Autonawigacja

Gdyby ktoś mnie zapytał, co moim zdaniem daje najwięcej frajdy w życiu, powiedziałabym, że samorozwój, samorealizacja, przekraczanie własnych pozornych granic. Gdyby ktoś mnie zapytał, co jest najważniejszą kwestią dla samorozwoju, odpowiedziałabym, że umiejętność rozpoznawania i nazywania swoich uczuć. Za każdym razem, kiedy udaje mi się tego kogoś nauczyć, czuję największą satysfakcję ze swojej pracy, bo wiem, że ten ktoś właśnie uruchomił najlepszy kompas w swoim życiu.

Bo każdy z nas doświadcza sprzecznych uczuć, a nikt nas nie uczy, co z takim konfliktem robić, więc najczęściej go zagłuszamy – używkami, pracą, zakupami, mediami – czymkolwiek, co spowoduje, że nie zostaniemy sam na sam ze swoimi myślami i wątpliwościami. Ale kiedy uczciwie próbujemy nazwać dla siebie odcienie tego, co czujemy, na końcu pojawia się pytanie „To o co mi tak naprawdę w tej sprawie chodzi?”. Stajemy na skrzyżowaniu możliwości i wybieramy tę drogę, która wydaje nam się najlepsza. Na ten wybór natychmiast dostajemy odpowiedź – kolejne uczucie, które nam mówi, czy wybraliśmy coś, co nam posłuży, czy wręcz przeciwnie. I znowu musimy dokonać wyboru – czy zawrócić, czy próbować dalej wbrew ostrzeżeniu. Cokolwiek wybierzemy, uczucie to skomentuje, podpowiadając nam kierunek.

Słuchając tej wewnętrznej nawigacji możemy zajść znacznie dalej niż idąc za tłumem i żyć znacznie pełniej niż naśladując innych. A przede wszystkim możemy utrzymać dobre samopoczucie i zadowolenie z siebie, które są nam w życiu potrzebne jak równowaga do jazdy na rowerze.

O dobrym samopoczuciu

Szczęście to dobre samopoczucie, radość, satysfakcja – czyli zadowolenie z siebie, ze swojego życia i z relacji z innymi ludźmi. Skoro sami tworzymy swoje życie i relacje, to dlaczego tak często nie jesteśmy szczęśliwi?Przede wszystkim dlatego, że umysł zagłusza odczuwanie i dyktuje nam co nas uszczęśliwi za pomocą swoich skojarzeń. Utożsamia nasze szczęście z posiadaniem czegoś lub kogoś i każe nam do tego dążyć za wszelką cenę, nawet jeśli czujemy się z tym źle. Jak mamy dojść do szczęścia podążając za czymś, co nas męczy, krzywdzi, stresuje czy dołuje?


Kiedy rodzice lekceważą emocje dziecka, zwracając się tylko do jego umysłu („musisz to zrobić”, „nie płacz”, „to nic strasznego, nie ma czego się bać”, „a teraz przeproś i pocałuj mamę” itp.), umysł przetwarza takie doświadczenia w zasadę „to co się czuje nie jest ważne, ważny jest cel” i tworzy przekonania typu: „trzeba znosić wszystko w milczeniu, żeby coś osiągnąć”, „trzeba zgadzać się na krzywdę, jeśli chce się doświadczyć miłości”, „trzeba ukrywać swoje emocje i kłamać, żeby być akceptowanym” itd. Takie wewnętrznie sprzeczne przekonania zmuszają nas do zanegowania albo siebie albo innych.


W pierwszym przypadku uznajemy, że jesteśmy zależni od miłości innych ludzi jak małe dzieci i szukamy aprobaty, głasków, uznania, podziwu, sławy wszelkimi znanymi sposobami. Im bardziej się w to angażujemy, tym bardziej się uzależniamy – zamiast szczęścia czujemy głównie lęk („co będzie jeśli to się skończy? co będzie jeśli popełnię błąd?”). Dostajemy dużo i coraz więcej, ale paradoksalnie nas to unieszczęśliwia; bo nawet jeśli przez moment czujemy to, o co nam chodziło, to za chwilę wraca lęk – jak kac po alkoholu.


