Dlaczego nie lubimy siebie?

Nie lubimy siebie, bo nauczyliśmy się widzieć siebie w sposób krytyczny i oceniający na podstawie naszego wczesnego doświadczenia – tak jak patrzyli na nas bliscy przez swoje własne wzorce i kompleksy. Ma tu znaczenie nie tylko to, co opiekunowie mówili nam wprost, ale także to, co sami wywnioskowaliśmy z ich postawy względem nas, z ich reakcji na nasze zachowanie.

Gdyby po urodzeniu przeniesiono nas do innej rodziny o odmiennych przekonaniach i wzorcach, dzisiejsze kompleksy mogłyby być naszymi atutami… Brzmi to niewiarygodnie, ale tak właśnie się dzieje – przejmujemy sposób myślenia o sobie od naszych pierwszych autorytetów. Dlatego na przykład są osoby otyłe, które mimo społecznej presji nie mają na tym tle żadnych kompleksów i są osoby perfekcyjnie wyglądające, które wstydzą się swojego ciała. Obiektywnie mierzalny stan rzeczy nie ma decydującego znaczenia, znaczenie ma to, w co wierzymy, w co nauczyliśmy się wierzyć – bez względu na to, czy jesteśmy swoich przekonań świadomi czy nie. A ponieważ nie można dać czegoś, czego się nie ma, więc jeśli w jakimś zakresie nie potrafimy polubić siebie, nie potrafimy tego także wobec innych.

Czy można to zmienić? Tak, ale nie można tej zmiany otrzymać w prezencie z zewnątrz, od innych, ani zmienić kogoś. Każdy z nas może to zrobić jedynie sam dla siebie za pomocą swojej świadomości. Jeśli w obrazie siebie z dzieciństwa jest zapis o kompleksie na punkcie urody, to żadna ilość komplementów od innych ludzi tego całkowicie nie zmieni; jeżeli jest zapis o jakimś braku (inteligencji, umiejętności zachowania się w towarzystwie, talentu do czegoś), to żadna ilość zapewnień, kursów, certyfikatów i innych obiektywnych dowodów tego nie wymaże, wciąż pozostanie niepewność. Zmienić obraz siebie może tylko jego właściciel, uświadamiając sobie ograniczające go przekonania i decydując się je zweryfikować, świadomie przyjąć inne.

Tworzymy swoje życie jak wydruk z programu pracującego w naszym umyśle. Kiedy jesteśmy niezadowoleni z tego co tworzymy, kiedy towarzyszą nam rozczarowania efektem i częste negatywne emocje, to właśnie znak, że nie działamy w zgodzie z prawdziwym sobą, że robi to za nas autopilot – zlepek cudzych wierzeń, cudzych pomysłów na życie i cudzych opinii o nas samych. To sygnał, żeby zweryfikować swoje przekonania, zrobić w umyśle porządek – posprzątać go za pomocą swojej świadomości.

Na autopilocie

Przez kilka pierwszych lat życia mózg każdego człowieka chłonie wszystko jak gąbka – dosłownie przesiąka tym, z czym ma styczność. Zwykle ma codzienną styczność z najbliższą rodziną i panującymi w niej przekonaniami, które przejawiają się w zachowaniu rodziców i opiekunów, w ich reakcjach na każdy ruch dziecka. W ten sposób w naszych dziecięcych umysłach tworzą się pierwsze, podstawowe założenia – jacy są ludzie, czego można oczekiwać od życia, co jest dobre, a co złe, jacy jesteśmy my sami. Jako dorośli nie jesteśmy nawet świadomi wielu tych przekonań, ale kiedy próbujemy za czyjąś namową zmienić swoje zachowanie i zrobić coś wbrew tym starym zapisom, czujemy negatywne emocje, wewnętrzny konflikt. Logicznie przyznajemy czemuś rację, ale emocje każą nam wybrać coś innego, zgodnego z automatycznie przyjętym kiedyś przekonaniem.

Zmiana samego zachowania bez zweryfikowania swoich przekonań jest najczęściej skazana na niepowodzenie, dlatego takie istotne jest uświadomienie sobie tego „autopilota” utworzonego z cudzych przekonań i naszych starych przypadkowych skojarzeń, które umysł włącza automatycznie poza naszą świadomością. Rozpoznanie, co jest tym naszym autopilotem wyzwala nas z rodzinnych i kulturowych schematów, pozwala nam na dokonanie świadomego wyboru: czym chcemy się kierować w życiu, kim być, co osiągnąć, żeby towarzyszyło temu poczucie spełnienia i radości.

Dlaczego życie na „autopilocie” nie jest satysfakcjonujące?

