Skojarzenia

Skojarzenia umysłu mają nas chronić i zapewniać nam przetrwanie, ale stają się też źródłem problemów, dlatego ważne jest świadome zarządzanie swoimi skojarzeniami.

Kiedy skojarzymy szczęście z jakimś obrazkiem (pieniądze, status, kariera, sława, dom z ogrodem, rodzina, podróże, super samochód), to dążymy do zmaterializowania tego obrazka za wszelką cenę, nawet jeśli czujemy się nieszczęśliwi, wyczerpani podczas realizowania tego skojarzenia. Warto sobie wtedy uświadomić, że szczęście polega na pomnażaniu tego, co daje nam radość, nie na tworzeniu dyskomfortu i znoszeniu cierpienia w nadziei, że w pewnym punkcie nagle coś się odmieni. Bo zazwyczaj nic się na stałe nie zmienia w naszym samopoczuciu po osiągnięciu celu.

Kiedy skojarzymy swoją wartość z innymi ludźmi, nie tylko się oceniamy i porównujemy, ale przeliczamy swoją wartość na to, ile robimy dla innych (jestem tyle wart na ile mnie potrzebują), albo na to, ile inni robią dla nas (jestem tyle wart, ile dostaję od innych, ile we mnie inwestują). Wtedy warto sobie uświadomić, że tak naprawdę jesteśmy tyle warci, ile sami wierzymy, że jesteśmy. Bo im bardziej poświęcamy się dla innych, tym bardziej inni nas lekceważą; im bardziej walczymy o głaski i komplementy od innych, tym bardziej stajemy się zależni i łatwi do zmanipulowania. Ani jedno, ani drugie nie dodaje nam wartości, tylko nam ją odbiera.

Warto od czasu do czasu zadać sobie pytanie, dlaczego robię to, co robię, idę tam gdzie idę, wybieram to, co wybieram.

Wierzę czy wiem?

Kiedy czegoś doświadczyliśmy, „wiemy” – nasz umysł traktuje to jak dane nie podlegające dyskusji, choć jest to nasze pojedyncze, konkretne, losowe doświadczenie: jeśli ktoś nas skrzywdził, WIEMY, że ludzie są źli, jeśli nie – WIEMY, że ludzie są dobrzy. To tzw. prawda subiektywna: coś absolutnie prawdziwego dla nas, w kontekście naszego doświadczenia – ale jednocześnie coś, co nie musi być prawdziwe dla kogoś o innym doświadczeniu.

Kiedy polegamy na wiedzy umysłu, nieświadomie prowokujemy sytuacje podważające nasze przekonania – prowokujemy doświadczenia inne od dotychczasowych, żeby uwolnić się od fałszywej generalizacji (bo w rzeczywistości ludzie mogą krzywdzić albo nie).

Kiedy uwalniamy się od schematu, w jaki wepchnęło nas nasze doświadczenie, zaczynamy słyszeć wewnętrzny głos niezależny od naszego doświadczenia – zaczynamy wierzyć w coś nie umiejąc tego logicznie wytłumaczyć, np. że ludzie są dobrzy z natury – mimo, że ktoś nas skrzywdził. To tzw. prawda obiektywna, jednakowa dla wszystkich, niezależna od doświadczenia, wychowania, kultury, wykształcenia i innych czynników – taka sama prawda, do której dochodzą wszyscy, którzy ośmielają się zakwestionować swoje doświadczenie życiowe jako generalną regułę funkcjonowania świata.


Ci, którzy wierzą w dane zapisane w swoim umyśle, „wiedzą” – są jak ludzie kłócący się o różnice międzyludzkie bazując na ubraniu, jakie nosimy. Ta „wiedza” generuje konflikty i problemy, jest jak mówienie różnymi językami bez możliwości porozumienia.Ci, którzy zawierzyli temu co czują, co jest zapisane w sercu czy duszy – czemuś większemu niż własne doświadczenie – są jak ludzie, którzy lekceważą ubranie, wiedząc, że pod spodem, fizjologicznie i psychologicznie funkcjonujemy tak samo. Ich wiara czyni cuda: goi, naprawia, przynosi zrozumienie, jednoczy.

Ale żeby zacząć wierzyć, trzeba przestać wiedzieć.


Reset

Powiedzmy, że ktoś w dzieciństwie był wyśmiewany z powodu niskiego wzrostu. Jeśli krytyka pochodziła od osób ważnych i towarzyszyły jej silne emocje, bycie niskim zostało zapisane w umyśle jako słabość – coś, co spowoduje odrzucenie przez innych ludzi. Taki ktoś staje się przewrażliwiony na tym punkcie i stara się zatuszować „wadę” – nosić buty na obcasie, unikać wysokich ludzi, odpowiednio ustawiać się do zdjęć itp. 

Kiedy inni ludzie nie robią na ten temat żadnych uwag, umysł interpretuje to jako „nie zauważyli” albo „dali się oszukać” i nie zmienia to w żaden sposób przekonania, że niski wzrost to coś nieakceptowalnego. Kiedy inni ludzie uznają niski wzrost za atut, mogą zainspirować taką osobę, żeby przeciwstawiła się swojemu przekonaniu, żeby spróbowała swój wzrost podkreślać, eksponować, żeby przestała się go wstydzić.
Wtedy jednak umysł zaczyna wariować, bo w niesprzyjających warunkach odzywa się stare przekonanie (niski wzrost powoduje odrzucenie innych), w sprzyjających nowe (niski wzrost może powodować akceptację innych), i jedyne co się dzieje, to zamęt. Powstają mieszane emocje wynikające z powtarzającej się stale zmiany zaszufladkowania przez umysł niskiego wzrostu – raz jest on akceptowalny, innym razem nie, zgodnie z bieżącym doświadczeniem, które albo jest w zgodzie z tym najstarszym, albo nie jest.
Znajdziemy zawsze argumenty potwierdzające oba przekonania – niski wzrost (jak zresztą wszystko inne) może być zarówno problemem, jak i atutem. Tak naprawdę nie ma to znaczenia, bo w obu przypadkach nasze myślenie jest dyktowane przez ten sam lęk tworzony przez założenie, że to akceptacja innych daje nam prawo bytu. To założenie było prawdziwe dla małego dziecka całkowicie zależnego od swoich konkretnych opiekunów, ale nie jest prawdziwe dla osoby dorosłej, samodzielnej i niezależnej, dokonującej własnych wyborów.