Drugie rozwiązanie to strategia odwrotna – zaprzeczenie zależności od innych, czyli odizolowanie się od ludzi na tyle, na ile to możliwe. Udowadnianie sobie każdego dnia, że da się żyć bez miłych słów, życzliwych gestów, wsparcia, emocjonalnej więzi. Może się wydawać, że wtedy lęk przed odrzuceniem nie ma nad nami władzy, ale to właśnie on skazuje nas na emocjonalne głodowanie. To, że uczymy się żyć z brakiem, nie sprawia, że brak znika czy przestaje być odczuwalny. Nadal nas unieszczęśliwia.
Umysł tworzy konflikt („żeby być szczęśliwym, trzeba cierpieć/znosić krzywdę/zdobyć coś lub kogoś wyjątkowego”), a potem tworzy rozwiązania tego problemu, które nikogo nie uszczęśliwiają. Tworzy obrazek i strategie osiągnięcia tego obrazka, ale zrealizowany scenariusz nie przynosi szczęścia…


Powód jest prosty – szczęście się czuje, i jeśli coś nas może do niego zaprowadzić, to właśnie czucie. To jak zabawa w ciepło – zimno: naszym zadaniem jest iść za tym, co daje nam radość i satysfakcję, nie za scenariuszami umysłu bazującymi na oczekiwaniach innych ludzi. Umysł jest nam potrzebny do tego, żeby odróżnić co daje nam chwilową przyjemność i nieprzyjemne konsekwencje (to ślepe uliczki) od tego, co daje nam prawdziwe poczucie spełnienia, trwale poprawia nam samopoczucie, stwarza zadowolenie z siebie i życia.


Jeśli coś lub ktoś powoduje przymus („muszę to mieć”), zachłanność („im więcej tym lepiej, na zapas, niech to się nie kończy”), lęk na myśl o odstawieniu („nie dam rady żyć bez tego”), to uzależnienie – bez względu na to, czy chodzi o piękny wygląd, zakupy, kawę, media społecznościowe, towarzystwo, pracę czy cokolwiek innego. A każde uzależnienie krzywdzi, powoduje spadek samooceny i unieszczęśliwia.Uszczęśliwia nas wybór zgodny z własnymi uczuciami i zweryfikowany umysłem, bez względu na to, czego dotyczy. Podnosi naszą samoocenę, powoduje poczucie mocy, sprawstwa, wolności, niezależności.


Mówiąc krótko: brak szczęścia to stan, w którym podążamy bezrefleksyjnie za przypadkowymi skojarzeniami własnego umysłu; a szczęście to stan, w którym kierujemy się czuciem do wyznaczania kierunku, a umysłem do wyznaczania drogi w taki sposób, aby nie tracić dobrego samopoczucia.


Antykontrola

Umysł reaguje tak samo na sytuacje rzeczywiste, jak wyobrażone. Dlatego przeżycie najczarniejszego scenariusza w wyobraźni działa tak samo jak realne doświadczenie – uwalnia nas od lęku przed jego spełnieniem. Ale to właśnie lęk nas przed tym wyobrażeniem powstrzymuje. Lęk jest jak pasożyt – broni sam siebie, aż w końcu zabija nosiciela.

Lęk jest samospełniającą się przepowiednią. Im bardziej boimy się coś stracić, tym bardziej próbujemy to kontrolować. Im bardziej coś kontrolujemy, tym bardziej tracimy z tym prawdziwy kontakt – tracimy to, co chcieliśmy zachować za wszelką cenę.

Uważne wybieranie

Generalny poziom ufności wobec innych ludzi i świata w ogóle wynosimy z domu, w postaci przekonania wynikającego z własnego doświadczenia – jeśli rodzice umiejętnie się o nas troszczyli, ufamy innym i sile wyższej, jeśli nie – cechuje nas dystans i brak zaufania. 

Aczkolwiek przyglądając się bliżej można zauważyć, że nawet jeśli jesteśmy bardzo ufni, w jakimś obszarze cechuje nas brak zaufania, i odwrotnie, możemy generalnie nie ufać ludziom, ale w jakimś obszarze paradoksalnie robimy wąski wyjątek. 

