Pryzmat

Każdy z nas jest częścią systemu, w każdym tego słowa znaczeniu, także – a może przede wszystkim – w znaczeniu energetycznym. Pobieramy energię z zewnątrz, przetwarzamy i oddajemy na zewnątrz. Tam, gdzie nie mamy wewnętrznych blokad, energia płynie przez nas swobodnie, zasila nas, i właściwie przetworzona, zasila innych, inne elementy systemu. Tam, gdzie wytworzyliśmy wewnętrzne blokady, energia zostaje zatrzymana i obciąża nas zamiast ładować lub szuka sobie obejścia jak woda w zatamowanej rzece – w efekcie czego pewne obszary zostają pozbawione energii, inne dostają ją podwójnie.

Fizycznie potrzebujemy pożywienia i snu, żeby zasilić nasze ciało i móc wydatkować energię na aktywność, ruch, wysiłek fizyczny. Równowaga pomiędzy pobieraniem tego rodzaju energii a wykorzystywaniem jej powoduje, że ciało jest sprawne i zdrowe; odczuwamy to jako fizyczną satysfakcję, jako dobre samopoczucie fizyczne („moje ciało jest ok, mogę na nim polegać”). Brak dobrego samopoczucia fizycznego (zdrowia, siły, wytrzymałości, elastyczności) jest sygnałem o zachwianiu równowagi w tym obszarze.

Przykładowo kompensowanie sobie jedzeniem braku satysfakcji w jakiejś innej sferze (np. zawodowej czy w obszarze relacji międzyludzkich) prowadzi do tego, że energia fizyczna nadmiernie zasila ciało, które tej energii nie wydatkuje; pojawia się ociężałość, otyłość, która materialnie nam pokazuje, że ten „zapas” nie spełnia swojej roli, nie energetyzuje nas, a dociąża, spowalnia, unieruchamia.

Z kolei ograniczanie snu po to, żeby podołać narzuconym sobie nadmiernym obowiązkom powoduje, że zaciągamy coraz większy dług w obszarze energii fizycznej, którą kierujemy „objazdem” na zasilanie satysfakcji w innym obszarze (np. sukcesów w pracy). Przy długotrwałym ustawieniu tego typu stale powiększany dług przekracza możliwości „spłacenia” go – ciało zaczyna niedomagać i chorować, wysyłając sygnały o zaniedbaniu jego potrzeb, o braku równowagi energetycznej. 

Intelektualnie potrzebujemy wiedzy i doświadczenia innych ludzi, żeby skróciły naszą własną drogę poznawania świata i żeby zainspirowały nas do tworzenia czegoś własnego; żeby pomogły nam rozpoznać nasze zainteresowania i predyspozycje. Równowaga pomiędzy uczeniem się od innych a kreowaniem swoich opinii, poglądów, przekonań, a przede wszystkim swojego obszaru działania przyczynia się do poczucia satysfakcji z pracy swojego umysłu („mój umysł jest ok, mogę na nim polegać”). 

Podobnie jak w sferze fizycznej, możemy zaburzyć tę równowagę, czerpiąc za dużo lub za mało z zewnątrz, oraz rezygnując ze swojej kreatywności intelektualnej lub jej nadużywając. Możemy z powodu traumy zablokować w sobie wiarę w swój twórczy potencjał i pozostać przy bezrefleksyjnym naśladowaniu innych. Albo możemy podporządkowywać kolejne obszary życia autorytetom, które uznamy, odcinając dane z własnego odczuwania (co sami lubimy, co nam naprawdę pasuje), uzależniając się od opinii innych i tracąc w ten sposób satysfakcję z siebie w sferze intelektualnej, nie odkrywając obszaru własnej samorealizacji i kreatywności.

I odwrotnie – możemy zablokować w sobie potrzebę uczenia się i robić wszystko po swojemu, albo użytkując swoją energię na wyważanie dawno otwartych drzwi, (udowadnianie oczywistości) albo na tworzenie czegoś niezrozumiałego dla nikogo  poza nami; uświadomienie sobie, że oferowana przez nas energia jest społecznie nieprzydatna wpływa negatywnie na nasze samopoczucie. 

Możemy także skupić się na tworzeniu własnego nowatorskiego dzieła tak bardzo, że podporządkujemy temu potrzeby energetyczne innych sfer (np. dbanie o ciało, relacje z innymi). W tym przypadku ucierpią inne sfery zubożone o energię przekierowaną na wyolbrzymione przez nas potrzeby sfery intelektualnej.