Życie oferuje nam wszystko, ale możemy przyjąć tylko tyle, na ile pozwalają nam nasze przekonania. Na przykład jeżeli w rodzinie panowało przekonanie (oparte na czyimś konkretnym, ale przypadkowym przecież doświadczeniu), że życie kończy się po czterdziestce, to wraz z czterdziestymi urodzinami tracimy chęć do życia, uczenia się, szukania czegoś nowego – bo przecież już nic na nas nie czeka, to my zaczynamy czekać na śmierć. Jeżeli w rodzinie panowało przeciwne przekonanie (tak samo oparte na czyjejś losowej historii), że nigdy nie jest za późno na spełnianie marzeń, to czterdzieste urodziny nie będą miały dla nas znaczenia, nie będą żadnym ograniczeniem. Nasze nieświadomie przyjęte przekonania stają się samospełniającą przepowiednią, bo kiedy w coś wierzymy, zachowujemy się odpowiednio do tego, wywołujemy konkretny efekt. W tym przypadku albo się wycofujemy z życia (więc nic nam ono nie dostarcza – czyli się dla nas skończyło tak jak się spodziewaliśmy), albo nadal z niego aktywnie korzystamy (więc znajdujemy nowe możliwości, pasje – czyli spełniamy marzenia, bo nie przychodzi nam do głowy, że już na to za późno).

Drugim powodem, dla którego życie na autopilocie nie jest satysfakcjonujące jest fakt, że umysł dziecka zapisuje wszystko bezkrytycznie, bez analizowania, a rodzice mają często odmienne poglądy w różnych kwestiach. Stąd często nosimy w sobie sprzeczne przekonania, które ciągną nas w różne strony. W jednych sprawach zachowujemy się według mechanizmu przyjętego od jednego rodzica, w innych według mechanizmu drugiego rodzica – co sprawia, że nasze zachowanie jest niespójne i niekonsekwentne, stwarza wewnętrzne i zewnętrzne konflikty i wywołuje silne negatywne emocje.

Dwie strony

Empatia umożliwia zrozumienie drugiego człowieka bez oceniania go. Jeśli jednak dziecko stale jest zmuszane do podporządkowania się potrzebom i uczuciom rodziców czy opiekunów, uczy się obdarzania empatią innych z wyłączeniem siebie.

Brak empatii wobec siebie prowadzi do tego samego co brak empatii wobec innych: do oceniania, nadmiernego krytycyzmu, lękowego szufladkowania i w konsekwencji potrzeby wybaczenia.

Empatia pozwala na porozumienie jeśli obejmujemy nią i siebie, i innych.

Zarządzanie sobą

W pierwszych latach życia o wszelkie nasze potrzeby dbają nasi opiekunowie – to oni muszą odgadnąć, czy płaczące niemowlę jest głodne, mokre czy chore; opiekunowie muszą zdecydować, co można dać do jedzenia rocznemu dziecku; czym może bawić się dwulatek, żeby nie zrobił sobie krzywdy; czy trzylatek powinien iść do przedszkola czy zostać z opiekunką w domu; czy pozwolić pięciolatce samej wybierać ubrania, itp. 

Optymalnie jest wtedy, kiedy rodzice stymulują samodzielność dziecka i tam, gdzie ją osiągnie, przestają je wyręczać. Najkorzystniej jest wtedy, kiedy dorośli wyznaczają bezpieczne granice i w ich ramach pozwalają dziecku wybierać. 

Praktycznie jednak bardzo często rodzice mylą potrzeby dziecka z własnymi, jak w tym żarcie, że „sweterek to rzecz, którą mama zakłada dziecku, kiedy jej się robi zimno”. I czasem dziecko nie ma wyboru, bo musi nosić/jeść/robić tylko to, co jest akceptowane przez rodziców, co jest spełnieniem ich, nie jego potrzeb czy pragnień. Kiedy rodzice nie pytają dziecka, czego chce (bo autorytarnie wiedzą lepiej), dziecko nie uczy się pytać siebie, zastanawiać się nad swoimi potrzebami i preferencjami; podporządkowuje swoje realne potrzeby wizji opiekunów, aby utrzymać ich akceptację, a potem akceptację innych ważnych dla siebie osób. W dorosłym życiu taka osoba nie pyta siebie, czego chce; pyta innych, co powinna zrobić, pyta szefa, jak ma pracować, pyta dietetyka, co ma jeść, pyta dekoratora jak ma urządzić mieszkanie, sprawdza trendy mody, żeby wiedzieć jak się ubrać.

