Blokady bliskości

Lęk powoduje, że chcemy tworzyć bliskość na swoich warunkach, tylko za pomocą swojej mocnej strony, za pomocą dominacji, która jest przeciwieństwem bliskości. Bliskość powstaje wtedy, kiedy tworzą ją autentyczne osoby. Tam, gdzie działają mechanizmy, prawdziwa bliskość się nie tworzy.

Podobnie jest ze zdrowiem – tam, gdzie są blokady i nie ma przepływu energii, nie ma harmonii, nie ma współpracy, nie ma zdrowia.

Bliskość

Funkcjonujemy w czterech różnych obszarach – fizycznym, intelektualnym, emocjonalnym i duchowym.

Nie rozwijamy jednak wszystkich z nich jednakowo. To, co aprobowali w nas rodzice czy opiekunowie, rozwijamy aż nadmiernie. To, czego nie akceptowali, pozostaje w uśpieniu. Ale rozwijając jedną część siebie kosztem drugiej nie czujemy się szczęśliwi, bo podsycamy wewnętrzny konflikt, wewnętrzną walkę jednej części siebie z inną; dopiero akceptując i rozwijając harmonijnie całe „ja” uzyskujemy wewnętrzny spokój i stałe dobre samopoczucie.

Szukając bliskości z drugim człowiekiem również nie robimy tego równomiernie we wszystkich obszarach. Szukamy u innych albo tej formy miłości, która silnie zapisała się w naszych dziecięcych emocjach, albo tej formy miłości, której nie dostaliśmy, a której brak kiedyś silnie odczuliśmy.

Dla tych, którzy dostawali dużo miłości w postaci przytulania, dotyku i obecności, miłość ma postać bliskości fizycznej.

Dla tych, którym rodzice poświęcali całą uwagę, kiedy wykazywali się wiedzą i logiką, miłość ma postać bliskości intelektualnej.

Dla tych, którzy mogli liczyć na zrozumienie i wsparcie w swoich dziecięcych problemach, miłość ma postać bliskości emocjonalnej.

Dla tych, którzy czuli bliskość z rodzicami podczas rytuałów religijnych albo rozmów o wartościach, sensie życia czy Bogu, miłość ma postać bliskości duchowej.

Dla tych, którzy w bolesny, traumatyczny sposób odczuli brak którejś z tych form bliskości, miłość ma taką właśnie wymarzoną postać – tego, czego boleśnie zabrakło.

Jedni szukają tego, czego doświadczyli, żeby powtarzać tę formę bliskości, która jest im znana. Drudzy szukają tego, czego nie zaznali, żeby doświadczyć tego, za czym tęsknią.

Ale jedni i drudzy skupiają się na powiększaniu i eksploatowaniu jednej sfery, wciąż czując niedosyt. Bo poczucie doznawania miłości nie rośnie wraz z powtarzaniem jednej postaci miłości na wiele sposobów czy z wieloma osobami, a w miarę rozszerzania bliskości w jednej relacji na wszystkie obszary.

To, co w sobie akceptujemy i rozwijamy, jest tym, co jesteśmy gotowi dzielić z innymi. Na ile stworzymy bliskość sami ze sobą, z wszystkimi obszarami siebie, na tyle nie boimy się wpuścić tam innych ludzi – na tyle potrafimy stworzyć bliskość i odczuwać miłość.

Kim jestem

Świadomość kim jestem decyduje o tym, co robię ze swoimi emocjami – na ile nie powalam im krzywdzić innych lub siebie. To, na ile potrafię rozumieć i komunikować swoje emocje i uczucia, decyduje o jakości i głębi mojego intelektualnego i fizycznego kontaktu z innymi ludźmi.