Dzieje się tak dlatego, że nasze wczesne doświadczenia tworzące nasze przekonania na temat zaufania są na ogół niespójne (np. jedno z rodziców jest wiarygodne, drugie nie), ale również dlatego, że z czasem nabieramy zaufania do siebie w zakresie swojej wytrenowanej mocnej strony, gdzie jesteśmy w stanie dużo zaryzykować wbrew swojemu generalnemu brakowi ufności; tracimy zaś wiarę w siebie w zakresie swojej zaniedbanej słabej strony, i tam nie jesteśmy w stanie zaryzykować niczego, wbrew generalnej ufności wobec świata. Na przykład nie zauważamy, kiedy ktoś nas notorycznie okłamuje albo naciąga na przysługi (ufamy emocjonalnie), ale nie powierzymy nawet złotówki komuś, kto nie jest sprawdzony (nie ufamy finansowo) – albo odwrotnie: oddamy ostatnie pieniądze naciągaczom, ale nie wierzymy na słowo nawet bliskim. To sygnał, że działamy według automatycznych zapisów w naszym umyśle, który posegregował na osobne „światy” nasze wczesne doświadczenia i nabyte umiejętności według zasady: „tego jest dużo – możesz zaufać, ryzyko dopuszczalne” lub „tego jest mało – nie wolno ufać, ryzyko zabronione”. Pewne sytuacje wyzwalają ufność, a inne – nieufność. I na ogół jedna reakcja jest tą podstawową, najczęstszą, zaś druga – sporadyczną.

Sęk w tym, że ta generalizacja umysłu z indywidualnego doświadczenia w zasadę się nie sprawdza. To, że mogliśmy polegać na rodzicach nie oznacza, że możemy ufać wszystkim napotkanym osobom w życiu; tak jak fakt, że byliśmy okłamywani przez rodziców nie oznacza, że nie można ufać nikomu na świecie. Nie sprawdza się też podział na odrębne światy z różnymi zasadami (można ufać emocjonalnie, ale nie finansowo czy odwrotnie). Bo w życiu jak w gramatyce, czasem jest więcej wyjątków niż zasad.

No to ufać czy nie?

Odpowiedzią jest nie podział, a równowaga; dokładniej to ujmując – świadomy każdorazowy wybór, rezygnacja ze schematów. 

Życie w cywilizowanym świecie bazuje na zaufaniu: wjeżdżamy na most z przekonaniem, że się nie zawali, wchodzimy na balkon nie myśląc o tym, czy się zarwie, wsiadamy do pojazdów z wiarą, że dotrzemy bezpiecznie na miejsce, kupujemy jedzenie zakładając, że się nie otrujemy; powierzamy swoją sprawę prawnikowi czy swoje zdrowie lekarzowi ufając w ich wiedzę i umiejętności itd. Niemniej zdarzają się przypadki zawalenia mostów i zarwania balkonów, wypadki drogowe i lotnicze, zatrucia w restauracjach i wycofane niebezpieczne dla zdrowia produkty ze sklepów; bywa, że ekspert czy specjalista zamiast nam pomóc, poważnie nam zaszkodzi. Więc jak? Ufać (bo zwykle się udaje) czy nie (bo może zdarzyć się pech)? 

Jedni ufają bezkrytycznie jak dzieci (bo ktoś za to odpowiada przecież), inni wszędzie widzą zamach na swoje życie lub zdrowie. Prawda leży pośrodku: nie mamy wpływu na wszystko ani wiedzy pozwalającej wszystko sprawdzić, ale kiedy bierzemy odpowiedzialność za swoje wybory, nasze szanse dożycia sędziwego wieku w zdrowiu i dobrostanie wzrastają bardzo istotnie. Bo zamiast wbiec z rozpędu na pasy (bo jest zielone światło), rozglądamy się wcześniej w obie strony; bo zamiast pakować do koszyka w sklepie produkty jak leci czytamy etykiety z opisem ich zawartości; bo zanim powierzymy swoje sprawy przypadkowej osobie najpierw sprawdzamy jej wiarygodność; bo zanim połkniemy tabletki przepisane przez lekarza czytamy ulotkę leku; bo zanim wsiądziemy do czyjegoś samochodu, oceniamy swoje bezpieczeństwo; bo zanim klikniemy w przysłany nam przez obcego nadawcę link sprawdzamy rzecz w wyszukiwarce itd. 