Emocjonalnie potrzebujemy wsparcia opiekunów w zrozumieniu siebie, żeby nauczyć się pomagać innym. Równowaga pomiędzy otrzymanym życzliwym zrozumieniem w odkrywaniu swojej tożsamości a dbaniem o emocjonalne potrzeby innych powoduje dobre samopoczucie emocjonalne: brak silnych i gwałtownych negatywnych emocji, zadowolenie z życia, pozytywny stosunek do świata i innych ludzi („moje emocje są ok, mogę im zaufać”). Brak tej równowagi deformuje nasze relacje z innymi ludźmi.

Tak jak w innych sferach, ta równowaga nie występuje, jeśli „na wejściu” i „na wyjściu” jest nieproporcjonalnie dużo lub mało. Kiedy dostajemy za mało wsparcia,  możemy uznać, że nie mamy tej energii do wydania – wtedy emocjonalnie zamieramy, a nasze relacje z innymi kurczą się i spłycają, mamy nieprzyjemne poczucie braku zrozumienie i niedopasowania społecznego. Możemy też pobrać energię z innej sfery i obdarowywać innych wsparciem tak, jakby ten brak nie istniał; obciążamy wtedy tę inną strefę, tam tworzymy dług energetyczny (np. odkładamy na bok realizowanie swoich pasji, żeby się kimś opiekować, albo zaniedbujemy własne potrzeby fizyczne dla swojej misji wspierania ludzi w trudnej sytuacji). 

Kiedy dostajemy od innych zbyt dużo wsparcia, tracimy wiarę w swoją emocjonalną siłę; zamiast być przekaźnikiem energii, stajemy się jej biorcą i wszelkimi sposobami próbujemy uzyskać jej jak najwięcej „na zapas”, żeby poczuć się bezpiecznie. Jednak im więcej dostajemy pomocy i zrozumienia, tym bardziej uzależnia się od tego nasze emocjonalne samopoczucie: bez stałych dużych dostaw tej energii z zewnątrz dominuje w nim niepewność i lęk. Brak umiejętności przetworzenia energii emocjonalnej powoduje, że pozostajemy bezradnie skupieni na sobie, nie potrafimy emocjonalnie wspierać innych, i odczuwamy to jako rodzaj społecznej niepełnosprawności.

Duchowo potrzebujemy rozpoznać sens życia innych ludzi, żeby zdecydować o własnych wartościach i celach w życiu. Tak jak w pozostałych sferach, jeśli mamy dostęp do tych danych (obserwujemy innych ludzi, czytamy cudze przemyślenia, rozmawiamy na ten temat z innymi, słowem ma kto nas inspirować) i mamy wystarczającą przestrzeń do tego, żeby swobodnie wybrać swoje własne życiowe priorytety, to sfera duchowa pozostaje w równowadze i czerpiemy z niej satysfakcję („mam wpływ na to, kim się staję”).

Jeśli z jakiegoś powodu żyjemy odizolowani od cudzej duchowości, to nie zastanawiamy się nad własną, i wtedy najczęściej nasze zachowanie nie jest spójne, bo wynika z poddania się zewnętrznym okolicznościom. Jeśli jesteśmy wychowywani pod przymusem przejęcia wartości swojej rodziny, tradycji czy kultury, a nie identyfikujemy się z nimi, to nie przekazujemy energii duchowej dalej, na zewnątrz; zduszona zamiera wewnątrz nas, powodując swego rodzaju chorobę – utratę sensu życia, depresję. Jeśli odrzucamy swoje korzenie i próbujemy się określić w oderwaniu od swojego kontekstu, również stajemy się niewiarygodni: chcemy budować pomijając fundamenty. Tylko wtedy, gdy różność na zewnątrz zainspiruje nas do świadomego wybrania swoich życiowych priorytetów, nasze życie staje się świadectwem wierności wybranym przez nas wartościom, i wywiera wpływ na innych, inspiruje innych.

Podsumowując, potrzebujemy jedzenia i snu na utrzymanie zdrowia, na fizyczną aktywność i wysiłek; potrzebujemy wiedzy i doświadczenia innych, żeby znaleźć odpowiedni sposób realizacji swoich talentów i pasji; potrzebujemy emocjonalnego wsparcia innych, żeby tworzyć zdrowe i satysfakcjonujące relacje z innymi ludźmi; potrzebujemy inspiracji innych, żeby odnaleźć sens własnego życia. 

