Zobaczyć to, co jest

Z rodzinnego środowiska wynosimy przyzwyczajenie do małej lub dużej ilości dobrych słów, gestów wsparcia, dotyku, wychodzenia nam naprzeciw. Co dla jednych jest manną z nieba, dla innych jest porcją głodową. Są tacy, którzy potrafią przeżyć dzień radośnie na jednym dobrym słowie i są tacy, którzy potrzebują silnego okazywania im uczuć bez przerwy, żeby w ogóle mogli przetrwać.

Ci, którzy byli w dzieciństwie emocjonalnie rozpieszczani, nawet ciepłą rzeczywistość odczuwają jako zbyt chłodną. Ci, którzy byli emocjonalnie hartowani, mają tendencję do jej upiększania, do udawania, że zimne wcale nie jest takie zimne.

Mamy moc zmieniania rzeczywistości – w tym siebie – ale tylko wtedy, kiedy widzimy ją taką, jaka jest, a nie taką, jaką każą nam ją widzieć nasze mechanizmy obronne.

Pomaganie i wymaganie

Miłość rodzicielska przejawia się we wspieraniu rozwoju dziecka na dwa sposoby: przez pomaganie – tam, gdzie nie ma ono jeszcze gotowości do samodzielnego poradzenia sobie z trudnością, i przez wymaganie – tam, gdzie ta gotowość została już osiągnięta. Problem w tym, że rodzice oceniają tę gotowość bardziej na podstawie wspomnień z własnego dzieciństwa niż na podstawie realnych potrzeb swojego dziecka, w efekcie czego zamiast potrzebnego wsparcia dzieci doświadczają rodzicielskiej nadopiekuńczości lub presji. Bardzo często zaś i jednego i drugiego, tylko różnie w różnych obszarach; im większe przegięcie następuje w jednym obszarze, tym większe jest odbicie w drugą stronę w innym obszarze, dla równowagi. W dorosłym życiu to, jak byliśmy widziani i traktowani przez naszych opiekunów staje się dla nas automatycznym wzorcem jak sami mamy traktować siebie (nawet jeśli nie czujemy się z tym dobrze); po prostu nie jesteśmy świadomi tego mechanizmu.

Jeśli rodzice byli przewrażliwieni na punkcie naszego zdrowia, zaczynamy wierzyć, że jesteśmy fizycznie słabi. Traktując siebie w ten sam sposób („tego nie mogę”,”to by mnie zabiło”, „to nie na moje zdrowie”), nie hartujemy się i nie dbamy o kondycję, a więc chorujemy, uzyskując potwierdzenie, że rzeczywiście coś z naszym zdrowiem jest nie tak, nawet jeśli już dawno pozbyliśmy się dziecięcych dolegliwości, ba, nawet, jeśli w rzeczywistości wcale nie byliśmy bardziej chorowici niż inne dzieci. Organizm „wie”, że ma być słaby – tak został zaprogramowany.

Jeśli spędzaliśmy czas na dworze, grzejąc się, marznąc i hartując, to i w dorosłym życiu traktujemy swój organizm jako samoregulującą się machinę, i nawet jeśli mamy indywidualne predyspozycje do przeziębień czy alergii, paradoksalnie pojawiają się one rzadziej niż u innych. Organizm radzi sobie jak sprawnie działające urządzenie, bo tak każe mu nasze przekonanie, że wszystko z nim jest w porządku.

Jeśli rodzice traktowali własne ciała „po macoszemu” albo wywierali presję, żebyśmy zostali zawodowymi sportowcami, to według wzorca lub zaprogramowanych wymagań będziemy żyłować swoje ciało ponad jego realne możliwości, krzywdząc się. W tym przypadku organizm realizuje informację, że ciało ma pracować – nawet na długu – za inne sfery, tak długo jak to jest możliwe, do samozniszczenia.

Jeśli rodzice wątpili w naszą intelektualną sprawność, wciąż nas krytykując i porównując nasze osiągnięcia do sukcesów innych dzieci, to nie stanie się ona naszą mocną stroną, choćbyśmy mieli do tego wszelkie predyspozycje; nie podejmiemy żadnych intelektualnych wyzwań, bo z góry zakładamy, że nas przerastają.

Jeśli lubiliśmy intelektualne zabawy, zagadki i zadania, to i w dorosłym życiu podchodzimy do nowych wyzwań z otwartością i ciekawością.

