Magiczne myślenie

Nic nie ma samych plusów ani samych minusów – i rzeczy, i ludzie, i sytuacje są mieszanką jednego i drugiego. 

Kiedy jesteśmy w stanie zaakceptować to co jest, możemy skupić się na plusach jakie posiada i mieć więcej tego co nam odpowiada. Takie rzeczy, sytuacje czy ludzie przyniosą nam dobre samopoczucie, satysfakcję, rozwój, to właśnie powinniśmy dla siebie wybierać.

Kiedy jednak jesteśmy w stanie zaakceptować to co jest tylko pod warunkiem, że coś się tam zmieni, że będzie inne niż jest, to zaprzeczamy rzeczywistości i decydujemy się na konflikt, który będzie przybierał na sile. Takie rzeczy, sytuacje czy ludzie przyniosą nam to czego chcemy i to, czego chcemy uniknąć – będą jak jazda kolejką górską w wesołym miasteczku między niebem a piekłem, między marzeniami a demonami. Takie wybory nam nie służą, nie prowadzą do nikąd poza kręceniem się wokół własnej osi z coraz większą prędkością.

Problem czy narzędzie?

Dziecko nie wie, jakie jest, po prostu jest i oczekuje od innych miłości bezwarunkowej. Dostaje akceptację warunkową, pochodzącą z mieszaniny miłości i lęku, którą wszyscy jesteśmy. Jeśli rodzice mają problem z kochaniem siebie w jakimś obszarze (bo tak nauczono ich w dzieciństwie i tego w sobie nie zmienili), to taki wzorzec przekazują dziecku, chcąc czy nie, nawet jeśli słownie deklarują co innego. Oznacza to, że bez względu na to, czy opiekunowie krytykują dziecko, czy też chwalą, jednocześnie krytykując siebie i innych, i tak dziecko uczy się krytykować siebie, podważać swoją wartość. 

W ten sposób w umyśle powstaje przekonanie, że jakaś część nas jest problemem. Czasem jest to ciało – „nieodpowiedni” wygląd, za mała sprawność, brak jakichś fizycznych umiejętności. Czasem jest to umysł – za wolny, zbyt nieuważny, za słabo kojarzący, za mało pamiętający. Czasem jest to emocjonalność – „zbytnia” wrażliwość, uzewnętrznianie swoich emocji. Czasem jest to duchowość – „bujanie w obłokach”, „niepraktyczne” podążanie za swoimi marzeniami, za silna, „nieżyciowa” hierarchia wartości.

Tak jak zwierzęta podlegają wdrukowaniu ( https://pl.wikipedia.org/wiki/Wdrukowanie ), tak ludzie tworzą swoją samoświadomość na podstawie tego, jak widzą siebie w oczach swoich opiekunów. Jeśli reakcje rodziców dają nam do zrozumienia, że coś  jest nie tak z naszym ciałem, umysłem, emocjonalnością czy duchowością, oznaczamy tę część jako problem, odrzucamy ją jak jaszczurka ogon i w zamian próbujemy dwukrotnie silniej rozwinąć inną część siebie – tę, która dostała rodzicielską akceptację. 

W ten sposób dzielimy swoje „ja” na słabą i mocną stronę, i żyjemy umęczeni wewnętrznymi konfliktami między tą częścią siebie, która gna na oślep pokonując wszelkie ograniczenia i tą, która nie chce ruszyć się z miejsca, a nawet wydaje się cofać w rozwoju. Jedna krzywdzi nas dążąc do samozniszczenia, druga krzywdzi nas, sabotując każdy nasz ruch.

Tymczasem ciało nie jest problemem, jest narzędziem. Dzięki niemu możemy żyć pełniej, przemieszczać się, doznawać odczuć sensorycznych. Zdrowe, zadbane ciało pozwala nam smakować świat na wiele sposobów. Kiedy się od niego odcinamy, zaczyna być balastem, przeszkodą, ograniczeniem. Kiedy nadmiernie je wykorzystujemy, kompensując sobie jakiś inny domniemany brak, obraca się przeciw nam, włączając tryb samozniszczenia.

Umysł nie jest problemem, jest narzędziem. Dzięki niemu możemy rozumieć to, czego doświadczamy, nazywać to, co spotykamy na swojej drodze, komunikować się z innymi. Zdrowy, właściwie stymulowany umysł pozwala nam uczyć się przez całe życie, coraz lepiej rozumieć swoje doświadczenia. Kiedy odwracamy się od swojego umysłu, staje się naszym przeciwnikiem, utrudnia nam rozwój i kontakty z innymi. Kiedy wykorzystujemy go nadmiernie w zamian za porzuconą inną część siebie, doprowadza nas do ściany, jak zapętlony komputer.