Sfera duchowa decyduje o celu – na co warto wydać energię, a na co nie warto, tak jak nasze wartości decydują na co wydajemy pieniądze. Sfera emocjonalna decyduje o sposobie zarządzania energią – traktowanie siebie na równi z innymi powoduje stałość zasilania, daje mu moc. Sfera intelektualna pozwala nam na określenie obszaru życia, w którym chcemy działać, którym chcemy się zajmować, a sfera fizyczna zapewnia nam na to siły. Każda sfera wpływa na pozostałe.

To niczym cztery suwaki ustawione w naszym dzieciństwie przez okoliczności, w jakich się wychowaliśmy: cel (duchowość), potencjał (emocje), kierunek (intelekt) i siła (fizyczność). Nasze samopoczucie jest informacją o ustawieniu tych „suwaków”, wskazówką, co i gdzie musimy świadomie zmienić jako dorośli, żeby ustawić je harmonijnie – żeby mieć siłę, znać drogę, wierzyć w siebie i wiedzieć, czego się chce od życia. 

W każdej sferze potrzebujemy cudzej energii (dar), żeby wyprodukować coś własnego (wysiłek), co zasili innych ludzi (satysfakcja). Każda przeżyta trauma blokuje przyjmowanie darów, każdy lęk demotywuje, zniechęca do wysiłku i uniemożliwia satysfakcję z przekazania naszej przetworzonej energii dalej. 

Im więcej w nas energetycznych blokad, tym gorsze jest nasze samopoczucie; im jesteśmy szczęśliwsi, tym bardziej przypominamy pryzmat, który rozszczepia otrzymaną wiązkę światła na wszystkie kolory tęczy.

Autoprogramowanie

W dzieciństwie mózg zapisuje skojarzenia na temat czym jest miłość zgodnie z tym, czego doświadcza. Może to być: „miłość można przekupić”, „miłość odchodzi”, „miłość krzywdzi”, „miłość pozwala na wszystko”, „miłość ogranicza” – i każde inne, bo „miłość” to postawa rodziców. Jako niezależni dorośli wciąż posiadamy te skrzywione dziecięce przekonania na temat miłości, które nadal sterują naszym zachowaniem – tak długo dopóki świadomie im się nie sprzeciwimy i nie dostarczymy sobie innego doświadczenia, które „skasuje” te stare silne skojarzenia. 

Pierwszy krok to odkrycie, jakie stare – automatyczne i przypadkowe – zapisy przeszkadzają nam tworzyć swoje życie i relacje z innymi po swojemu, tak, żebyśmy czuli się szczęśliwi. 

Drugi krok to zrewidowanie swoich aktualnych przekonań – na ile zgadzają się ze starymi „nagraniami”. Czy rzeczywiście to, w co uwierzyliśmy jako dzieci jest tym, w co nadal chcemy wierzyć.

Trzeci krok to odważenie się na reagowanie po nowemu czyli dostarczenie sobie nowych, odmiennych doświadczeń, zapisanie nowych skojarzeń, zgodnych z tym w co chcemy wierzyć – żeby zastąpiły to, czego nie chcemy, co już nie jest aktualne.

Czwarty krok to dbanie o to, żeby te nowe zapisy się przyjęły, czyli konsekwentne ich powtarzanie i nie zasilanie tych starych przez unikanie wszystkiego, co je potwierdza.

Złudzenie wyboru

Z natury jesteśmy wolni, więc każdy przymus budzi w nas bunt – większy czy mniejszy, uświadamiany czy nie. Nieważne czy przymus nakłada ktoś z zewnątrz czy sami sobie nakładamy ograniczenia; nieważne czy uważamy przymus za problem czy pomoc, czy zgadzamy się z jego koniecznością czy nie – nie lubimy presji, lubimy mieć wybór. Ale wybór też może być satysfakcją albo problemem, bo nie zawsze potrafimy porównać to, między czym wybieramy; nie zawsze też widzimy wszystkie opcje, a czasami jest ich po prostu za dużo.

