„Spacer w chmurach” (1996)

Bardzo lubię ten film i chętnie do niego wracam. Za każdym razem od nowa podziwiam kręgosłup moralny głównego bohatera i wraca do mnie pytanie: czy musi być tak, że tylko ci, którzy nie doświadczyli miłości, potrafią ją docenić, potrafią zrobić z niej swój priorytet, potrafią być jej wierni? Czy musi być tak, że trzeba coś stracić, żeby to docenić? Czy musi być tak, że kiedy jakiś rodzaj dobrobytu mamy od urodzenia, to przestajemy to zauważać, być za to wdzięczni, doceniać to? Czy musi być tak, że „trudne czasy tworzą silnych ludzi, silni ludzie tworzą dobre czasy, dobre czasy tworzą słabych ludzi, a słabi ludzie tworzą trudne czasy”(G. M. Hopf)…?

Jaszczurczy ogon

Jaszczurka, która znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, odrzuca własny ogon, żeby umknąć z życiem. Kiedy małe dziecko doświadcza presji ze strony swoich opiekunów, reaguje podobnie – oddaje część siebie, swojego „ja”, żeby nie doświadczyć odrzucenia. Kiedy nie wolno mu okazać swoich emocji, odcina się od nich. Kiedy nie wolno mu mieć swojego zdania w żadnej sprawie, przestaje myśleć. Kiedy nikogo nie interesuje ani nie zachwyca jego indywidualność, nie rozwija jej. 

Kiedy dziecko czuje, że jakaś jego część budzi u rodziców negatywne emocje i reakcje, porzuca ją jak jaszczurka ogon – żeby przeżyć (nie doświadczać braku miłości, emocjonalnego odrzucenia). Im bardziej warunkowa jest akceptacja opiekunów, tym bardziej dziecko porzuca siebie, swoje prawdziwe „ja” na rzecz rodzicielskiej wizji tego, kim powinno być, jakie powinno być. Wyrzeka się siebie, żeby zasłużyć na rodzicielską miłość. W jego umyśle powstaje przekonanie, że nie można być sobą, żeby być kochanym, żeby doświadczać miłości.

To przekonanie nie znika, dopóki nie zostanie świadomie zmienione. Dziecko, które nauczyło się nie być sobą, żeby być kochane, jako dorosły robi to nadal. Oddaje kawałki siebie, poddając się presji, poświęca siebie „dla świętego spokoju”: tłumi emocje, nie ma własnych opinii, łatwo idzie na ustępstwa, rezygnuje z ważnych dla siebie rzeczy, zajęć czy relacji. I kiedy okazuje się, że już nie ma czego oddać, a presja czy roszczenia się nie zmniejszają, dochodzi do ściany. Jedni w takiej sytuacji się poddają i popadają w depresję, inni zaczynają odgrzebywać siebie spod gruzów, walczyć o prawo do bycia sobą, do własnych emocji, myśli, poglądów, wyborów, decyzji i granic.

To, co budujemy na bazie swojego prawdziwego ja, tworzy pozytywne emocje i relacje, wzmacnia nas i rozwija. To, co budujemy na bazie swojego wizerunku powstałego z odcięcia części siebie jest jak maska, którą wciąż musimy przytrzymywać, żeby nie odpadła. Ta maska („ego”) powstała po to, żeby utrzymać akceptację innych, ale w rzeczywistości dostarcza nam mieszanych uczuć; oprócz satysfakcji, że działa, przynosi niepokój, lęk i wyczerpanie udawaniem.

Warto więc zadać sobie pytanie, na jakie ustępstwa jesteśmy gotowi pod cudzą presją, poddając się autorytetom w różnych sprawach, naciskom rodziny, znajomych, presji społecznej, wymaganiom środowiska, w którym żyjemy i pracujemy.

Warto też popatrzeć jeszcze głębiej, bo istniejące przekonanie żyje swoim życiem, rozrasta się i przybiera nowe kształty. Możemy przestać bać się odrzucenia rodzica, a nawet w ogóle innych ludzi, ale stawiać sobie cele, które wymagają od nas porzucenia, wyparcia się jakiejś części siebie – zgodnie z pierwotnym przekonaniem, że można coś dostać czy osiągnąć tylko wtedy, kiedy nie jest się sobą, kiedy się udaje. Mój znajomy napisał kiedyś ku refleksji takie pytanie: „Ile jesteś gotowy/a zapłacić za pieniądze, które zarabiasz?”…Na ile wyrzeczeń jesteś gotowy/a, żeby zdobyć swój cel? Czy droga do szczęścia prowadzi przez nieszczęście? Czy radość osiąga się przez cierpienie? Czy osiągniecie sukcesu wymaga porzucenia tego, co nam w duszy gra?

