„Miłość krzywdzi”

Rozpatrywanie pojedynczych przekonań jest trochę jak badanie pojedynczego genu – nie można stwierdzić dokładnie jak i na co wpływa, bo wiele innych współdecyduje o zmianie kierunku czy o konkretnych szczegółach. Ale gdyby zrobić taki model teoretyczny, to wyglądałoby to mniej więcej tak…

Relacja z rodzicami, w której dziecko doznaje zaniedbania i przemocy fizycznej lub emocjonalnej powoduje ukształtowanie się w jego umyśle generalnego przekonania „miłość krzywdzi”. To znaczy, że świat krzywdzi i inni ludzie krzywdzą. Zatem pierwszą regułą w relacjach z innymi staje się „Nie należy ufać ludziom”. Zwrotnie oznacza to, że nie należy prosić o pomoc i przyjmować wsparcia, bo może być „zatrute”. To prowadzi prostą drogą do krzywdzenia siebie. Najpierw do ograniczania siebie do tego, co jesteśmy sobie w stanie dać sami. Potem ignorowanie swoich potrzeb i umniejszanie uczuć powoduje zabieranie sobie szans, przyjemności, unikanie wyzwań rozwojowych, zamykanie się w coraz ciaśniejszej klatce. W obszarze emocjonalnym oznacza to unikanie bliskości, samotność, lęk, smutek, brak nadziei – aż do depresji. W obszarze fizycznym oznacza to zaniedbanie swoich fizycznych potrzeb – złą dietę, wyniszczający styl życia, używki. Odbiciem tego są choroby autoimmunologiczne, w których organizm atakuje i wyniszcza sam siebie – zgodnie z przekonaniem swojego właściciela…

Nie ma identycznych zależności u każdego człowieka, bo każdy z nas ma unikalne, niepowtarzalne doświadczenie, a więc tak niepowtarzalną mapę przekonań jak niepowtarzalny jest układ genów. Ale mamy te same mechanizmy, które wyraźnie pokazują, że nic w naszym życiu nie bierze się „z powietrza”. Wszystko – podejście do życia, relacje z innymi, stosunek do siebie, zdrowie fizyczne i psychiczne – ma swoje źródło w przekonaniach zapisanych w naszych umysłach. Stając się ich świadomi możemy je zmieniać, a tym samym zmienić całe swoje życie.

Ok czy nie ok?

Dziecko nie widzi świata takim jaki jest, tylko w taki sposób, w jaki przedstawiają go jego rodzice czy opiekunowie.

Jeśli najważniejsze dla dziecka osoby okazują mu zainteresowanie, ciepło, serdeczność i wsparcie, w umyśle dziecka pojawia się bazowe przekonanie „jestem ok”. Jeśli dodatkowo rodzice potrafią życzliwie stawiać dziecku granice, w zdrowy sposób dbając o własne potrzeby i uczucia, w umyśle dziecka pojawia się zapis „inni są ok”. To wzorcowe ustawienie pozwala dziecku rozwijać się bez przeszkód i blokad, bez krzywdzenia innych lub siebie.

Jeśli dziecko czuje się kochane, ale rodzice nie potrafią kochać samych siebie i pozwalają dziecku na przekraczanie ich własnych granic, krzywdzenie siebie (od pozwolenia na zaniedbywanie swoich potrzeb i uczuć po tolerowanie przemocy wobec siebie – krzyku, wyzwisk, rękoczynów), to u dziecka kształtuje się przekonanie „ja jestem ok, inni nie są ok”. To przekonanie powoduje co najmniej egocentryzm i narcyzm („wszystko kręci się wokół mnie”, „muszę być w centrum wydarzeń”, „jestem centrum świata”, „uwaga innych powinna skupiać się wyłącznie na mnie”); może także przerodzić się w socjopatię. Taki wzorzec nakazuje bowiem dbać o siebie kosztem innych; krzywda innych jest standardem, potrzebnym do tego, żeby samemu wzrastać.

Jeżeli dziecko odczuwa brak miłości rodziców w postaci jakiejś formy odrzucenia (od zaniedbania po przemoc), definiuje siebie jako „nie jestem ok”. Jeśli rodzice przy tym idealizują siebie i swoją miłość do dziecka („tak bardzo się staram”, „oddał(a)bym życie za ciebie”, „wszystko robimy dla ciebie”), bazowym ustawieniem w umyśle dziecka staje się „ja nie jestem ok, inni są ok”. Powoduje to stałe poczucie winy, niską samoocenę bez względu na rzeczywiste osiągnięcia, podporządkowanie innym, krzywdzenie siebie, żeby zasłużyć bądź zapracować na miłość lub chociaż akceptację tych lepszych od siebie. 

Jeżeli dziecko nie doświadcza miłości, a jego opiekunowie rażąco nie wywiązują się ze swojej roli (np. stosują przemoc, są uzależnieni, porzucają dziecko), to w jego umyśle zostaje zapisane przekonanie „ja nie jestem ok, inni nie są ok”, czyli w skrócie: cały świat jest nic nie warty, nie ma po co żyć. Takie ustawienie powoduje  brak chęci i sensu życia, odbiera energię i nadzieję potrzebne do rozwoju.

Pierwsze doświadczenia w relacjach z innymi ludźmi stają się wzorcem dla wszystkich naszych przyszłych relacji. Możemy zmieniać miejsca i ludzi, ale typ relacji pozostanie ten sam, dopóki sobie nie uświadomimy swojego wzorca i nie zmienimy go. Często zresztą sami to zauważamy w jakimś obszarze („dlaczego w każdej pracy mam przemocowego szefa?”, „dlaczego zawsze trafiam na facetów drani?”, „dlaczego przyjaciele ode mnie odchodzą?”, „dlaczego moje dzieci mnie nie szanują, nikt mnie nie szanuje?, „dlaczego moje związki trwają maksymalnie kilka tygodni?”). 