Dlatego mądry rodzic uczy dziecko wyborów od samego początku. Im dziecko jest mniejsze, tym mniejsze jest pole wyboru – „poczytać ci tę bajkę czy tę?” (a nie: „poczytać ci bajkę czy włączyć telewizor?”) „chcesz się bawić klockami czy pluszakami?” (a nie: „chcesz się bawić klockami czy nożami z kuchni?”) „zjesz jabłko czy gruszkę?” (a nie: „zjesz jabłko czy czekoladę?”). Dziecko uczy się pytać siebie co jest jego potrzebą, rodzic sprawia, żeby wybierało z zakresu rzeczy bezpiecznych i rozwijających.

Wydawałoby się, że jako dorośli potrafimy wybierać. Chyba jednak tak nie jest, skoro tak bardzo narzekamy na swoje wybory, wstydzimy się ich lub robimy wszystko, żeby los lub inni ludzie wybrali za nas. Korzystają z tego ci, którym zależy na naszych wyborach, dla których są one kwestią ich zysku. Może nam się wydawać, że mamy wybór w sklepie pełnym żywności, dopóki nie zaczniemy czytać etykiet – najczęściej wybieramy między trucizną a trucizną, tyle że w różnych smakach, postaciach i stężeniach. A może mamy wybór w co się ubrać? Tak, ale nie według własnego pomysłu na siebie, a spośród tego, co zostało wylansowane jako modne w danym sezonie. Kiedy przyjrzymy się bliżej temu, z czego wybieramy, okazuje się zazwyczaj, że mamy jedynie złudzenie wyboru, a tak naprawdę pozwalamy decydować za siebie trendom, kulturowym schematom, regulowanej podaży, lansowanym przez media autorytetom czy reklamom.

Co z tego wynika? Dwie rzeczy.

Pierwsza, że żeby naprawdę wybierać, trzeba być świadomym czego się chce, w przeciwnym razie będziemy wybierać spośród rzeczy, które nie są nam potrzebne albo nam zaszkodzą.

I druga, że możemy być dla siebie mądrym rodzicem i tak aranżować przestrzeń swoich wyborów, żeby nie musieć wciąż ze sobą walczyć, żeby pomóc sobie iść tam, dokąd chcemy iść. Pod warunkiem – patrz wyżej – że wiemy gdzie to jest.

Przymus

„Muszę” to kłamstwo lęku, które ma zapobiec utracie namiastki miłości innych, a które powoduje utratę miłości w sobie.

Im więcej jest nieświadomych przymusów zapisanych w naszym umyśle, tym trudniejsze, cięższe, „pod górkę” jest tworzone przez nie życie.

Im bardziej zdajemy sobie sprawę, że wszystko jest naszym wyborem, tym bardziej bezproblemowe, lekkie i przyjemne staje się to, co i jak tworzymy.

Bilans energetyczny

Mamy dwoje oczu, żeby móc precyzyjnie oceniać odległość. Mamy Serce (które mówi, jak sprawy wyglądają z naszej perspektywy) i Rozum (który mówi, jak sprawy wyglądają z cudzej perspektywy), żeby móc poznać rzeczywistość taką, jaka jest naprawdę. Kiedy jedno z tego duetu pracuje za dwoje, widzimy rzeczywistość zniekształconą, i na podstawie tych fałszywych danych podejmujemy błędne decyzje. Konsekwencje tych nietrafionych wyborów powodują, że tracimy dobrostan fizyczny i psychiczny. 

Przekonanie, na czym można polegać – na Sercu czy na Rozumie, kształtuje się w procesie wychowania i socjalizacji, w pierwszych latach życia. Z perspektywy dziecka tak to właśnie wygląda, że jego emocje są w konflikcie z logiką opiekunów, i musi wybrać jedno, jednego przewodnika po życiu.

Dzieci, które postrzegają rodziców jako silnych, i które uznają rodzicielski autorytet, decydują, że niewłaściwie czują, i wybierają Rozum, tłumiąc swoje Serce, swoje emocje, swoje odczuwanie. W późniejszym życiu takie osoby stawiająca pierwszym miejscu obowiązki domowe, pracę zawodową, zobowiązania wobec innych ludzi oraz cudze potrzeby – swojego partnera, swoich rodziców, dzieci oraz wszelkich potrzebujących w swoim zasięgu. Własne emocje i potrzeby są tłumione do granic wytrzymałości – do wyczerpania wydawanej bez końca energii. Wtedy zaczynają się choroby fizyczne i psychiczne, jako zmaterializowany obraz tego, jak dana osoba zarządza sobą.