W co wierzymy, to dla siebie tworzymy.

Mini-przewodnik (1)

„Czy jesteśmy swoimi emocjami czy myślami? Jednym i drugim? A może żadnym z nich?

Zanim zdecydujemy, czy utożsamiać siebie ze swoimi emocjami, zadajmy sobie pytanie, czym w ogóle są emocje. Często myślimy o nich jak o niewidzianej sile, która przychodzi kiedy chce, i robi z naszym samopoczuciem co chce, niemal bez naszego udziału. Tak to możemy odczuwać, ale prawda jest znacznie mniej magiczna, a dużo bardziej racjonalna. Gdyby człowiek był samochodem, emocje byłyby lampkami kontrolnymi, które sygnalizują co się dzieje – te ostrzegawcze (emocje negatywne) zapalają się, kiedy występuje awaria. Taka jest właśnie rola emocji – informować „centrum dowodzenia”, jaki jest stan systemu, którym jesteśmy; czego nam potrzeba, a co jest dla nas zagrożeniem; czy podejść, czy uciec. 
Kiedy emocje nas ostrzegają, są odczuwane jako nieprzyjemne, nazywa się je „negatywnymi emocjami”; odruchowo próbujemy z nimi walczyć jak z wrogiem. Tylko że walczenie z emocjami jest jak walczenie z lampkami kontrolnymi w samochodzie: można coś z nimi zrobić – przykryć, zamalować, rozbić – ale to nie zmienia faktu, że awaria, którą sygnalizowały, pozostaje. I to ona powinna przyciągnąć naszą uwagę, nie same emocje, które są jedynie posłańcami. Szczególnie, że emocje są nieśmiertelnymi posłańcami – wysłuchane odchodzą same, ale zabić ich nie można. Powiem więcej – o ile zabicie posłańca generalnie nie rozwiązuje problemu, o którym przyszedł powiedzieć, o tyle próba zabijania posłańca, któremu na miejscu jednej ściętej głowy wyrastają dwie nowe, to już zupełnie bezsensowna praktyka…

Skoro nic to nie daje, dlaczego mimo to walczymy z nieprzyjemnymi emocjami? 

Bo ich nie rozumiemy, nikt nas nie uczy czym są. A są doskonałymi informatorami, choć jednocześnie fatalnymi doradcami, i może stąd taka ich zła opinia. Przekonał się o tym każdy, kto zadziałał na silnych emocjach – powiedział za dużo i za mocno czy podjął gwałtowną, nadmiarową decyzję. Emocje przynoszą informację – im są silniejsze, tym sprawa pilniejsza i wymaga szybkiego rozpatrzenia, ale nie natychmiastowego działania: ani przeciwko emocjom, ani przeciwko tym, którzy te emocje wzbudzili, bo wbrew pozorom nie tam leży problem (a dlaczego — wyjaśnię dalej). Kierując się wyłącznie emocjami, w zwierzęcy, biologiczny sposób walczymy o swoje dobro, nie dbając o innych, nie widząc konsekwencji społecznych, nie dopuszczając innych danych. Działając w złości i gniewie robilibyśmy innym krzywdę, kradlibyśmy z zazdrości, zabijali z nienawiści. Coś nas przed tym powstrzymuje – jednych bardziej, innych mniej, ale jednak. 

Co to takiego?…”

Pozwolę sobie tutaj na mały suspens 😉
Powyższy tekst to fragment mojego mini-przewodnika „Kim jestem?”. Jeśli jesteś ciekawa/y dalszego ciągu, napisz do mnie na adres amzpsycholog@gmail.com – prześlę Ci go za darmo, po polsku albo po angielsku, jak wolisz. W zamian proszę jedynie o jakiś gest wsparcia – polecenie komuś mojej książki, tego przewodnika lub moich usług jako psychologa. Może być w sieci albo w realu, pisemnie lub ustnie, teraz lub później, po przeczytaniu, bez znaczenia. Jeśli lubisz i wspierasz to, co robię, z radością podzielę się z Tobą swoją wiedzą 🙂

„K-PAX” (2001)

Ostrzeżenie: poniższy tekst można uznać za spoiler (może zepsuć przyjemność oglądania filmu po raz pierwszy).