Emocjonalność nie jest problemem, jest narzędziem. Dzięki informacjom płynącym z emocji wiemy, co nam służy, a co nam zagraża. Emocje są jak informacyjne i ostrzegawcze lampki kontrolne naszego „ja”. Zdrowa wrażliwość i empatia pozwalają nam znaleźć równowagę pomiędzy sobą a innymi, tworzyć satysfakcjonujące relacje, utrzymywać dobre samopoczucie. Kiedy odcinamy się od swojej emocjonalności, odcinamy umysł od danych, których nie jest w stanie uzyskać z innego źródła; tracimy jeden zmysł. Kiedy nadmiernie wykorzystujemy swoją emocjonalność, żeby zatuszować inną swoją „słabość”, obraca się ona przeciw nam i doprowadza nas do emocjonalnej ruiny.

Duchowość nie jest problemem, jest narzędziem. Dzięki kontaktowi z najgłębszym rdzeniem swojego „ja” czujemy, kim jesteśmy, czego chcemy od życia, co jest dla nas ważne, co ma dla nas sens, jak postrzegamy siłę wyższą. Pozostawanie w zdrowym kontakcie z duchową częścią siebie wpływa na sposób wykorzystania innych części siebie, pomaga ustalić wewnętrzną równowagę, nadaje nam tożsamość, a naszemu życiu cel i znaczenie. Kiedy odcinamy się od duchowej części siebie, tracimy siebie na najgłębszym poziomie, tracimy poczucie sensu naszego życia. Kiedy próbujemy duchowością zastąpić inną część nas samych, sprowadza nas ona na manowce, zapędza w ślepą uliczkę, niszczy.

Żadna część nas samych nie jest problemem sama w sobie; staje się nim, kiedy dotyka jej cudzy lęk, brak miłości. Szczególnie wtedy, kiedy jeszcze nic o sobie nie wiemy, kiedy dopiero zaczynamy zbierać o sobie informacje. Zarażenie cudzym lękiem powoduje, że przestajemy ufać miłości i próbujemy przejąć nad nią kontrolę. Ma to mniej więcej tyle sensu, co kilkulatek przejmujący kontrolę nad domowym budżetem 😉 

Ciało, umysł, emocjonalność i duchowość są różnymi i równie ważnymi warstwami naszego „ja”, tak jak różne narządy są częściami naszego organizmu. Tak jak nie można zastąpić wątroby dodatkowym płucem, ani nerki dodatkowym żołądkiem, tak nie można zastąpić duchowości umysłem, czy emocjonalności ciałem. I nie ma ku temu żadnego powodu. Ciało, umysł, emocje, dusza nigdy nie są problemem same w sobie – przejęty od innych lęk, brak zaufania do miłości nim jest.

Mini-przewodnik (2)

Umysł tworzy swoje wzorce głównie w dzieciństwie, wtedy, kiedy styka się z czymś po raz pierwszy. Rodzaj tego spotkania i towarzyszące mu emocje powodują „oflagowanie” tego czegoś jako dobre lub złe, ciekawe lub nudne, niebezpieczne lub interesujące, ważne lub bez znaczenia… Standardy dzieciństwa zapisują się w naszych umysłach poza naszą świadomością. Po prostu WIEMY (jesteśmy przekonani), że coś istnieje, a coś nie; czegoś jest pod dostatkiem, a o coś bardzo trudno. Nieświadomie przywykamy do tego, wśród czego przyszło nam dorastać: nie poświęcamy specjalnej uwagi temu, co jest (biorąc to za pewnik) i przywykamy do niedostatku czegoś innego jak do bólu głowy w tle. Te wzorce i standardy są jak samospełniające się przepowiednie – nie zdając sobie z tego sprawy odtwarzamy je wciąż na nowo, w różnych postaciach i okolicznościach, z różnymi osobami.

„Dziecięcy umysł przyjmuje za standard to, z czym się spotyka. Jeśli spotyka się z życzliwością, wsparciem, przestrzeganiem zasad, to taki obraz siebie i świata w nim się kształtuje, i tego oczekuje na zewnątrz rodzinnego środowiska, w którym się wychowuje. Jeżeli dziecięcy umysł spotyka się z wrogością, przemocą, przekraczaniem norm społecznych, to również taki obraz siebie i świata się w nim kształtuje, i takie będą jego zachowania i założenia wobec innych ludzi. Dlatego nie ma dobrych i złych dzieci, bo dzieci są zawsze automatycznie zaprogramowane przez zachowania ludzi wokół siebie – poza swoim wyborem i świadomością. 

Jak długo nie uwolnimy się od tego zaprogramowania, tak długo nie wybieramy świadomie; a skoro kierują nami automatyczne ustawienia, które dokonały się poza naszą świadomością, to również jako dorośli tak naprawdę nie jesteśmy ani dobrzy, ani źli – jesteśmy po prostu zaprogramowani. Co więcej, jesteśmy zaprogramowani losowo, przypadkowo, ponieważ nasze umysły naśladują mechanizmy rodziców i opiekunów, których oni sami nie byli świadomi. Nie przekazali nam ich z wyboru, zrobili to nieświadomie, automatycznie powtarzając to, co sami dostali od swoich rodziców…”

Powyższy cytat pochodzi z drugiego rozdziału Mini-Przewodnika, w którym szerzej opisuję, jak umysł przetwarza nasze pojedyncze doświadczenia w generalne zasady, co najczęściej nie jest obiektywną prawdą. To, że ugryzł nas pies, nie oznacza, że wszystkie psy gryzą, ale nasz umysł każe nam w to wierzyć („psy są groźne”). To, że mieliśmy zaprzyjaźnionego pieska, nie oznacza, że żaden pies nas nie ugryzie, ale umysł każe nam w to wierzyć („psy są cudowne”). Niemniej wierząc w te nieprawdy powołujemy je do życia. Ten, kto reaguje lękiem na widok psa, nieświadomie prowokuje go do okazania dominacji, czyli ataku. Ten, kto podchodzi do psa z pewnością siebie, wykazuje dominację, a pies zazwyczaj instynktownie się podporządkowuje. To, w co wierzymy na podstawie losowego zdarzenia, tworzy kolejne podobne sytuacje.