Dzieci, które doświadczyły swojego wpływu na rodziców, mocy płynącej z szantażowania ich swoimi emocjami, wybierają Serce, lekceważąc Rozum i jego argumenty. W późniejszym życiu takie osoby nie dopuszczają do głosu perspektywy innych osób, kierują się własnym zyskiem, własną korzyścią. Ich głównym życiowym zadaniem jest robienie zapasów energii, bo tak im podpowiadają ich wyolbrzymione potrzeby i emocje. Innych ludzi traktują jako dostarczycieli tego, czego im na bieżąco potrzeba. Ta filozofia jednak również się nie sprawdza – powoduje zależność od innych, a uzależnienie (jak w każdym nałogu) to coraz większa tolerancja, coraz większy głód i zapotrzebowanie, i coraz mniejsza satysfakcja. Taka osoba musi nieustannie zabiegać o cudzą akceptację, aprobatę, zainteresowanie, uznanie, o potwierdzenie swojej wartości. Koszty fizyczne i psychiczne związane z neutralizowaniem ciągłego lęku i utrzymaniem coraz większych dostaw energii od innych stale rosną, organizm ulega wyniszczeniu.

Innymi słowy – bez względu na to, które oko wyeliminujemy, i jaką strategię wybierzemy, efekt wyświetli się ten sam: wcześniej czy później utracimy zdrowie fizyczne i /lub psychiczne. Nie sądzę, że jest to nieuniknione. Myślę, że gdybyśmy nauczyli się zarządzać swoją energią we właściwy, zrównoważony sposób, moglibyśmy się cieszyć zdrowiem i szczęściem także na starość. Niektórym się to zdarza, ale badaczom trudno znaleźć wspólny mianownik: jedni jedzą to, inni tamto, jedni pracują, inni nie, jedni mają duże rodziny, inni wręcz przeciwnie, niektórzy uprawiają sport, inni nie… Może po prostu ci długowiecznie szczęśliwi to ludzie, którzy słuchają duetu Serca i Rozumu, zamiast jednego z nich? Serce mówi im, czego chcą, co lubią, co poprawia im samopoczucie, a Rozum mówi im, jak tego używać, żeby sobie nie zaszkodzić. Kiedy przewodzi jedno z nich, koszty w naszym życiu są większe od zysków, kiedy słuchamy obu jednakowo, utrzymujemy równowagę energetyczną, witalność, chęć i zdolność do życia w pełni.

Ani sam Rozum z jego receptami, przepisami i scenariuszami, ani samo Serce z jego porywami i tęsknotami nie poprowadzą nas do szczęścia. Potrafią to jednak zrobić wspólnymi siłami. 

Kto wybiera jedzenie? Jeśli Serce, to jemy to, co smak i potrzeby emocjonalne dyktują. Jeśli Rozum, to jemy to, co według aktualnej mody jest zdrowe, nawet jeśli nam nie smakuje. Jeśli decydują razem, to jemy co lubimy zachowując umiar i wykorzystując wiedzę, a wtedy jedzenie jest i przyjemnością, i dostarcza potrzebnej energii.

Kto wybiera relacje? Jeśli Serce, to są to ludzie, od których jesteśmy uzależnieni emocjonalnie. Jeśli Rozum, to są to ludzie, którzy są przydatni, których można do czegoś wykorzystać, nawet jeśli za nimi nie przepadamy. Jeśli decydują razem, to relacje satysfakcjonują i uszczęśliwiają, inspirują i dodają energii.

Kto wybiera pracę? Jeśli Serce, to praca daje satysfakcję, ale nie daje pieniędzy. Jeśli Rozum, to praca się opłaca, ale jej nie lubimy. Jeśli wybierają wspólnie, to praca daje poczucie samorealizacji, przydatności i ładuje nas energią.

Cokolwiek wybiera Serce, jest to zgodne z naszymi potrzebami, ale sposób realizacji tych potrzeb kosztem innych ludzi powoduje, że tracimy energię, zamiast ją pozyskiwać. Cokolwiek wybiera Rozum, jest logiczne, sensowne i w pewien sposób opłacalne, ale realizowanie tego kosztem siebie pozbawia nas energii, generalnie więc na tym nie zyskujemy. 

