiony kolorów.

Dzieci, które doświadczyły rodzicielskiego zachwytu nad swoim istnieniem i przedłużonego emocjonalnego dzieciństwa jako dorośli mają głębokie przeświadczenie o istnieniu miłości, ale szukają jej na oślep, nie rozumiejąc innych ludzi i angażując się w przypadkowe związki, których nie potrafią utrzymać. Bazowe doświadczenie miłości, które otrzymali powoduje jednak, że porażki ich nie zniechęcają, angażują się ponownie mimo zranień i czerpią z tego dla siebie ile się da.

Dzieci, które nie doświadczyły bezwarunkowej radości ze swojego istnienia i zostały szybko zsocjalizowane, potrafią tworzyć bezkonfliktowe relacje z innymi ludźmi, ale nie czerpią z nich satysfakcji, bo nie bierze w nich udziału ich dziecięca część, odpowiedzialna za wiarę w miłość, za radość, zachwyt, spontaniczność, nieskrępowane wyrażanie siebie. Jeśli jakieś nadzwyczajne okoliczności sprawią, że sięgną do swojego uwięzionego niewyrażonego „dziecka” i pozwolą sobie na odczuwanie pełną mocą z jego udziałem, a zostaną oszukani, zmanipulowani, zranieni, to zatrzaskują je w sobie z powrotem i tylko cud może sprawić, żeby zaufali ponownie komukolwiek.

Do zaprzeczenia swoim przekonaniom potrzeba gotowości – wiary w istnienie tego drugiego końca. Wiara to czucie – kiedy czucie ograniczone jest przez lęk, wiara także. I kółko się zamyka. Nie można dostać z zewnątrz czegoś, czego nie ma wewnątrz, a nie można stworzyć wewnątrz tego, do czego nie dostało się narzędzi.

Samoocena

Wszystko, co robimy – od sposobu ubierania się, jedzenia, wydawania pieniędzy, spędzania czasu wolnego po sposób traktowania innych ludzi – odzwierciedla nasz sposób myślenia o sobie na najgłębszym poziomie: kim jesteśmy, na co zasługujemy. Gdyby wychowały nas wilki, myślelibyśmy, że jesteśmy wilkami, zachowywalibyśmy się jak wilki i chcielibyśmy dla siebie tego, czego chcą wilki – to nie przypuszczenie, to fakt, można znaleźć wiele prawdziwych przypadków ludzkich dzieci, które straciły opiekunów i wychowały się wśród zwierząt, utożsamiając się z nimi.

Nasze doświadczenie kształtuje nasze myślenie, ale to nie znaczy, że zmienia naszą tożsamość. Niemniej jeśli siebie widzimy przez brudne okulary, tak samo widzimy innych – wybieramy partnerów, którzy w naszym mniemaniu mają to, czego my nie mamy i chcemy, żeby nas „skompletowali”, tworząc z nimi uzależniające i unieszczęśliwiające związki; dajemy dzieciom nie to, czego potrzebują, a to, czego sami nie dostaliśmy; używamy innych ludzi jak przedmiotów do podniesienia swojego poczucia wartości, nie troszcząc się o ich uczucia – zabierając sobie szansę na prawdziwe, głębokie, satysfakcjonujące i rozwijające relacje z innymi. Innymi słowy – nie możemy dać innym tego, czego nie mamy: nie kochając siebie, krzywdzimy tych, których chcemy kochać.

Gdziekolwiek w obrazie siebie mamy wątpliwość co do własnej wartości, mamy tendencję do zaniżania swoich wymagań w tym obszarze, blokujemy to, co naprawdę moglibyśmy dostać – a kiedy niewiele nam się udaje, odbieramy to jako dowód na to, że niewiele jesteśmy warci, na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. To tak, jakbyśmy zamienili swoją samoocenę na pieniądze i próbowali oszacować, na co nas stać, jak bardzo musimy limitować sobie to, czego potrzebujemy, żeby przeżyć – wtedy inni ludzie są jak towar, są oceniani, wyceniani, porównywani i kupowani – w każdej chwili do wymiany, jak tylko znajdzie się coś lepszego za niższą cenę. To jest najsilniejszy sygnał o stanie naszej samooceny – bo jeśli kogoś potrzebujemy, to nasza miłość własna jest w potrzebie i nie ma mowy o prawdziwej bezwarunkowej miłości w tej relacji, jest tylko wymiana usług; jeśli kogoś kochamy, to tej miłości nikt inny kupić nie może – ona jest, bo chce być, choć nie musi.

W rzeczywistości mamy nie to, na co zasługujemy, bo jesteśmy tacy czy inni, ale dostajemy to, po co odważymy się sięgnąć, mając nieograniczony potencjał. Jedynie brak wiary w ten potencjał nas ogranicza – ale żeby zacząć w niego wierzyć, musimy podważyć to, co o sobie wiemy, to, jak zdefiniowaliśmy się na podstawie naszego wyrywkowego i losowego dotychczasowego doświadczenia.

Dolina Charlotty

Umrzeć, żeby żyć naprawdę

Bliskość z drugą osobą wydaje się być naturalną i podstawową potrzebą człowieka. Szukamy jednak tej bliskości jak dzieci, które są zależne, niesamodzielne, które potrzebują stałych zapewnień i namacalnych dowodów na to, że są kochane. Szukamy fizycznego kontaktu, intelektualnego porozumienia, emocjonalnego wsparcia – czegokolwiek, jakiejś formy miłości, której moglibyśmy być pewni, którą moglibyśmy kontrolować. I nieważne, czy to dostajemy czy nie, bo i tak nie czujemy tej bliskości – czujemy zależność, przymus zapracowania na to, kupienia tego, wymuszenia albo po prostu wykradzenia; dostania z zewnątrz, od innych; lęk przed tym, że zabraknie tego dla nas. Ale tak jak dorastając uczymy się robić sobie sami jedzenie i kupować ubrania (nie oczekujemy, że inni nam to dadzą jak wtedy, kiedy byliśmy dziećmi), tak samo uczymy się przenosić źródło miłości z zewnątrz do wewnątrz.

