Kontakt ze sobą

Wrażliwość to kontakt z duszą. Tracimy ten kontakt tam, gdzie przerwał go odziedziczony od opiekunów lęk, zachowujemy go tam, gdzie umysł go nie zablokował swoimi mechanizmami obronnymi.

Wrażliwość powoduje, że się rozwijamy – czujemy, co w danym obszarze (fizyczności, intelektu, emocjonalności) nam nie pasuje, czego nie chcemy, co się nie sprawdza, a co jest z nami kompatybilne, dla nas korzystne, wzmacnia nas, przynosi radość i satysfakcję. Wrażliwość, czucie, jest jak podpowiedź, która motywuje nas do zmiany w naturalny, bezbolesny, radosny sposób. Każda zmiana w jednym miejscu powoduje jednak zgrzyt, niedopasowanie, konflikt z zablokowanymi obszarami; jest jak krzyk, który dociera tam, gdzie nie dotarł szept; powoduje gwałtowną i bolesną zmianę, konieczną, żeby zablokowane obszary dołączyły do pozostałych i współpracowały.

Kiedy spotykają się osoby o podobnej sile wrażliwości, lecz przejawiającej się w przeciwnych, uzupełniających się obszarach, inspirują się nawzajem do rozwoju w perfekcyjny sposób. Razem stanowią całość, ale nie mogą z niej korzystać, bo połowa jest jak za szklaną szybą, niedostępna. Widzą marzenie swojej duszy i nie mogą go dotknąć, wziąć, dostać – więc cierpią. Ale wspólna częstotliwość powoduje, że prowokują się nawzajem tak długo, aż każde z nich odzyska kontakt ze sobą w każdym obszarze swojego ja; aż wrażliwość obejmie na powrót każdy obszar, aż przestaną bać się czuć w każdym zakamarku siebie. Tego chce każda dusza, do tego dąży: do odzyskania tego naturalnego radaru, z którym się rodzimy, i który tracimy mniej lub bardziej w procesie wychowania i socjalizacji; do odzyskania wspólnego języka, połączenia z Wszechświatem.

Wrażliwość to kontakt z duszą, ze sobą, ze swoim rozwojem. Ta wrażliwość ma swoją częstotliwość – z jednymi ludźmi nadajemy na tych samych falach wbrew logice, z innymi nie potrafimy się dostroić mimo sprzyjających okoliczności.

Kontakt

Próbujemy zaspokoić cudze oczekiwania „przez głowę”, za pomocą wiedzy o ludziach, jaką nam wpojono, i wciąż ponosimy porażki.

Jedynym sposobem zrozumienia, czego naprawdę potrzebuje drugi człowiek jest szczery kontakt z własnymi uczuciami, jakie on w nas budzi.

Działać czy być?

Im bardziej intelekt przejmuje dowodzenie, pomijając to, co czujemy, tym bardziej w życiu uzyskujemy formę bez treści, obrazek bez znaczenia, opakowanie bez zawartości.
Bo to kontakt ze sobą kieruje nas ku dobremu samopoczuciu; intelekt kieruje nas ku logicznym, konkretnym, powtarzalnym rozwiązaniom: metodom, sposobom, technikom, które to samopoczucie mają poprawić na chwilę.

Tabletka przeciwbólowa może być pomocna, jeśli używamy jej, żeby doczekać wizyty u dentysty, lub szkodliwa, jeśli używamy jej zamiast wizyty u dentysty. 
Technika, sposób czy metoda mogą być pożyteczne, jeśli potrzebujemy doraźnie i wyjątkowo poprawić swoje samopoczucie czy funkcjonowanie, i mogą być szkodliwe, jeśli stają się nawykiem, bez którego nie potrafimy funkcjonować bezproblemowo. Paradoksalnie dotyczy to zarówno alkoholu, jak i medytacji. 

Jeżeli nie możemy zasnąć, bierzemy tabletkę, pijemy ziółka czy słuchamy muzyki relaksacyjnej – jakaś metoda pomaga nam „włączyć sen”, który nie chce się włączyć sam. Radzimy sobie z problemem, ale to nie likwiduje przyczyny, która go wywołała, i która najprawdopodobniej wywoła go znowu. Gdybyśmy byli w pełnym kontakcie ze swoim ciałem, organizm nie stwarzałby problemu i nie potrzebowalibyśmy żadnej metody czy lekarstwa.
Kiedy jesteśmy w kontakcie ze sobą w jakimś obszarze, nie dopuszczamy do powstania awarii, więc nie potrzebujemy technik do poradzenia sobie z nią.

