Może…?

Może życie jest jak gra komputerowa? Może dusza wybiera sobie okoliczności do swojego kolejnego życia jak wybiera się ustawienia gry? Może za każdym razem przechodzi się jakiś poziom lub kilka wyżej albo wiele razy testuje się różne pomysły na przejście jednego konkretnego poziomu? Może nie pamiętamy poprzednich żywotów, ale zachowujemy pamięć tego, czego się z nich nauczyliśmy o miłości?

Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że chociaż wszyscy gramy w to samo, niektórzy wcale nie załapują reguł tej gry, nawet jeśli ktoś im je tłumaczy, a inni uczą się ich szybko, nie mając żadnego przewodnika ani wzorca…? Jak inaczej niż istnieniem starej i młodej duszy wytłumaczyć fakt, że z tego samego doświadczenia jedni czerpią inspirację i motywację do zmiany i samorozwoju, a inni kręcą się w kółko, przysparzając sobie tylko więcej cierpienia…?

Wgląd

Umysł potrafi połączyć w całość nawet najbardziej sprzeczne dane, w razie potrzeby dzieląc nasz wewnętrzny świat na wiele małych światów – obszarów, które rządzą się odmiennymi zasadami. Nie potrafi jednak zlikwidować konfliktu emocji przypisanych do przeciwstawnych przekonań. Sprzeczne (mieszane) emocje oznaczają istnienie w umyśle przeciwstawnych, wzajemnie wykluczających się danych, i domagają się zweryfikowania tych starych zapisów, rozwiązania konfliktu. Może to zrobić tylko właściciel danego umysłu – za pomocą świadomych wyborów porządkujących ten system. Stąd umiejętność wglądu w swoje zachowanie i uczucia jest podstawowym narzędziem do osiągnięcia wewnętrznej harmonii i poczucia szczęścia.

Dlaczego nie jest to umiejętność powszechna?

Rozwój świadomości jest zakłócany przez tendencję do utożsamiania się na zmianę z emocjami lub automatycznym umysłem. Przypomina to błędne koło, z którego coś musi nas wyrwać, żeby obudzić świadomość.

Najpierw jakieś doświadczenie powoduje, że w umyśle zapisuje się skojarzenie – na przykład rodzice chwalą dziecko za ustępowanie starszemu rodzeństwu. Dziecko czuje się dumne, wyróżnione („młodsze a mądrzejsze”), umysł zapisuję to jako zasadę („należy ustępować innym, żeby zdobyć aprobatę otoczenia”). Dziecko, a potem dorosły, ustępuje wszystkim i wszędzie, stawiając swoje potrzeby na drugim miejscu – utożsamia się z umysłem, lekceważąc swoje emocje (poczucie bycia pomijanym, lekceważonym, wykorzystywanym, niedocenionym). Emocje kumulują się i przybierają na sile aż do momentu, w którym dana osoba zaczyna się z nimi utożsamiać – i wybucha. Wybuch wyzwala emocje u innych, robi się napięta atmosfera, wkracza umysł ze swoim zapisem „lepiej się podporządkować dla świętego spokoju”, znowu emocje zostają stłumione i cykl zaczyna się od początku, nie zakłócony udziałem świadomości. Dopóki kontynuujemy nawyk utożsamiania się na zmianę z automatycznym umysłem i emocjami, dopóty blokujemy świadomość, która może zarządzać jednym i drugim.

Uszanowanie emocji

Zabawa emocjami dziecka jest całkiem popularną rozrywką dorosłych. Małe dzieci nie potrafią ukrywać swoich emocji i często wyrażają je bardzo ekspresyjnie, co bawi ich opiekunów. Większość ludzi nie widzi w tym nic złego. W amerykańskim programie TV prowadzący go Jimmy Kimmel zachęca rodziców, by wmawiali swoim dzieciom, że zjedli wszystkie ich halloweenowe słodycze i nagrywali ich reakcje. Montowane z tych nagrań filmiki biją co roku rekordy popularności. Dorośli ludzie pękają ze śmiechu patrząc, jak dzieci płaczą i próbują sobie poradzić ze swoim rozczarowaniem. Bo przecież to tylko żart, cukierki nie zostały zjedzone, więc nic złego się nie stało. Ciekawe, czy ci sami dorośli śmialiby się tak samo, gdyby to im ktoś, komu ufają, powiedział, że zdradza ich partner, albo że ukradziono im nowy samochód albo szef ich zwolnił z pracy – tak dla żartu. Czy ulga po poznaniu prawdy wymazuje „zawał serca” przed? Czy poczucie bycia nabranym, wkręconym przez bliską osobę to przyjemne uczucie? Czy świadomość, że ktoś dla własnej rozrywki bawi się naszymi uczuciami zwiększa zaufanie do niego, wzmacnia relację?