Kiedy dziecko ma niedojrzałych emocjonalnie rodziców, otrzymuje na przemian miłość i odrzucenie niczym słoneczne promyki i gradobicie. W efekcie jego umysł zapisuje, że miłość jest chwilowa, jest emocją i pojawia się, kiedy rodzice mają dobry humor, kiedy coś im się spodoba, kiedy są zadowoleni. Kiedy są zdenerwowani, smutni, zirytowani, rozzłoszczeni, miłość znika. Taka definicja miłości powoduje, że w dorosłym życiu powiela się ten schemat. Kiedy jako dzieci raz czuliśmy się kochani, raz odrzucani, podobnie później traktujemy siebie (lubimy siebie i nienawidzimy na zmianę) i innych (raz widząc w nich ideał, raz obrzucając ich wyzwiskami).


Powielamy przekonanie, że miłość jest tylko emocją, ale jednocześnie próbujemy ją zatrzymać na stałe, co jest oczywiście wewnętrznie sprzeczne, bo emocja jest tylko informacją, i z natury pojawia się na chwilę (może wracać często, ale nie trwa długo). Niemniej potrzeba odczuwanie miłości na stałe jest jak najbardziej prawdziwa i realna, bo bezwarunkowa miłość jest stanem, nie emocją. Jest stanem świadomości wpływającym na nasze wybory. Na to, co robimy ze swoimi emocjami, żeby pozwolić sobie poczuć cudzą miłość (nie pozwolić się krzywdzić) i dać ją odczuć innym (nie krzywdzić ich).

Nie mamy wpływu na to, jakie myśli i towarzyszące im emocje do nas przychodzą, ale mamy wpływ na to, co z nimi robimy. Jest zasadnicza różnica pomiędzy powiedzeniem dziecku „potrzebuję teraz pobyć sama” a „wynoś się stąd”; pomiędzy „nie rozumiem, dlaczego tak się zachowujesz” a „jesteś debilem”; pomiędzy „nie zgodzę się na to, bo uważam, że to ci zaszkodzi” a „zamknij się, wiem lepiej”. Nie chodzi tylko o kulturę słowa, chodzi o emocjonalną intencję – o to, czy emocje i potrzeby drugiego człowieka są dla nas tak samo ważne jak nasze, czy nie liczą się wcale, czy liczą się bardziej niż własne.

Miłość to świadomość swojej natury, świadomość siebie. Świadomość siebie zarządza emocjami i umysłem tak, aby nie krzywdzić ani siebie, ani innych, żeby wspierać. Nie decyduje o tym gest, słowa czy zachowanie, decyduje intencja. To, co pochodzi z emocji, trwa tyle ile emocja. To, co pochodzi ze stanu, tworzy stan, bliskość.


Stan czy emocja

Nazywamy emocję towarzyszącą zakochaniu miłością, chociaż tak naprawdę jest tylko dotykiem miłości, fascynacją, zauroczeniem, prowadzącym na skróty do bliskości. Prawdziwa miłość to nie chwilowa emocja, to postawa oparta na empatii, traktowaniu praw i potrzeb drugiego człowieka jak własnych, na takich samych warunkach.

Nikt nie może zasłużyć na naszą miłość, szacunek czy uczciwość, bo one nie zależą od innych ludzi, tylko od naszego sposobu myślenia, od naszych generalnych przekonań. 

Kto zaufałby komuś, kto nie okrada tylko jednej osoby, albo nie kradnie tylko w poniedziałki? A tak bardzo chcemy, żeby wybrana osoba kochała i szanowała tylko nas…

Wiele postaci jednego lęku

Kiedy uczucia i potrzeby dziecka nie mogą być zaspokojone z powodu niedostatku, braku, dziecko reaguje przerażeniem, bo czuje się opuszczone i zapomniane przez los.

Kiedy uczucia i potrzeby dziecka spotykają się z bezpośrednim odrzuceniem dla zasady, dziecko reaguje złością, bo czuje się bezradne.

Kiedy uczucia i potrzeby dziecka spotykają się z brakiem zrozumienia i wsparcia, dziecko reaguje wycofaniem, „zamrożeniem” swoich emocji, bo czuje się oceniane i krytykowane.

Kiedy uczucia i potrzeby dziecka są lekceważone, dziecko reaguje buntem, przeciwstawianiem się, bo czuje się źle potraktowane, oszukane.

Kiedy uczucia i potrzeby dziecka są zaspokajane z wyprzedzeniem, dziecko reaguje zniecierpliwieniem, bo czuje się zależne.