Kiedy doświadczamy traumy, emocje zostają zamknięte niczym w pudełku. Umysł „otorbia” je, izolując cały powiązany z nimi obszar. Mniejszy lub większy – czasem po wypadku nie potrafimy ponownie wsiąść do samochodu, a czasem na skutek zbyt bolesnych doświadczeń dochodzi do rozszczepienia osobowości lub zmiany całej tożsamości. Gdy jedna część staje się „martwa”, pozostała zostaje zasilona w dwójnasób, jak przy każdej kompensacji. Może przekraczać granice, może stać się „genialna”, może inspirować innych. Ale dla swojego właściciela jest jedynie mechanizmem obronnym, zastępnikiem prawdziwego pełnego „ja”, życiem warunkowym. Jest jak granie roli na scenie, za którą otrzymuje się wielki aplauz, ale nie można poczuć satysfakcji, bo nigdy nie przestaje się być graną postacią – albo przestaje się istnieć.

Kiedy umysł uzna emocje za zagrażające przetrwaniu, dzieli się na dwie tożsamości, dwa równoległe światy. Jeden jest jak przerażające więzienie bez wyjścia, drugi jak piękny sen o wszechmocy. Życie w jednym z nich ze świadomością istnienia tego drugiego tworzy stały niepokój, lęk, cierpienie. Ukojenie może przynieść jedynie ponowne połączenie ich w jedną autentyczną rzeczywistość. Jedynym, ale koniecznym warunkiem tego procesu jest odtworzenie, uznanie i zaakceptowanie tych emocji, które spowodowały rozdział „ja”. To z kolei jest możliwe wtedy, kiedy wiara w miłość jest większa niż doświadczony lęk przed jej utratą.

Lęk jest sprawcą dysfunkcji umysłu, który zmienia metabolizm. Leki mogą w jakimś stopniu przywrócić właściwy metabolizm (znieść objawy), ale nie mogą przywrócić wiary w miłość, która uzdrawia. To lekarstwo możemy wytworzyć tylko sami dla siebie.

Autodefiniowanie

Prawdą jest, że trzeba uznać ograniczenia rzeczywistości, bo nie zmieni ona swoich praw tylko dlatego, że nam się nie podobają – ale nie po to, żeby się do niej dostosować rezygnując z siebie, tylko po to, żeby określić własną tożsamość wobec niej. Im trudniejsza jest ta rzeczywistość, tym bardziej wymusza na nas zdefiniowanie siebie, swoich wartości, tego, w co wierzymy, kim jesteśmy, jak chcemy żyć.

Prawdą jest, że trzeba zaakceptować innych ludzi takimi jacy są, bo nie zmienią się dla naszego widzimisię – ale nie po to, żeby się do nich dostosować rezygnując z siebie, tylko po to, żeby w zderzeniu z nimi rozpoznać własne potrzeby i zdefiniować własne marzenia. Im większym wyzwaniem stają się dla nas inni ludzie, tym silniej odzywa się w nas niezgoda na bycie kimś mniej niż jesteśmy.

„Oddychaj” (serial, 2022)

Sądząc po ocenach, dla większości to nieudany dreszczowiec. Dla mnie to przepiękna metaforycznie opowieść o tym, jak mechanizmy obronne zabierają nam z życia to, co w nim najlepsze i doprowadzają nas do ściany, do walki o przeżycie; jak to, co dostaliśmy od opiekunów i to, co w sobie wykształciliśmy nie dostając tego, czego potrzebowaliśmy, prowadzi nas w tej wędrówce wgłąb siebie; jak umieramy wielokrotnie i wciąż wstajemy, żeby iść dalej; jak stare traumy rodzą nowe; jak te same uczucia spajają zupełnie różne obrazki; jak obejmując zrozumieniem siebie i innych i uwalniamy się od przeszłości i rodzimy się na nowo, dając życie nowemu.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak można przetłumaczyć czucie na obraz. Kwestia przeżycia fizycznego to tylko pretekst do pokazania jak walczymy o przetrwanie emocjonalne. Każda scena ma tu symboliczne znaczenie, każde wspomnienie łączy pozornie odrębne wątki, nawet logika umysłu oddana jest niesamowicie realnie. Dlatego każdy zobaczy w tym serialu tyle, ile potrafi. Ci, którzy unikają kontaktu ze sobą, po prostu się znudzą rozbudowaną warstwą metaforyczną. Ci, którzy odbyli wewnętrzną podróż w swoją przeszłość, żeby tworzyć inną przyszłość, połączą kropki i zobaczą to, niewidoczne dla innych. Czy może raczej poczują 🙂

Miłość nie ma definicji

Miłość jest jak zupa 😉 Może mieć wiele składników i wiele smaków. Może przeważać jeden składnik, może jakiegoś składnika w niej nie być. Bez względu na różne proporcje zawartości zupa pozostaje zupą (a miłość miłością).