Zdarza się też tak, że rodzice czy opiekunowie z premedytacją okłamują i oszukują dziecko, manipulując jego uczuciami, żeby wymusić na nim jakieś zachowanie, czasem zyskać ich przychylność, spowodować, żeby wybrało ich „stronę”. Zdarza się, że rodzice lekko traktują swoje obietnice i nie dotrzymują słowa w sprawach, na których dziecku bardzo zależy (bez względu na to jak mało istotne wydają się dorosłym).

Kiedy rodzice są mało empatyczni i nie zwracają uwagi na to, co dziecko czuje w reakcji na ich zachowanie, najczęściej odczuwaną dziecięcą emocją staje się rozczarowanie. Rozczarowanie miłością, która zamiast wspierać, krzywdzi. Jedynym sposobem, w jaki dziecko może poradzić sobie z tym rozczarowaniem (bo przecież nie może zmienić zachowania swoich opiekunów), jest stłumienie go, stłumienie odczuwania. Z czasem zamienia się ono w wewnętrzne odrętwienie chronione grubą skórą, przez którą innym trudniej się przebić.

Ale tęsknota za odczuwaniem bliskości i miłości pozostaje, nie daje się wyeliminować. Kiedy lęk przed intencjami innych i własną wrażliwością jest zbyt silny, pozostaje jedynie znaleźć jakąś tego namiastkę, jakiś dowód odczuwania. Coś, co pozwoli ominąć wewnętrzną kontrolę jak alkohol czy narkotyki, albo coś, co spowoduje produkcję adrenaliny, jak ekstremalne sporty, niebezpieczne wyzwania, przesuwanie granic, pobijanie swoich rekordów, albo cokolwiek innego, co umożliwi teoretycznie bezpieczne („mam na to wpływ, wybieram to”) odczuwanie przyjemności – jak objadanie się niezdrowym jedzeniem, nadmiarowe korzystanie z używek, seksu, gier, zakupów, wirtualnej rzeczywistości itp. Próba kontroli odczuwania często kończy się więc brakiem kontroli ryzykownego zachowania, ignorowaniem ostrzeżeń z zewnątrz i wewnątrz – żeby coś poczuć… 

Brak doświadczenia empatii rodziców w dzieciństwie staje się własnym brakiem empatii w zachowaniach wobec siebie i innych. Brak empatii wobec własnych dzieci zamyka kółko i powtarza cykl od początku. Lub nie, jeśli świadomie zdecydujemy inaczej.

Miłość bezwarunkowa

Dziecko w sposób naturalny oczekuje od swoich rodziców stuprocentowej, bezwarunkowej miłości. Rodzice z kolei mogą dać dziecku tyle miłości, ile sami mają, nie tyle, ile chcieliby mu dać. W obszarach, gdzie nauczyli się kochać siebie, potrafią kochać swoje dziecko i nauczyć je samoakceptacji. W obszarach, gdzie sami siebie nie akceptują, ich zachowanie powoduje, że dziecko czuje się zaniedbane, zranione, odrzucone czy krzywdzone i uczy się być z siebie niezadowolone. 

Dziecko oczekuje od swoich rodziców stuprocentowej, bezwarunkowej miłości. Kiedy jej nie dostaje, szuka winy w sobie, w swoich niedoskonałościach i brakach, w tym, co rodzice krytykują, za co je odrzucają, przez co je zaniedbują i krzywdzą. Wierzy, że gdyby zdołało być lepsze, zdobyłoby pełną rodzicielską miłość. Jest przekonane, że na nią po prostu nie zasługuje.

Dziecko oczekuje od swoich rodziców stuprocentowej, bezwarunkowej miłości. Ale tę, którą dostaje, uznaje za normę i taką jej postać nieświadomie przyciąga do siebie, tworząc relacje z innymi ludźmi. Powtarza schemat, który zna, choć z całych sił wierzy, że tym razem uda się zachować to, co w relacji z rodzicami było dobre, a uniknąć tego, co raniło. Jednak w obszarach, w których dziecko było krzywdzone, jako dorosły nadal automatycznie pozwala na krzywdę, bo gdzieś w głębi duszy wierzy, że nie zasługuje na pełną miłość.