Jeśli nie pasuje nam to, co mamy, to znaczy, że podświadomie wybieramy z przekonania, że albo inni ludzie, albo my sami nie jesteśmy w porządku. Bardzo często są to przekonania cząstkowe, mówiące, że jakaś część nas nie jest w porządku, albo jacyś ludzie (np. kobiety/mężczyźni). Wystarczy świadomie wybrać przeciwstawne przekonanie i zacząć reagować z jego poziomu, (realizować je w praktyce, bo umysł uczy się tylko na doświadczeniu), a wszystko wokół nas zacznie się zmieniać. Przyciągamy dokładnie to, co do nas pasuje, co odpowiada naszej energii. Zmieniając swoją energię, przyciągamy to, co pasuje do tej zmiany.

Myśleć pozytywnie

Myślenie pozytywne nie oznacza wmawiania sobie, że jest lepiej niż jest (że szklanka jest napełniona wodą po brzegi, chociaż wyraźnie widzimy, że tylko do połowy), ani zmuszania się do czucia czegoś innego niż się czuje (że to lepiej jak w szklance jest mniej wody niż więcej). Myślenie pozytywne polega na tym, że uczymy się skupiać uwagę na pozytywach, że kierujemy uwagę (a więc i energię) na to, co chcemy w swoim życiu pomnażać, powiększać („w szklance jest woda”).

W zakresie swojej silnej strony robimy to automatycznie – jesteśmy nastawieni pozytywnie, drobiazgi nie wytrącają nas z równowagi; po prostu wiemy z doświadczenia, że nawet jeśli się potkniemy, to nas nie powstrzyma, bo lubimy i potrafimy rozwijać te sferę.

W zakresie swojej słabej strony widzimy jednak sprawy odwrotnie – każdy niepomyślny drobiazg przyciąga naszą uwagę, psuje humor, wzbudza lęk i wątpliwości, i jak wielki silny magnes zaczyna ściągać inne negatywne myśli i uczucia.

Radzenie sobie z tzw.negatywnymi (czyli nieprzyjemnymi) emocjami nie oznacza tłumienia ich („to nieważne, że pół szklanki jest puste”) czy zaprzeczania im („szklanka jest prawie pełna”), ale nie oznacza również pogrążania się w nich coraz bardziej i coraz głębiej („za chwilę szklanka może zrobić się całkiem pusta i co wtedy?”). Radzenie sobie z negatywnymi emocjami oznacza, że nazywamy je po imieniu („boję się, że wody w szklance jest za mało”) i decydujemy się na nich nie skupiać, czyli ich nie powiększać, kierując uwagę na pozytywy („w szklance nadal jest woda”).

Co może myślenie pozytywne najlepiej ilustruje przykład Nicka Vujicica – człowieka, który urodził się bez rąk i nóg, żyje jednak pełniej niż wielu ludzi bez takich drastycznych ograniczeń. Jest mówcą motywacyjnym, pisze książki, podróżuje po całym świecie, spotyka się z ludźmi na stadionach; założył rodzinę, ma pełnosprawną żonę i czworo dzieci. Jak mówi „Mogłem być zły na Boga za to, czego nie mam, albo być wdzięczny za to co mam.”

Uczucie przewodnie

W tekście pt. „Sterowniki umysłu” pisałam o tym, że nasze losowe doświadczenie życiowe decyduje, w jakich obszarach nasz umysł pracuje w trybie przetrwania, a w jakich w trybie rozwoju; gdzie stale walczy, a gdzie dąży do samorealizacji. Najkrócej mówiąc, tam, gdzie zaraził nas cudzy lęk, uciekamy przed piekłem, wciąż oglądając się za siebie; tam, gdzie nie zdołał, szukamy raju, patrząc odważnie przed siebie.

Tak jak w Biblii grzech pierworodny (zwątpienie w miłość) zamknął człowiekowi drogę do raju, tak w życiu każdego z nas lęk pierwotny (zwątpienie w miłość) blokuje drogę do szczęścia. Ten lęk to pierwsze zwątpienie w miłość, pierwsze i tym samym najsilniejsze zetknięcie z ciemnością. Nazywam je uczuciem przewodnim, bo po pierwsze jest bardzo silnie w nas zakotwiczone ze względu na bezbronność dziecka i jego całkowitą zależność od dorosłego, a po drugie dopóki jest nieuświadomione, towarzyszy nam w życiu stale jak cień, jak filtr, przez który widzimy rzeczywistość.

To uczucie może powstać krótko po urodzeniu jako skutek silnego dyskomfortu fizycznego (jak ból spowodowany długotrwałą chorobą, unieruchomieniem, przemocowym traktowaniem, a nawet ciągłą kolką jelitową) lub psychicznego (jak silne negatywne emocje opiekunów związane z trudnymi okolicznościami lub konfliktami we wzajemnych relacjach). Wystarczy sobie wyobrazić, co czuje całkowicie bezbronny niemowlak, który nie ma żadnej wiedzy o świecie, a dokucza mu stały ból, albo doświadcza silnych negatywnych emocji swojego rodzica, albo odgłosów wojny i przerażenia, bezradności tych, którzy mają go chronić. Tak czuje się przywitany przez świat, taki obraz świata w sobie zapisuje jako wzorzec; przez to uczucie będzie później postrzegał innych ludzi i siłę wyższą.

Czasem lęk pierwotny pochodzi z okresu jeszcze wcześniejszego, przed urodzeniem – z czasu życia płodowego, ponieważ dziecko odczuwa emocje matki. Jeśli ciąża jest nieakceptowana, jeśli matka żyje pod presją, jeśli próbuje dokonać aborcji, to dziecko nosi w sobie to uczucie odrzucenia, bycia nieproszonym gościem na tym świecie.