Zasada ograniczonego zaufania nas chroni (wszyscy przecież jesteśmy ludźmi i każdy może się pomylić, zagapić, zasugerować błędną informacją, nie wspominając o tych, którzy mogą chcieć nam zaszkodzić swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem, zmanipulować czy wykorzystać). Ale oprócz tego wybieranie z uważnością poszerza naszą percepcję. Im częściej pytamy siebie „czy to dla mnie dobre? czy tego chcę?”, tym bardziej otwieramy się na odpowiedzi pochodzące z różnych kanałów, nie tylko z umysłu (wiedzy i logiki), ale także czucia i intuicji – dopuszczamy do głosu dane z naszej podświadomości; nasze postrzeganie sytuacji staje się pełniejsze, nabiera szerszej perspektywy; słowem wzrasta trafność i naszych spostrzeżeń i dokonywanych wyborów. 

Traktując świat z pozycji ufnego beztroskiego dziecka, za które ktoś inny decyduje i bierze za nie odpowiedzialność, musimy być przygotowani na przykre niespodzianki i bolesne rozczarowania. 

Traktując świat z pozycji nieufnego zalęknionego dziecka, które bierze na siebie odpowiedzialność za to, na co nie ma wpływu i boi się korzystać z czegokolwiek, tracimy radość i sens życia.

Traktując świat z pozycji dorosłego, który uważnie i świadomie dokonuje wyborów  i bierze odpowiedzialność za swoje decyzje, uczymy się tworzyć optymalną dla siebie rzeczywistość.

Nie patrz w górę (2021)

Niby komedia, niby groteska, celowo przerysowany scenariusz – serio? Patrząc z boku na naszą rzeczywistość, to gdyby zamienić kometę na inny globalny problem, to właściwie film dokumentalny…

Film jest bardzo popularny, co oznacza, że to nie tylko moje odczucia. I źle oceniany przez krytyków, co paradoksalnie potwierdza jego przesłanie, więc… „Nie oglądajcie, to bzdura, nie warto”.

Albo przeciwnie, obejrzyjcie, żeby wyrobić sobie własne zdanie, póki to jeszcze gdzieniegdzie legalne. (To też brzmi jak przesada, a jednak fakt – moją znajomą zbanowano na pewnej popularnej platformie za komentarz „dziękuję”. Serio, serio.) Warto wyciągać wnioski zanim będzie za późno.

Scalanie

Kiedy rodzice próbują pocieszyć małe dziecko przez zaprzeczanie jego uczuciom („nie płacz, nic się nie stało”) albo próbują je zmotywować wbrew temu, co czuje („wytrzymasz, to nic takiego”), dziecko nie tylko czuje się niezrozumiane, ale także zaczyna wierzyć, że jego uczucia są niewłaściwe, nieodpowiednie, po prostu złe. Chce być kochane, akceptowane, więc stara się być takie, jakim chcą je widzieć jego autorytety, ale emocje nie dają się ani zagłuszyć, ani stłumić, ani odciąć.
Powstaje permanentny wewnętrzny konflikt między emocjami a umysłem, czuciem a logiką. Permanentny – bo nie tylko trwający dalej w dorosłym życiu, ale nierozwiązywalny: niezależnie czy utożsamimy się z jednym czy z drugim, zawsze walczymy z jakąś częścią siebie. Takiej walki nie da się wygrać. Im bardziej boimy się jakiegoś kawałka siebie, tym bardziej to coś nas ściga. Im bardziej z tym walczymy, tym staje się silniejsze.


