Piekło

W obszarach, w których rodzice potrafią okazywać miłość, dziecko doświadcza „nieba”. W obszarach, w których rodzice tego nie potrafią na skutek zablokowania jakiejś części siebie, dziecko doświadcza zaprzeczenia miłości – „piekła”. Tym piekłem są lękowo-przemocowe schematy zachowań rodziców czy opiekunów – jak wybuchy niekontrolowanych emocji, agresja słowna (sarkazm, wyzwiska, celowe ranienie, upokarzanie), przemoc fizyczna i psychiczna oraz wszelkie negatywne przekonania co do natury ludzi i świata. Doświadczając ich, dziecko cierpi, a jego umysł z jednej strony zapisuje to doświadczenie jako standard („tacy są ludzie”, „takie jest życie”), a z drugiej stara się od niego uciec, tworząc przeciwstawną strategię („nie powtórzę tego”). 

Im silniej rozwijamy strategię unikania swojego piekła, tym silniej tworzymy wewnętrzny konflikt (np. „życie jest czarne, ale ja stworzę różowe”, „mężczyźni są nienormalni, ale ja znajdę normalnego”, „kobiety nie są warte szacunku, ale ja spotkam księżniczkę”, „związki są trudne i dysfunkcyjne, ale mój będzie szczęśliwy”). 

Im bardziej uciekamy od swojego piekła, tym bardziej naprężamy linę doświadczenia, która nas z nim łączy – aż pęka i z impetem stajemy twarzą w twarz z tym, przed czym tak uciekaliśmy. Aż uznamy, że piekło – tak jak niebo – jest częścią nas samych. Dopiero wtedy uzyskujemy wybór, co chcemy tworzyć, co chcemy w sobie rozwijać.

Dopóki uciekamy przed swoim piekłem, jesteśmy skazani na bolesne spotkanie z nim. Kiedy zaakceptujemy jego istnienie i pozbędziemy się lęku przed nim, możemy się od niego uwolnić.

Kompletne partnerstwo

Każdy może nas zainspirować do odkrywania prawdziwego siebie, stając się na chwilę naszym partnerem duchowym – tak samo jak chwilowo stajemy się czyimś partnerem fizycznie np. tańcząc z kimś, czy intelektualnie, prowadząc z kimś żywą dyskusję czy emocjonalnie, zwierzając się komuś.

Cud dokonuje się wtedy, kiedy dwie osoby chcą i potrafią być dla siebie stałymi partnerami we wszystkich czterech obszarach, wzajemnie się inspirując i wspierając.

Gospodarz

Einstein powiedział, że najważniejsza decyzja, jaką każdy z nas podejmuje to przekonanie czy żyjemy w przyjaznym czy we wrogim wszechświecie.

Coś w tym jest. Jeśli ktoś wierzy, że gospodarz jest przyjaznym i dbającym o niego człowiekiem, będzie używał drzwi, które są otwarte, bo wierzy, że tylko za nimi znajdzie to, czego potrzebuje.

Jeśli ktoś wierzy, że gospodarz chce ukryć przed nim to, co ma najlepszego, będzie wyłamywał każde zamknięte drzwi, nie bacząc na ponoszone koszty.

Jedni wierzą, że ich gospodarzem jest Miłość, inni, że Lęk. A każde przekonanie jest samospełniającą się przepowiednią.

Miłość – stan czy emocja?

Mówimy „kocham Cię”, kiedy jest nastrój, specjalne okoliczności, kiedy jesteśmy szczęśliwi, kiedy czujemy się uprzywilejowani będąc z kimś. Ale tak rozumiana miłość jest emocją: zachwytem, radością, dumą, satysfakcją, podziwem, pożądaniem, wdzięcznością, przyjemnością…

Jak rozróżnić prawdziwą miłość od chwilowej emocji? Emocja trwa tylko jakiś czas, a dodatkowo ma to do siebie, że łatwo zmienia się z pozytywnej w negatywną, wystarczy odpowiedni bodziec, zranienie albo wysycenie – i zaczyna nas irytować to, co nas rozczulało, zaczynamy nienawidzić tę samą osobę, którą przed chwilą kochaliśmy na zabój. Mówimy wtedy, że miłość umarła. Ona nie umarła, jej tam po prostu nie było; była jakaś emocja, która zgodnie ze swoją naturą uległa zmianie. I jeśli miłość pozostanie emocją, z kolejnym partnerem także po jakimś czasie umrze. I z każdym kolejnym…