Zasada jest jedna: im wcześniej poczuliśmy na sobie dotyk ciemności, tym trudniej „dokopać się” do tego uczucia, tkwi ono w nas jak dusząca mgła; im później się to stało, tym łatwiej jest je namierzyć, bo zostaje już skojarzone z konkretnym obrazem albo nawet słowami, staje się namacalne, bardziej konkretne.

Mówimy czasem, że dzieci rodzą się „złe”, „inne” (niepodatne na wpływy wychowawcze) i szukamy winy w genach. Ale to właśnie lęk pierwotny potrafi zniweczyć wysiłki opiekunów i sprawić, że dziecko może nieświadomie prowokować odrzucenie, bać się wszystkiego jakby stale wisiał nad nim miecz Damoklesa, widzieć wszędzie zagrożenie, ślepo walczyć przeciwko wszystkiemu i wszystkim.

Lęk pierwotny zniekształca to, co widzimy, nie pozwala nam dostrzec dobra, ciepła, życzliwości, wsparcia, serdeczności, miłości, nie pozwala tego czuć. Przerzuca nasz umysł w tryb przetrwania, każe nam żyć jakbyśmy codziennie wychodzili na pole bitwy. Nie myślimy wtedy o tym, co przynosi nam radość i satysfakcję, myślimy o tym, co nas boli. Nie spodziewamy się nagród, chcemy jedynie uniknąć kary. Nie marzymy o komforcie, pragniemy zniknięcia tego, co nam przeszkadza. Nie pragniemy zdrowia, próbujemy zwalczyć choroby. Wkładamy energię w unikanie toksycznych ludzi, nie w tworzenie przyjaźni. Zajmuje nas definiowanie siebie poprzez to, co nas boli, czym nie jesteśmy, a nie rozwijanie swojego potencjału. Unikanie trucizn to nie to samo co zdrowe odżywianie, w sensie dosłownym i metaforycznym.

Możemy tak żyć przez całe życie, uwięzieni w samospełniającej się przepowiedni (na co kierujemy uwagę, to powołujemy do życia, na co się zgadzamy, to zostaje z nami). Możemy też świadomie dokonać nowego wyboru, zmienić ten scenariusz. Żeby to zrobić, potrzebujemy uświadomić sobie swój lęk pierwotny. Nie jest to łatwe, ponieważ ten lęk pochodzi z okresu, kiedy nie podlegał nazwaniu (ani płód, ani niemowlę czy malutkie dziecko nie myśli słowami) – jest to uczucie, które musimy pozwolić sobie poczuć, żeby móc je nazwać i zrozumieć dorosłym umysłem.

Droga do niego prowadzi przez nazywanie wszystkich swoich lęków ukrytych pod negatywnymi emocjami. Możemy nie pamiętać swojej traumy, ale uczucie powstałe pod jej wpływem jest nadal obecne w naszym życiu pod innymi postaciami, skanalizowane przez umysł do innej, w jakiś sposób podobnej formy (np. możemy nie pamiętać gniewu ojca, który wstrząsnął niemowlakiem, ale zasiany wtedy lęk każe nam panicznie bać się burzy jako symbolicznego gniewu Boga ojca). Żadna fobia ani mania nie bierze się znikąd, jest tylko nową formą starego lęku. Możemy uczyć się z nim żyć w trybie przetrwania i możemy go zneutralizować swoją świadomością, uwolnić się od niego i zacząć się rozwijać.

Albert Einstein powiedział: „Najważniejszą decyzją, jaką możemy podjąć jest odpowiedź na pytanie, czy wierzymy, że żyjemy w przyjaznym czy wrogim Wszechświecie. Z tej jednej decyzji wszystko wypływa.” O tym jest ten tekst. Lęk pierwotny każe nam wierzyć, że Wszechświat jest zimny, nieprzyjazny i groźny, i taki się wtedy dla nas staje, bo na tym się skupiamy, to z niego podświadomie wybieramy. Jeśli zdołamy odseparować swoje doświadczenie i swoją wiarę, czyli wbrew temu co nas spotkało uwierzyć we Wszechświat, który jest miłością, wszystko co dobre stanie przed nami otworem.

„Jak zobaczę to uwierzę” powiedział człowiek. „Jak uwierzysz to zobaczysz” powiedział Wszechświat.

O nieprzyjemnych emocjach

Negatywne emocje – brzmi niedobrze, odczuwanie ich jest nieprzyjemne i nikt nie uczy nas co z nimi robić…

Wyrażamy je tak, jak nas nauczono. Ci, którym ustępowano, kiedy krzyczeli, nauczyli się wyrażać swoje emocje głośno i przesadnie, nie zwracając uwagi na innych, „po trupach”.

Ci, na których się skupiano, kiedy sygnalizowali swój dyskomfort, nauczyli się narzekać, rozczulać nad sobą i wynajdywać problemy, żeby dostać trochę uwagi.

Ci, którzy byli zawstydzani za wyrażanie tego, co czuli, nauczyli się blokować okazywanie emocji i nie dopuszczać do nich innych ludzi, żeby nie zostać zranionymi jeszcze bardziej.

Ci, którym kazano brać się w garść, kiedy okazywali emocje, nauczyli się oszukiwać siebie i innych, że nie czują tego co czują, żeby zasłużyć na akceptację i podziw dla swojej siły.