Tym, co nas napędza do szukania miłości i bliskości jest wiara, że one istnieją. A wiara jest tym silniejsza, im mniej można ją wesprzeć dowodami, faktami, logicznym rozumowaniem, doświadczeniem – im bardziej jest poczuciem, nie dającą się udowodnić wewnętrzną pewnością. Dlatego paradoksalnie każdy z nas, żeby z duchowego dziecka stać się duchowym dorosłym, potrzebuje przejść przez brak miłości i bliskości z innymi w każdym z obszarów siebie – żeby przełamać dziecięcy lęk, że bez innych nie istniejemy, nie przeżyjemy; żeby aktywować miłość i zdolność do bliskości w sobie. Im bardziej jesteśmy uzależnieni od fizycznej obecności innych ludzi, tym bardziej potrzebujemy zostać pozbawieni ich kojącego dotyku. Im bardziej jesteśmy uzależnieni od bycia w kontakcie z innymi, tym bardziej potrzebujemy zostać pozbawieni możliwości porozumienia się z nimi. Im bardziej jesteśmy uzależnieni od wsparcia emocjonalnego, tym bardziej potrzebujemy zostać opuszczeni, zdradzeni. 

Jeżeli potrafimy wierzyć w miłość po utracie wszystkich jej namiastek, a szczególnie tej wybranej formy, tej wyjątkowej tęsknoty pochodzącej z naszego indywidualnego doświadczenia, to znaczy, że głos naszej duszy jest silniejszy niż wszystkie głosy z zewnątrz. Dopiero kiedy wierzymy w miłość całkowicie wbrew swojemu doświadczeniu i logice, wierzymy naprawdę i jesteśmy gotowi na tworzenie autentycznej bliskości z drugim człowiekiem – jak niezależny, samodzielny dorosły, jak partner, nie jak zalęknione zależne dziecko.

Wiara a wiedza

Miłość to stan duszy, lęk to wytwór umysłu. 

Kiedy wierzymy bardziej w to, co wiemy niż w to, co czujemy, tworzymy zakłócenia w swojej rzeczywistości. 

Kiedy w jakimś obszarze lęk sięga zenitu, tworzymy tam sobie piekło na ziemi, kiedy miłość – raj. 

Wszystkie stany pośrednie jak lustro odbijają walkę, którą toczy nasza świadomość – walkę umysłu z duszą, lęku z miłością.

Definicje miłości

Rodzice, którzy wymagają od swoich dzieci więcej niż od siebie kształtują dzieci, które stają się „rodzicami swoich rodziców”, dbającymi wyłącznie o ich emocje i dobre samopoczucie, nie własne. Dzieci takich rodziców potrafią kochać innych, nie potrafią siebie.

Rodzice, którzy zajmują się dzieckiem bardziej niż sobą kształtują dzieci, które czują, że są kochane, ale nie potrafią tej miłości odwzajemnić, bo są nauczone przekraczania granic innych ludzi. Dzieci takich rodziców potrafią kochać siebie, nie potrafią innych.

Miłość a jedzenie

Stosunek do jedzenia jest symbolem naszego stosunku do miłości – jedno jest tym, co nas trzyma przy życiu fizycznie, drugie tym, co trzyma nas przy życiu emocjonalnie.

Tendencję do objadania się może symbolizować „łapczywą” tęsknotę za miłością, której dostało się w dzieciństwie za mało. 

Tendencja do wydzielania sobie jedzenia, ograniczania posiłków, wybierania tylko pewnego rodzaju jedzenia może sugerować próby kontrolowania miłości, która kiedyś zarazem wspierała i krzywdziła („używać, ale ostrożnie”). 

Jedzenie non-stop jest jak próba sprawienia, żeby miłość trwała, nie znikała. 

Jedzenie jednego posiłku późno, nie zwracanie uwagi na to, co się je, wyraża próbę uwolnienia się od miłości, która więziła, była niewygodna. 

Wybrzydzanie przy jedzeniu przez dzieci może oznaczać symboliczną prośbę do rodziców o inną formę miłości.

Zaburzenia odżywiania to skrajne postacie uzewnętrznienia fizycznie tego, z czym dana osoba nie potrafi sobie poradzić emocjonalnie. 

Podjadanie w nocy może symbolizować przekonanie, że musimy ukrywać swoją „nadmiarową” potrzebę miłości, której nigdy nie można było być pewnym. 

Anoreksja to przymus bezwzględnego kontrolowania miłości na własnych warunkach, udowadnianie sobie, że da się żyć bez miłości, bo kiedy ona jest, to sprawia kłopot, dyskomfort, cierpienie. 

Bulimia jest jak ogromne pragnienie miłości połączone z tak samo ogromnym lękiem przed jej nieprzewidywalnymi konsekwencjami; jest jak przekonanie, że można miłości dotknąć powierzchownie, kontrolując ją, ale jeśli się ją wpuści głębiej, to zaszkodzi, zrani, zabije.

Wszystko, co jest na zewnątrz, ma swoje źródło wewnątrz. Dlatego zmienianie czegokolwiek tylko na zewnątrz jest tak trudne i rzadko trwałe.