Kiedy w dzieciństwie doświadczamy którejś postawy rodzicielskiej silniej niż innych, w dorosłym życiu jeden stan emocjonalny bierze górę nad innymi – nie tylko staje się pierwszą odruchową reakcją (szczególnie na wszelkie nowe, niejasne sytuacje), ale stale towarzyszącym uczuciem wybijającym się ponad inne.

Dorośli, którzy doświadczyli braku, żyją w stałym zmartwieniu, a ich pierwszą reakcją na nowe jest szukanie potencjalnego zagrożenia i tworzenie najczarniejszego scenariusza. Próbują zabezpieczyć się na wypadek wszelkich nieszczęść, żeby nie doznać braku znanego z dzieciństwa.

Dorośli, którzy doświadczyli nadmiernego rygoru nie rozpoznają swoich emocji i nie przyznają się do swoich uczuć, wszystkie negatywne (także smutek, tęsknotę, obawę itp.) wyrażają za pomocą irytacji i złości. Twardymi emocjami próbują zwrócić na siebie uwagę, żeby wymusić to, czego nie otrzymali jako dzieci.

Dorośli, którzy doświadczyli nadmiernej krytyki starają się ukrywać swoje emocje i uczucia, żeby nie były widoczne na zewnątrz; noszą maskę spokoju nawet jeśli wewnątrz umierają. Próbują zamrozić swoje uczucia, żeby inni ich nie zobaczyli i nie użyli przeciwko nim jak to miało miejsce w dzieciństwie.

Dorośli, którzy doświadczyli lekceważenia żyją w niepewności; czują przymus udowadniania wszystkim, że są ważni i wartościowi. Nie okazują emocji, szczególnie tych miękkich, żeby nie dać innym przewagi nad sobą i nie pozwolić im przejąć kontroli.

Dorośli, którzy doświadczyli rodzicielskiej nadgorliwości, żyją w obawie przed stratą, ponieważ czują się całkowicie zależni od innych ludzi. Ich lęk przyjmuje postać zniecierpliwienia, nacisku. Silnie okazują emocje, ale używają ich do kontrolowania innych, żeby otrzymywać od nich nie mniej niż w dzieciństwie.

Każde dziecko doświadcza jakiegoś rodzaju niedostatku lub zranienia, każdy dorosły nosi w sobie lęk przed jego powtórzeniem. Czasem ten lęk wygląda jak przebojowość, która ma pokryć zmartwienie; czasem jak złość, która ma ukryć bezradność; czasem jak obojętny spokój, który ma przykryć nadwrażliwość; czasem jak zarozumiałość maskująca niepewność; czasem jak zniecierpliwienie chowające pod sobą przerażenie.

Jednak bez względu na różną postać jest tym samym lękiem przed utratą najważniejszych wartości: bliskości z innymi ludźmi i możliwości autentycznego wyrażania siebie.


Języki miłości

Każda miłość mówi innym językiem – inaczej okazuje się ją rodzicom, inaczej dzieciom, inaczej partnerowi; inaczej rodzinie, inaczej obcym. Rola, jaką ktoś pełni w naszym życiu definiuje rodzaj bliskości, ilość poświęconego czasu i pieniędzy, sposób dotyku, siłę więzi, rodzaj wspólnoty.

Kochać znaczy chcieć dla wszystkich tak samo dobrze jak dla siebie, ale nie oznacza to tworzenia bliskości – a tym bardziej intymności – ze wszystkimi tak samo.

O złudnych podobieństwach

Kiedy ludzi silnie łączy jeden rodzaj więzi, wydaje im się, że to podobieństwo przełoży się na wszystkie pozostałe obszary – jednak zazwyczaj tak się nie dzieje.

Czasem ludzi łączy zauroczenie wyglądem, czyjaś stała fizyczna obecność, zgranie w sporcie albo wyjątkowy seks, ale kiedy próbują na tym budować związek, okazuje się, że mają zupełnie odrębny sposób myślenia, a na dodatek nie potrafią dzielić się tym, co myślą i czują, i życie ma dla nich różny sens.