Co więc naprawdę jest miłością? Najlepiej oddaje to język włoski – „ti voglio bene” oznacza „chcę dla Ciebie dobrze” i może być używane do wielu ludzi. Bo miłość to postawa, to traktowanie innych tak priorytetowo jak siebie, ani mniej, ani bardziej; szanowanie cudzych uczuć jak swoich, mówienie „tak”, gdzie potrzeba wsparcia, mówienie „nie”, gdzie potrzeba granic, bycie autentycznym, bycie sobą – bycie miłością. I dopiero na bazie tej miłości możliwe jest „ti amo” – „kocham Cię” – kierowane do wybranej osoby, do partnera, któremu jako jedynemu przydzielamy szczególne miejsce, z którym decydujemy się na wspólną podróż przez życie. Jeśli „ti amo” pochodzi z „ti voglio bene”, miłość w związku nie umiera, bo nie jest emocją; jest porozumieniem na najgłębszym poziomie; jest paktem o szanowaniu, rozumieniu i nieranieniu siebie nawzajem; jest byciem w dwóch osobach; jest doświadczeniem duchowym, wyjątkowym przez swój szczególny stopień intymności. Nie może się skończyć, umrzeć, wypalić, bo zaprzeczyłaby samej sobie.

Miłość nie ma czasu przeszłego – jeśli jest, to stale i na zawsze, ponad ogarniającymi nas emocjami i wszelkimi okolicznościami; jeśli umarła, to nigdy jej nie było, coś ją jedynie udawało – emocja lub inny ukryty cel, dla którego ludzie decydują się tworzyć parę: jak wygoda, korzyści materialne, status społeczny, decyzja wspólnego wychowania dzieci i wiele innych.


Miłość do kupienia

Rodzice często mają sprecyzowaną wizję tego, jakie powinno być ich dziecko – jak powinno wyglądać, jak się powinno zachowywać, co powinno osiągnąć. 

Taka akceptacja warunkowa rodziców („będę cię kochać, jeżeli będziesz taki/a jak chcę”) powoduje ogromną dziecięcą tęsknotę, żeby wypełnić tę wizję i zasłużyć na rodzicielską miłość; tęsknotę, by być takim, jakim rodzice chcą, żeby poczuć, że się jest kochanym. Bez względu na to, jaką strategię przyjmuje dziecko – czy się buntuje, czy rozwija siebie w obszarze neutralnym (tam, gdzie rodzice nie zdefiniowali swoich oczekiwań), i bez względu na osiągane efekty, gdzieś głęboko pozostaje w nim przekonanie o byciu niewystarczającym do tego, żeby być kochanym przez innych. 

Warunkowa akceptacja dziecka przez rodziców powoduje u niego nie tylko brak akceptacji siebie takim, jakim jest naprawdę. Powoduje też odczuwanie gwałtownych skumulowanych od dzieciństwa emocji (od smutku, rozżalenia, zazdrości po złość i gniew) wobec osób, które wydają się wypełniać dawne rodzicielskie oczekiwania; które wydają się być tym, kim tamtemu dziecku nigdy nie udało się być.

Umysł mówi, że ich istnienie jest jak żywy dowód, że rodzicielska wizja była realna, więc rodzicielska miłość byłaby możliwa, odczuwalna, gdyby udało się być właśnie takim. Dusza mówi: „…gdyby miłość można było kupić.”