Kiedy rozumiemy, jak to działa,  przestajemy się identyfikować ze swoim umysłem i zyskujemy szansę na to, żeby przeprogramować jego zapisy, zmienić jego skojarzenia i uwolnić się od przypisanych tym zapisom negatywnych emocji. Rownież, a może przede wszystkim od głównego bagażu z dzieciństwa: poczucia winy i poczucia krzywdy.

Jeśli masz ochotę poczytać o tym więcej, napisz do mnie, a ja prześlę Ci bezpłatnie cały, dziewiętnastostronicowy tekst. Będzie mi miło, jeśli w zamian polecisz moją stronę na Fb, książkę, blog albo usługi psychologiczne innym.

Jaszczurczy ogon

Jaszczurka, która znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, odrzuca własny ogon, żeby umknąć z życiem. Kiedy małe dziecko doświadcza presji ze strony swoich opiekunów, reaguje podobnie – oddaje część siebie, swojego „ja”, żeby nie doświadczyć odrzucenia. Kiedy nie wolno mu okazać swoich emocji, odcina się od nich. Kiedy nie wolno mu mieć swojego zdania w żadnej sprawie, przestaje myśleć. Kiedy nikogo nie interesuje ani nie zachwyca jego indywidualność, nie rozwija jej. 

Kiedy dziecko czuje, że jakaś jego część budzi u rodziców negatywne emocje i reakcje, porzuca ją jak jaszczurka ogon – żeby przeżyć (nie doświadczać braku miłości, emocjonalnego odrzucenia). Im bardziej warunkowa jest akceptacja opiekunów, tym bardziej dziecko porzuca siebie, swoje prawdziwe „ja” na rzecz rodzicielskiej wizji tego, kim powinno być, jakie powinno być. Wyrzeka się siebie, żeby zasłużyć na rodzicielską miłość. W jego umyśle powstaje przekonanie, że nie można być sobą, żeby być kochanym, żeby doświadczać miłości.

To przekonanie nie znika, dopóki nie zostanie świadomie zmienione. Dziecko, które nauczyło się nie być sobą, żeby być kochane, jako dorosły robi to nadal. Oddaje kawałki siebie, poddając się presji, poświęca siebie „dla świętego spokoju”: tłumi emocje, nie ma własnych opinii, łatwo idzie na ustępstwa, rezygnuje z ważnych dla siebie rzeczy, zajęć czy relacji. I kiedy okazuje się, że już nie ma czego oddać, a presja czy roszczenia się nie zmniejszają, dochodzi do ściany. Jedni w takiej sytuacji się poddają i popadają w depresję, inni zaczynają odgrzebywać siebie spod gruzów, walczyć o prawo do bycia sobą, do własnych emocji, myśli, poglądów, wyborów, decyzji i granic.

To, co budujemy na bazie swojego prawdziwego ja, tworzy pozytywne emocje i relacje, wzmacnia nas i rozwija. To, co budujemy na bazie swojego wizerunku powstałego z odcięcia części siebie jest jak maska, którą wciąż musimy przytrzymywać, żeby nie odpadła. Ta maska („ego”) powstała po to, żeby utrzymać akceptację innych, ale w rzeczywistości dostarcza nam mieszanych uczuć; oprócz satysfakcji, że działa, przynosi niepokój, lęk i wyczerpanie udawaniem.

Warto więc zadać sobie pytanie, na jakie ustępstwa jesteśmy gotowi pod cudzą presją, poddając się autorytetom w różnych sprawach, naciskom rodziny, znajomych, presji społecznej, wymaganiom środowiska, w którym żyjemy i pracujemy.

Warto też popatrzeć jeszcze głębiej, bo istniejące przekonanie żyje swoim życiem, rozrasta się i przybiera nowe kształty. Możemy przestać bać się odrzucenia rodzica, a nawet w ogóle innych ludzi, ale stawiać sobie cele, które wymagają od nas porzucenia, wyparcia się jakiejś części siebie – zgodnie z pierwotnym przekonaniem, że można coś dostać czy osiągnąć tylko wtedy, kiedy nie jest się sobą, kiedy się udaje. Mój znajomy napisał kiedyś ku refleksji takie pytanie: „Ile jesteś gotowy/a zapłacić za pieniądze, które zarabiasz?”…Na ile wyrzeczeń jesteś gotowy/a, żeby zdobyć swój cel? Czy droga do szczęścia prowadzi przez nieszczęście? Czy radość osiąga się przez cierpienie? Czy osiągniecie sukcesu wymaga porzucenia tego, co nam w duszy gra?