Czasem ludzi łączy wspólne hobby, pasja, praca – ale kiedy chcą na tym budować bliskość, okazuje się,  że nie ma między nimi ani chemii fizycznej, ani innego głębokiego kontaktu (emocjonalnego, duchowego).

Czasem ludzie ufają sobie i zwierzają się sobie jak przyjaciele, ale to też okazuje się za mało na zbudowanie głębokiej partnerskiej relacji – kiedy nie łączy ich ani fizyczna ani duchowa jedność, a intelektualne zainteresowania i wyzwania kierują ich w różne strony.

I zdarza się tak, że łączy ludzi wspólna częstotliwość duszy, ale dzieli fizyczny dystans i brak wspólnego języka do komunikacji, różni kultura i tak odmienne ustawienia umysłów, że nie pozwalają na zrozumienie siebie nawzajem.

Tęsknota za bliskością z drugim człowiekiem każe nam szukać swojego „bliźniaka”, kogoś podobnego, „działającego” tak samo, z którym bycie razem jest kwestią bezproblemową, naturalnie satysfakcjonującą obie strony. Ta tęsknota jest tak silna, że zadowalamy się podobieństwem w jednej sferze, zakładając, że reszta sama się ułoży. Ale zazwyczaj się nie układa, bo tę bliskość, za którą tęsknimy, można poczuć wtedy, kiedy łączy nas z kimś wspólny język we wszystkich czterech sferach naszego funkcjonowania. 

Umrzeć, żeby żyć naprawdę

Bliskość z drugą osobą wydaje się być naturalną i podstawową potrzebą człowieka. Szukamy jednak tej bliskości jak dzieci, które są zależne, niesamodzielne, które potrzebują stałych zapewnień i namacalnych dowodów na to, że są kochane. Szukamy fizycznego kontaktu, intelektualnego porozumienia, emocjonalnego wsparcia – czegokolwiek, jakiejś formy miłości, której moglibyśmy być pewni, którą moglibyśmy kontrolować. I nieważne, czy to dostajemy czy nie, bo i tak nie czujemy tej bliskości – czujemy zależność, przymus zapracowania na to, kupienia tego, wymuszenia albo po prostu wykradzenia; dostania z zewnątrz, od innych; lęk przed tym, że zabraknie tego dla nas. Ale tak jak dorastając uczymy się robić sobie sami jedzenie i kupować ubrania (nie oczekujemy, że inni nam to dadzą jak wtedy, kiedy byliśmy dziećmi), tak samo uczymy się przenosić źródło miłości z zewnątrz do wewnątrz.

Tym, co nas napędza do szukania miłości i bliskości jest wiara, że one istnieją. A wiara jest tym silniejsza, im mniej można ją wesprzeć dowodami, faktami, logicznym rozumowaniem, doświadczeniem – im bardziej jest poczuciem, nie dającą się udowodnić wewnętrzną pewnością. Dlatego paradoksalnie każdy z nas, żeby z duchowego dziecka stać się duchowym dorosłym, potrzebuje przejść przez brak miłości i bliskości z innymi w każdym z obszarów siebie – żeby przełamać dziecięcy lęk, że bez innych nie istniejemy, nie przeżyjemy; żeby aktywować miłość i zdolność do bliskości w sobie. Im bardziej jesteśmy uzależnieni od fizycznej obecności innych ludzi, tym bardziej potrzebujemy zostać pozbawieni ich kojącego dotyku. Im bardziej jesteśmy uzależnieni od bycia w kontakcie z innymi, tym bardziej potrzebujemy zostać pozbawieni możliwości porozumienia się z nimi. Im bardziej jesteśmy uzależnieni od wsparcia emocjonalnego, tym bardziej potrzebujemy zostać opuszczeni, zdradzeni. 