Jak długo zachowujemy w swoim umyśle dziecięcy sposób myślenie, tak długo pojawiają się w nim pytania: „jak zasłużyć na więcej miłości?”, „co zrobić, żeby dostać więcej akceptacji?”. Kiedy uświadamiamy sobie, że ludzie kochają nas tak, jak potrafią, a nie tak, jak na to zasługujemy, to pytanie zamienia się w wyzwanie, żeby pokochać siebie tak bardzo, by nie pozwalać innym się ranić, krzywdzić, lekceważyć czy zaniedbywać. 

Tak jak statek nie tonie od wody, która go otacza, tylko od tej, która dostaje się od środka, tak i my cierpimy nie dlatego, że otaczają nas źli ludzie i okoliczności, a dlatego, że tolerujemy czyjeś zachowanie, które nas krzywdzi; że znosimy czyjś brak miłości w nadziei na więcej miłości, choć nie ma to za grosz sensu. 

Jako dzieci nie mamy wyboru dostając taką postać miłości, na jaką stać naszych rodziców. Jako dorośli mamy pełny wybór, gdzie ustawiamy swoje granice – na ile siebie pokochamy i uszanujemy, żeby twardo powiedzieć „NIE” wszystkiemu, co nas krzywdzi.

Co zrobić z emocjami

Nikt nas nie uczy co robić ze swoimi emocjami. Stąd najczęściej nie zarządzamy nimi świadomie, dzieje się to „samo”. Tam, gdzie rodzice tego wymagali, nauczyliśmy się kontrolować, a raczej tłumić swoje emocje; tam, gdzie rodzice na to pozwalali, emocje rządzą naszym zachowaniem. W pierwszym przypadku nagrodą podtrzymującą mechanizm jest aprobata społeczna, w drugim – rozładowanie napięcia i poczucie wpływu (inni ustępują). Dlatego rzadko weryfikujemy swój mechanizm.


Nie wybieramy sami sposobu radzenia sobie ze swoimi emocjami. Tworzy się on w odpowiedzi na mechanizm opiekunów: jeśli rodzic tłumi swoje emocje i pozwala na przekraczanie swoich granic, dziecko coraz bardziej nasila wyrażanie swoich emocji. Jeśli rodzic bezkrytycznie ulega swoim emocjom, dziecko uczy się je tłumić.


Dorośli ludzie także dobierają się według tego schematu – osoba z przekonaniem, że jej emocje są ważniejsze niż cudze przyciąga osobę z przekonaniem, że cudze emocje są ważniejsze niż jej. Stąd rodzice zazwyczaj prezentują dziecku oba mechanizmy, a umysł dziecka wybiera ten, który wydaje się być bardziej opłacalny – silniejszego rodzica lub głównego opiekuna. Kiedy wybrany mechanizm gdzieś zawodzi, włącza się ten drugi, „zapasowy”. W ten sposób praktycznie nigdy nie zarządzamy świadomie swoimi emocjami, robią to za nas te wyuczone automatyzmy, generując jednak przy tym spore koszty.


Pozwalanie emocjom decydować o naszym zachowaniu powoduje, że stajemy się bardzo niestabilni emocjonalnie, co jest trudne dla nas samych i nieznośne dla innych. Cierpi na tym nasz wizerunek, bo emocje wszystko wyolbrzymiają, tracimy zdolność trzeźwej oceny sytuacji, tracimy ludzi umęczonych nadążaniem na zmianami naszych humorów i zranionych naszymi emocjonalnymi wybuchami.Z kolei tłumienie emocji jest jak branie leków na depresję czy stres – wycisza nie tylko te emocje, których nie chcemy czuć, ale i te pozytywne (jak np. radość, satysfakcja, wdzięczność, nadzieja, entuzjazm, zachwyt). Powoduje wewnętrzne odrętwienie, pustkę.