W co wierzymy, to dla siebie tworzymy.

Mini-przewodnik (1)

„Czy jesteśmy swoimi emocjami czy myślami? Jednym i drugim? A może żadnym z nich?

Zanim zdecydujemy, czy utożsamiać siebie ze swoimi emocjami, zadajmy sobie pytanie, czym w ogóle są emocje. Często myślimy o nich jak o niewidzianej sile, która przychodzi kiedy chce, i robi z naszym samopoczuciem co chce, niemal bez naszego udziału. Tak to możemy odczuwać, ale prawda jest znacznie mniej magiczna, a dużo bardziej racjonalna. Gdyby człowiek był samochodem, emocje byłyby lampkami kontrolnymi, które sygnalizują co się dzieje – te ostrzegawcze (emocje negatywne) zapalają się, kiedy występuje awaria. Taka jest właśnie rola emocji – informować „centrum dowodzenia”, jaki jest stan systemu, którym jesteśmy; czego nam potrzeba, a co jest dla nas zagrożeniem; czy podejść, czy uciec. 
Kiedy emocje nas ostrzegają, są odczuwane jako nieprzyjemne, nazywa się je „negatywnymi emocjami”; odruchowo próbujemy z nimi walczyć jak z wrogiem. Tylko że walczenie z emocjami jest jak walczenie z lampkami kontrolnymi w samochodzie: można coś z nimi zrobić – przykryć, zamalować, rozbić – ale to nie zmienia faktu, że awaria, którą sygnalizowały, pozostaje. I to ona powinna przyciągnąć naszą uwagę, nie same emocje, które są jedynie posłańcami. Szczególnie, że emocje są nieśmiertelnymi posłańcami – wysłuchane odchodzą same, ale zabić ich nie można. Powiem więcej – o ile zabicie posłańca generalnie nie rozwiązuje problemu, o którym przyszedł powiedzieć, o tyle próba zabijania posłańca, któremu na miejscu jednej ściętej głowy wyrastają dwie nowe, to już zupełnie bezsensowna praktyka…

Skoro nic to nie daje, dlaczego mimo to walczymy z nieprzyjemnymi emocjami? 

Bo ich nie rozumiemy, nikt nas nie uczy czym są. A są doskonałymi informatorami, choć jednocześnie fatalnymi doradcami, i może stąd taka ich zła opinia. Przekonał się o tym każdy, kto zadziałał na silnych emocjach – powiedział za dużo i za mocno czy podjął gwałtowną, nadmiarową decyzję. Emocje przynoszą informację – im są silniejsze, tym sprawa pilniejsza i wymaga szybkiego rozpatrzenia, ale nie natychmiastowego działania: ani przeciwko emocjom, ani przeciwko tym, którzy te emocje wzbudzili, bo wbrew pozorom nie tam leży problem (a dlaczego — wyjaśnię dalej). Kierując się wyłącznie emocjami, w zwierzęcy, biologiczny sposób walczymy o swoje dobro, nie dbając o innych, nie widząc konsekwencji społecznych, nie dopuszczając innych danych. Działając w złości i gniewie robilibyśmy innym krzywdę, kradlibyśmy z zazdrości, zabijali z nienawiści. Coś nas przed tym powstrzymuje – jednych bardziej, innych mniej, ale jednak. 

Co to takiego?…”

Pozwolę sobie tutaj na mały suspens 😉
Powyższy tekst to fragment mojego mini-przewodnika „Kim jestem?”. Jeśli jesteś ciekawa/y dalszego ciągu, napisz do mnie na adres amzpsycholog@gmail.com – prześlę Ci go za darmo, po polsku albo po angielsku, jak wolisz. W zamian proszę jedynie o jakiś gest wsparcia – polecenie komuś mojej książki, tego przewodnika lub moich usług jako psychologa. Może być w sieci albo w realu, pisemnie lub ustnie, teraz lub później, po przeczytaniu, bez znaczenia. Jeśli lubisz i wspierasz to, co robię, z radością podzielę się z Tobą swoją wiedzą 🙂

Autodefiniowanie

Prawdą jest, że trzeba uznać ograniczenia rzeczywistości, bo nie zmieni ona swoich praw tylko dlatego, że nam się nie podobają – ale nie po to, żeby się do niej dostosować rezygnując z siebie, tylko po to, żeby określić własną tożsamość wobec niej. Im trudniejsza jest ta rzeczywistość, tym bardziej wymusza na nas zdefiniowanie siebie, swoich wartości, tego, w co wierzymy, kim jesteśmy, jak chcemy żyć.

Prawdą jest, że trzeba zaakceptować innych ludzi takimi jacy są, bo nie zmienią się dla naszego widzimisię – ale nie po to, żeby się do nich dostosować rezygnując z siebie, tylko po to, żeby w zderzeniu z nimi rozpoznać własne potrzeby i zdefiniować własne marzenia. Im większym wyzwaniem stają się dla nas inni ludzie, tym silniej odzywa się w nas niezgoda na bycie kimś mniej niż jesteśmy.