Jeśli nadmiernie chwalono nas za intelekt lub wywierano presję, żebyśmy się uczyli i „stali się kimś”, to będziemy nadmiernie wykorzystywać ten obszar siebie kosztem innych obszarów aż doprowadzimy do problemu: choroby fizycznej z zaniedbania organizmu czy rozpadu rodziny z powodu zaniedbania relacji.

Jeśli nasi rodzice czuli się złymi rodzicami, widząc nasze negatywne emocje, i próbowali temu zapobiec z całych sił, jako dorośli także traktujemy każdą pojawiającą się negatywną emocję jak koniec świata, obarczając nią innych i oczekując, że ktoś zaradzi naszemu złemu samopoczuciu.

Jeśli opiekunowie uczyli nas jak sobie poradzić z przykrymi emocjami, umiemy to i robimy, utrzymując dobre samopoczucie.

Jeśli wywierano na nas presję, żebyśmy nie okazywali swoich emocji bez względu na sytuację, to właśnie sami sobie robimy w dorosłym życiu, udając, że nic nas nie rusza i utrudniając porozumienie z innymi ludźmi, którzy nie są świadomi tego, co przeżywamy.

Można by tak mnożyć przykłady w nieskończoność, bo wzorce dotyczą wszystkiego, od jedzenia po komunikację międzyludzką. Nasze doświadczenie różni się czasem w najdrobniejszych szczegółach, trudno więc byłoby zrobić z tego listę, według której moglibyśmy się sami zdiagnozować – i nie to jest celem tego tekstu. Moim zamiarem jest zachęcenie do samoobserwacji i refleksji, do uważniejszego przyjrzenia się sobie – bo to, co uważamy za swoją wrodzoną cechę zazwyczaj jest po prostu utrwaloną reakcją dziecka na konkretne i powtarzające się zachowanie rodziców. Klucz jest prosty: tam, gdzie doświadczyliśmy rodzicielskiej nadopiekuńczości, uważamy się za słabych, co powoduje, że gdzieś niepotrzebnie zamykamy sobie drogę do dobrego samopoczucia i samorealizacji. Jedynymi osobami, które mogą zmienić to przekonanie jesteśmy my sami: zmieniając myślenie o sobie i mądrze dostarczając sobie nowe, potwierdzające to doświadczenie (hartując ciało, otwierając umysł, kontrolując emocje); słowem, wymagając od siebie tam, gdzie od nas nie wymagano. Tam zaś, gdzie doświadczyliśmy rodzicielskiej presji, uważamy się za nadmiernie silnych, wręcz niezniszczalnych, co nieuchronnie prowadzi nas do wyrządzenia sobie krzywdy. Tu także potrzebujemy dać sobie to, czego nam nie dano: opiekę, wsparcie, wyrozumiałość. Zwolnienie tempa, obniżenie poprzeczki, docenienie wysiłku i efektów.

Nie możemy zmienić swojego dzieciństwa, i tym samym nie możemy uniknąć przegięć wychowując własne dzieci. Możemy jednak zacząć traktować siebie tak, jak chcielibyśmy być potraktowani przez idealnego rodzica, przyjaciela czy partnera – z miłością, która wspiera; która tam, gdzie trzeba, pomaga nam stanąć na nogi, żebyśmy złapali równowagę; a tam, gdzie trzeba, wymaga, żebyśmy mogli zakosztować satysfakcji z przekraczania własnych ograniczeń. Umiejąc to wobec siebie samych, automatycznie będziemy umieć to wobec innych – także własnych dzieci.

Wewnętrzna zgodność

Kiedy mówimy o emocjach, zazwyczaj mamy na myśli te negatywne, bo zakłócają nasz spokój i dobre samopoczucie. Jeśli ich nie rozumiemy, próbujemy z nimi walczyć albo działać pod ich wpływem, co zazwyczaj przynosi niechciane konsekwencje. W istocie negatywne emocje (czyli te odczuwane jako nieprzyjemne) są jak lampki kontrolne w urządzeniu: ostrzegają o nieprawidłowościach w systemie. Jeśli potrafimy je odczytać, potrafimy zapobiec awarii.