Wszyscy nauczyliśmy się „robić coś” ze swoimi emocjami zgodnie z oczekiwaniami rodziców i społeczności, w której dorastaliśmy. Dopóki skupiamy się na „robieniu czegoś” z  kontrolką awarii, nie potrafimy jej odczytać. A kiedy nie potrafimy właściwie odczytać sygnału, nie potrafimy właściwie zareagować. Kiedy reagujemy niewłaściwie, jesteśmy niezadowoleni z siebie i z reakcji innych, i negatywne emocje mnożą się w nieskończoność…

Negatywne emocje mogą być nieprzyjemne, ale z natury spełniają bardzo pozytywną rolę: mówią nam lepiej niż ktokolwiek z zewnątrz co jest dla nas dobre, a co nie, ostrzegają, wskazują wewnętrzne konflikty – pilnują naszego dobrostanu. Ale żeby naprawdę spełniały tę rolę, musimy się oduczyć „robienia z nimi czegoś”. Musimy pozwolić im być tym, czym są, czyli pozwolić sobie czuć je jak wtedy, kiedy byliśmy małymi dziećmi i nimi nie manipulowaliśmy. 

Jest tylko jeden haczyk – nie da się tego zrobić wyłącznie poprzez decyzję intelektualną. Trzeba pozwolić sobie na autentyczne przeżycie tych dawnych emocji, które stały się przyczyną wytworzenia mechanizmu zniekształcającego je po to, żeby czemuś służyły albo czemuś zapobiegały.

To trochę jak podróż w czasie – ale nie po to, żeby zmienić wydarzenia, tylko ustawienia swojego umysłu. 

Pierwszy krok to uświadomienie sobie swojego mechanizmu zniekształcającego odczytywanie tego, co naprawdę czujemy (czyli uświadomienie sobie potrzeby odbycia takiej podróży w czasie).

Drugi krok to decyzja spotkania się z tym, przed czym uciekamy, z emocjami, których unikaliśmy przez lata (czyli decyzja, że wsiadamy do wehikułu). Cały dziecięcy lęk będzie próbował nas zatrzymać w tym miejscu – bo może utoniemy w tych negatywnych emocjach i nigdy nie wrócimy? Może tam na miejscu okaże się, że jesteśmy źli, albo nasi rodzice byli źli? 

Trzeci krok to przypomnienie sobie sytuacji z dzieciństwa i pozwolenie sobie na przeżycie odczuwanych wtedy emocji (czyli spotkanie ze sobą z przeszłości).

Czwarty krok to nazwanie tych emocji bez oceniania i obwiniania kogokolwiek – uznanie, że mieliśmy do nich prawo (czyli świadomość z przyszłości przekazuje informacje swojemu ja z przeszłości). Zidentyfikowanie się ze swoimi dziecięcymi emocjami zamiast intelektualnie wytworzonym przez nie mechanizmem jest jak powrót do siebie, ponowne połączenie rozdzielonych części siebie.

Krok piąty to powrót do dorosłego siebie w zmienionej emocjonalnie postaci (czyli powrót do swojego świata, który okazuje się światem równoległym). Przeżycie emocji dziecka, jakim byliśmy ze świadomością dorosłego, jakim się staliśmy likwiduje potrzebę istnienia naszego mechanizmu – w tym momencie traci on rację bytu i przestaje działać, czyli generować fałszywe, dodatkowe negatywne emocje. 

„To co jest odcięte, nieodczute, pozostaje bez zmian. Kiedy zostanie odczute, zmienia się. Większość ludzi o tym nie wie. Wydaje im się, że jeśli nie pozwolą sobie poczuć negatywnej części siebie pozostaną dobrymi osobami. Dzieje się odwrotnie, negatywne aspekty trwają niezmiennie latami.”  Eugene Gendlin

Pułapki umysłu

Tak jak przez ostatnie dwa lata nie udawałam wirusologa, tak teraz nie zamierzam udawać eksperta od polityki. Jestem natomiast ekspertem od mechanizmów, które rządzą ludzkim umysłem, i o tym jest ten tekst.

Fakt pierwszy: umysł generalizuje – z jednego doświadczenia (szczególnie powiązanego z silnymi emocjami) tworzy automatycznie zasadę. Jeśli ugryzie nas pies, zaczniemy bać się wszystkich psów. Jeśli mamy swojego psiaka, uwielbiamy inne psy. Nasze własne, losowe doświadczenia kieruje daną rzecz, człowieka, sytuację do szufladki „uwaga! zagrożenie!” lub do szufladki „spoko, nie ma się czego obawiać”. Dlatego jedni przysięgną przed sądem, że psy to bestie, inni, że psy to anioły, i to jest ich subiektywna prawda, tego doświadczyli i w to wierzą. Obiektywna prawda zaś jest taka, że pewne psy potrafią zagryźć człowieka, a pewne psy potrafią oddać za człowieka własne życie, i w każdej sytuacji spotkania z psem musimy zdecydować, z jakim mamy do czynienia.

Fakt drugi: umysł segreguje – próbuje otagować każdą informację jako „dobrą” lub „złą”, obrazek jako „ładny” lub „brzydki”; innymi słowy, jeśli temu świadomie nie przeciwdziałać, będzie automatycznie starał się ocenić i podzielić wszystkie dane na pozytywne i negatywne, na czarne i białe, choć to nie odpowiada wielokolorowej rzeczywistości. Ocenianie deformuje percepcję, każe nam widzieć kogoś czy coś jednolicie, pomijać wszystkie informacje, które się nie zgadzają z tym, w co chcemy wierzyć. Ocenianie powoduje, że się mylimy, uwzględniając tylko część danych; pochopnie oczerniamy lub gloryfikujemy innych, co w konsekwencji prowadzi do uczucia wstydu lub rozczarowania, a to nic miłego.

Fakt trzeci: umysł nie zobaczy tego, na co nie jest gotowy. Oznacza to, że jeśli mamy złe doświadczenia z psami, będziemy zwracać uwagę na duże, warczące, wyrywające się osobniki, w tym samym czasie mijając i nie zauważając przyjaznych psiaków wyprowadzanych przez dzieci. Jeśli nie wierzymy w UFO, statek kosmiczny może nawet wylądować w naszym ogródku, a i tak będziemy je uważać za dowcip sąsiada albo próbę wrobienia nas z użyciem ukrytej kamery. Umysł broni swojego systemu przekonań. Im bardziej ten system jest hermetyczny i czarno-biały, tym silniej odrzuca wszystko, co choć odrobinę do niego nie pasuje.