O emocjonalnej dojrzałości

W procesie wychowania i socjalizacji rozwijamy pewne części siebie bardziej niż inne. Dzieje się to w zależności od wsparcia i wymagań naszego otoczenia, szczególnie osób dla nas ważnych. Gdzieś przesuwamy swoje granice kosztem innych osób, bo nam na to pozwalają. Gdzieś indziej oddajemy swoje „terytorium” pod cudzym naciskiem, czyjąś presją. Im mniej wewnętrznie zrównoważeni są ludzie, którzy nas otaczają, tym bardziej my sami uczymy się funkcjonować w taki sam sposób. Niezależnie od tego, czy naśladujemy innych czy im się przeciwstawiamy, zamykamy siebie w schemacie, który ma dwa skrajne końce, dwie skrajne role: reagujemy jak zależne dziecko, albo mający władzę rodzic. Wykonujemy albo wydajemy polecenia. Puszczamy innych przodem albo wpychamy się przed nich. Jesteśmy albo ofiarami albo agresorami. Krzyczymy albo płaczemy. Słuchamy innych albo mówimy o sobie. Zagadujemy na śmierć albo milczymy. Pędzimy bez tchu albo śpimy. Robimy wszystko naraz albo padamy i tkwimy w bezruchu. Żądamy cudzego albo oddajemy własne. Atakujemy albo się bronimy. 

Miotamy się pomiędzy zwycięstwem a porażką i nic nie przynosi nam spokoju ani dobrego samopoczucia. Narasta jedynie zmęczenie i rozczarowanie. Te emocje mówią nam, że działamy w schemacie „lepszy – gorszy”, „zwycięzca – przegrany”. Jest to wbrew naszej naturze, która każe nam szanować siebie i innych na równi.

Silne jednorodne wzorce w dzieciństwie prowokują nas do przeciwstawiania się im. Szukamy ich odwrotności, drugiego ekstremum, stwarzamy rozbieżności. Rozbieżne wzorce już same w sobie powodują sprzeczne przekonania i funkcjonowanie w skrajnych rolach. Przerzucamy się z jednego krańca w drugi, jakbyśmy w różnych sytuacjach (wobec różnych „wyzwalaczy”) używali różnych tożsamości. To bardzo męczące, wyczerpujące energetycznie i emocjonalnie. Jednocześnie jest jednak konieczne, żebyśmy poznali swoją wszechstronność i zdali sobie sprawę z możliwości wyboru swojego zachowania (mogę tak i tak, umiem tak i tak). Jeśli to sobie uświadomimy, możliwe staje się wyjście poza ten schemat, znalezienie równowagi.

Jeśli uda nam się zaobserwować, gdzie zachowujemy się jak emocjonalne dziecko (bezbronna ofiara innych ludzi i okoliczności), a gdzie jak emocjonalny rodzic (nadużywający kontroli), to możemy przestać pełnić te nienaturalne role, które przysparzają nam mnóstwa negatywnych emocji. Wystarczy uświadomić sobie, że bez względu na stare zapisy w naszym umyśle, w rzeczywistości nie jesteśmy już dziećmi (nikt nie ma nad nami kontroli, jeśli jej komuś nie oddamy) i nie jesteśmy wobec innych ludzi „rodzicami”, bo de facto nie mamy nad nimi władzy, a nawet żadnego prawa, żeby decydować za nich, pouczać ich czy chronić, działać za nich, w ich imieniu. Kiedy zadamy sobie pytanie „kim jestem?” i odkryjemy, że w rzeczywistości to my i tylko my mamy władzę nad sobą i tym samym kontrolujemy własne życie, to przestajemy utożsamiać się z tymi rolami znanymi z dzieciństwa,  stajemy się autonomiczni, zrównoważeni, stabilni – dorastamy emocjonalnie. Nauczenie się tej nowej roli wymaga uważności – żeby „złapać się” na emocjach i reakcjach z poziomu dziecka czy rodzica, oraz treningu – żeby zmienić tę reakcję wbrew swoim automatyzmom. 

Na przykład jeśli ktoś zachowuje się wbrew naszym oczekiwaniom, a my demonstrujemy swoje emocje fochem, płaczem, wykrzykiwaniem swoich żali, wygłoszeniem kazania czy wywieraniem presji, to nie ma w tej relacji partnerstwa, jest zmienny układ rodzic-dziecko (zamiana ról może się dokonywać nawet w trakcie jednej wymiany zdań, choć najczęściej w danej sytuacji jedna osoba reaguje z poziomu dziecka, druga z poziomu rodzica, a w innej sytuacji może być odwrotnie). Jeśli potrafimy nazwać swoje emocje (jestem rozczarowany/a, mam poczucie krzywdy, czuję się rozżalona/y, jestem wściekły/a, itd.) i zrozumieć skąd pochodzą (czy odzywa się w nas bezsilne dziecko – ofiara innych lub zlekceważony, urażony rodzic tracący kontrolę), to taka autodiagnoza jasno nam pokaże, że nasz umysł nie zaktualizował się do tego, co jest – do roli dorosłego, do bycia partnerem dla innych ludzi. Musimy go przeprogramować „ręcznie” – dać sobie doświadczenie, że postawa partnerska (samoświadomość i aktywne wybieranie) opłaca się emocjonalnie znacznie bardziej niż tkwienie w starych rolach, które odbierają nam moc (każą czekać na litość innych lub popychają do ich kontrolowania).