Paradoksalnie emocjom odczuwanym jako pozytywne nie poświęcamy tak wiele uwagi. Jak są to super, i już; szkoda, że tak rzadko, i tyle. Tymczasem te emocje też pełnią swoją rolę, wcale nie mniejszą niż te negatywne. Gdyby porównać „pracę” naszych emocji do budowy domu, to te negatywne pilnują fundamentów; pilnują, żeby dom był stabilny; pilnują spełnienia koniecznych do tego wymagań, i są w tym nieustępliwe, nie pozwolą nam budować na piasku, nie da się ich przekupić. Te pozytywne z kolei korzystają z tych fundamentów, żeby umożliwić nam stworzenie czegoś jedynego w swoim rodzaju – żeby umożliwić urzeczywistnienie jakiejś wizji, którą nosimy w sobie, wyrażenie naszej indywidualności, zrealizowanie naszych predyspozycji i talentów.

Nasze odczuwanie to nawigacja: to, co sprawia nam przykrość, to sprawy, którymi musimy się zająć, żeby nasze „fundamenty” nie spowodowały katastrofy budowlanej. To, co sprawia nam radość, to sygnał o kierunku, w jakim mamy iść, o kształcie, jaki mamy stworzyć, o marzeniu, jakie pragniemy spełnić w swoim życiu.

Większość z nas jest na tyle zmęczona atakami negatywnych emocji, że jedyne, o czym marzy, to ich brak, nawet kosztem tych pozytywnych. Gdyby jednak rzeczywiście te negatywne emocje przestały się pojawiać, i nie byłoby tych pozytywnych, okazałoby się, że bez wszelkich emocji nasze życie co prawda stało się spokojne, ale… puste. Bylibyśmy podobni do robotów, których nic nie rusza, ale też nic nie napędza; stracilibyśmy sens życia, bo to radość wskazuje nam, gdzie on jest.

To nie jest tak, że gdyby brakło negatywnych emocji, w ich miejsce pojawiłyby się pozytywne. One nie funkcjonują w ten sposób, mają różne zadania – jedne są strażnikami systemu i mówią, co naprawić, drugie są przewodnikami i mówią gdzie iść, co budować. Jedne pilnują naszego zdrowia i bezpieczeństwa, drugie wskazują nam kierunek samorealizacji. 

Kiedy nie pozwalamy sobie na rozwijanie tego, co nam w duszy gra – swoich predyspozycji, talentów, pasji – tracimy radość, i jedynymi towarzyszącymi nam emocjami będą te negatywne, na dodatek rozmyte jak mgła, nie mówiące o specyficznym problemie, tylko o zapaści całego systemu. Kiedy tracimy kontakt z przewodnikami, strażnicy też przestają pełnić swoją rolę, poddają się – taki stan nazywamy depresją. 

Kiedy aktywnie walczymy z negatywnymi emocjami, zagłuszając je używkami, atrakcjami wyzwalającymi adrenalinę i stałym towarzystwem innych ludzi czy ignorując je, tłumiąc lub racjonalizując (nadając im inne znaczenie), tracimy też kontakt z tymi pozytywnymi; próbujemy wywołać je sztucznie, zmusić do pojawienia się tam, gdzie naturalnie się nie pojawiają. Kiedy tracimy kontakt ze strażnikami, tracimy go również z przewodnikami, a wtedy pogrążamy się w kompletnym chaosie, pozbawiając się kontroli nad swoim życiem.

Kiedy toczy się w nas walka pomiędzy własną samorealizacją a spełnianiem cudzych oczekiwań, dopasowywaniem siebie do istniejących schematów, pozytywne i negatywne emocje pojawiają się na zmianę, z dużą i męczącą intensywnością – odzwierciedlają naszą wewnętrzną walkę, wewnętrzny konflikt na poziomie przekonań: strażnicy rywalizują z przewodnikami, próbując przekrzyczeć się nawzajem, i odczuwamy to tak, jakby dwie osobne siły ciągnęły nas w dwóch różnych kierunkach.

Kiedy jednocześnie weryfikujemy swoje krzywdzące przekonania o sobie (wyciszając w ten sposób negatywne emocje, które tracą powody, żeby się pojawiać) i staramy się robić jak najwięcej tego, co nas uszczęśliwia (co sprawia, że mamy po co budzić się kolejnego dnia), wtedy realizujemy siebie w równowadze. Im bardziej czujemy się silni, zdrowi, pewni siebie, tym większą mamy ochotę na nowe wyzwania, na doświadczanie życia. Kiedy strażnicy współpracują z przewodnikami jak jeden zespół, którym są w rzeczywistości, zaczynamy doświadczać szczęścia.