Umrzeć, żeby żyć naprawdę

Bliskość z drugą osobą wydaje się być naturalną i podstawową potrzebą człowieka. Szukamy jednak tej bliskości jak dzieci, które są zależne, niesamodzielne, które potrzebują stałych zapewnień i namacalnych dowodów na to, że są kochane. Szukamy fizycznego kontaktu, intelektualnego porozumienia, emocjonalnego wsparcia – czegokolwiek, jakiejś formy miłości, której moglibyśmy być pewni, którą moglibyśmy kontrolować. I nieważne, czy to dostajemy czy nie, bo i tak nie czujemy tej bliskości – czujemy zależność, przymus zapracowania na to, kupienia tego, wymuszenia albo po prostu wykradzenia; dostania z zewnątrz, od innych; lęk przed tym, że zabraknie tego dla nas. Ale tak jak dorastając uczymy się robić sobie sami jedzenie i kupować ubrania (nie oczekujemy, że inni nam to dadzą jak wtedy, kiedy byliśmy dziećmi), tak samo uczymy się przenosić źródło miłości z zewnątrz do wewnątrz.

Tym, co nas napędza do szukania miłości i bliskości jest wiara, że one istnieją. A wiara jest tym silniejsza, im mniej można ją wesprzeć dowodami, faktami, logicznym rozumowaniem, doświadczeniem – im bardziej jest poczuciem, nie dającą się udowodnić wewnętrzną pewnością. Dlatego paradoksalnie każdy z nas, żeby z duchowego dziecka stać się duchowym dorosłym, potrzebuje przejść przez brak miłości i bliskości z innymi w każdym z obszarów siebie – żeby przełamać dziecięcy lęk, że bez innych nie istniejemy, nie przeżyjemy; żeby aktywować miłość i zdolność do bliskości w sobie. Im bardziej jesteśmy uzależnieni od fizycznej obecności innych ludzi, tym bardziej potrzebujemy zostać pozbawieni ich kojącego dotyku. Im bardziej jesteśmy uzależnieni od bycia w kontakcie z innymi, tym bardziej potrzebujemy zostać pozbawieni możliwości porozumienia się z nimi. Im bardziej jesteśmy uzależnieni od wsparcia emocjonalnego, tym bardziej potrzebujemy zostać opuszczeni, zdradzeni. 

Jeżeli potrafimy wierzyć w miłość po utracie wszystkich jej namiastek, a szczególnie tej wybranej formy, tej wyjątkowej tęsknoty pochodzącej z naszego indywidualnego doświadczenia, to znaczy, że głos naszej duszy jest silniejszy niż wszystkie głosy z zewnątrz. Dopiero kiedy wierzymy w miłość całkowicie wbrew swojemu doświadczeniu i logice, wierzymy naprawdę i jesteśmy gotowi na tworzenie autentycznej bliskości z drugim człowiekiem – jak niezależny, samodzielny dorosły, jak partner, nie jak zalęknione zależne dziecko.

Miłość a jedzenie

Stosunek do jedzenia jest symbolem naszego stosunku do miłości – jedno jest tym, co nas trzyma przy życiu fizycznie, drugie tym, co trzyma nas przy życiu emocjonalnie.

Tendencję do objadania się może symbolizować „łapczywą” tęsknotę za miłością, której dostało się w dzieciństwie za mało. 

Tendencja do wydzielania sobie jedzenia, ograniczania posiłków, wybierania tylko pewnego rodzaju jedzenia może sugerować próby kontrolowania miłości, która kiedyś zarazem wspierała i krzywdziła („używać, ale ostrożnie”). 

Jedzenie non-stop jest jak próba sprawienia, żeby miłość trwała, nie znikała. 

Jedzenie jednego posiłku późno, nie zwracanie uwagi na to, co się je, wyraża próbę uwolnienia się od miłości, która więziła, była niewygodna. 

Wybrzydzanie przy jedzeniu przez dzieci może oznaczać symboliczną prośbę do rodziców o inną formę miłości.

Zaburzenia odżywiania to skrajne postacie uzewnętrznienia fizycznie tego, z czym dana osoba nie potrafi sobie poradzić emocjonalnie. 

Podjadanie w nocy może symbolizować przekonanie, że musimy ukrywać swoją „nadmiarową” potrzebę miłości, której nigdy nie można było być pewnym. 

Anoreksja to przymus bezwzględnego kontrolowania miłości na własnych warunkach, udowadnianie sobie, że da się żyć bez miłości, bo kiedy ona jest, to sprawia kłopot, dyskomfort, cierpienie. 

