Blokady

Poczucie winy i poczucie krzywdy są chyba największymi blokadami w samorozwoju. Pierwsze polega na osądzaniu siebie, drugie – na osądzaniu innych. Oba pochodzą z oporu wobec tego, co jest (i co istnieje niezależnie od naszej interpretacji) – z braku akceptacji siebie, innych ludzi i sytuacji takimi jakie są. 

Zarówno poczucie bycia ofiarą, jak i poczucie bycia krzywdzicielem uniemożliwiają bycie wolnym twórcą swojego życia. Oba te uczucia biorą się z jakiegoś deterministycznego przekonania (powstałego na bazie konkretnego doświadczenia zgeneralizowanego przez umysł) – że jesteśmy w życiu pionkami, nie graczami, że jesteśmy niewiele warci i bezradni, że urodziliśmy się źli, że jesteśmy genetycznie skazani na powtarzanie błędów swoich rodziców itp.

Poczucie winy i poczucie krzywdy znikają, kiedy zweryfikujemy swoje przekonania na swój temat i kiedy zamiast oceniania zastosujemy rozumienie, empatię. Najpierw wobec siebie, potem wobec innych.

Człowiek – anioł czy bestia?

Nikt nie rodzi się ani aniołem, ani bestią. 

Wszyscy odczuwamy te same emocje – te przyjemne jak radość, satysfakcja czy przyjemność, i te nieprzyjemne jak złość, zazdrość, smutek czy lęk. Odczuwane emocje są neutralnymi informacjami, ani dobrymi, ani złymi. 

Niemowlak płacze, kiedy jest mu źle i jest radosny, kiedy czuje się dobrze. Ale im jest starszy i rozumie więcej, tym bardziej rodzice oczekują, że będzie stale zadowolony, bo szczęśliwe i grzeczne dziecko to dowód, że jest się dobrym rodzicem… Kiedy więc dziecko płacze, złości się czy boi, zaczyna być zawstydzane i wyśmiewane, karane odrzuceniem. To rodzic sobie nie radzi (ze swoimi emocjami), ale dziecko szybko uznaje, że jego negatywne emocje są czymś złym, i że ono jest złe, skoro je czuje. Musi coś z nimi zrobić, więc przygląda się rodzicom i naśladuje któreś z nich – albo wypłakuje emocje ukradkiem albo udaje, że nic nie czuje, albo je odreagowuje robiąc krzywdę innym…
W tym momencie dzielimy się na tych podporządkowanych („dobrych” w rozumieniu społeczeństwa) i tych zbuntowanych (czyli „złych”). Zachowujemy się różnie, ale czujemy to samo, i tak samo boimy się „niewłaściwych”, nieakceptowanych przez innych emocji. Tylko w różny sposób z nimi walczymy. Jedni przed nimi uciekają, tłumią je w sobie, żeby nikt nie zauważył, że nie są dobrzy. Drudzy dają tym emocjom ujście prowokując innych, żeby uzyskać od nich potwierdzenie, że są źli.

Nikt nam w dzieciństwie nie powiedział, że żadna emocja nie czyni nikogo złym, bo nie możemy sobie wybrać, co czujemy. Emocja to informacja z systemu, którym jesteśmy. Krzywdzimy dopiero wtedy, kiedy pozwolimy emocjom działać w naszym imieniu. Na podstawie swojego zachowania krzywdzącego innych bezpośrednio lub pozwalającego na krzywdę możemy myśleć o sobie jako złych ludziach, ale skoro to jest jedyny mechanizm poradzenia sobie z emocjami jaki znamy, jeżeli reagujemy automatycznie według wzorca, który nieświadomie skopiowaliśmy, to przecież nie wybieramy zła…

Nikt nie radzi się ani aniołem, ani bestią. Programy rodzinne popychają jednych w jedną stronę, drugich w drugą, ale schematy nie są w stanie uczynić z nas ani anioła, ani bestii – mogą nas nauczyć bezrefleksyjnie grać jedną z tych ról. 