Dwa skrzydła

Doświadczenie braku, niedoboru, traumy powoduje, że widzimy szczęście w przeciwieństwie tego, co nas spotkało, że marzymy o spotkaniu kogoś, kto nam udowodni, że miłość, dobro i szczęście istnieją. To jest myślenie dziecka – zostałem skrzywdzony, chcę żeby ktoś się mną zaopiekował, rozpieszczał. Innymi słowy – byłem uzależniony od złego człowieka, teraz chcę być uzależniony od dobrego człowieka. 

Uzależnienie nie daje szczęścia, szczęście trzeba najpierw znaleźć w sobie. Może jesteśmy aniołami z jednym skrzydłem (otrzymanego doświadczenia), ale latanie razem w ten sposób wynika z konieczności i jest mocno ryzykowne. Kiedy każdemu aniołowi wyrośnie drugie skrzydło (stworzonego dla siebie przeciwnego doświadczenia), latanie razem wynika ze wspólnej chęci i jest czystą przyjemnością.

Emocjonalne drogowskazy

Kontakt ze swoimi emocjami jest podstawowym drogowskazem w relacjach z innymi ludźmi. Poziom wrażliwości emocjonalnej jest różny u różnych ludzi tak samo jak poziom wrażliwości na ból fizyczny, jak spostrzegawczość, rozróżnianie kolorów i każda inna cecha. I jak każdą inną cechę bez względu na jej poziom wyjściowy można tę wrażliwość emocjonalną rozwinąć albo stłumić. Właściwie dokonuje się to „samo” poprzez reakcje opiekunów na zachowanie dziecka. Najczęściej dziewczynki słyszą „popłacz sobie, to ci przejdzie”, a chłopcom mówi się: „prawdziwi faceci nie płaczą”.

Efekt jest porażająco widoczny już wśród nastolatków. Znakomita większość chłopców reaguje biernym lub czynnym oporem na zajęcia z psychologiem – na każde zadanie, dyskusję, a nawet wykład w jakikolwiek sposób związany z emocjami. Emocje dla większości chłopców to obszar tak niezrozumiały i obcy (więc niebezpieczny) jak fizyka dla większości dziewcząt, z góry nie chcą mieć z nim nic do czynienia, bo przywołuje negatywne skojarzenia. 


Ktoś, kto nie potrafi rozpoznać, nazwać i zakomunikować swoich emocji, nie potrafi nawiązać bliskości emocjonalnej z drugim człowiekiem. Cierpi, ale nie potrafi. Cierpią też partnerzy w takich relacjach, bo ich emocjonalność musi wystarczyć za dwoje, a nie dostają nic w zamian. Kiedy przychodzą na świat dzieci, kółko się zamyka – mamusie próbują nawiązać z synami więź, której brakuje im u partnerów, rozpieszczając i pozwalając na przekraczanie swoich granic („emocjonalnie wolno ci wszystko, bo chcę, żebyś mnie kochał najbardziej na świecie”); tatusiowie z kolei zazdrośni o ten rodzaj więzi, którego nie potrafią sami stworzyć ostro musztrują potomków, żeby zrobić z nich „prawdziwych mężczyzn”.


A prawdziwy mężczyzna to taki, który udaje, że nie ma miękkich emocji i wrażliwości. Może krzyczeć, ale nie wolno mu być smutnym. Ma prawo być wściekły, ale nie wolno mu być rozżalonym, rozczarowanym, osamotnionym, bezradnym, zawstydzonym. Może wymagać, ale nie wspierać. Może trzaskać drzwiami, ale nie powinien za nic przepraszać. Może mieć romanse na boku, ale nie może zostać zdradzony. Może kląć z podziwu, ale nie wolno mu kogoś pochwalić wprost ani bezpośrednio wyrazić swojego zachwytu, radości, miłości, czułości. Poza okresem zakochania to niebezpieczne, nie-męskie; grozi utratą tożsamości i napiętnowaniem społecznym. Zdarzają się tacy, którym to nie pasuje, którzy rezygnują z wyrażania twardych emocji „po męsku” – nie krzyczą, nie przeklinają, nie rzucają przedmiotami – milczą jak głaz, zamknięci we własnym świecie uczuć jak księżniczka w wieży.