Nie chodzi zresztą tylko o to, co wybieramy, choć to ważne, bo mamy swoje predyspozycje: dla jednego energetyzująca przyjemnością jest czytanie, dla drugiego bieganie; jedni „ładują się” w ciszy i samotności, inni potrzebują towarzystwa, przegadania, burzy mózgów. 

Chodzi również o to, jak i kiedy to robimy. Bo czasem drzemka nas doładuje, a czasem kompletnie rozbije; czasem posiłek postawi na nogi, a czasem rozleniwi; czasem rozmowa doda skrzydeł, a czasem odbierze siły. Chcę przez to powiedzieć, że nie ma żadnego zewnętrznego klucza do utrzymania równowagi energetycznej. Nie oznacza ona ani dzielenia dnia na obowiązki i przyjemności (bo czasem dobrze zrobiona praca dodaje nam energii, a przyjemność powoduje późniejszego „kaca”), ani pilnowania, żeby robić coś po równo dla siebie i innych (bo zmuszanie się do  czegokolwiek nie energetyzuje, bez względu na to, dla kogo to robimy). Oznacza ona bycie ze sobą w kontakcie w każdym momencie, zbieranie danych od Serca i Rozumu, i decydowanie, co nam doda energii.

Równowaga energetyczna to dobre samopoczucie, bak stanu przeciążenia, apatii, depresji czy ekstremalnego wydatkowania energii. Trudno o równowagę energetyczną tam, gdzie dla satysfakcji intelektualnej albo finansowej lekceważymy potrzeby ciała i tłumimy emocje albo dla przyjemności fizycznej lekceważymy potrzeby emocjonalne czy duchowe. Kiedy Serce i Rozum nie współpracują, jedne sfery są zdominowane przez drugie. Te, których informacji słuchamy zastępują te zablokowane i wtedy czujemy potrzebę jedzenia lub kupowania, kiedy tak naprawdę czujemy się smutni czy samotni. Organizm przekazuje informację o potrzebie doładowania, my ją realizujemy według swojego ustawienia Serca i Rozumu, czasem dostarczając sobie energii, a czasem wręcz przeciwnie, paradoksalnie rozładowując się jeszcze bardziej.

Nie jesteśmy jak telefony, które działają tylko naładowane. Jesteśmy zdolni do ogromnego wysiłku wbrew logice: do podniesienia samochodu, jeśli leży pod nim ukochana osoba, do zdobywania szczytów w zimie bez ubrania, do przejścia kilku kilometrów ze złamaną nogą niosąc na rękach dziecko po wypadku… Do pracy non-stop bez dbania o siebie, do długotrwałego funkcjonowania mimo niszczenia organizmu używkami, do biegania maratonów, do przetrwania wielu dni pod gruzami bez jedzenia i picia… Do utrzymywania życia bez głębokich relacji z innymi, w nieustannym lęku, bez poczucia sensu życia…

Mamy możliwość zaciągania ogromnego długu energetycznego w każdym z obszarów naszego funkcjonowania. Problem polega na tym, że ten dług musimy spłacić albo nas zniszczy, zrujnuje.

Energii nie widać, dlatego trudno się nią zarządza. Jedynym jej miernikiem jest nasze samopoczucie. Tylko ono mówi, jak sobą zarządzamy, jaki jest nasz bilans energetyczny. Dobre samopoczucie fizyczne i psychiczne oznacza, że pozyskujemy więcej energii niż wydajemy, że w naszym życiu więcej jet źródeł pozytywnej energii niż negatywnej. Jeśli tak nie jest, warto zastanowić się jak zastąpić wszystko to, co nas zastrasza i wyczerpuje (odczuwaną presję, lęk, cudze narzekanie i ignorowanie naszych potrzeb i emocji) tym, co sprawia, że jesteśmy z siebie zadowoleni i czujemy radość z życia (kontaktem z naturą, wspierającymi relacjami, realizowaniem swoich pasji, pozytywnymi myślami, dobrym jedzeniem, odpowiednim snem, satysfakcjonującą aktywnością). Tolerujemy życie na minusie energetycznym tylko dlatego, że Rozum lub Serce każe nam wierzyć, że to opłacalne. Kiedy dopuścimy do głosu oba, okaże się, jak bardzo nie ma to sensu 🙂

Nieprawdy

Empatia, niskie poczucie własnej wartości wyrażane uniżonością, służeniem innym plus przekonanie, że potrzeby innych są ważniejsze od własnych to przepis na autodestrukcję.