Możemy sobie jednak uświadomić swój wzorzec i zrezygnować z programu, roli i scenariusza, a wtedy uzyskamy prawdziwy wybór czy chcemy być aniołem czy bestią. Dopiero wtedy tak naprawdę, świadomie możemy chcieć stać się źli. Ale kiedy mamy wybór, okazuje się, że bycie bestią nie daje ani radości, ani satysfakcji. Kiedy mamy wybór, chcemy być dobrzy. Rodzimy się potencjalnymi aniołami, dlatego tak cierpimy podejrzewając u siebie zło.

Zrządzenie losu vs zarządzanie losem

Dostajemy od życia to, czego oczekujemy. Nie to, czego chcemy, tylko to, w co naprawdę – podświadomie – wierzymy. Dokładniej to, czego sami wymagamy od losu zgodnie ze swoim rodzinnym schematem.

Ci, którym dużo dawano, a od których niewiele wymagano, w dorosłym życiu nadal wiele wymagają od innych, niewiele od siebie. Oczekują od losu obfitości i ją dostają – ale nie potrafią jej utrzymać ani wykorzystać, bo trwają w roli roszczeniowego dziecka, a nie partnera w relacji. W tym przypadku zgodnie z życzeniem Wszechświat daje, ale człowiek nie odpowiada, nie potrafi współtworzyć.
Ci, od których wymagano więcej niż im dawano, w dorosłym życiu nadal wymagają dużo od siebie, ale nie od innych. Nie oczekują więc wiele także od losu i niewiele dostają, dochodzą do wszystkiego własnym kosztem i wysiłkiem. Niewiele dostają, bo trwają w roli podporządkowanego dziecka, które boi się o cokolwiek poprosić, nie myśli o sobie jak o partnerze w relacji. W tym przypadku człowiek się stara, ale wierzy tylko w siebie, więc Wszechświat zgodnie z narzuconą mu rolą milczy.

Dawanie i wymaganie są jak dwie strony jednej monety – nie można zastąpić jednego większą ilością drugiego. Tylko równowaga pomiędzy nimi wewnątrz nas samych (w sposobie, w jaki traktujemy wszystkie obszary siebie) tworzy zdrowe i satysfakcjonujące relacje na zewnątrz – zarówno z innymi ludźmi, jak i z siłą wyższą, jakkolwiek ją nazwiemy.

Świeczka i ogarek

Panu Bogu świeczkę… a diabłu ogarek. To chyba najsilniejsza i najbardziej zdradliwa ludzka pokusa. Nie wybierać żadnych drzwi, tylko tak trochę tu, trochę tam, mieć to i to, żeby niczego nie stracić, żeby zatrzymać wszystko. Więc kombinujemy jak zjeść ciastko i mieć ciastko – i tak naprawdę nie mamy ani tego, ani tamtego, bo robiąc krok w jedną stronę i następny w drugą, stoimy w miejscu, żałując tego co zrobiliśmy i tego, czego nie zrobiliśmy… Może to i truizm, ale życie to sztuka wyborów. Wygrywają ci, którzy wiedzą, na jaką kartę postawić i mają odwagę to zrobić – nie raz, ale stale.


Żeby wiedzieć, co wybrać, co dla nas właściwe i najlepsze, musimy poznać siebie – zajrzeć pod wizerunek, jaki tworzymy na potrzeby podtrzymania pewnych złudzeń chroniących nas przed wysiłkiem i dyskomfortem. Nazwać rzeczy po imieniu, bez udawania, że lubimy to, co nas uwiera, że to, co łatwe nam służy, że smakuje nam to, co ładnie wygląda, że jesteśmy tym, co podoba się innym. Wtedy właściwe drzwi (ze wszystkim co za nimi) stają przed nami otworem; wiemy, co mamy zrobić, gdzie iść.


Żeby to zrobić, potrzebujemy odwagi, żeby opuścić miejsce, które znamy i które wydaje nam się bezpieczne, nawet jeśli nie czujemy się tam szczęśliwi. Potrzebujemy wytrwałości, żeby nie zawrócić przy pierwszej trudności. I konsekwencji, żeby nie oglądać się za siebie, nie zgubić kierunku.


