Gotowanie żaby

Podobno (nie sprawdzałam!) żywa żaba wrzucona do gorącej wody wyskakuje z niej jak oparzona, ale włożona do zimnej wody i podgrzewana daje się ugotować. Obrazek może mało humanitarny, ale trafnie oddający istotę wszelkiej krzywdy, którą sobie fundujemy.


Jeśli ktoś nas jawnie i gwałtownie zaatakuje, zazwyczaj nie mamy wątpliwości, że musimy się bronić i po prostu to robimy. Ale jeśli ktoś jest dla nas długo miły, a potem tylko trochę nieuprzejmy, a potem czasami grubiański, a potem się nad nami znęca – to jak ta żaba tracimy zdolność do właściwego reagowania i pozwalamy się skrzywdzić.


Patrząc z zewnątrz na przemoc domową mówimy: „Jak on/ona może pozwalać na coś takiego?!”, ale patrząc od wewnątrz nie widzimy granicy krzywdy, bo przesuwa się ona płynnie, niezauważalnie, jak tylko przyzwyczaimy się do poprzedniego stanu. A człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego, dosłownie do wszystkiego. Co nie oznacza, że nie ma dla niego ratunku. Wręcz przeciwnie – każdy z nas ma wbudowany wewnętrzny radar, który go ostrzega przed niebezpieczeństwem: emocje.


Ci, którzy lekceważą i racjonalizują swoje poczucie krzywdy („nic się nie stało, każdy może mieć gorszy dzień”, „wiem, że mu naprawdę na mnie zależy, więc to nie ma znaczenia”, „każdemu się zdarza wybuchnąć, to przecież dobry człowiek”, „inni mają gorzej”, „tak naprawdę ona nie chciała”), tracą zdolność do samoobrony. Bo nasz generalizujący umysł nie widzi, że zachowanie człowieka nie jest jego niezmienną cechą, tylko nawykiem; brak akceptacji czyjegoś zachowania nie oznacza odrzucenia całej osoby – czyjeś zachowanie jest jego wyborem, na który możemy się zgodzić albo nie. Problem w tym, że niskie poczucie własnej wartości każe nam zgadzać się na wszystko co dostajemy – bo możemy przecież nie dostać nic…

Ci, którzy traktują swoje emocje jak informatorów, powiadamiających o naruszeniu swojego poczucia własnej wartości – i komunikują to drugiej stronie – zatrzymują ten stan, które ich satysfakcjonuje, a to zwrotnie zwiększa ich poczucie własnej wartości i tworzy satysfakcjonujące relacje z innymi.

Zwracajmy uwagę na rzeczy małe, wewnątrz siebie i na zewnątrz – jeśli zatrzymamy pierwszy spadający kamyk, nie będzie z niego lawiny. Bo przecież żaden dzieciak próbujący pierwszego papierosa nie wybiera świadomie raka płuc, żaden ciekawski nastolatek sięgający po środek odurzający nie zamierza skończyć jako narkoman na ulicy, żadna dziewczyna tolerująca imprezowy tryb życia swojego chłopaka nie zakłada, że stanie się żoną alkoholika. Po prostu wszyscy przywykamy jak żaba do gorącej wody – aż kończymy we wrzątku…

Wadliwe skojarzenia

Kiedy rodzice nadużywają zaufania i otwartości dziecka, używając informacji o jego emocjach do kontrolowania go (wykorzystują jego naturalną autentyczność, jednocześnie nie dopuszczając go do swoich prawdziwych emocji), u dziecka tworzy się przekonanie „bliskość prowadzi do manipulacji, bliskość to oszustwo”.

To nieuświadomione przekonanie nie pozwala mu na kontakt ze sobą samym („im lepiej siebie znam, tym gorzej się z tym czuję”, „im bardziej siebie akceptuję, tym trudniejsze do akceptacji obszary się ujawniają”, „im jest mi ze sobą lepiej, tym bardziej jestem samotny”) i na zasadzie samospełniającej się przepowiedni tworzy rzeczywistość, w której bliskie osoby zachowują się nie fair. Umysł z takim przekonaniem próbuje rozwiązać konflikt pomiędzy dążeniem do bliskości a unikaniem krzywdy redukując to pierwsze do minimum (mało bliskości znaczy mało cierpienia). Kiedy naturalny instynkt, tęsknota za bliskością wygrywa, więcej bliskości tworzy więcej krzywdy i cierpienia. Próby zablokowania dążenia do bliskości powodują depresję, próby dążenia do bliskości powodują doświadczanie krzywdy. I tak w kółko.

Każdy z nas ma zapisane dziecięce skojarzenie z bliskością. Czasem jest to „bliskość krzywdzi”, a czasem, kiedy rodzice nagradzają wyjątkową emocjonalną bliskością skruchę u dziecka, jest to „żeby doznać bliskości, trzeba najpierw przekroczyć granice, zachować się niewłaściwie, skrzywdzić”. W każdym przypadku wadliwa definicja bliskości powoduje, że dążenie do niej staje się dążeniem do krzywdy i przemocy – wobec siebie lub wobec innych, co skutecznie bliskości zapobiega.

Definicja bliskości

Rodzice tworzą taką bliskość z dzieckiem, jaką potrafią, a tym samym przekazują mu swoje ustawienia umysłu, w tym swoje własne traumy.

Rodzice z niskim poczuciem własnej wartości mają tendencję do wykorzystywania swojej przewagi nad dzieckiem – fizycznej, intelektualnej, emocjonalnej. Starają się zmusić dziecko do uległości (podobieństwa do siebie) czy to przemocą fizyczną (kary cielesne, fizyczna separacja), czy manipulacją intelektualną (żartowanie z dziecka, wyśmiewanie, przekazywanie nieprawdziwych informacji), albo kontrolą emocjonalną (zmuszanie dziecka do wyrażania swoich emocji i używanie ich przeciwko niemu).