Dopóki jednak emocjonalnie pozostajemy dziećmi, dopóty nie jesteśmy w stanie odczuć miłości w innych formach (smakach) niż ta, która dominowała w naszym dzieciństwie. Dominująca forma miłości to taka, której nam najbardziej brakowało, albo taka, która występowała w nadmiarze (zastępowała inne sposoby wyrażania miłości). Umysł definiuje miłość za pomocą naszego najsilniejszego doświadczenia emocjonalnego, najczęściej jednej postaci bliskości, sprawiając jednocześnie, że stajemy się niewrażliwi na pozostałe jej rodzaje. Próbujemy za wszelką cenę zmusić innych do dania nam tego obrazka, który tkwi w naszym umyśle – może to być na przykład kontakt fizyczny, wspólne spędzanie czasu, słowne komunikowanie uczuć, specyficzne gesty (prezenty, niespodzianki), wsparcie emocjonalne czy „techniczne” dbanie o komfort i dobro drugiej osoby. Kiedy nam się to nie udaje, czujemy się głęboko rozczarowani i pokrzywdzeni, w swoim odczuciu pozbawieni miłości, bo inne jej formy nas nie cieszą, nie doceniamy ich, często nawet nie zauważamy. Kłopot w tym, że nawet kiedy udaje nam się zmusić czy nakłonić innych do dania nam tego, czego pragniemy, nasz błogostan trwa tylko chwilę, jak podczas działania substancji psychoaktywnej. I tak samo uzależnia zamiast przynieść szczęście.

Tęsknimy za tym, co w naszym doświadczeniu sprawiło, że zdefiniowaliśmy w sposób praktyczny bliskość, akceptację i wsparcie. Wracając do metafory zupy: jeśli ta ulubiona w dzieciństwie zawierała mnóstwo pysznej marchewki, uwielbiamy marchewkę, zupa bez marchewki nie istnieje. Ale jest też podobnie, jeśli zupa w ogóle nie zawierała marchewki, a inne składniki nam nie smakowały, bo uważamy, że to ta nieznana brakująca marchewka nadałaby wszystkiemu smak. W obu przypadkach rzucamy się więc na marchewkę, ze zdziwieniem odkrywając, że żadna ilość marchewki nie smakuje jak pyszna zupa… Żadna ilość słów, gestów czy jakichkolwiek form wsparcia ze strony innych nie sprawi, że poczujemy się kochani. Możemy jedynie uzależnić się od tych przemijających „dowodów” na to, że jesteśmy ok.

Dzieje się tak dlatego, że umysł definiuje wszystko na podstawie pierwszych doświadczeń. Kiedy coś zostaje w nim zapisane jako wzorzec, inni ludzie tracą wpływ na nasze przekonania. Jeśli wskutek krytyki opiekunów nabędziemy jakiegoś kompleksu, potem już żadna ilość komplementów tego nie wymaże. Może jedynie zainspirować nas do przeformułowania opinii o sobie. Innymi słowy, jeśli czegoś nam zabrakło w dzieciństwie (a najczęściej jest to po prostu zrozumienie tego, co czujemy i jak myślimy, żeby nas właściwie wspierać), to już nie dostaniemy tego od innych ludzi. Oni jedynie mogą pokazać nam, jak mamy sami to zrobić dla siebie; jak możemy dać sobie bezwarunkową akceptację, zrozumienie i wsparcie.

Dopiero kiedy zaleczymy dziecięce traumy, zaczynamy zauważać, że nawet bez pewnych składników zupa pozostaje zupą, i to smaczną zupą, bo sami ją doprawiamy według swojego gustu. Kiedy dziecięce tęsknoty przestają nam przesłaniać i deformować rzeczywistość, zaczynamy zauważać też inne postacie miłości (odkrywać inne smaki składników w naszej zupie). To sprawia, że zamiast czuć się pozbawieni miłości z powodu braku jakiejś jej postaci, zaczynamy czuć się kochani z powodu pozostałych. Wtedy miłość w naszym życiu zamiast przemijającym fajerwerkiem staje się stałym stanem. 