Możemy rozwiązać ten konflikt tylko w jeden sposób – akceptując w sobie wszystko, stając się tym, przed czym uciekamy i z czym walczymy; akceptując wszystkie pojawiające się emocje jako informacje, nie jako definicję siebie, bo definiują nas nasze wybory, nie emocje. Akceptacja oznacza, że się nie boimy – że zrozumieliśmy, że tak jak nasza lewa ręka nie może nas zdradziecko i niespodziewanie udusić we śnie bez naszej zgody, bo nie jest odrębnym bytem, tak samo emocje, które wirtualnie odcięliśmy od siebie i uczyniliśmy swoim wrogiem są częścią nas i bez naszej zgody nie mają nad nami żadnej władzy.
Wewnętrzny konflikt pomiędzy emocjami a umysłem jak hologram wyświetla się na zewnątrz w postaci myślenia w kategorii „my i oni”, walczenia z czymś na zewnątrz na podobieństwo walki toczonej wewnątrz. Wrogiem może stać się każdy, a pretekstem cokolwiek: ubiór, rasa, poglądy, orientacja seksualna, narodowość, przynależność do jakiejś konkretnej partii czy kibicowanie jakiejś konkretnej drużynie sportowej, „niewłaściwa” mina, fryzura, gest czy słowo. Uleczenie konfliktu wewnątrz siebie powoduje zniknięcie przymusu walczenia z czymkolwiek na zewnątrz siebie; agresja przeradza się we współpracę, kompletne „ja” automatycznie przeradza się w „my”.


Jest taki cudowny wytrych wychowawczy, który zapobiega powstawaniu w małym człowieku rozłamu pomiędzy emocjami a logiką. Jest to zarazem uniwersalne narzędzie komunikacyjne leczące ten rozłam u dorosłych. Polega na tym, że zanim odwołujemy się do logiki i działania, najpierw używamy empatii, wykazujemy zrozumienie stanu emocjonalnego drugiej osoby („widzę, że jesteś zdenerwowany”, „rozumiem, że ci przykro z tego powodu”, „mam wrażenie, że jesteś smutna”). Nazywając cudze emocje (szczególnie dziecka, które nie potrafi jeszcze tego zrobić samo), pokazujemy drugiej osobie, że ją rozumiemy. Tylko wtedy otworzy nam drzwi do swojego świata, usłyszy i weźmie pod uwagę nasze logiczne argumenty. Szczególnie jeśli na koniec okażemy gotowość wsparcia.


Mówiąc do kogoś: „musisz tak zrobić, bo inaczej konsekwencje będą poważne”, kontaktujemy się tylko z jego umysłem i nasilamy jego wewnętrzny konflikt z emocjami, które mu mówią, że wcale nie ma ochoty tego zrobić, że się boi – więc będzie atakować, szukać kontrargumentów lub wymówek i zachowywać się nieracjonalnie. Mówiąc: „rozumiem, że się boisz, ale uważam, że jeśli tego nie zrobisz, konsekwencje będą poważne”, kontaktujemy się z drugą osobą emocjonalnie i intelektualnie; sprawiamy, że czuje się rozumiana, więc bierze poradę pod rozwagę. Zamiast walczyć ze swoim lękiem i osobą, która stara się pomóc, skupia się na racjonalnej ocenie sytuacji i szukaniu rozwiązania.Mówiąc: „rozumiem, że się boisz, ale uważam, że jeśli tego nie zrobisz, konsekwencje będą poważne. Jeśli mogę ci jakoś pomóc, daj znać” – sprawiamy, że ten ktoś czuje się zrozumiany i obdarzony wsparciem. „My” z zewnątrz scala jego „ja” wewnątrz.


Krótko mówiąc, żeby mieć raj na zewnątrz, trzeba go najpierw stworzyć wewnątrz siebie; żeby pomóc komuś się scalić, trzeba samemu być scalonym.

Noworoczne postanowienia

Im bardziej utożsamiamy się z „ja” zapisanym przez innych ludzi w naszym umyśle, tym bardziej skupiamy się na tym, co jest nie tak w naszym życiu, na znajdowaniu braków i problemów. Im bardziej utożsamimy się z „ja” naturalnym reprezentowanym przez duszę, tym bardziej skupiamy się na tym, co dobre; na wdzięczności i cieszeniu się życiem.