Wtedy cokolwiek jest naszym celem, stanie się nasze. Jeśli cel był ustalony w konsultacji z naszym prawdziwym „ja”, nie może nas rozczarować. Każdy, kto tego doświadczył, staje się pewniejszy siebie i swoich wyborów, bezkompromisowy na swojej drodze – bo przestaje się bać; zaczyna czuć, że jego życie jest jego dziełem, że ma na nie wpływ. Bo tak naprawdę i ten przysłowiowy Bóg, i diabeł są w nas – dopóki nie wiemy, z czym się utożsamić, czujemy się sługą obu i próbujemy zadowolić obu: walczymy z samym sobą. Ale jeśli tylko zdobędziemy się na odwagę, żeby posłuchać naszego wewnętrznego głosu, okazuje się, że zdecydowanie odrzucamy kosztorodne diable podpowiedzi, a zyskujemy boską twórczą moc.


Żeby stać się świadomym i skutecznym kreatorem swojego życia, musimy nauczyć się świadomie i bezkompromisowo wybierać. Nawet jeśli nie słyszymy wyraźnie naszego wewnętrznego głosu i wybierzemy niewłaściwie, to konsekwencje tego wyboru szybko nakierują nas na właściwe tory, jeśli tylko pozostaniemy uczciwi wobec samych siebie, wobec tego, co czujemy.


Wszyscy mamy taki sam wewnętrzny radar, tylko jedni uczą się go obsługiwać szybciej, inni wolniej, a jeszcze inni – wcale.

Negatywne emocje – i co dalej?

Nie możemy sobie wybrać emocji, które do nas przychodzą. Ale możemy wybrać, co z nimi zrobić.


Po pierwsze, możemy je ignorować, udawać, że wcale nie czujemy tego, co czujemy. Wtedy emocje się gromadzą i buzują jak młode wino, czekając, kiedy będą mogły się wydostać wspólnymi siłami. Jeśli widzimy kogoś reagującego nadmiarowo wybuchem emocji na jakiś drobiazg, to prawdopodobnie jest to jego reakcja na setny drobiazg tego typu – zignorował 99 poprzednich, aż w końcu nagromadzone emocje postawiły na swoim… Ignorowanie emocji prowadzi do utraty kontroli nad swoimi reakcjami, co zazwyczaj mocno nadwyręża nasze relacje międzyludzkie; zaczynamy być postrzegani jako nieprzewidywalni w reakcjach, więc nie jest to sposób godny polecenia. Nie wspominając o tym, że nawyk przechowywania nagromadzonych emocji powoduje choroby psychosomatyczne: ciało próbuje przekazać nam to, czego nie chcemy usłyszeć od emocji.


Po drugie, możemy dać się ponieść emocjom, wyrazić je natychmiast i bez ograniczeń. Problem w tym, że emocje wszystko znacznie wyolbrzymiają i po ich opadnięciu sami najczęściej widzimy, że przesadziliśmy. Inni tym bardziej, i nie zawsze są skłonni do pozostania w kontakcie z nami po naszym ataku gniewu czy histerii, zatem – jak wyżej – nie jest to sposób godny polecenia, jeśli chcemy utrzymać jakiekolwiek relacje międzyludzkie.


Po trzecie, możemy emocje… przeczytać. Bo negatywne emocje są informatorami, ostrzegają nas, że to nie jest właściwy kierunek. Jeśli zastanowimy się, co czujemy, spróbujemy to nazwać jak najbardziej precyzyjnie, znajdziemy odpowiedź dlaczego ta emocja się pojawiła – a wtedy możemy świadomie i dojrzale zareagować: tak, żeby nie skrzywdzić innych, a sobie nie napytać biedy. Często emocje powiązanie są ze skojarzeniami, których sobie nie uświadamiamy, np. irytuje nas człowiek, którego nie znamy, bo z jakiegoś powodu przypomina nam kogoś, kto kiedyś był wobec nas wyjątkowo niemiły – uświadamiając to sobie, stajemy się wolni od przymusu bycia niemiłym dla tego człowieka na zasadzie „bo go nie lubię i już”; co więcej, możemy świadomie zmienić to skojarzenie (czyli uniknąć pojawiania się tej emocji w podobnych przypadkach), traktując go nie jak czyjegoś klona, którym przecież nie jest, a jak każdą nową nieznaną osobę – z otwartością i życzliwością.