Dzieci krzywdzone nie przestają kochać rodziców, przestają kochać siebie. Mając niskie poczucie własnej wartości naśladują rodzicielskie przekonanie, że bliskość polega na dominacji, że trzeba być silniejszym (fizycznie, intelektualnie, emocjonalnie), żeby zmuszać czy kontrolować innych do pozostania ze sobą w relacji.

W ten sposób instynktowne, naturalne dążenie do bliskości przeradza się w przemoc, czyli jej przeciwieństwo.

Używanie ludzi

Ludzie nie krzywdzą nas dlatego, że są źli, ani dlatego, że czymś zawiniliśmy. Ludzie krzywdzą wtedy, kiedy nie mogą znieść samych siebie. Ale krzywdzenie innych sprawia tylko, że jeszcze bardziej się nienawidzą – i zgodnie ze swoim mechanizmem jeszcze bardziej potrzebują za to kogoś ukarać…

Ludzie nie zdradzają nas dlatego, że przestali nas kochać, ani dlatego, że nie zasługujemy na miłość. Ludzie zdradzają wtedy, kiedy wydaje im się, że coś z zewnątrz wyleczy ból, który czują w sobie, wypełni pustkę, którą w sobie noszą. Ale nic na zewnątrz nie ma takiej mocy, więc ból i pustka się powiększają i coraz rozpaczliwiej żądają coraz mocniejszych „lekarstw”… 

Używanie innych ludzi do tego, żeby siebie polubić albo sobie ulżyć jest jak próba zaspokojenia głodu patrzeniem na obrazki z jedzeniem. Tak jak to ostatnie powoduje tylko większy głód, tak to pierwsze większą nienawiść do siebie, większe cierpienie, większe poczucie braku.

Wybaczenie

Często uczucie pokrzywdzenia pozostałe z dzieciństwa powoduje, że bierzemy odwet za swój lęk na innych ludziach. To nie pomaga, bo jeszcze bardziej nie lubimy siebie; ale paradoksalnie wybaczenie tym, którzy zasiali w nas lęk też nie zmienia wszystkiego. Uwalnia nas od szukania rozwiązania na zewnątrz, ale tak naprawdę poszukujemy równowagi pomiędzy sobą a innymi – tego, co tę równowagę przywróci.

Dlatego ostatecznie musimy wybaczyć SOBIE, że pozwoliliśmy innym ludziom traktować nas według tego samego wzorca, a co więcej, że sami siebie traktowaliśmy w ten sam sposób, po macoszemu. Dopiero to wybaczenie uwalnia nas od przymusu zdominowania innych lub podporządkowania się im.

Lęk przed Światłem

„Chcemy być doskonali w tak wielu rzeczach jak to możliwe – ale nie chcemy być doskonale, całkowicie dobrzy. Bycie trochę dobrym jest doceniane – wykonanie jakiegoś wielkodusznego gestu, okazanie serca w odruchu – ale tylko wtedy, kiedy w tle jest jakiś brud tego świata. Uwielbiamy czarne charaktery ze złotym sercem – żołnierza, który zabija ludzi, ale płacze nad głodującym dzieckiem; narkomana, który dba o swojego psa bardziej niż o siebie; przestępcę, który szanuje swoją matkę; policjanta, który w odwecie niszczy wszystkich, którzy skrzywdzili jego rodzinę. Wolno mieć dobre serce, jeśli jest się draniem. Można nawet działać charytatywnie – ale pod warunkiem, że się upija albo przynajmniej porządnie przeklina, wtedy nie zniszczy to wizerunku…
Okazanie odrobiny serca, będąc złym jest doceniane, ale bycie dobrym, całkiem dobrym – autentycznym, szczerym, uczciwym, współczującym, pomocnym, życzliwym nie jest trendy, jest raczej zawstydzające, żenujące, dziwne, podejrzane.
Jak długo wierzymy, że dobro czy miłość jest słabością, tak długo najsilniejsza siła we Wszechświecie nie może stać się naszą siłą.”

Napisałam ten tekst 7 lat temu. Właśnie odnalazłam go przypadkiem i skojarzył mi się z moimi odczuciami na temat „Krótkiej historii małżeńskiej” – filmu, który mnóstwo ludzi zachwycił, a mnie wręcz przeciwnie, zasmucił, nawet rozdrażnił. Nie uważam, że jest nieprawdziwy, ale uważam, że gloryfikuje to, co napisałam wyżej – przyzwolenie na każdą krzywdę, jeśli gdzieś w tle jest odrobina uczucia, dobrych chęci, odruchu serca. Tak, jakbyśmy chcieli powiedzieć, że tylko na tyle nas, ludzi, stać. Że trzeba stawiać pomniki tym, którzy w ogóle zauważają innych. Że taki jest standard, i nie należy próbować się poza niego wychylać.
Tak jakby nas przerażała sama wizja tego, że moglibyśmy być całkiem dobrzy, że moglibyśmy wcale nie krzywdzić innych. Boimy się nawet o tym pomyśleć, wolimy wierzyć, że to jest poza naszym zasięgiem.


Jak napisała Marianne Williamson:
„To nieprawda, że nasz najgłębszy lęk dotyczy tego, iż nie jesteśmy wystarczająco dobrzy. Najbardziej boimy się własnej Siły, która wykracza poza nasze najśmielsze wyobrażenia. Największy lęk budzi w nas nasze Światło, nie ciemność”.