Gdyby przyjrzeć się z boku, to większość naszych interakcji cechuje komunikacja z roli dziecka lub z roli rodzica. Są tam dziecięce emocje (bezradność na zmianę z próbami kontrolowania sytuacji) i dziecięce przekonania (że na nic nie mamy wpływu, albo że możemy mieć wpływ jedynie poprzez jakąś formę przemocy). Takie relacje nie są satysfakcjonujące i zawsze przynoszą lub pozostawiają negatywne emocje, „emocjonalnego kaca”. 

Kiedy świadomie zobaczymy w sobie osobę dorosłą, niezależną, dokonującą wyborów i ponoszącą konsekwencje tych wyborów, zyskujemy prawdziwy wpływ na swoje życie i możemy tworzyć relacje partnerskie z innymi ludźmi. Oznacza to, że nie szukamy winy na zewnątrz siebie, w innych ludziach i sytuacjach, a przyglądamy się swoim wewnętrznym sterownikom („jak mogę to zrobić inaczej”); że bierzemy odpowiedzialność za wszystko, co robimy, i uczymy się na swoich błędach; że nie obarczamy innych swoimi negatywnymi emocjami, tylko próbujemy je zrozumieć i wykorzystać do poprawy swojego samopoczucia; że uczymy się komunikować z innymi jasno i otwarcie; że szanujemy zarówno siebie, jak i innych, przyznając obu stronom te same prawa, jeden standard. 

Dojrzewając emocjonalnie zamieniamy nieaktualne przekonanie „mogę być dzieckiem albo rodzicem” na „jestem dorosły i niezależny”; przekonanie „mogę wygrać albo przegrać” na „możemy współpracować”; przekonanie „jestem ważniejszy/mniej ważny” na „jesteśmy jednakowo ważni”. Jest to przejście od dziecięcego „ja” do dojrzałego „my”. Tam prowadzą nas nasze emocje, jeśli zechcemy i nauczymy się ich słuchać. Niektórzy docierają do takiej dojrzałości emocjonalnej jeszcze przed osiągnięciem dorosłości, inni nie dorastają do partnerstwa nigdy, bez względu na wiek metrykalny.

Świadomość siebie

Nasze niezaspokojone w dzieciństwie potrzeby sprawiają, że dajemy coś swoim dzieciom w nadmiarze. Doświadczenie w swoim dzieciństwie głodu każe swoje dziecko przekarmiać, przeżyta bieda każe zasypywać je prezentami, dawny brak emocjonalnego wsparcia każe tolerować dziecięce emocje bez granic, a brak wymarzonego wykształcenia/kariery każe wypełniać dziecku cały wolny czas kursami, zajęciami czy treningami.

Potrzeba była i pozostała wewnątrz, a próbujemy zaspokoić ją na zewnątrz, w tym przypadku za pomocą swoich dzieci. Wielu rodziców traktuje swoje dzieci jak swoje drugie życie, nie widząc faktu, że są one odrębnymi istotami z własnymi potrzebami i predyspozycjami, więc ta projekcja zachodzi łatwo, automatycznie. Trudno jednak satysfakcjonująco żyć cudzym życiem – równie dobrze można oczekiwać, że przestanie się być głodnym, bo ktoś inny zjadł posiłek.

O ile w relacjach z własnymi dziećmi chcemy wypłaty za włożony wysiłek, o tyle w relacjach z innymi, obcymi ludźmi szukamy darmowych wpłat na swoje konto. Szukamy w nich – na zewnątrz – tego, czego potrzebujemy wewnątrz. Oczekujemy, a nawet wymagamy od innych tego, czego nie dajemy sobie sami. Na przykład naszą uwagę przykuwa każda cudza wyjątkowość, podkreślona indywidualność – bo nie potrafimy zauważyć i wyrazić własnej. Albo jesteśmy wyczuleni na to, czy inni wystarczająco okazują nam szacunek – bo zupełnie nie szanujemy sami siebie. Albo żądamy prawdy, nienawidzimy kłamstwa – bo potrzebujemy własnej wewnętrznej spójności. Albo wyczekujemy komplementów, które mają zastąpić brak wiary w siebie i podnieść niską samoocenę. Ta strategia – tak samo jak zaspokajanie swoich potrzeb za pośrednictwem dzieci – również nie działa. Inni ludzie mają moc wpływania na nasz sposób myślenia tylko wtedy, kiedy jesteśmy małymi dziećmi, i nasz umysł zapisuje jako wzorce wszystko, z czym się zetknie przez pierwsze lata życia. Pod wpływem reakcji innych ludzi może zapisać kompleks na jakimś punkcie, ale żadna ilość późniejszych komplementów go nie wymaże, dopóki nie zrobimy tego sami. Inni mogą nas do tego zainspirować, ale nie mogą tego zrobić za nas. Mogą nam dać to, czego chcemy, ale nie mogą sprawić, żeby to poczucie zaspokojenia zostało z nami na stałe.