Bywa też odwrotnie, kiedy rodzice nie chcą ograniczać dziecka w jego wyborach i pozwalają mu decydować o wszystkim, choć ono nie ma pojęcia o konsekwencjach tych wyborów. Pozwalają mu spędzać czas przed ekranami, chodzić spać o dowolnej porze, decydować o tym, co i kiedy mają robić dorośli. Wbrew pozorom bez pomocy opiekunów także i w tym przypadku dziecko nie nauczy się wybierać właściwie – wie, czego chce, ale nie uczy się konsekwencji tych wyborów (np. jest zmęczone i rozdrażnione, ale nie wiąże tego z faktem, że nie przespało nocy czy że jego dieta jest oparta głównie na słodyczach). W dorosłym życiu taka osoba sięga po wszystko, na co ma ochotę, ale konsekwencjami swoich wyborów, swoim złym samopoczuciem, obarcza innych. Mówi na przykład „to było po pijanemu, to się nie liczy”, jakby to ktoś inny podjął decyzję o piciu alkoholu; albo uważa, że ma prawo być arogancki, bo jest głodny, jakby to ktoś inny podejmował za niego decyzję, kiedy jeść; albo stale narzeka na swoją pracę czy partnera, jakby to ktoś inny wybrał to dla niego.

Uczymy się zarządzania swoimi potrzebami tak jak wszystkiego innego: w obszarach, gdzie nas zaniedbywano, zaniedbujemy siebie; gdzie nas wyręczano, oczekujemy, aż inni się nami zajmą; gdzie decydowano za nas, czekamy na polecenia z zewnątrz. I tylko tam, gdzie przeszliśmy właściwy trening samoobsługi,  automatycznie robimy to właściwie, czyli w sposób, który przynosi nam dobre samopoczucie i zadowolenie z siebie.

Odbicie

Rzeczywistość odbija nasz wewnętrzny świat. Relacje z innymi odbijają naszą relację z samym sobą. Myślimy: „ona taka wspaniała, tak dba niego i dzieci, a ten drań ją zdradza” – a może to ona zdradza siebie samą, neguje swoje potrzeby, lekceważy swoje uczucia, a rzeczywistość to tylko odbija? Oceniamy „taka cudowna matka, całkowicie poświęciła się swoim dzieciom, a one ją zostawiły samą na starość.” A może to ona sama nauczyła swoje dzieci, że one – ich sprawy, potrzeby i uczucia – są ważne, a jej nie, i dlatego jej rzeczywistość tak wygląda? 

Jeśli wierzymy, że rzeczywistość to coś, co nam się przydarza losowo, stajemy się jej ofiarami. Kiedy widzimy rzeczywistość jako konsekwencję swoich wyborów, stajemy się jej twórcami.

A gdybyśmy uwierzyli

A co by było, gdybyśmy uwierzyli, że jesteśmy nieśmiertelną częścią Boga i wybieramy sobie życie na tej planecie jak rolę w sztuce teatralnej? Że i tak wiemy, jak się ona skończy, że możemy wypróbować za każdym razem inną rolę, wcielić się w inny charakter, poszerzyć swoje doświadczenie…? 

Mogłoby się okazać, że nie mamy z kim ani po co rywalizować. Mogłoby się okazać, że im jesteśmy różnorodniejsi, tym sztuka będzie ciekawsza. I na dodatek mogłoby się okazać, że skupiając się na jak najlepszym odegraniu swojej roli mamy z tego masę radochy i satysfakcji.

To, w co wierzymy, określa, jak podchodzimy do życia, kim jesteśmy i kim są dla nas inni ludzie. Wierzymy w to, w co nas nauczono wierzyć, jakie wierzenia odziedziczyliśmy przez automatyczne naśladowanie ludzi wokół siebie. To takie same przekonania jak każde inne, i jak każde inne wymagają zweryfikowania, przepuszczenia przez siebie, przez swoje czucie, swój kontakt z Tym, czego jesteśmy częścią. Nikt nie potrzebuje pośrednika w kontakcie z Bogiem, Miłością czy Wszechświatem – właśnie to przekonanie, że jest inaczej, trzyma nas od Niego z daleka.

Resetowanie przekonań

Powiedzmy, że ktoś w dzieciństwie był wyśmiewany z powodu niskiego wzrostu. Jeśli krytyka pochodziła od osób ważnych i towarzyszyły jej silne emocje, bycie niskim zostało zapisane w umyśle jako słabość – coś, co spowoduje odrzucenie przez innych ludzi. Taki ktoś staje się przewrażliwiony na tym punkcie i stara się zatuszować „wadę” – nosić buty na obcasie, unikać wysokich ludzi, odpowiednio ustawiać się do zdjęć itp.