Kiedy uświadomimy sobie, że ani tłumienie, ani bezrefleksyjne wyrażanie emocji nie polepsza naszego samopoczucia, możemy poszukać rozwiązania poza tymi schematami. Możemy nazwać, zrozumieć i zakomunikować to, co czujemy. Uwzględnić informację, którą emocje przynoszą przy wyborze zachowania. Posłużę się przykładem z pierwszego (i póki co jedynego całkowicie dokończonego) rozdziału mojego kolejnego Terapeutnika:

„Chodzi o to, żeby odczuwaną emocję zrozumieć, odczytać informację, którą przynosi. Na przykład witamy się z nieznajomą osobą i czujemy do niej niechęć, wręcz wrogość. Skoro jej nie znamy, to jak możemy jej nie lubić? Odczuwana emocja mówi, że nasz umysł reaguje na tę część danej osoby, która jest znajoma i która wywołuje takie skojarzenie emocjonalne – może to być sposób mówienia, ubierania się, zapach, gestykulacja, cokolwiek, co we wcześniejszym doświadczeniu zapisało nam się jako coś nieprzyjemnego, jako coś, czego umysł każe nam unikać. Być może to podobieństwo jest zasadne i ostrzeżenie jest aktualne (lepiej trzymać się z daleka od tego typu osób, żeby nie powtórzyć dawnych nieprzyjemnych sytuacji), a być może podobieństwo jest przypadkowe, powierzchowne i ta osoba niczym nam nie zagraża. Jeżeli pozwolimy swojej emocji decydować za siebie, źle potraktujemy osobę, której de facto nie znamy. Jeżeli przeczytamy tę niechęć jako informację ostrzegawczą, sami możemy zdecydować, czy np. kapelusz podobny do tego, jaki nosił dawny niemiły sąsiad to wystarczający powód, żeby zrezygnować z relacji z tą osobą, czy to za mało, żeby człowieka od razu skreślać z listy znajomych.”


Kolejka górska

Ludzki umysł kieruje się zasadą oszczędzania energii, więc generalizuje i szufladkuje, żeby zautomatyzować nasze reakcje. W przypadku sprzecznych danych ten proces jest utrudniony – umysł dziecka nie potrafi jednoznacznie zdecydować, czy rodzice je kochają czy nie, skoro czuje w kontakcie z nimi krańcowo różne emocje. Świadomość małego dziecka jest w zarodku, więc umysł automatycznie, na podstawie mechanizmów rodziców i opiekunów, sam tworzy strategię, jak sobie z tym faktem poradzić – jak odzyskać i utrzymać rodzicielską miłość.

Generalnie takie strategie mogą być dwie. Można uznać, że tak po prostu jest i dostosować się do zmieniających się cudzych emocji – udawać, że te negatywne nie ranią i robić wszystko, żeby pozyskać jak najwięcej tych pozytywnych. Albo można wierzyć, że jeśli będziemy dawać innym to, czego nam brakowało (wyłącznie pozytywne emocje), to uzyskamy taki sam efekt z drugiej strony.

Rzecz jasna żadna z tych strategii tak naprawdę nie przynosi pożądanych rezultatów, ponieważ to, jak zachowują się inni ludzie nie zależy od nas, a od nich. Ani stałe przypochlebianie się komuś, ani ukrywanie swoich negatywnych emocji nie sprawi, że ktoś nas pokocha doskonałą miłością, co najwyżej na jakiś czas może zatuszować potencjalne konflikty.

Obie te strategie tworzą natomiast nawyk ignorowania własnych uczuć, co oznacza utratę swojej prawdziwej tożsamości, i w konsekwencji brak rozeznania, co jest dla nas dobre, a co nie, Decyduje o tym za nas mechanizm, nieświadomie przyjęta strategia radzenia sobie z cudzymi negatywnymi emocjami, odczuwanymi jako brak miłości.

Zaś bez względu na przyjętą strategię, nosząc w sobie przekonanie o niedoskonałości miłości, odtwarzamy je w swoim życiu. Umysł generalizuje, więc nie tylko nasze relacje stają się „trochę dobre, trochę złe”, ale wszystko, co nas spotyka jest jak jazda kolejką górską – raz wznosi nas na wyżyny radości, satysfakcji, sukcesu, raz porywa nas ze sobą na sam dół, gdzie bijemy się z natłokiem negatywnych emocji, wszystko idzie nam jak po grudzie i ponosimy porażkę za porażką. 

Nieświadomie oczekujemy od życia tego, co znamy; choć wkładamy maksimum wysiłku w to, żeby ominąć to, co nas w dzieciństwie najbardziej zraniło, to jednak wciąż to odtwarzamy, tylko w innej postaci. 

Umysł nie jest w stanie wyjść poza swoje schematy utworzone na konkretnym doświadczeniu. Może je złamać tylko przekonanie pochodzące spoza umysłu, spoza doświadczenia. Nazywamy to wiarą lub świadomością – kiedy czegoś nie doświadczyliśmy, ale czujemy, że to istnieje. 