Każdy problem – fizyczny, intelektualny, emocjonalny czy duchowy – oznacza brak połączenia naszej świadomości z jakąś częścią siebie. Im chętniej sięgamy po techniki i zastępniki, tym bardziej wyrażamy brak akceptacji jakiegoś kawałka siebie. Zgoda na sztuczne „łatki” do cerowania swojej dziurawej rzeczywistości oznacza brak wiary w bezproblemowe funkcjonowanie w pełnym kontakcie ze sobą, w bliskości z innymi i w jedności z siłą wyższą. Bycie zdrowym, szczęśliwym, spełnionym i w stałym kontakcie z Bogiem nie jest powszechne, ale czy to znaczy, że jest niemożliwe?

Wychowanie i socjalizacja powodują, że w odpowiedzi na reakcje ważnych dla nas osób akceptujemy i rozwijamy jedną cześć siebie (która staje się w ten sposób naszą mocną stroną), a odrzucamy i wstydzimy się innej części siebie (która staje się naszą słabą stroną). W obszarze mocnej strony akceptujemy siebie i mamy łatwość tworzenia bliskości z innymi ludźmi, w obszarze słabej strony – dokładnie odwrotnie. Mocna strona uczy nas odwagi przekraczania granic, ekspresji i ekspansji, słaba przypomina nam o potrzebie głębi, trwałości, wyłączności i bezpieczeństwa. Każda z nich ma część informacji potrzebnej do odzyskania łączności z prawdziwym sobą. 
Z tą częścią siebie, którą odrzucamy, nie nawiązujemy kontaktu, z tą, którą akceptujemy, tracimy kontakt, kiedy ją nadmiernie eksploatujemy, kompensując sobie braki w innym miejscu. A wszędzie tam, gdzie tracimy kontakt, używamy sposobu, metody, techniki – czegoś, co na chwilę pozwoli nam na namiastkę tego kontaktu; kontaktu ze sobą, z innymi, z Bogiem. Stąd przekonanie, że musimy „coś robić” – mieć jakiś przepis, metodę, sposób – żeby być zdrowym, żeby być szczęśliwym, żeby mieć satysfakcję z pracy i życia, żeby czuć bliskość drugiej osoby i obecność siły wyższej. A może nie trzeba nic ROBIĆ, tylko wystarczy naprawdę, głęboko, prawdziwie BYĆ?

Być czy działać

Mówią nam: „Słuchaj tylko siebie” – ale często nie wiemy, czy słyszymy siebie, czy wdrukowany w nas głos innych. Idąc za tym drugim często robimy sobie krzywdę, cierpimy. Czy więc „Słuchaj tylko siebie” jest receptą na szczęście?

Mówią nam: „Dawaj innym to, co chcesz od nich dostać, bądź taki, jakim chcesz, żeby ktoś był dla ciebie”. To znaczy bądź miły, szczodry, dobry, życzliwy – zawsze, bez względu co jest po drugiej stronie? Dla kogoś, kto jest roszczeniowy, kto poniża, ograbia, kantuje; dla męża pijaka, dla bandyty, który chce cię pobić i okraść? Dla lwa, który cię zje? Czy to jest droga do zapewnienia sobie szczęścia?

Mówią nam: „Bądź wdzięczny”. A czym różni się zmuszanie się do wdzięczności wbrew temu, co się naprawdę czuje, od życia w swoim schemacie, czyli „robienia czegoś” z emocjami, żeby ich nie przeżywać, nie dopuścić do siebie?

Mówią nam: „Stosuj techniki cały czas, im więcej tym lepiej – afirmacje, medytacje, jogę, mantry, ćwiczenia oddechowe, rytuały chroniące przed złą energią”. To znaczy – rób wszystko, co w Twojej mocy, żeby dużym codziennym wysiłkiem sztucznie podtrzymać stan, w którym naturalnie nie jesteś. Często intencja przypomina tę, z powodu której ludzie sięgają po alkohol i narkotyki – przykryć, zagłuszyć, nie dopuścić do głosu to „złe” w środku…

Nie ma stuprocentowo skutecznej wskazówki rozwojowej, bo absolutnie każdą rzecz możemy użyć dla siebie albo przeciwko sobie. Decyduje o tym intencja – czy robimy to z lęku przed Złem czy z chęci kontaktu z Dobrem; w które z nich wierzymy.

Nie ma uniwersalnych rad, bo nie ma jednej właściwej drogi. Każdy ma swoją – jest nią wyjście poza każdy otrzymany w dzieciństwie schemat. Jeżeli ktoś nauczył się podporządkowywać innym, potrzebuje nauczyć się słuchać siebie. Jeżeli kogoś wychowano na osobę dominującą, potrzebuje raczej nauczyć się słuchać innych.
Jeśli czyimś schematem jest dawanie, namawianie go do bycia bardziej miłym, szczodrym, dobrym i życzliwym oznacza jedynie podkręcanie jego schematu. Jeśli czyimś schematem jest postawa bierna, roszczeniowa, taka rada może mieć sens.
Jeśli komuś od dzieciństwa kazano się uśmiechać i być wdzięcznym nawet za to, czego nie lubił, to namawianie go do wdzięczności tylko utwierdza go w jego schemacie. Jeżeli ktoś uznał za standard fakt, że należy mu się więcej niż innym, praktykowanie wdzięczności za to, co ma, jest tym, czego potrzebuje, żeby złamać swój schemat.
Jeżeli ktoś traktuje techniki samorozwojowi jak zaklęcia mające go chronić przed spotkaniem z tym, czego w sobie nie akceptuje, to jest to ucieczka, nie rozwój. W ten sposób można jedynie dużym wysiłkiem maskować to, czego nie chcemy widzieć, ale nie można poczuć się szczęśliwym.