Kiedy wzorzec zostaje zapisany, reakcje innych ludzi przestają mieć na niego bezpośredni wpływ; jeśli ktoś nie robi na ten temat żadnych uwag, umysł interpretuje to jako „nie zauważył” albo „dał się oszukać” i nie zmienia to w żaden sposób przekonania, że niski wzrost to coś nieakceptowalnego. Jeśli ktoś uzna niski wzrost za atut, też nie spowoduje to automatycznie zmiany samooceny u niskiej osoby, ale może ją zainspirować, żeby przeciwstawiła się swojemu przekonaniu, żeby spróbowała swój wzrost podkreślać, eksponować, żeby przestała się go wstydzić. 


Wtedy jednak umysł zaczyna wariować, bo w niesprzyjających warunkach odzywa się stare przekonanie (niski wzrost powoduje odrzucenie innych), w sprzyjających nowe (niski wzrost może powodować akceptację innych), i jedyne co się dzieje, to zamęt. Powstają mieszane emocje wynikające z powtarzającej się stale zmiany zaszufladkowania przez umysł niskiego wzrostu – raz jest on akceptowalny, innym razem nie, zgodnie z bieżącym doświadczeniem, które albo jest w zgodzie z tym najstarszym, albo nie jest.

Znajdziemy zawsze argumenty potwierdzające oba przekonania – niski wzrost (jak zresztą wszystko inne) może być zarówno problemem, jak i atutem. Tak naprawdę nie ma to znaczenia, bo w obu przypadkach nasze myślenie jest dyktowane przez ten sam lęk tworzony przez założenie, że to akceptacja innych daje nam prawo bytu. To założenie było prawdziwe dla małego dziecka całkowicie zależnego od swoich konkretnych opiekunów, ale nie jest prawdziwe dla osoby dorosłej, samodzielnej i niezależnej, dokonującej własnych wyborów.

Odpowiedź, która resetuje ustawienia umysłu i tworzone przez nie negatywne emocje brzmi: niski wzrost (czy jakakolwiek inna cecha) nie ma związku z miłością, bo miłość jest bezwarunkowa. Może mieć jedynie związek z akceptacją ludzi, którzy nie zamierzają lub nie potrafią nas kochać – ale to my sami decydujemy, jakie miejsce będą zajmować ci ludzie w naszym życiu.

Zaprogramowanie

Rodzimy się bez przekonania, jacy jesteśmy. Pierwsze określenia, jakie słyszymy o sobie, bierzemy za fakt. Wierzymy w nie, więc zachowujemy się zgodnie z nimi. Reakcje innych na nasze zachowanie potwierdzają, że jest tak, jak myślimy, więc nie ma powodu, żeby w to wątpić ani to podważać, tym bardziej z tym walczyć. I możemy nigdy – przez całe życie – nie dowiedzieć się, kim moglibyśmy być bez tych barier utworzonych przez pierwsze, najczęściej przypadkowe założenia… 

Każdy z nas może być tym, kim ktoś go nieświadomie zaprogramował – albo tym, kim wybiera być wbrew swojemu wcześniejszemu doświadczeniu.

Kanał ładowania

Każdy z nas ma jakieś predyspozycje, które wzmacniane przez wychowanie stają się mocną stroną. Wykorzystujemy tę mocną stronę nadmiernie i próbujemy polegać tylko na niej. Generalnie nam to nie służy, bo to tak jakby wykorzystywać tylko jedną rękę lub nogę – druga wiotczeje, a wiodąca w końcu osiągnie kres możliwości. Ważne jest więc, żeby rozwijać także to, czego w nas nie wzmacniano w procesie wychowania. 

Nie zmienia to jednak faktu, że nasze predyspozycje są naturalnym „kanałem ładowania”, czymś, co unieruchomione (jak złamana prawa ręka) ogranicza nam swobodę i radość z życia. Nie chodzi więc o to, żeby blokować swoją mocną stronę, ale żeby nauczyć się jej używać właściwie – dla swoich prawdziwych potrzeb, nie dla zaimponowania innym, i we współpracy z pozostałymi obszarami swojego ja.

„Transfert” (2018)

Każdy psychoterapeuta nosi w sobie pacjenta. I dopóki go nie wyleczy, nie pomoże też innym. Nie wiem, na ile ten film ma szansę być zrozumiały dla ludzi spoza branży, ale do mnie bardzo przemówił. Jest niezwykle symboliczny i metaforyczny, więc trudny w odbiorze dla widzów szukających dosłowności w obrazie i sensu w narracji. Taki film bardziej dla duszy niż głowy.