Innymi słowy – na ile wierzymy w doskonałą miłość, na tyle jej doświadczamy.

Stan czy emocja

Nazywamy emocję towarzyszącą zakochaniu miłością, chociaż tak naprawdę jest tylko dotykiem miłości, fascynacją, zauroczeniem, prowadzącym na skróty do bliskości. Prawdziwa miłość to nie chwilowa emocja, to postawa oparta na empatii, traktowaniu praw i potrzeb drugiego człowieka jak własnych, na takich samych warunkach.

Nikt nie może zasłużyć na naszą miłość, szacunek czy uczciwość, bo one nie zależą od innych ludzi, tylko od naszego sposobu myślenia, od naszych generalnych przekonań. 

Kto zaufałby komuś, kto nie okrada tylko jednej osoby, albo nie kradnie tylko w poniedziałki? A tak bardzo chcemy, żeby wybrana osoba kochała i szanowała tylko nas…

Wewnętrzne dziecko

Pierwsze doświadczenie bliskości z drugim człowiekiem czyli relacja dziecka z rodzicami staje się dla jego umysłu wzorcem miłości.

Co się dzieje, kiedy rodzice zapewniają dziecko o swojej miłości, ale presją i kontrolą zmuszają je do bycia kimś, kim nie jest? Co się dzieje, kiedy rodzice się nienawidzą, ale wobec dziecka grają wzorcowych rodziców „dla jego dobra”? Co się dzieje, kiedy jedno z rodziców ewidentnie krzywdzi drugie (pijąc, zdradzając, upokarzając, kontrolując finansowo, bijąc, izolując czy w jakikolwiek inny sposób), a drugi rodzic ukrywa swoje uczucia i usprawiedliwia swojego prześladowcę?


Wtedy w umyśle dziecka zapisuje się definicja miłości mówiąca, że kochać znaczy krzywdzić; że tak prostu jest, że ludzie tacy są, że tego należy się spodziewać – że to jest normalne.Dorosły z takim zapisem podświadomie wybiera partnera, który pasuje do takiego przekonania: twierdzi, że kocha, ale w jakiś sposób krzywdzi. Rodzic z takim przekonaniem podświadomie powtarza swój schemat z dzieciństwa, choć zazwyczaj zmienia zachowanie o 180 stopni – chce kochać swoje dziecko, ale je krzywdzi, tylko w inny sposób niż sam był krzywdzony w dzieciństwie.Pracownik z takim przekonaniem trafia na zwierzchników, którzy pozornie go doceniają, ale jeszcze silniej zwalczają lub wykorzystują.Obywatel z takim przekonaniem wierzy, że władza chce dla niego dobrze tak jak deklaruje, nawet jeśli widzi, że w rzeczywistości go okrada, dbając wyłącznie o siebie.

„Tak po prostu jest” – taki jest standard traktowania przez innych zapisany w umyśle.


Sposób myślenia oparty na zapisanych dawno temu wzorcach wpływa na wszystkie obszary funkcjonowania człowieka – na jego relacje w rodzinie i w pracy, na jego sposób odbioru rzeczywistości. Bez świadomej aktualizacji naszych dziecięcych przekonań pozostajemy wewnętrznymi dziećmi, całkowicie emocjonalnie zależnymi od „tych większych” – partnera, szefa, władzy. Do partnerstwa i świadomego kreowania swojej rzeczywistości trzeba wyjść z roli dziecka, złamać zapisane w umyśle schematy dziecięcego myślenia. Dlatego wolę zajmować się poszerzaniem świadomości siebie niż polityką. Bo wierzę, że każda zmiana na zewnątrz zaczyna się zawsze od środka. Bo widzę, że ludzie z silnym wewnętrznym dzieckiem zawsze wybiorą autorytarną władzę, bez względu na to, ile od niej wycierpią, bez względu na wszelkie logiczne argumenty. Społeczeństwo jest świadomością masową, a ta składa się ze świadomości indywidualnych. Każdy może poszerzyć swoją, nikt nie może zmienić cudzej. Możemy tylko nawzajem się inspirować.

Inspirującej niedzieli 🙂

Przeznaczenie

Jedni twierdzą, że wiara w przeznaczenie odbiera nam wolność wyboru, wolną wolę. Drudzy twierdzą, że bez ustalonego przeznaczenia jesteśmy skazani na zwycięstwo zła. 