Co zatem możemy zrobić, żeby nasz własny umysł nie sprowadzał nas na manowce, szczególnie w obecnej sytuacji?

Przede wszystkim starajmy się oddzielać fakty od interpretacji. Interpretacje nałożone na siebie powodują efekt jak w zabawie w „głuchy telefon”: to, co było faktem na początku, na końcu często go nawet nie przypomina. Żeby było jasne – nie przestawiam tu żadnej wersji wydarzeń ani własnej opinii, to po prostu przykład: załóżmy, że ktoś mówi: „widziałem grupę ciemnoskórych na ukraińskiej granicy” (fakt). Następna osoba powtarza kolejnej: „mój kumpel widział na granicy Afrykańczyków” (interpretacja przez własne skojarzenie – nie wiadomo, czy byli z Afryki, czy z innej części świata). Ta osoba przekazuje informację dalej: „podobno pełno czarnych z Afryki na granicy, jak stali osobno, to pewnie ich nie wpuszczą” (dopowiedzenie z wyobraźni i generalizacja – na innej naszej granicy takich uchodźców źle traktują, więc tu pewnie też). Ktoś postanawia o tym napisać używając słowa rasizm, ktoś kolejny dodaje prześladowanie, a następny terrorystyczną prowokację. W tym miejscu, w głowie czytającej to osoby zapewne pojawia się czerwona lampka: „ale przecież nie tak było!” – umysł broni swojego systemu przekonań, tego, co już przyswoił (na jakiejkolwiek podstawie) i zintegrował. Właśnie w tym miejscu należy zrobić stop-klatkę i zastanowić się, czy znamy źródło, czy możemy mu ufać; a może wszystko co gdzieś przeczytamy czy usłyszymy w TV bierzemy bezrefleksyjnie za prawdę? Jeśli nie widzieliśmy czegoś na własne oczy, to zwyczajnie nie wiemy, a z dostępnych wersji (fakty, ich nadinterpretacja, wersja podkoloryzowana dla lepszego efektu, celowa dezinformacja) nasz umysł wybierze tę, która najbardziej pasuje do naszej wizji świata, do innych informacji, w których prawdziwość wierzymy. Dlatego większość proputinowskich Rosjan, którym reporterka chciała pokazać zdjęcia zrujnowanej Ukrainy, nawet na nie nie spojrzało, zakładając z góry, że są fałszywe. Podobnie jak przeciwnicy polityczni, którzy wierzą w te fakty, które popierają ich wizję rzeczywistości, i nie wierzą w te, które tej wizji zagrażają. Umysł musi mieć pewność, musi wiedzieć, musi dane zaklasyfikować. A czego można być pewnym w świecie Photoshopa i deepfakeów…? Nie bójmy się powiedzieć „nie wiem”, nie bójmy się wahać, mieć wątpliwości, słuchać różnych opinii z otwartym umysłem, widzieć szare zamiast czarnego i białego. Tym bardziej nie przekazujmy dzieciom swoich interpretacji jako faktów, bo one w obronie tego „co tata powiedział” są gotowe bić się z rówieśnikami na śmierć i życie.

Po drugie, bądźmy obserwatorami własnego umysłu (to nasze narzędzie), a nie jego niewolnikami. Przeciwdziałajmy jego automatyzmom. Generalizując i segregując, zawsze mijamy się z prawdą.

Na przykład: „Rosjanie to mordercy”. A co z tymi, którzy wychodzą na ulice w proteście przeciw wojnie, choć są aresztowani, płacą ogromne mandaty, zostają wydaleni z uczelni? Czy jeśli proputinowskich Rosjan jest więcej, mamy prawo prześladować każdego Rosjanina? Jak tę proukraińską Rosjankę, która od 25 lat prowadzi restaurację w Warszawie, a teraz obawia się o swoje życie?

Inny przykład: „Rosyjscy żołnierze zabijają cywili”. Udokumentowany fakt, tylko oprócz psychopatów strzelających do uciekających rodzin i wolontariuszy niosących pomoc są też zdezorientowani, głodni, przerażeni, płaczący chłopcy, sami poddający się do niewoli, żeby nie musieć tego robić. Ich też na stos?

Nie chodzi o usprawiedliwianie najeźdźców. Chodzi o to, że rzeczywistość nigdy nie jest czarno-biała. To umysł tak chce ją widzieć. Dla jednych Rosjanie to psychopatyczni mordercy, dla innych więźniowie systemu. Dla jednych Ukraińcy to wciąż banderowcy, dla drugich uchodźcy wojenni. Dla jednych Niemcy to hitlerowcy od zawsze i na zawsze odpowiedzialni za całe zło świata, dla innych to rodzina, znajomi, przyjaciele.

A kim jesteśmy my, Polacy? Zbawcami dla jednych uchodźców, mordercami dla innych? Ludźmi dzielącymi się wszystkim z uchodźcami z Ukrainy, spontanicznie organizującymi dla nich pomoc czy trollami wypisującymi obrzydliwe komentarze albo bojówkami obrzucającymi Ukraińców kostką brukową? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, nie ma jednego wzorca Polaka. Może wielu Polaków kradnie, ale wielu się tym brzydzi. Może wielu jest gościnnych, ale są i tacy, co widzą wroga w każdym.

Umysł próbuje generalizować i segregować, ale im bardziej to robi, tym jest dalszy od prawdy. Ludzie są różni, bez względu na swoją narodowość, tak samo jak bez względu na kolor skóry, religię, wykształcenie i co tam jeszcze. We wszystkich powinniśmy wspierać to, co dobre, i nie zgadzać się na to, co krzywdzi. I tyle.