Odpowiedź, która resetuje ustawienia umysłu i tworzone przez nie negatywne emocje brzmi: niski wzrost (czy cokolwiek innego) nie ma związku z miłością, bo miłość jest bezwarunkowa. Może mieć jedynie związek z akceptacją ludzi, którzy nie zamierzają lub nie potrafią nas kochać – ale to my sami decydujemy, jakie miejsce będą zajmować tacy ludzie w naszym życiu.

Człowiek

Człowiek wstaje rano. Nie, nie wstaje – dźwięk budzika wyrywa go ze środka cyklu snu, więc zrywa się zły. 

Zaczyna dzień od kawy i papierosa, które od razu dociążają organizm, zanim ten zdołał się pozbyć nocnych toksyn. 

Potem Człowiek przegląda wiadomości – jego wzrok przelatuje po nagłówkach: skandal polityczny, wypadek samolotu, katastrofa ekologiczna, zamieszki, seksafera, epidemia nowej choroby, akt terroryzmu, szalejący żywioł, morderstwo w sąsiedztwie… 

Idzie do pracy, narzeka i plotkuje, kłóci się z szefem. Kiedy zgłodnieje, kupuje batonik, popija kawą albo napojem energetycznym, żeby na siłę wydusić z organizmu energię potrzebną do dotrwania do końca godzin pracy. Przegląda Instagram, żeby upewnić się, że wszyscy inni mają w życiu lepiej od niego.
Wraca do domu, gdzie nabuzowany zgromadzonymi negatywnymi myślami kłóci się z rodziną.
Żeby się zrelaksować, sięga po piwo albo drinka i włącza telewizor – trup ściele się gęsto, przekleństwa stanowią większość dialogów, w tle brutalny seks, albo seks jako narzędzie manipulacji, albo seks jako zdrada.
W przerwie na reklamę Człowiek dowiaduje się, czego nie ma, a koniecznie potrzebuje do szczęścia i jakie nowe lekarstwa na ból ciała i duszy weszły na rynek.
Kładzie się spać z przekonaniem, że życie jest do kitu, i z takim przekonaniem wstaje kolejnego dnia. Kurtyna.

Nie wybieramy kultury, w której się rodzimy, przywykamy do standardów, które nas otaczają, naśladujemy to, jak myślą i co robią inni. Ale wciąż to my sami decydujemy co z zewnętrznego świata wpuszczamy do swojego życia – ile jest w naszym życiu zakwaszaczy ciała, zamulaczy umysłu i przytłumiaczy duszy.

Wiara

Wierzymy, że istniejemy tylko przez chwilę, w danych okolicznościach, więc musimy wywalczyć dla siebie jak najwięcej, zdobyć to, co najlepsze. Rywalizujemy wewnątrz siebie samych, między częściami swojego „ja”, wewnątrz rodziny, w pracy, kibicując i uprawiając sport, jako mieszkańcy określonego miejsca na świecie, jako przedstawiciele partii, religii, płci i rasy. Problem w tym, że kiedy walczymy, to wszyscy odnoszą rany i nie zostaje wiele miejsca na radość. 

A co by było, gdybyśmy uwierzyli, że jesteśmy nieśmiertelną częścią Boga i wybieramy sobie życie na tej planecie jak rolę w sztuce teatralnej? Że i tak wiemy, jak się ona skończy, że możemy wypróbować za każdym razem inną rolę, wcielić się w inny charakter, poszerzyć swoje doświadczenie…? 

Mogłoby się okazać, że nie mamy z kim ani po co rywalizować. Mogłoby się okazać, że im jesteśmy różnorodniejsi, tym sztuka będzie ciekawsza. I na dodatek mogłoby się okazać, że skupiając się na jak najlepszym odegraniu swojej roli mamy z tego masę radochy i satysfakcji.

To, w co wierzymy, określa, jak podchodzimy do życia, kim jesteśmy i kim są dla nas inni ludzie. Wierzymy w to, w co nas nauczono wierzyć, jakie wierzenia odziedziczyliśmy przez automatyczne naśladowanie ludzi wokół siebie. To takie same przekonania jak każde inne, i jak każde inne wymagają zweryfikowania, przepuszczenia przez siebie, swoje czucie, swój kontakt z Tym, czego jesteśmy częścią. Nikt nie potrzebuje pośrednika w kontakcie z Bogiem, Miłością czy Wszechświatem – to właśnie przekonanie, że jest inaczej trzyma nas od Niego z daleka.

Kod do zmiany

Kod do przeprogramowania siebie zawsze jest w naszych rękach. To my decydujemy, czy go użyć do stworzenia swojego własnego programu, czy pozwolić działać staremu programowi, czy pozwolić innym ludziom napisać dla nas nowy. 

Im więcej włożymy w to swojego wysiłku, tym bardziej program będzie odpowiadał naszym prawdziwym potrzebom i nas satysfakcjonował; im mniej się zaangażujemy osobiście, tym bardziej będziemy się musieli dostosować do cudzych pomysłów na nasze życie.