Po raz pierwszy musimy pokonać lęk separacyjny, kiedy jesteśmy niemowlakami – musimy nauczyć się, że matka (miłość) nie znika na zawsze, kiedy przestajemy ją widzieć. Potem robimy to ponownie wielokrotnie – uczymy się, że przeżyjemy bez opiekuna przy boku (w przedszkolu, w szkole, nocując poza domem, wyjeżdżając z rodzinnego domu na stałe). Aż nabędziemy przekonania, że jesteśmy niezależni, samodzielni, zaradni – dorośli w sensie fizycznym i intelektualnym. Emocjonalnie i duchowo stajemy się dorośli wtedy, kiedy pokonamy lęk separacyjny wobec Boga/Wszechświata.

Wybór i umiejętność

Miłość jest nie tylko wyborem, ale i umiejętnością. Jesteśmy dumni, kiedy ktoś się w nas zakochuje, bo odbieramy to jako potwierdzenie swojej wyjątkowości. Ale gwarantem trwania tego wyboru i tej relacji jest umiejętność kochania ludzi w ogóle – umiejętność tolerancji, akceptacji, zrozumienia, empatii; umiejętność traktowania potrzeb i emocji innych na równi z własnymi.

O emocjonalnej dojrzałości

W procesie wychowania i socjalizacji rozwijamy pewne części siebie bardziej niż inne. Dzieje się to w zależności od wsparcia i wymagań naszego otoczenia, szczególnie osób dla nas ważnych. Gdzieś przesuwamy swoje granice kosztem innych osób, bo nam na to pozwalają. Gdzieś indziej oddajemy swoje „terytorium” pod cudzym naciskiem, czyjąś presją. Im mniej wewnętrznie zrównoważeni są ludzie, którzy nas otaczają, tym bardziej my sami uczymy się funkcjonować w taki sam sposób. Niezależnie od tego, czy naśladujemy innych czy im się przeciwstawiamy, zamykamy siebie w schemacie, który ma dwa skrajne końce, dwie skrajne role: reagujemy jak zależne dziecko, albo mający władzę rodzic. Wykonujemy albo wydajemy polecenia. Puszczamy innych przodem albo wpychamy się przed nich. Jesteśmy albo ofiarami albo agresorami. Krzyczymy albo płaczemy. Słuchamy innych albo mówimy o sobie. Zagadujemy na śmierć albo milczymy. Pędzimy bez tchu albo śpimy. Robimy wszystko naraz albo padamy i tkwimy w bezruchu. Żądamy cudzego albo oddajemy własne. Atakujemy albo się bronimy. 

Miotamy się pomiędzy zwycięstwem a porażką i nic nie przynosi nam spokoju ani dobrego samopoczucia. Narasta jedynie zmęczenie i rozczarowanie. Te emocje mówią nam, że działamy w schemacie „lepszy – gorszy”, „zwycięzca – przegrany”. Jest to wbrew naszej naturze, która każe nam szanować siebie i innych na równi.

Silne jednorodne wzorce w dzieciństwie prowokują nas do przeciwstawiania się im. Szukamy ich odwrotności, drugiego ekstremum, stwarzamy rozbieżności. Rozbieżne wzorce już same w sobie powodują sprzeczne przekonania i funkcjonowanie w skrajnych rolach. Przerzucamy się z jednego krańca w drugi, jakbyśmy w różnych sytuacjach (wobec różnych „wyzwalaczy”) używali różnych tożsamości. To bardzo męczące, wyczerpujące energetycznie i emocjonalnie. Jednocześnie jest jednak konieczne, żebyśmy poznali swoją wszechstronność i zdali sobie sprawę z możliwości wyboru swojego zachowania (mogę tak i tak, umiem tak i tak). Jeśli to sobie uświadomimy, możliwe staje się wyjście poza ten schemat, znalezienie równowagi.