Szczególnie, że logicznie takie podziały nie trzymają się kupy. Mówiąc o Rosji złe rzeczy, mamy na myśli decyzje władz tego kraju, na które zwykli ludzie nie mają wpływu. Mówiąc o Polsce dobre rzeczy, mamy na myśli zryw obywateli i decyzje samorządów, bynajmniej nie działania organizacyjne rządu. Rząd zakazuje organizacjom pozarządowym nawet zbliżać się do białoruskiej granicy (źródło: przemówienie Janiny Ochojskiej w PE), a na ukraińskiej też jakoś nie widać nawet tych autobusów co rozwoziły ludzi na wiece wyborcze i do urn wyborczych, że o innych działaniach organizacyjnych nie wspomnę. Więc to rząd czyni ludzi złymi czy ludzie mogą być dobrzy nawet wbrew rządowi? Przyjmijmy jeden standard dla wszystkich, inaczej mijamy się z prawdą.

Ten tekst nie jest o wojnie, narodowościach i polityce, to tylko przykłady. Żywe przykłady – żeby móc zaobserwować reakcje swojego umysłu, żeby je sobie uświadomić, żeby nauczyć się je kontrolować. Żeby widzieć w drugim człowieku po prostu człowieka, takim jaki jest. Etykietka narodowościowa (jak i każda inna) może nas bardzo zmylić. A podawana dzieciom jako fakt, utrwala się im w umysłach w kategorii „my i oni”, powoduje uprzedzenia, prześladowania, przemoc. Najpierw wobec kolegi z obcym pochodzeniem, potem wobec „tych z głupią fryzurą” (zezem, tatuażem, krzywymi zębami czy nogami, wstaw dowolne); później wobec zwolenników innej partii politycznej czy innego klubu sportowego – a na końcu zawsze jest realna wojna. Czasem na pięści i pałki, a czasem na czołgi i rakiety. „NIE dla wojny” to „NIE dla bycia kontrolowanym przez swój umysł”, NIE dla generalizowania, oceniania i segregacji.

Umysł działa dobrze tylko wtedy, kiedy współpracuje z sercem. (I vice versa, ale to już temat na inny post.)

Co wewnątrz, to na zewnątrz

Jedną z najważniejszych rzeczy, jakich nauczyła mnie moja praca, jest pokora. Bo cóż z tego, że wiem, czego dziecku potrzeba, kiedy rodzice tkwią w swoich schematach, i nie są gotowi na zmianę? Muszę się pogodzić z tym, że nie pomogę w tej sytuacji, bo to nie ja mam wpływ na to dziecko przez większość czasu. Cóż z tego, że widzę, jak ktoś zapętlony w swoich nieświadomych przekonaniach rozpędza się coraz bardziej, pędząc na wprost ściany, w którą zaraz uderzy – kiedy on tego nie widzi, nie czuje, nie wierzy w to? Cóż z tego, że rozpoznaję mechanizmy, które prowadzą do paskudnych konsekwencji, jeśli ktoś wierzy, że zaprowadzą go do szczęścia?

Nauczyłam się pokory na własnych błędach, bo im bardziej próbowałam na siłę kogoś zatrzymać, przymusić go do zmiany i uratować prze konsekwencjami, tym bardziej się rozpędzał dla zrównoważenia mojego hamowania i silniej zderzał ze swoją ścianą. Doświadczają tego rodzice, kiedy próbują ochronić dziecko przed drobnymi konsekwencjami jego szkodliwego zachowania, a ono w poczuciu bezkarności nabiera tylko rozmachu w krzywdzeniu siebie i innych. Dopóki nie poczuje konsekwencji, będzie eskalować swoje zachowanie, aż konsekwecje staną się poważne, czasem nieodwracalne.

Chcę przez to powiedzieć, że każdy z nas ma swój własny, indywidualny proces rozwoju w swoim własnym tempie, i nic z zewnątrz nie może tego zmienić, jeśli dana osoba nie jest na to gotowa. Możemy innych inspirować, ale zmiany muszą dokonać sami – wtedy, kiedy do niej dojrzeją. Wszyscy podlegamy „gotowaniu żaby” – jeśli ktoś przesuwa nasze granice powoli i systematycznie, to nieświadomie zgadzamy się na coraz większe odbieranie sobie komfortu, dóbr, wartości. Sami decydujemy, w którym momencie się ockniemy – czy przy pierwszej refleksji, że coś tracimy, czy dopiero wtedy, kiedy zabraknie nam środków do normalnego funkcjonowania. Sami decydujemy, ile możemy znieść, a kiedy ból zmusza nas do reakcji, do powiedzenia „dość”.

Świadomość masowa działa według tych samych praw; przykładem może być to, co dzieje się w naszym kraju od kilku lat, a na świecie w trakcie bieżącej dwuletniej pandemii. Nie inaczej jest w przypadku tego, co dzieje się obecnie za naszą wschodnią granicą. Jako osoba z dużą empatią cierpię, czytając o atakach na przedszkole, dziecięcy szpital onkologiczny, blok mieszkalny czy karetki pogotowia, dowiadując się o zamordowaniu rodziny z dziećmi, o poświęceniu życia, żeby zaminować most, czy o dziewiętnastolatkach tracących zdrowie i życie w absurdalnej walce. Jako osoba rozumiejąca mechanizmy wiem jednak, że aktywny bunt w obronie własnych granic oznacza przebudzenie, oznacza niezgodę na dalszą krzywdę, oznacza więc początek zmiany, w tym przypadku masowej. Masowej, czyli dotyczącej nas wszystkich. I my wszyscy mamy wpływ na to, czy ta zmiana nastąpi, czy będzie trwała, i w jakim pójdzie kierunku. Mamy wpływ przez opowiedzenie się po stronie światła lub ciemności. Za krzywdzonymi, nie przeciw agresorom; za pokojem, nie przeciw wojnie; za równością, nie przeciw nierówności. To wbrew pozorom bardzo istotna różnica, bo to, na czym się skupiamy, otrzymuje naszą energię. Możemy kibicować wybranej stronie, ale nie wiemy, jak dojrzale wykorzysta potencjalne zwycięstwo (ten scenariusz przerabiamy przy każdych wyborach parlamentarnych, czyż nie?). Albo możemy wspierać światło w każdym człowieku z osobna i oglądać przebudzenia, niezależnie od miejsca, płci, rasy, narodowości, wyznania; i zobaczyć jak ciemność zostaje rozświetlona od środka tak bardzo, że znika, bo nie ma dla niej miejsca.