Bardzo często takie dwutorowe wychowanie (przyzwalająca na brak kontroli emocjonalnej matka i nieobecny emocjonalnie, wymagający ojciec) tworzy osobowość socjopatyczną – człowieka, który z jednej strony jest narcystycznie zapatrzony w siebie i niezdolny do tworzenia emocjonalnej więzi (bo nauczony, że tylko on ma emocje i tylko jego potrzeby się liczą), a który z drugiej strony szuka ujścia dla swojej frustracji związanej z niespełnianiem cudzych oczekiwań (w postaci fizycznej lub słownej agresji wobec innych). Im mniej bezpośrednia była presja ze strony ojca, tym bardziej zachowania przemocowe takiej osoby mogą mieć ukryty charakter i przejawiać się w lekceważeniu innych ludzi, uszczypliwych żartach, sarkazmie, słownej złośliwości, ignorowaniu niewygodnych pytań, celowym „zapominaniu” o czymś ważnym dla partnera i w całej gamie zachowań pasywno-agresywnych.

Ten wzorzec wychowawczy funkcjonuje przez pokolenia, separując emocjonalnie kobiety i mężczyzn, choć wcale nie musi tak być. Empatia jest cechą wrodzoną. Każdy, dosłownie każdy, w każdym momencie powtarzającego się cyklu może świadomie wybrać inne zachowanie, zaryzykować zmianę toru. Potencjalnie – bo praktycznie musi najpierw odczuć potrzebę więzi emocjonalnej zamiast wypierania jej czy zastępowania innym rodzajem więzi, nazwać tę potrzebę zamiast racjonalizowania czy ignorowania, i zaryzykować zachowanie wbrew swojemu automatyzmowi, wbrew własnemu doświadczeniu. Realnie prawdopodobieństwo takiej zmiany jest bardzo nikłe z jednej prostej przyczyny: narcyzi co prawda czują, i cierpią, a nawet wyolbrzymiają swoje emocje do gigantycznych rozmiarów, ale nie biorąc cudzego odczuwania w ogóle pod uwagę, nie rozumieją swojego wpływu na sytuację – winni są zawsze ci na zewnątrz, którzy nie chcą spełnić ich oczekiwań. Dlatego ich życie upływa na próbie „naprawiania” innych lub szukania odpowiednich „opiekunów”, potrafiących odgadnąć i zaspokoić wszelkie ich potrzeby. Szukając kontroli poza sobą, blokują sobie możliwość zmiany i w rzeczywistości tracą kontrolę nad swoim życiem, coraz bardziej pogrążając się w frustracji.

Kontakt ze swoimi emocjami jest podstawowym drogowskazem w relacjach z innymi ludźmi, ale pod warunkiem, że ani nie tłumimy, ani nie nakręcamy tego, co czujemy, i że uwzględniamy to, co czują inni na równi z tym, co sami odczuwamy.

O sile

Im częściej spotykam silne kobiety (tzw. matki-Polki, co to perfekcyjnie ogarniają dom i dzieci, a do tego pracują zawodowo, dbają o wszystkich prócz siebie i wstydzą się odpoczywać), tym wyraźniej widzę pewien paradoks – zauważam, że siła jest… słabością. Nie dowodem samorozwoju, a mechanizmem obronnym.

Siła powstaje po to, żeby przykryć słabość, żeby sobie jakoś radzić. Jest jak pancerz, który chroni przed zranieniem i trzyma w pionie nawet jeśli w środku wszystko się rozpada. Niby tak. Ale to ona sama doprowadza do tego, że wszystko się rozpada. Bo jak się chce być silnym, to się tworzy problemy i wyzwania, żeby sobie udowadniać swoją siłę. Tworzy się pole walki, wojnę. A jak już się jest dowódcą na tej wojnie, to zostaje się przeraźliwie samotnym, bo wszyscy albo się takiej osoby boją, albo ją wykorzystują. Tak czy siak mają jej uczucia za nic, bo pod pancerzem siły ich nie widać.
Tymczasem pod tym pancerzem kryje się osoba, która desperacko chce być samodzielna, żeby nie musieć zależeć od innych, bo w jej doświadczeniu oznacza to krzywdę. Osoba, której siła gwarantuje bycie ważną, choć tak naprawdę krańcowo zaniedbuje swoje potrzeby i uczucia dla innych. 

Siła nie daje poczucia niezależności, bo potrzebujemy innych, żeby ją demonstrować – zwiększa tylko tęsknotę za bliskością.
Siła nie daje poczucia własnej wartości, tuszuje tylko jego niedostatek; nie odbiera nam wrażliwości, tylko uczy jak ją ukrywać.