Warto też zdać sobie sprawę, że negatywne emocje zawsze w jakiś sposób związane są z naszą samooceną – dlatego może nie robić na nas wrażenia czyjaś uwaga rzucona pod adresem czegoś, co uznajemy za swoją mocną stronę, ale dojmująco poczujemy nawet drobiazg, jeśli powiązany jest z naszą słabą stroną. Stąd błędem jest szukanie winnego na zewnątrz – nie mamy kontroli nad innymi ludźmi i sytuacjami, i nawet jeśli uda nam się wykluczyć domniemane źródło naszych negatywnych emocji, to pojawi się ktoś nowy lub nowa sytuacja, bo prawdziwe źródło jest w nas, i tam też leży rozwiązanie problemu, całkowicie poza tym, co robią inni i jacy są.
Nazywając swoje emocje i odraczając reakcje na nie do czasu ich zrozumienia nie tylko poprawiamy relacje z innymi, ale i swój wizerunek, samokontrolę, samopoczucie i samoocenę – a to powoduje, że negatywne emocje mają coraz mniej do roboty, więc pojawiają się coraz rzadziej. A czy nie o to nam właśnie chodzi?

Zależność

Im bogatsze jest czyjeś życie wewnętrzne, tym mniejsza jest jego zależność od zewnętrznych okoliczności.

Im silniej para ludzi jest połączona na poziomie psychicznym – emocjonalnym, intelektualnym i duchowym – tym mniej potrzebuje atrakcyjnych okoliczności zewnętrznych, żeby utrzymać satysfakcję ze związku.

Czym się karmisz?

Prowadzono eksperymenty (m.in. dr Clary Davies), które udowodniły, że małe dzieci, którym daje się możliwość wyboru jedzenia spośród produktów naturalnych, kierują się niezawodnym instynktem. Każde inaczej dobierało produkty, ale żadne nie zrobiło sobie krzywdy. Jadły według własnego niepowtarzalnego gustu i smaku, ale umiały zaspokoić realne potrzeby organizmu: nie miały niedowagi ani nadwagi, ani niedoborów witamin czy pierwiastków. Instynkt jednak nie działa w stosunku do produktów oczyszczonych, wysoko przetworzonych oraz używek. Dzieci, którym zaoferowano czekoladę, wybierały ją zamiast innego jedzenia, traciły kontakt z wewnętrznym głosem, który im mówił, czego potrzebują – smak przejmował dowodzenie.

I to jest pułapka, w którą wpakowała się ludzkość – nasze jedzenie stało się bardziej używką niż pożywieniem ze względu na stopień przetworzenia oraz gigantyczną zawartość uzależniającego cukru i białej mąki. Używki de facto jak kawa czy alkohol są nieodłączną częścią naszego menu, popularne są papierosy i narkotyki. To wszystko – od cukierka po heroinę – są substancje, które zmieniają nasz metabolizm, zakłócają nasz kontakt z samym sobą na poziomie fizjologicznym i psychologicznym. Przestajemy czuć, co jest dla nas dobre, chcieć tego, co nam służy, daje nam siłę, energię, zdrowie. Żyjemy w niewoli substancji, które nas hipnotyzują, ale czy naprawdę uszczęśliwiają?