Rzeczy nie zawsze są takie, jakimi się wydają. Z jednej strony nie każdy Rosjanin popiera działania swojego przywódcy, wbrew rządowej propagandzie, nawet nie każdy rosyjski żołnierz w tej akcji. Z drugiej strony, jak w moim doświadczeniu, nie zawsze łagodzenie objawów jest najlepszą opcją – bo czasem trzeba sprawić, żeby człowiek poczuł, że dotarł do ściany, żeby się obudził i zaczął walczyć o to, co mu od zawsze coraz bardziej odbierano tak systematycznie, że już do tego przywykł. Jeśli się obudzi, nikt i nic go nie zatrzyma.

Jest mi bardzo ciężko patrzeć na koszty, jakie ponoszą ludzie w trakcie wojny. Ale jakaś część mnie po prostu wie, że taka jest kolej rzeczy, jako konsekwencja wszystkich wcześniejszych wyborów, i że przebudzenie do zdefiniowania i walki o siebie to objaw zdrowienia.

Im większa napiera ciemność, tym bardziej odzywa się potrzeba rozpalenia światła. Im więcej dzieje się krzywdy i cierpienia, tym silniejszy jest ludzki odzew pomocy i wsparcia; i to jest piękne, wzruszające, budzące nadzieję. Ale nie wystarczy, że będziemy pomagać skrzywdzonym, pomstując na ich wrogów. Żeby coś zmienić, potrzebujemy pomagać skrzywdzonym i jednocześnie nie zasilać negatywnej energii – nienawiści w żadnej postaci: nacjonalizmu, rasizmu, seksizmu, żadnego „my” kontra „oni”. Nie pomoże przyłączanie się do pomstowania na winnych, pomoże unicestwienie źródła tej ciemności przez rozpalenie wokół niego wszystkich świateł. Obecna sytuacja najlepiej pokazuje, ile możemy osiągnąć dzięki jedności, wspólnemu działaniu, jednomyślności, wzajemnemu wsparciu, wspólnemu frontowi. Problem w tym, że to ciemność prowokuje nas do znalezienia w sobie tego światła jedności; reagujemy na nią, przeciwko niej. Kiedy odejdzie, zapomnimy, że potrafimy świecić. Znowu będziemy tworzyć coraz to nowe podziały my-oni, skupiając się na tym, co nas różni, a nie na tym, co nas łączy.

Czy naprawdę potrzebujemy ciemności, żeby sobie przypomnieć, że potrafimy świecić? Zła, żeby odkryć w sobie dobro? Niewoli, żeby chcieć wolności? Presji, żeby siebie zdefiniować? To nasz wybór. Jak długo tego potrzebujemy, żeby sobie przypomnieć kim jesteśmy z natury, tak długo będzie się pojawiać w naszym życiu.

W historii było już wielu dyktatorów, i jak wiadomo żaden nie przetrwał ani nie skończył dobrze. Każdy następny myśli, że jest wyjątkiem, i to go gubi wcześniej czy poźniej. Czas przestać ich produkować i zasilać swoją negatywną energią, którą się żywią i którą wykorzystują do dzielenia ludzi i rządzenia nimi wedle własnego widzimisię. Ognia nie gasi się ogniem, ciemności nie zwalczy się ciemnością. Czas nauczyć się na błędach, zablokować źródło, z którego powstają – w sobie.

Stawanie się miłością

Rozwijanie swojej świadomości nie jest łatwe, bo polega na odpuszczaniu sposobów kontrolowania innych, ich miłości i odrzucenia – na uświadomieniu sobie, że tak naprawdę nie mamy nad tym żadnej kontroli, że zależy to od nich, nie od nas. Przynosi to poczucie bezsilności, bezbronności, przed którym każdy z nas się broni, a które paradoksalnie uzdrawia. Bo tak naprawdę to złudna kontrola powoduje lęk i bezsilność; jest takim zabezpieczeniem przed utratą miłości jak kolce jeża wobec samochodu. Miłość nam to złudzenie kontroli odbiera, żeby nam pokazać, że pozornie bezbronni stajemy się najsilniejsi na świecie – bo stajemy się nią samą, tym, czego wszyscy pragną.

Autonawigacja

Gdyby ktoś mnie zapytał, co moim zdaniem daje najwięcej frajdy w życiu, powiedziałabym, że samorozwój, samorealizacja, przekraczanie własnych pozornych granic. Gdyby ktoś mnie zapytał, co jest najważniejszą kwestią dla samorozwoju, odpowiedziałabym, że umiejętność rozpoznawania i nazywania swoich uczuć. Za każdym razem, kiedy udaje mi się tego kogoś nauczyć, czuję największą satysfakcję ze swojej pracy, bo wiem, że ten ktoś właśnie uruchomił najlepszy kompas w swoim życiu.