Lęk każe nam się zbroić, żeby się bronić przed zranieniem, przed brakiem miłości. I jak samospełniająca się przepowiednia tworzy ten brak.
Miłość zachęca nas jedynie do samodzielności i doceniania siebie.

„Dwa życia” (2022)

Bardzo często mówimy sobie: „gdybym wtedy wybrał(a) inaczej…”, wierząc, że zmieniłoby to wszystko, co nastąpiło potem. Film „Dwa życia” fajnie pokazuje, jak bardzo jest to zarazem prawda i nieprawda: zmieniają się dekoracje (ludzie, okoliczności, sytuacje), ale nie zmienia się poczucie szczęścia, jakie odczuwamy. Tworzymy swoje życie sobą – na ile siebie znamy, na tyle potrafimy siebie uszczęśliwić, niezależnie od okoliczności.

Wiara kontra doświadczenie

Dzieci bezgranicznie ufają w rodzicielską miłość, więc pierwsze zderzenie ich ufności z zachowaniem rodziców opartym na ich lęku (nie-miłości) jest zdarzeniem traumatycznym. W tym momencie zostają zarażone wątpliwością co do miłości jako swojej natury.

Wątpliwość przyciąga to, co ją potwierdza, czyli kolejne rozczarowania brakiem miłości u innych ludzi. W końcu w ludzkim doświadczeniu jest już tyle zranień, że lęk przed cierpieniem powoduje odrzucanie tego, na czym nam zależy najbardziej. Doświadczenie zapisane w umyśle morduje wiarę w miłość zapisaną w sercu.

Rośnie to, co karmimy

Lęk to zwątpienie w miłość, próba uniknięcia za wszelką cenę odrzucenia rozumianego jako pozbawienie miłości, separacja, izolacja od źródła miłości. 

Żaden człowiek nie może nam dostarczyć takiego doświadczenia miłości, które usunęłoby wszystkie nasze wątpliwości, zneutralizowało wszystkie nasze lęki. Możemy to jednak zrobić sami za pomocą wiary w miłość jako swoją naturę – możemy zaryzykować z własnego wyboru doświadczenie takiego rodzaju samotności i izolacji, który nas najbardziej przeraża (fizycznej, intelektualnej, emocjonalnej, duchowej), żeby zrozumieć, że nigdy nie jesteśmy sami, odcięci od źródła – że miłość jest w nas samych, nie na zewnątrz. Że przybiera nie jedną, a różne formy, i nawet bez żadnej formy treść pozostaje w swojej najbardziej autentycznej postaci.

Inaczej mówiąc, nie boimy się takiego rodzaju odrzucenia, jakiego już doświadczyliśmy, bo wiemy, że jesteśmy w stanie to przeżyć. Boimy się swoich wyobrażeń o tym, co się stanie, kiedy zawiodą nasze sposoby pozyskiwania „dowodów” akceptacji od innych ludzi; boimy się utraty kontroli nad miłością tam, gdzie jej jeszcze nigdy do końca nie utraciliśmy. Tyle tylko, że tak naprawdę tej kontroli nie mamy i nigdy nie mieliśmy. Ci, co potrafią kochać, nie potrzebują kontroli, bo miłość wewnątrz nich nie pozwoli im nikogo krzywdzić; tych, którzy tego nie potrafią, żadna siła ani żaden sposób nie jest w stanie do tego zmusić – nie można dać komuś czegoś, czego się nie ma. Można jedynie grać, oszukiwać, udawać przed sobą i innymi. Z tym, że każde kolejne zachowanie ucieczkowe karmi nasze lęki, które rosną w siłę, a każda próba skonfrontowania się z nimi odkrywa w nas niespodziewaną moc. Dlatego paradoksalnie ci, którzy nie dostali dużo, stają się silni, a ci, którzy dużo i stale dostają, pozostają zależni i słabi. Łatwiej zaryzykować komuś, kto prawie nic nie ma niż komuś, kto nie chce wypuścić z rąk tego, co zgromadził. To jak teleturniej „Milionerzy”, z tą różnicą, że nagroda w grze nie jest gwarantowana, w przeciwieństwie do miłości, która jest naszą naturą. Ale jeśli w to nie wierzymy, zabieramy najniższą „wygraną” i z nią uciekamy, wmawiając sobie, że to nam wystarczy. To, że nie potrafimy być z tym szczęśliwi, jest dowodem na to, że stać nas na więcej.