Stąd też postanowienia noworoczne mogą nam służyć albo szkodzić 🙃
Powiedzmy, że źle się czujemy z jakimś uzależnieniem, chcielibyśmy się go pozbyć. Zazwyczaj postanawiamy „w tym roku zwalczę ten nałóg”, a to tak, jakbyśmy prosili Wszechświat, żeby podsuwał nam broń do tej walki i sposoby, żeby trwała, skoro walka jest naszym życzeniem…🤷‍♀️Możemy postanowić „muszę się wziąć za siebie i przestać (palić, pić, objadać się, tracić pieniądze na głupoty – wstaw dowolne 😉)”. Wtedy w praktyce będziemy sabotować sami siebie, ponieważ nasza podświadomość będzie walczyła ze słowem „muszę” stworzonym przez zsocjalizowany umysł – nic nie musimy, a podświadomość to wie i bez wątpienia nam to udowodni 😬Jeśli stwierdzimy „potrzebuję się uwolnić od nałogu, przeszkadza mi, nie pasuje do mnie, chcę być wolna/y”, Wszechświat podpowie nam jak to zrobić. 👍


Sposób, w jaki wyrażamy życzenie, wyraża naszą prawdziwą intencję, i na tę intencję odpowiada Życie. Jeśli życzenie wynika z przymusu dostosowania się do kogoś lub czegoś, jakiejś wizji siebie, która ma spełnić zewnętrzne oczekiwania, to właśnie dostaniemy – większą zależność, mocniejsze uzależnienie. Jeśli życzenie wynika z autentycznej troski o siebie, to właśnie to dostaniemy – Wszechświat się o nas zatroszczy.


Każdy z nas jest swoim dżinem z butelki spełniającym życzenia, musimy tylko nauczyć się formułować je tak, żeby uszczęśliwiły nas naprawdę zamiast kreować obrazki z reklam, filmów czy książek, które POWINNY nas uszczęśliwić. 🧞

Może więc w miejsce „do lata muszę schudnąć”, „będę biegać dwa razy w tygodniu”, „powinienem rzucić palenie”, „muszę pamiętać, żeby więcej odpoczywać” poprośmy Wszechświat o więcej tego, co sprawia nam radość, z czym czujemy się dobrze…?


Matrix (1999, 2003, 2021)

Choć to brzmi paradoksalnie, dla mnie dopiero czwarta część zrobiła z Matriksa trylogię 😁

Jedni oglądają te filmy jak produkt w sklepie, technicznie, analitycznie i krytycznie. Dla innych jest to nieskończona kopalnia metafor i znaczeń, która nie przestaje zachwycać. Należę do tych drugich. Dla mnie jest to opowieść uniwersalna, opowieść o dojrzewaniu, odkrywaniu swojej mocy i swojego miejsca w życiu.

„Poznaj siebie (temet nosce): ja mogę ci pokazać drzwi, ale przejść przez nie musisz sam”. (cz.1)

„Jeśli w coś wierzysz, masz wybór; jeśli wybierasz zgodnie z tym, w co wierzysz, możesz dokonać rzeczy niezwykłych” (cz.2 i 3)

„Kiedy stajesz się swoim prawdziwym Ja, zaczynasz rozumieć, że jest ono nierozerwalną częścią My” (cz.4)

Ta sama uniwersalna historia została opowiedziana innymi obrazkami w genialnym Atlasie Chmur i pociągnięta kawałek dalej w Sense8 (serial też miał duży potencjał, ale niestety projekcja problemów duetu reżyserskiego z seksualnością go zrujnowała).

Tak czy siak polecam cztery części trylogii 😉 Matrix wszystkim, którzy oglądają nie tylko oczami.

Na Nowy Rok

Energia podąża za uwagą. Oznacza to, że pomnażamy w swoim życiu to, na czym się skupiamy. Jeśli skupiamy swoje myśli i uczucia na tym, czego nam brakuje, na problemach, zmartwieniach i niedostatkach, to tworzymy ich więcej. Jeśli skupiamy swoje myśli i uczucia na tym, czego chcemy, za co jesteśmy wdzięczni, co sprawia, że dobrze się czujemy, to tworzymy tego więcej… 

Nasze myśli i emocje są jak paliwo – ku czemu je skierujemy, to zasilamy, temu dodajemy życia. Swoim zaangażowaniem przedłużamy trwanie albo tragicznym nagłówkom medialnym albo swojemu dobremu samopoczuciu; czyimś obraźliwym słowom albo przyjemności z uprawiania swojego hobby; czarnym scenariuszom końca świata albo radości z pięknego słonecznego dnia. 