Żeby było ciekawiej, czasami umysł próbuje rozwiązywać problemy sam, poza naszą świadomością. Dla umysłu ważna jest równowaga, nieważny jest kontekst. Dlatego jeśli pozwolimy komuś na ingerencję w jakiś obszar siebie, sami zaczniemy wywierać presję na kogoś innego, w innej sferze, w innej sprawie. Pozornie niepowiązane zdarzenia, ale dla umysłu granice się zgadzają – ktoś nam zabrał kawałek naszego „ja”, my zabraliśmy komuś… Albo mamy „dziurę” w sferze dobrostanu emocjonalnego, a próbujemy ją załatać dobrobytem materialnym (tak jak „pocieszamy” się jedzeniem, kiedy nam smutno)… Albo kiedy tkwi w nas poczucie zranienia, bezbronności, bezradności z dzieciństwa i próbujemy je zagłuszyć walcząc o prawa zwierząt… W każdym z tych przykładów umysł tworzy „rozwiązanie” problemu poza miejscem, którego problem dotyczy, jakby zakładał opatrunek na cudze (czasem nawet zdrowe) kolano zamiast na nasz własny zdarty łokieć. Umysł jest robotem, i jego takie rozwiązanie satysfakcjonuje. Dlatego mamy dodatkowy system naprowadzający – emocje, które nas ostrzegają, kiedy ten automatyczny „naprawiacz” zbacza z toru. Emocje są strażnikami naszego prawdziwego „ja” i pojawiają się zawsze, uporczywie i nieustępliwie, kiedy coś temu „ja” zagraża, kiedy umysł sprowadza nas na manowce. Jeśli rozumiemy, że emocje mają nam pomóc namierzyć problem i idziemy tam, gdzie kierują naszą uwagę, to możemy świadomie wybrać właściwe rozwiązanie i naprawić to, co poszło nie tak. Jeśli traktujemy emocje jak kolejny problem, to umysł spróbuje go rozwiązać za pomocą własnej logiki i… [tu powinna się pojawić złowieszcza muzyka zapowiadająca thriller]

Negatywne emocje motywują umysł do szukania wyjścia z sytuacji; logika umysłu tworzy rozwiązania pozorne, obejście awarii, które nie powoduje zniknięcia problemu, tylko jego przeniesienie; ten stan tworzy kolejne negatywne emocje, sygnalizujące podwójną awarię, i znowu angażujące umysł do działania według własnej logiki… Bez udziału świadomości w tym procesie dostajemy się w błędne koło coraz bardziej niezrozumiałych zachowań i emocji, oceniając je na dodatek moralnie i dokładając cierpienia sobie i innym.

Przekonania

Każdy dziecięcy lęk zapisuje się w umyśle pod postacią jakiegoś przekonania na temat miłości, każde silne lub powtarzające się doświadczenie pod postacią przekonań o naturze życia, innych ludzi i swoim miejscu wśród tego wszystkiego. Tam, gdzie nie mamy doświadczenia, umysł podpowiada nam na podstawie zgromadzonych już danych jak automatyczny korektor tekstu przy pisaniu. 

Te wszystkie przekonania – stare i nowe, ogólne i szczegółowe – są wzajemnie powiązane, stanowią sieć, system. Gdyby wszystkie te przekonania były prawdziwe, gdyby wszystkie miały źródło w bezwarunkowej miłości, byłyby spójne i nie produkowałyby negatywnych emocji, które są wskaźnikiem awarii w systemie. To emocje, dyskomfort, jaki czujemy, zmuszają nas do zajęcia się problemem. W jaki sposób to zrobimy, zależy od naszych predyspozycji, doświadczenia i zapisanych przekonań. Technika ma tak naprawdę znaczenie drugorzędne, bo każda działa tak samo – w najbardziej przystępny dla danej osoby sposób likwiduje proces zapalny we wskazanym miejscu.
Jednak kiedy dany obszar zostaje zmieniony, przestaje pasować do swoich sąsiadów. Dostajemy kolejny sygnał o awarii…


Przekonania mają swoją strukturę. Te na temat miłości, natury świata leżą najgłębiej, są najbardziej emocjonalne, bo pochodzą z najwcześniejszego dzieciństwa, z okresu poczucia całkowitej zależności od innych. To one nadają kierunek następnym, więc naturalnie ich zmiana odcina zasilanie wszystkim powiązanym. Ale to nie znaczy, że je automatycznie likwiduje. To znaczy, że umysł wypycha je niczym półmartwe twory na powierzchnię i sygnalizuje za pomocą emocji, że trzeba je objąć świadomością i dezaktywować.


Umysł jest tylko narzędziem, to my za pomocą świadomości zarządzamy jego treścią. To jednak nie znaczy, że możemy sobie dowolnie wybrać, skąd zaczynamy proces naprawy, bo nie jesteśmy świadomi swojej mapy przekonań. Jesteśmy w środku labiryntu, którego rozkładu nie znamy, więc proces zawsze zaczyna się tu i teraz, na podstawie tego, co w danej chwili czujemy. Czasem idziemy od powierzchni wgłąb siebie, czasem od wewnątrz na zewnątrz, a często od środka w obie strony.