Jest jednak jeszcze trzecia opcja – że przeznaczenie jest wynikiem przewidywalnej sekwencji zdarzeń, sekwencji naszych wyborów. Bo tak naprawdę gdyby móc zobaczyć proporcje lęku i miłości w człowieku, można by przewidzieć jego reakcję. I w ten sam sposób reakcję innych na jego zachowanie – i tak dowolny punkt w przyszłości, do którego ten skomplikowany, ale logiczny proces prowadzi.

O technikach

Często ludzie mówią, że „te psychologiczne triki” nie działają – że nie pomagają im na przykład afirmacje, albo pytania kwantowe, albo próby pozytywnego myślenia, albo ćwiczenie wdzięczności czy asertywności. Ewentualnie na krótko, ale potem i tak wracają do poprzedniego stanu, albo nawet czują się gorzej.


Dlaczego techniki często nie działają? Z tego samego powodu, z którego nie działają na kogoś lekarstwa (efekt nocebo) albo ćwiczenia fizyczne: kiedy się w coś nie wierzy, to po prostu nie działa. A precyzyjniej – kiedy podejmujemy działania, które są sprzeczne z tym, w co wierzymy (nawet nieświadomie), w umyśle tworzy się konflikt. Dawne doświadczenia donośnym głosem zaczynają sabotować to, co próbujemy zrobić przeciwko nim, jakby krzyczały „to nie tak!”.


Na przykład ktoś, kto siebie nie lubi, zaczyna powtarzać sobie w kółko, że jest fantastyczny. Ale jednocześnie zapisane w jego umyśle przekonanie, że jest beznadziejny zaczyna przyciągać trudne sytuacje, które mają potwierdzić to przekonanie, czyli przekonać właściciela umysłu, że jest w błędzie, że sobie nie radzi – że przecież naprawdę jest beznadziejny. Albo ktoś wbrew swojej filozofii życiowej pt.„życie jest ciężkie” próbuje wynajdywać dobre rzeczy we wszystkim co mu się przydarza, a jego umysł przyciąga coraz trudniejsze sytuacje, jakby chciał zmusić swojego właściciela do poddania się, do przyznania, że jednak życie jest zawsze pod górkę.Albo ktoś nieśmiały zaczyna ćwiczyć asertywne zachowania, ale im lepiej mu to idzie, tym gorzej emocjonalnie się czuje, jakby krzywdził innych ludzi. Jego umysł broni swoich starych zapisów, wysyła informację, że asertywne działania są niewłaściwe, nie opłacą się, zaszkodzą – bo tak było wtedy, kiedy był dzieckiem.


Stosowanie technik bez świadomości procesu, który zaczyna się dziać w umyśle, najczęściej nie przynosi pożądanych efektów, a bywa, że przynosi skutek całkiem odwrotny – jeszcze większe przekonanie o własnej bezradności lub braku wartości. Bo to trochę tak, jakby chcieć wyleczyć bolący ząb, ale bez interwencji dentysty, bo to będzie przez chwilę bolało jeszcze bardziej. I ból, i negatywne emocje są informacjami, że fizycznie lub emocjonalnie mamy w swoim systemie awarię. Możemy jednak świadomie zdecydować się na ból, żeby wyleczyć ząb, nastawić złamaną kończynę, przeciąć ropień, przejść operację; i możemy świadomie zdecydować się na negatywne emocje, żeby przeprogramować stare dokuczliwe skojarzenia, pozbyć się lęków.


Jeśli jesteśmy świadomi, że zastosowana technika może spowodować chwilowe pogorszenie samopoczucia (wypłynięcie na powierzchnię tego, co jest sprzeczne z wprowadzaną treścią), to sobie z tym poradzimy, i przeprogramujemy umysł. Jeśli nie rozumiemy tego procesu i zrezygnujemy („bo to nie działa”), jedynie umocnimy to, co chcieliśmy zmienić.


Tak jak lekarstwo może zaszkodzić powodując efekty uboczne, tak jak niewłaściwie wykonane ćwiczenie fizyczne może uszkodzić mięśnie, tak i niewłaściwie dobrane lub wykonane techniki przeprogramowania umysłu mogą przynieść odwrotny skutek. Dlatego warto konsultować się z lekarzem, rehabilitantem czy psychologiem, z ludźmi, którzy wiedzą czy widzą więcej, żeby nie zrobić sobie krzywdy 🙂