Serce i rozum

Najtrudniejszymi ludźmi, z jakimi przyszło mi w życiu pracować to ludzie, którzy mają zbyt dużą wiedzę o sferze emocjonalno – duchowej nabytą nie przez własne doświadczenie, a intelektualnie. Ta wiedza przerasta taką osobę, tzn. pozostaje w sprzeczności z jej programami emocjonalnymi, czyli tym, kim ta osoba realnie jest w danym momencie. Zatem wiedza tworzy wewnętrzny konflikt z emocjami zamiast pomagać je przeprogramować; intelektualnie za daleko odrywa tę osobę od etapu, w którym ona jest w swoim rozwoju emocjonalnym i duchowym. Taka osoba wie więcej niż potrafi zrozumieć przez swoje odczuwanie, więc paradoksalnie wiedza nie tylko tworzy tutaj konflikt, ale dodatkowo blokuje jego rozwiązanie… Taka osoba wie, jak powinno być, więc nie chce czuć jak jest.

To skutek, a przyczyna?


Wielu rodziców nadmiernie stymuluje dzieci intelektualnie. Ostatnio słyszałam jak pewien tata na wycieczce mówił do swojego co najwyżej pięcioletniego syna, że „Kościół katolicki nie jest instytucją transparentną”. Nie żartuję 🙈 Lubimy się chwalić tym, że dziecko ma „dorosłą” wiedzę. Problem w tym, że jeśli brakuje równowagi między nabywaniem wiedzy o sobie (kim jestem i jak funkcjonuję, jak czuję i myślę) a nabywaniem wiedzy o świecie, to ta druga w końcu zastępuje tę pierwszą. Tacy dorośli dużo WIEDZĄ, ale niewiele CZUJĄ. Wiedzą, czego inni od nich oczekują, ale nie potrafią rozpoznać, czego tak naprawdę sami chcą. Wiedzą, jak działają inni ludzie i jak na nich wpłynąć, ale ich nie rozumieją. Nie potrafią być empatyczni, bywają socjopatami i narcyzami. Wszelkie poradniki na temat relacji każą trzymać się od nich z daleka, ponieważ nie są zdolni do tworzenia prawdziwej bliskości z innymi. Terapeuci niechętnie się nimi zajmują, bo bez kontaktu ze swoimi emocjami nie rokują postępów w rozwoju świadomości siebie. Co gorsza, często dzięki terapii uczą się lepiej manipulować innymi – nabywają więcej WIEDZY.

Umysł to świetne narzędzie, ale kiedy spowoduje odcięcie od emocji, zamienia ludzi w maszyny. Nieszczęśliwe i niszczące innych maszyny. Dlatego zamiast „co było w szkole?” lepiej zapytać dziecko „jak się dziś czujesz?”; zamiast nagradzać za oceny, lepiej je chwalić za umiejętności interpersonalne; zamiast radzić co zrobić w trudnej sytuacji społecznej, lepiej zapytać, co samo czuje i co może czuć druga osoba; zamiast faszerować dziecko od kołyski wiedzą o świecie, lepiej najpierw nauczyć je samoobsługi emocjonalnej. Żeby potrafiło nazwać i zakomunikować to, co czuje, żeby rozumiało swoje emocje i umiało sobie z nimi poradzić, żeby potrafiło tworzyć prawdziwe i głębokie relacje z innymi. Dużo wiedzy i mało serca może dać sukces i pieniądze, ale nie da szczęścia – bo szczęście się CZUJE.

Rodzaje relacji

W relacji partnerskiej z drugim człowiekiem energia krąży od jednego do drugiego, zasilając obie strony. W relacjach pomocy, kiedy zajmujemy się kimś słabszym w danym obszarze, energia przepływa bardziej jednokierunkowo, stopniowo wyczerpując tego, kto pomaga. Dlatego im bardziej funkcjonujemy w relacjach pomagania czy opiekowania się, tym bardziej dla równowagi potrzebujemy relacji partnerskich.

Kontrola

Nasze lęki pchają nas do stworzenia wokół siebie rzeczywistości przewidywalnej, jak najbardziej kontrolowanej. Poszukując bezpieczeństwa tworzymy rutynę, chodzimy po kilku wydeptanych ścieżkach, uciekamy w schematy. Pielęgnowane lęki rosną i zamiast komfortu zaczynają tworzyć nam emocjonalne więzienie. Często dopiero to motywuje nas do stawienia czoła temu, czego się od zawsze obawiamy.