Bulimia jest jak ogromne pragnienie miłości połączone z tak samo ogromnym lękiem przed jej nieprzewidywalnymi konsekwencjami; jest jak przekonanie, że można miłości dotknąć powierzchownie, kontrolując ją, ale jeśli się ją wpuści głębiej, to zaszkodzi, zrani, zabije.

Wszystko, co jest na zewnątrz, ma swoje źródło wewnątrz. Dlatego zmienianie czegokolwiek tylko na zewnątrz jest tak trudne i rzadko trwałe. 

Wzorce

Pierwsze spotkanie z czymś nowym zostaje zapisane w umyśle dziecka jako wzorzec, standard. Pierwsza relacja z rodzicem czy opiekunem staje się standardem miłości i bliskości. Ten wzorzec będzie tworzył wszystkie inne relacje danej osoby – z Bogiem, partnerem, własnym dzieckiem i innymi ludźmi. To zapisane jednostkowe doświadczenie zostanie zgeneralizowane i będzie decydować, co znaczy dla kogoś miłość (czy krzywdzi, czy się poświęca, czy ustępuje, czy wymaga, czy wspiera, czy odrzuca, czy kontroluje) i jak tworzyć bliskość (fizycznie, intelektualnie, emocjonalnie czy duchowo).


Im bardziej rodzice starają się zapewnić dziecku dobrostan nie uwzględniając jego prawdziwych potrzeb i uczuć, tym silniej tworzy się u dziecka przekonanie, że miłość krzywdzi, a bliskość boli. Nie może ono w takiej sytuacji zanegować miłości rodziców, bo widzi ich starania, ale nie może również zaprzeczyć temu, co czuje. Tworzy się nieznośny wewnętrzny konflikt dążenie – unikanie: z jednej strony ku ludziom pcha je pragnienie miłości i bliskości, z drugiej odpycha lęk przed znanym cierpieniem, niezrozumieniem czy odrzuceniem.


Takie wewnętrznie sprzeczne przekonanie manifestuje się później we wszystkich relacjach – forma miłości znanej (lub wymarzonej) z dzieciństwa przyciąga jak magnes, budząc nadzieję, ale lęk przed zostaniem zranionym tworzy mechanizmy obronne (zachowania mające kontrolować cudzą akceptację, a w rzeczywistości blokujące autentyczność konieczną do stworzenia bliskości). W ten sposób przekonanie powstałe na skutek konkretnego doświadczenia, jednej relacji, determinuje wszystkie kolejne, powodując odtwarzanie wzorca na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. Innymi słowy nieświadomie chcemy powtórzyć to, co znamy, ale poczuć się z tym inaczej, szczęśliwie. Dopóki jednak kopiujemy to, co dostaliśmy, dopóty wytwarzamy te same mieszane emocje. Jeśli chcemy doświadczać innych uczuć, musimy rozdzielić to, co w naszym pierwszym doświadczeniu było miłością (z czym czuliśmy się dobrze) od tego, co nią nie było (co budziło nasze negatywne emocje), czyli zastąpić wiarę w autorytet rodzicielski wiarą we własny wewnętrzny radar.

Materializuje się w naszym życiu to, w co wierzymy. Jeśli nie jesteśmy zadowoleni z tego, co mamy, musimy uświadomić sobie i zweryfikować własne przekonania.

Miłość i ludzie

Miłość jest doskonała, ludzie nie. Miłość jest w ludziach, i ludzki umysł ma problem jak to zaszufladkować, więc albo wnioskuje, że miłość jest do kitu, albo upiera się, że ludzie są lepsi niż są. Tak czy siak obrazek się nie zgadza, umysł walczy. Po prostu, miłość jest doskonała, a ludzie nie są.

Identyfikacja

Miłość nie odrzuca człowieka, tylko to, co w nim nie jest miłością, pomagając mu stać się nią samą, tym, kim jest z natury. Problem komplikuje się, kiedy człowiek silnie identyfikuje się z tym, kim nie jest, co nie jest miłością. Wtedy sam zamyka drogę miłości do siebie – bo każdy sam decyduje na ile otwiera się na prawdę, ile jest w stanie dla niej zaryzykować.