Bo każdy z nas doświadcza sprzecznych uczuć, a nikt nas nie uczy, co z takim konfliktem robić, więc najczęściej go zagłuszamy – używkami, pracą, zakupami, mediami – czymkolwiek, co spowoduje, że nie zostaniemy sam na sam ze swoimi myślami i wątpliwościami. Ale kiedy uczciwie próbujemy nazwać dla siebie odcienie tego, co czujemy, na końcu pojawia się pytanie „To o co mi tak naprawdę w tej sprawie chodzi?”. Stajemy na skrzyżowaniu możliwości i wybieramy tę drogę, która wydaje nam się najlepsza. Na ten wybór natychmiast dostajemy odpowiedź – kolejne uczucie, które nam mówi, czy wybraliśmy coś, co nam posłuży, czy wręcz przeciwnie. I znowu musimy dokonać wyboru – czy zawrócić, czy próbować dalej wbrew ostrzeżeniu. Cokolwiek wybierzemy, uczucie to skomentuje, podpowiadając nam kierunek.

Słuchając tej wewnętrznej nawigacji możemy zajść znacznie dalej niż idąc za tłumem i żyć znacznie pełniej niż naśladując innych. A przede wszystkim możemy utrzymać dobre samopoczucie i zadowolenie z siebie, które są nam w życiu potrzebne jak równowaga do jazdy na rowerze.

O dobrym samopoczuciu

Szczęście to dobre samopoczucie, radość, satysfakcja – czyli zadowolenie z siebie, ze swojego życia i z relacji z innymi ludźmi. Skoro sami tworzymy swoje życie i relacje, to dlaczego tak często nie jesteśmy szczęśliwi?Przede wszystkim dlatego, że umysł zagłusza odczuwanie i dyktuje nam co nas uszczęśliwi za pomocą swoich skojarzeń. Utożsamia nasze szczęście z posiadaniem czegoś lub kogoś i każe nam do tego dążyć za wszelką cenę, nawet jeśli czujemy się z tym źle. Jak mamy dojść do szczęścia podążając za czymś, co nas męczy, krzywdzi, stresuje czy dołuje?


Kiedy rodzice lekceważą emocje dziecka, zwracając się tylko do jego umysłu („musisz to zrobić”, „nie płacz”, „to nic strasznego, nie ma czego się bać”, „a teraz przeproś i pocałuj mamę” itp.), umysł przetwarza takie doświadczenia w zasadę „to co się czuje nie jest ważne, ważny jest cel” i tworzy przekonania typu: „trzeba znosić wszystko w milczeniu, żeby coś osiągnąć”, „trzeba zgadzać się na krzywdę, jeśli chce się doświadczyć miłości”, „trzeba ukrywać swoje emocje i kłamać, żeby być akceptowanym” itd. Takie wewnętrznie sprzeczne przekonania zmuszają nas do zanegowania albo siebie albo innych.


W pierwszym przypadku uznajemy, że jesteśmy zależni od miłości innych ludzi jak małe dzieci i szukamy aprobaty, głasków, uznania, podziwu, sławy wszelkimi znanymi sposobami. Im bardziej się w to angażujemy, tym bardziej się uzależniamy – zamiast szczęścia czujemy głównie lęk („co będzie jeśli to się skończy? co będzie jeśli popełnię błąd?”). Dostajemy dużo i coraz więcej, ale paradoksalnie nas to unieszczęśliwia; bo nawet jeśli przez moment czujemy to, o co nam chodziło, to za chwilę wraca lęk – jak kac po alkoholu.


Drugie rozwiązanie to strategia odwrotna – zaprzeczenie zależności od innych, czyli odizolowanie się od ludzi na tyle, na ile to możliwe. Udowadnianie sobie każdego dnia, że da się żyć bez miłych słów, życzliwych gestów, wsparcia, emocjonalnej więzi. Może się wydawać, że wtedy lęk przed odrzuceniem nie ma nad nami władzy, ale to właśnie on skazuje nas na emocjonalne głodowanie. To, że uczymy się żyć z brakiem, nie sprawia, że brak znika czy przestaje być odczuwalny. Nadal nas unieszczęśliwia.
Umysł tworzy konflikt („żeby być szczęśliwym, trzeba cierpieć/znosić krzywdę/zdobyć coś lub kogoś wyjątkowego”), a potem tworzy rozwiązania tego problemu, które nikogo nie uszczęśliwiają. Tworzy obrazek i strategie osiągnięcia tego obrazka, ale zrealizowany scenariusz nie przynosi szczęścia…


Powód jest prosty – szczęście się czuje, i jeśli coś nas może do niego zaprowadzić, to właśnie czucie. To jak zabawa w ciepło – zimno: naszym zadaniem jest iść za tym, co daje nam radość i satysfakcję, nie za scenariuszami umysłu bazującymi na oczekiwaniach innych ludzi. Umysł jest nam potrzebny do tego, żeby odróżnić co daje nam chwilową przyjemność i nieprzyjemne konsekwencje (to ślepe uliczki) od tego, co daje nam prawdziwe poczucie spełnienia, trwale poprawia nam samopoczucie, stwarza zadowolenie z siebie i życia.


Jeśli coś lub ktoś powoduje przymus („muszę to mieć”), zachłanność („im więcej tym lepiej, na zapas, niech to się nie kończy”), lęk na myśl o odstawieniu („nie dam rady żyć bez tego”), to uzależnienie – bez względu na to, czy chodzi o piękny wygląd, zakupy, kawę, media społecznościowe, towarzystwo, pracę czy cokolwiek innego. A każde uzależnienie krzywdzi, powoduje spadek samooceny i unieszczęśliwia.Uszczęśliwia nas wybór zgodny z własnymi uczuciami i zweryfikowany umysłem, bez względu na to, czego dotyczy. Podnosi naszą samoocenę, powoduje poczucie mocy, sprawstwa, wolności, niezależności.


Mówiąc krótko: brak szczęścia to stan, w którym podążamy bezrefleksyjnie za przypadkowymi skojarzeniami własnego umysłu; a szczęście to stan, w którym kierujemy się czuciem do wyznaczania kierunku, a umysłem do wyznaczania drogi w taki sposób, aby nie tracić dobrego samopoczucia.