Warto sobie uświadomić, że ten wybór zależy od nas, nie od okoliczności: co prawda nie mamy wpływu na to, jakie myśli i emocje nas odwiedzą, ale mamy całkowitą kontrolę nad tym, którym pozwolić zostać, a którym nie pozwolić się rozwinąć. Co podlewać w swoim mentalnym ogrodzie, a co z premedytacją zasuszyć. Na to mamy pełny wpływ – jak wygląda nasz prywatny „ogród”. Tylko i aż, bo ogródki obok siebie tworzą ulicę, ulice miejscowość, miejscowości region i tak dalej. 

W taki sam sposób powstaje masowa świadomość, która nadaje ton, staje się standardem, wzorcem. Ale nie przymusem. Nawet w ekstremalnych sytuacjach jak obozy koncentracyjne zdarzali się ludzie, którzy dzielili się z innymi swoimi głodowymi porcjami jedzenia, czy rozbawiali innych czekając na śmierć – ludzie, którzy nie pozwalali okolicznościom decydować za siebie, bo kontrolowali swój umysł. Byli więźniami i nie mieli najmniejszych szans w jakikolwiek sposób walczyć z systemem, ale właśnie tak rozsadzali go od środka: zmieniali okoliczności wokół siebie, bo zarażali innych nadzieją, budzili w nich to co ludzkie, wnosili życie i uśmiech tam, gdzie odgórnie zaplanowano piekło. I w końcu piekło pękło w tylu miejscach, że nie przetrwało. 

Siła masowej świadomości jest wielka, ale dopóki opiera się ona na reaktywności (automatycznym, bezrefleksyjnym reagowaniu, które można kontrolować) zamiast aktywności (świadomym wybieraniu reakcji), jest ulotna, podatna na zawirowania i zmiany jak chorągiewka na wietrze. Dlatego żaden system oparty na odgórnym przymusowym wdrażaniu jakiejś idei nie przetrwa długo, bez względu na to, czy jest to idea piekła czy raju.

W tym kontekście życzę nam wszystkim na Nowy Rok abyśmy świadomie pielęgnowali, odżywiali, podlewali i zraszali w naszym życiu to, co nas cieszy i sprawia, że czujemy się dobrze ze sobą i innymi, a przestali inwestować czas i wysiłek w to, czego w swoim życiu nie chcemy, co nas boli, przeraża i martwi. Energia podąża za uwagą – na co ją skierujemy, to wypuści korzenie, zakwitnie i rozmnoży się. Szczęśliwego Nowego Roku 😊

Hologram

Wierzymy, że jedni ludzie są lepsi i ważniejsi od innych. Wierzymy, że niektórzy mają specjalne przywileje u Pana Boga, a niektórzy wręcz przeciwnie. Przenosimy przekonania z własnego dzieciństwa na siebie, innych ludzi i Boga czy Wszechświat. Szukamy autorytetów i pośredników w kontakcie z Bogiem i wciąż na nowo się rozczarowujemy. 

A co jeśli każdy z nas jest tak samo ważny? A co jeśli nie ma doskonałych i takich co wiedzą wszystko, tylko każdy ma jakiś kawałek wspólnej układanki? I tylko kiedy każdy z nas go pokazuje innym wyrażając siebie, wtedy wszyscy możemy zobaczyć cały obrazek, mając w tym równy udział?

A co jeśli wszyscy jesteśmy kochani tak samo, ale czujemy to na tyle, na ile pozwalamy sobie to poczuć, na ile jesteśmy w stanie w to uwierzyć?

Przekonania o miłości warunkowej są ograniczeniami, które stawiamy sobie w życiu. Każda zmiana takiego przekonania jest jak otwarcie drzwi, przez które wchodzi bezwarunkowa prawdziwa Miłość. Nie trzeba jej szukać ani zdobywać, ona jest wszędzie wokół – ale nie dotknie nas, dopóki nie otworzymy jej drzwi, nie wpuścimy do siebie. To się nazywa wolna wola, pełne prawo wyboru. Sami możemy zdecydować w co wierzymy, a w co wierzymy staje się naszą rzeczywistością.