Jeśli uda nam się zaobserwować, gdzie zachowujemy się jak emocjonalne dziecko (bezbronna ofiara innych ludzi i okoliczności), a gdzie jak emocjonalny rodzic (nadużywający kontroli), to możemy przestać pełnić te nienaturalne role, które przysparzają nam mnóstwa negatywnych emocji. Wystarczy uświadomić sobie, że bez względu na stare zapisy w naszym umyśle, w rzeczywistości nie jesteśmy już dziećmi (nikt nie ma nad nami kontroli, jeśli jej komuś nie oddamy) i nie jesteśmy wobec innych ludzi „rodzicami”, bo de facto nie mamy nad nimi władzy, a nawet żadnego prawa, żeby decydować za nich, pouczać ich czy chronić, działać za nich, w ich imieniu. Kiedy zadamy sobie pytanie „kim jestem?” i odkryjemy, że w rzeczywistości to my i tylko my mamy władzę nad sobą i tym samym kontrolujemy własne życie, to przestajemy utożsamiać się z tymi rolami znanymi z dzieciństwa,  stajemy się autonomiczni, zrównoważeni, stabilni – dorastamy emocjonalnie. Nauczenie się tej nowej roli wymaga uważności – żeby „złapać się” na emocjach i reakcjach z poziomu dziecka czy rodzica, oraz treningu – żeby zmienić tę reakcję wbrew swoim automatyzmom. 

Na przykład jeśli ktoś zachowuje się wbrew naszym oczekiwaniom, a my demonstrujemy swoje emocje fochem, płaczem, wykrzykiwaniem swoich żali, wygłoszeniem kazania czy wywieraniem presji, to nie ma w tej relacji partnerstwa, jest zmienny układ rodzic-dziecko (zamiana ról może się dokonywać nawet w trakcie jednej wymiany zdań, choć najczęściej w danej sytuacji jedna osoba reaguje z poziomu dziecka, druga z poziomu rodzica, a w innej sytuacji może być odwrotnie). Jeśli potrafimy nazwać swoje emocje (jestem rozczarowany/a, mam poczucie krzywdy, czuję się rozżalona/y, jestem wściekły/a, itd.) i zrozumieć skąd pochodzą (czy odzywa się w nas bezsilne dziecko – ofiara innych lub zlekceważony, urażony rodzic tracący kontrolę), to taka autodiagnoza jasno nam pokaże, że nasz umysł nie zaktualizował się do tego, co jest – do roli dorosłego, do bycia partnerem dla innych ludzi. Musimy go przeprogramować „ręcznie” – dać sobie doświadczenie, że postawa partnerska (samoświadomość i aktywne wybieranie) opłaca się emocjonalnie znacznie bardziej niż tkwienie w starych rolach, które odbierają nam moc (każą czekać na litość innych lub popychają do ich kontrolowania).

Gdyby przyjrzeć się z boku, to większość naszych interakcji cechuje komunikacja z roli dziecka lub z roli rodzica. Są tam dziecięce emocje (bezradność na zmianę z próbami kontrolowania sytuacji) i dziecięce przekonania (że na nic nie mamy wpływu, albo że możemy mieć wpływ jedynie poprzez jakąś formę przemocy). Takie relacje nie są satysfakcjonujące i zawsze przynoszą lub pozostawiają negatywne emocje, „emocjonalnego kaca”. 

Kiedy świadomie zobaczymy w sobie osobę dorosłą, niezależną, dokonującą wyborów i ponoszącą konsekwencje tych wyborów, zyskujemy prawdziwy wpływ na swoje życie i możemy tworzyć relacje partnerskie z innymi ludźmi. Oznacza to, że nie szukamy winy na zewnątrz siebie, w innych ludziach i sytuacjach, a przyglądamy się swoim wewnętrznym sterownikom („jak mogę to zrobić inaczej”); że bierzemy odpowiedzialność za wszystko, co robimy, i uczymy się na swoich błędach; że nie obarczamy innych swoimi negatywnymi emocjami, tylko próbujemy je zrozumieć i wykorzystać do poprawy swojego samopoczucia; że uczymy się komunikować z innymi jasno i otwarcie; że szanujemy zarówno siebie, jak i innych, przyznając obu stronom te same prawa, jeden standard. 

Dojrzewając emocjonalnie zamieniamy nieaktualne przekonanie „mogę być dzieckiem albo rodzicem” na „jestem dorosły i niezależny”; przekonanie „mogę wygrać albo przegrać” na „możemy współpracować”; przekonanie „jestem ważniejszy/mniej ważny” na „jesteśmy jednakowo ważni”. Jest to przejście od dziecięcego „ja” do dojrzałego „my”. Tam prowadzą nas nasze emocje, jeśli zechcemy i nauczymy się ich słuchać. Niektórzy docierają do takiej dojrzałości emocjonalnej jeszcze przed osiągnięciem dorosłości, inni nie dorastają do partnerstwa nigdy, bez względu na wiek metrykalny.