Jeżeli potrafimy wierzyć w miłość po utracie wszystkich jej namiastek, a szczególnie tej wybranej formy, tej wyjątkowej tęsknoty pochodzącej z naszego indywidualnego doświadczenia, to znaczy, że głos naszej duszy jest silniejszy niż wszystkie głosy z zewnątrz. Dopiero kiedy wierzymy w miłość całkowicie wbrew swojemu doświadczeniu i logice, wierzymy naprawdę i jesteśmy gotowi na tworzenie autentycznej bliskości z drugim człowiekiem – jak niezależny, samodzielny dorosły, jak partner, nie jak zalęknione zależne dziecko.

Obecność

Rodzaj obecności lub nieobecności rodzica w najwcześniejszym okresie życia dziecka determinuje to, jakiej obecności innych ludzi podświadomie ono oczekuje i jaką tworzy w swoich późniejszych relacjach i związkach.
Może to być obecność fizyczna (stała obecność w domu, wspólne spędzanie czasu, wsparcie udzielane za pomocą fizycznych gestów), emocjonalna (wyrażanie zrozumienia dla emocji dziecka, dzielenie się swoimi uczuciami) lub intelektualna (rozmowa, wyjaśnianie zasad funkcjonowania świata i ludzi, w tym swoich emocji).Choć wszyscy pragną bliskości, często ta obecność zostaje okrojona do fizycznej obecności bez kontaktu i intelektualnej komunikacji na tematy konieczne – dlaczego tak się dzieje?
Autentyczna bliskość jest towarem deficytowym, ponieważ zależy od czwartego obszaru, od rozwoju duchowego – od świadomości siebie, swoich autentycznych potrzeb i uczuć w obrębie swojej fizyczności, emocjonalności i intelektu. Im bardziej rodzic jest dojrzały duchowo, tzn. jest w kontakcie ze swoim prawdziwym ja, tym bardziej może być w kontakcie ze swoim dzieckiem (także partnerem i innymi ludźmi) i tym pełniejsza jest jego obecność i tworzona przez niego bliskość. Im bardziej rodzic funkcjonuje w swoich schematach, pozwalając się prowadzić swoim impulsom i niekontrolowanej, przypadkowej logice swojego umysłu, tym słabszą więź tworzy ze swoim dzieckiem, a potem ono z innymi ludźmi – dopóki za pomocą własnej świadomości tego nie zmieni.


Wadliwe skojarzenia

Kiedy rodzice nadużywają zaufania i otwartości dziecka, używając informacji o jego emocjach do kontrolowania go (wykorzystują jego naturalną autentyczność, jednocześnie nie dopuszczając go do swoich prawdziwych emocji), u dziecka tworzy się przekonanie „bliskość prowadzi do manipulacji, bliskość to oszustwo”.

To nieuświadomione przekonanie nie pozwala mu na kontakt ze sobą samym („im lepiej siebie znam, tym gorzej się z tym czuję”, „im bardziej siebie akceptuję, tym trudniejsze do akceptacji obszary się ujawniają”, „im jest mi ze sobą lepiej, tym bardziej jestem samotny”) i na zasadzie samospełniającej się przepowiedni tworzy rzeczywistość, w której bliskie osoby zachowują się nie fair. Umysł z takim przekonaniem próbuje rozwiązać konflikt pomiędzy dążeniem do bliskości a unikaniem krzywdy redukując to pierwsze do minimum (mało bliskości znaczy mało cierpienia). Kiedy naturalny instynkt, tęsknota za bliskością wygrywa, więcej bliskości tworzy więcej krzywdy i cierpienia. Próby zablokowania dążenia do bliskości powodują depresję, próby dążenia do bliskości powodują doświadczanie krzywdy. I tak w kółko.

Każdy z nas ma zapisane dziecięce skojarzenie z bliskością. Czasem jest to „bliskość krzywdzi”, a czasem, kiedy rodzice nagradzają wyjątkową emocjonalną bliskością skruchę u dziecka, jest to „żeby doznać bliskości, trzeba najpierw przekroczyć granice, zachować się niewłaściwie, skrzywdzić”. W każdym przypadku wadliwa definicja bliskości powoduje, że dążenie do niej staje się dążeniem do krzywdy i przemocy – wobec siebie lub wobec innych, co skutecznie bliskości zapobiega.