Naszym ludzkim „grzechem pierworodnym” jest utożsamienie się z umysłem, intelektem, który zaczyna zniekształcać to, co czujemy, dostosowując to do swoich interpretacji, w efekcie często każąc nam chcieć tego, co nas krzywdzi. 
„Odrodzenie” polega na ponownym skontaktowaniu się ze swoimi uczuciami bez pośrednictwa umysłu. Na spotkaniu z tym, co czujemy – bez oceniania, usprawiedliwiania, racjonalizowania, ignorowania, pomniejszania i powiększania. Oznacza to, że pozwalamy sobie czuć to, co naprawdę czujemy, bez lęku, że jest to „nieodpowiednie” i że to czyni nas złymi ludźmi. 
Wbrew pozorom jest to ogromne wyzwanie, wymagające od nas podważenia całego naszego doświadczenia i wytworzonego przez nie lęku; wymagające aktu wiary, że wszelki lęk jest wytworem umysłu, że nie ma w nas nic nieakceptowalnego; że nasza ludzka natura jest dobra.

Emocje to instynkt, umysł to narzędzie. Utożsamiając się z instynktem stajemy się podobni do zwierząt, utożsamiając się z umysłem, stajemy się podobni do zautomatyzowanych robotów. Nie jesteśmy ani jednym, ani drugim, jesteśmy świadomością, która zarządza umysłem i emocjami – używa jednego do zrozumienia drugiego, pozwalając na elastyczne i bezbłędne wybieranie tego, co naprawdę nam służy.
Będąc w prawdziwym, głębokim kontakcie ze sobą (utożsamiając się ze swoją świadomością, nie emocjami, nie umysłem) nie potrzebujemy nic robić, żeby być miłością – po prostu nią jesteśmy.

Muszę

Małe dzieci kierują się wyłącznie swoimi potrzebami – jedzą, piją, sikają czy śpią wtedy, kiedy tego potrzebują. Potem uczą się funkcjonować w społeczeństwie, co niestety nie oznacza uwzględniania potrzeb innych ludzi, ale potrzeby systemu. Jemy kiedy mamy przerwę albo kiedy nam podadzą jedzenie, nie mamy czasu pić i sikać, a sen jest pierwszą rzeczą, z której rezygnujemy, kiedy zaczynamy żyć w niedoczasie.

Podobnie dzieje się z naszymi potrzebami emocjonalnymi. W dzieciństwie manifestujemy je bez zahamowań, potem lęk każe nam je zastępować namiastkami albo uciszać używkami, tracimy z nimi kontakt. 

Całe życie jesteśmy uczeni, żeby żyć według grafika, a raczej wielu grafików, a nie własnych potrzeb i zmieniających się okoliczności. Dlatego wciąż mamy wrażenie, że idziemy pod górę, dźwigając mnóstwo „muszę”. A gdyby spróbować odrzucić tak wiele „muszę” jak to możliwe, posłuchać swojego prawdziwego „ja” i głosu natury rzeczy – tego, co się dzieje i próbuje się z nami skontaktować? Mogłoby się okazać, że nic i nikt na tym nie ucierpi, co więcej, życie stanie się lekkie i proste, jak wszystko co naturalne.

Głos prawdziwego ja

Chcemy podążać za głosem swojego prawdziwego „ja”, bo to sprawia, że dobrze się czujemy. Początkowo słabo go słyszymy, bo zagłusza go ego – głosy wszystkich tych, którzy nas uformowali. W miarę jak rozpoznajemy te cudze głosy, one cichną i słyszymy siebie coraz bardziej. Ale ich echo potrafi także zdeformować sposób, w jaki siebie słuchamy i w jaki chcemy się realizować. A jak się robi coś prawidłowo, ale za szybko lub za wolno, za głęboko albo zbyt powierzchownie, za bardzo albo zbyt powściągliwie, to efekty nie są takie, jakich byśmy sobie życzyli. 

Słuchanie siebie bez zakłóceń i bez pośpiechu, bez filtrów swojej przeszłości i zakłóceń teraźniejszości jest wyjątkową umiejętnością – trudno o lepszy kompas w życiu.