Tak samo zresztą jak blokowanie empatii, niskie poczucie własnej wartości maskowane przebojowością i przekonanie, że własne potrzeby są ważniejsze od cudzych.

Każda nieprawda, każde przekonanie wbrew prawdzie o tym, kim jesteśmy z natury niszczy swojego właściciela. Każda odkryta i doświadczona prawda uwalnia i uskrzydla swojego właściciela.

„Miłość krzywdzi”

Rozpatrywanie pojedynczych przekonań jest trochę jak badanie pojedynczego genu – nie można stwierdzić dokładnie jak i na co wpływa, bo wiele innych współdecyduje o zmianie kierunku czy o konkretnych szczegółach. Ale gdyby zrobić taki model teoretyczny, to wyglądałoby to mniej więcej tak…

Relacja z rodzicami, w której dziecko doznaje zaniedbania i przemocy fizycznej lub emocjonalnej powoduje ukształtowanie się w jego umyśle generalnego przekonania „miłość krzywdzi”. To znaczy, że świat krzywdzi i inni ludzie krzywdzą. Zatem pierwszą regułą w relacjach z innymi staje się „Nie należy ufać ludziom”. Zwrotnie oznacza to, że nie należy prosić o pomoc i przyjmować wsparcia, bo może być „zatrute”. To prowadzi prostą drogą do krzywdzenia siebie. Najpierw do ograniczania siebie do tego, co jesteśmy sobie w stanie dać sami. Potem ignorowanie swoich potrzeb i umniejszanie uczuć powoduje zabieranie sobie szans, przyjemności, unikanie wyzwań rozwojowych, zamykanie się w coraz ciaśniejszej klatce. W obszarze emocjonalnym oznacza to unikanie bliskości, samotność, lęk, smutek, brak nadziei – aż do depresji. W obszarze fizycznym oznacza to zaniedbanie swoich fizycznych potrzeb – złą dietę, wyniszczający styl życia, używki. Odbiciem tego są choroby autoimmunologiczne, w których organizm atakuje i wyniszcza sam siebie – zgodnie z przekonaniem swojego właściciela…

Nie ma identycznych zależności u każdego człowieka, bo każdy z nas ma unikalne, niepowtarzalne doświadczenie, a więc tak niepowtarzalną mapę przekonań jak niepowtarzalny jest układ genów. Ale mamy te same mechanizmy, które wyraźnie pokazują, że nic w naszym życiu nie bierze się „z powietrza”. Wszystko – podejście do życia, relacje z innymi, stosunek do siebie, zdrowie fizyczne i psychiczne – ma swoje źródło w przekonaniach zapisanych w naszych umysłach. Stając się ich świadomi możemy je zmieniać, a tym samym zmienić całe swoje życie.

„Malcolm i Marie” (2021)

Bardzo trudny film, wymagający, bardziej przypomina sztukę teatralną. Czarno-biały, żeby nic nie odciągało uwagi widza od dialogu między bohaterami. A dialog trwa prawie dwie godziny, niemal w czasie rzeczywistym. Jak ktoś chce, może to być film o (braku) miłości, albo o światku filmowym, czy nawet szerzej artystycznym, ale dla mnie jest o tym, co sprawia, że i związek bohaterów, i ich życie zawodowe czy prywatne są właśnie takie, jak to przedstawiają w tej niekończącej się emocjonalnej rozmowie – o braku partnerstwa. O dominacji, wykorzystywaniu, manipulacji, ustawianiu się w roli zwycięzcy lub ofiary, nigdy partnera. Film jest męczący i irytujący, na pewno nie dla każdego; ale jeśli ktoś lubi podglądać innych „od środka”, polecam – mechanizmy rządzące komunikacją w związku opartym na nierówności widać jak na dłoni.

Oślepieni wędrowcy

Gdybyśmy spojrzeli na siebie „mechanicznie’’, to w uproszczeniu intelekt jest naszą instrukcją, a emocje kontrolkami poszczególnych systemów; fizyczność dostarcza nam energię zewnętrzną, paliwo, a duchowość energię wewnętrzną – nadaje znaczenie i sens temu co robimy, nadaje kierunek naszej drodze.

Wychowanie i socjalizacja sprawiają, że uczymy się korzystać z jednych części siebie bardziej niż z innych, rozwijamy jedne obszary kosztem drugich, a nawet więcej – próbujemy zastąpić jedne drugimi. To trochę tak, jakbyśmy wymienili jedno koło w samochodzie na dodatkową kierownicę, albo wyrzucili pedał hamulca w zamian za więcej wycieraczek…

Każda sfera ma swoje znaczenie i zadanie – i tylko wtedy, kiedy wszystkie są w równowadze idziemy przez życie bez problemów: mamy energię, czujemy sens tego co robimy, nie targają nami negatywne emocje i rozumiemy jak dbać o siebie, żeby ten stan utrzymać na stałe. Jednak żeby tak się stało, potrzebny jest nam kontakt z samym sobą, z własnymi myślami, uczuciami, potrzebami, marzeniami – z tym, co nam w duszy gra. Nie czujemy siebie tam, gdzie nauczyliśmy się dopasowywać do innych, żeby zasłużyć na ich akceptację i nie czujemy siebie wtedy, kiedy od siebie uciekamy, kiedy zagłuszamy siebie czymś z zewnątrz (nieustannym towarzystwem innych, substancjami psychoaktywnymi, wynajdywaniem sobie prac i obowiązków, skupianiem się na życiu innych ludzi itp.)

Tam, gdzie zablokowaliśmy czucie i nie wyrażamy siebie nie jesteśmy w stanie zdiagnozować tego co jest, a tym samym tracimy szansę, żeby móc to naprawić, poprawić, wyrównać. Cierpi na tym cały system, nasze samopoczucie – czujemy się źle, bo źle sobą zarządzamy. I kółko się zamyka, bo nie chcąc czuć się źle, próbujemy silniej zablokować lub zagłuszyć swoje odczuwanie.

Dlaczego boimy się wyrażać siebie, być sobą? Boimy się krytyki, odrzucenia. Boimy się negatywnych zwrotów na swój temat. Boimy się, że negatywna informacja jest jak wyrok (zniszczy cały nasz wysiłek, negatywnie nas zaszufladkuje) albo kara (w końcu ktoś się zorientuje, że jesteśmy źli i zrobi nam to, na co zasługujemy). To są przekonania pochodzące z umysłu dziecka – kogoś, kto próbuje zasłużyć na miłość; kogoś, kogo można wziąć pod pachę i zamknąć w pokoju albo odciąć go od wszystkiego co lubi; kogoś, kto musi wyrzec się swojego czucia, żeby zaakceptować to, co mówią czy czego oczekują opiekunowie.

Dla małego dziecka dezaprobata rodziców jest końcem świata, ale jaki jest sens pozostawania w tej roli i utrzymywania tych przekonań w dorosłym niezależnym życiu; spędzanie tego życia na walczeniu o aprobatę ludzi, z którymi nie spędzamy czasu, których nie znamy i na których najczęściej wcale nam nie zależy…?

Warto czasem zadać sobie pytanie, którego jako dziecko zadać sobie nie potrafiliśmy: „A co, jeśli moje czucie nie jest niewłaściwe, tylko chce mi coś powiedzieć, przynosi mi informację o mnie?” Warto, bo bez informacji o sobie z poziomu czucia jesteśmy jak oślepiony wędrowiec, który w drodze kieruje się podpowiedziami innych oślepionych, wciąż wpadając w dołki i przewracając się na przeszkodach…

„Skradzione serce” (serial, 2022)

Kiedy człowiek zabija kogoś dla jedzenia, nie mówi się, że kocha jedzenie, tylko że zrobil to, żeby przeżyć. Ale kiedy człowiek zabija kogoś dla innej osoby, mówi się, że to z miłości…

Kolumbijski serial, trzymający w napięciu thriller, choć trochę trąci telenowelą. Polecam, bo prowokuje ważne pytania i nie odpowiada na nie jednoznacznie, pokazując różne perspektywy – trzeba sięgnąć do własnego systemu wartości, żeby sobie na nie odpowiedzieć, a to uważam za sporą wartość. Zakres jest spory, bo dotyczy i relacji, i polityki, i metafizyki. Miłości, obsesji, uzależnienia, lojalności, emocji, pasji, rodziny, sumienia, zemsty, pieniędzy, interesów, władzy, medycyny…