Portret narcyza

Według greckiej mitologii Narcyz był urodziwym młodzieńcem, który nie znał miłości, a zniewoliło i zabiło go ujrzenie własnego odbicia. W mojej opinii ten mit symbolicznie znacznie lepiej oddaje ideę narcyzmu niż popularne obecnie w mediach pseudopsychologiczne artykuły, utożsamiające narcyzm z socjopatią czy za daleko posuniętą miłością własną. Narcyz nie jest socjopatą, choć niektóre jego zachowania mogą być postrzegane jako socjopatyczne. Różni ich to, że emocje socjopaty są zamrożone, kieruje nim umysł, cel; narcyz z kolei przeżywa emocje przesadnie, dramatycznie, ale tylko te związane z własnym ego, cudzych zazwyczaj nie zauważa. Łączy ich to, że żaden z nich nie potrafi kochać ani siebie, ani innych, i każdy jest przekonany o własnej wyjątkowości. 
Tworzenie się osobowości socjopatycznej i narcystycznej przebiega podobnie, z tą różnicą, że socjopata nie zachowuje empatii w praktycznie żadnym obszarze, rzadko nawet rozwija jakąkolwiek wrażliwość (jego wczesne doświadczenia są wystarczająco jednorodne), narcyz natomiast zachowuje wrażliwość (choć wykorzystuje ją do manipulowania innymi), a nawet empatię w jakimś wąskim i ściśle kontrolowanym obszarze (umysł minimalizuje empatię do jednej „szufladki”, poza którą jej nie stosuje). 

Kiedy przychodzi na świat dziecko, jego opiekunowie muszą podporządkować jego potrzebom swoje własne – co jest oczywiste, bo noworodek czy niemowlak nie przetrwa bez nieustannej opieki dorosłych. Problem zaczyna się w momencie, kiedy dziecko osiąga gotowość do komunikacji i uczenia się reguł społecznych, a rodzice nadal traktują jego potrzeby i emocje tak, jakby wciąż było niemowlęciem. Kiedy opiekunowie skupiają się nadmiernie na dziecku i jego samopoczuciu, nie sygnalizując własnych potrzeb i emocji, umysł dziecka zapisuje taki właśnie wzorzec: „ja mam wielkie emocje i jeszcze większe potrzeby, inni nie mają emocji i potrzeb”. I według tego wzorca mały, a potem duży człowiek funkcjonuje: jest egocentryczny (skupia się głównie na sobie), bo nauczono go, że jest centrum, że jest ważniejszy niż inni. Nie potrafi spojrzeć na siebie cudzymi oczami, bo nikt go tego nie nauczył, nie ma więc możliwości popatrzenia na siebie w kontekście i z dystansu, cała jego percepcja jest powiązana z „ja” – to na niego ktoś się uwziął, to dzięki niemu coś się udało, to on jest gorzej traktowany niż pozostali, to jemu należą się przywileje; wszystko dzieje się przez niego lub dzięki niemu. Ponieważ nie widzi innych ludzi tak jak siebie, stosuje podwójne standardy – jemu wolno naginać zasady, innym nie, jemu wolno przekraczać granice, innym nie, jemu wolno mijać się z prawdą, innym absolutnie nie; w skrócie, cytując klasyka: „Kalemu ukraść krowę to źle, Kali ukraść krowę to dobrze”. 


Brak samokontroli emocjonalnej, umiejętności zarządzania swoimi emocjami, powoduje u narcyza poczucie bycia słabym i zależnym od innych, i nieprzerwanie tworzy lęk. Zapis w jego umyśle mówi o byciu kimś lepszym, szczególnym, wyjątkowym, ale emocje przeciwnie, sygnalizują, że został potraktowany gorzej, że ktoś go nie zauważył, odpowiednio nie docenił – dlatego narcyz cały czas walczy sam ze sobą. Żeby czuć się kimś „ponad” musi sprawić, żeby inni byli gorsi, czegoś od niego potrzebowali, usługiwali mu, byli pod jego kontrolą. Stąd narcyz próbuje kontrolować wszystko i wszystkich, manipulując i mijając się z prawdą tak bardzo, że sam się w tym często gubi. Nie tylko zmyśla i zaprzecza temu co jest, ale uwielbia wmawiać innym, że źle pamiętają, że coś pomylili, że przeinaczają fakty, że źle coś zinterpretowali, ba! nawet, że czują niewłaściwe emocje.
Narcyz czuje się lepszy, kiedy kogoś pognębi, uzależni od siebie, wystawi, upokorzy, zniszczy sarkazmem czy ironią, zrani (najlepiej w pasywno-agresywny sposób, żeby niełatwo mu to było udowodnić); czuje się królem, tym, który rozdaje karty, kiedy udaje mu się do tej samej sprawy zaangażować jednocześnie kilka osób, które o sobie nie wiedzą. Jakkolwiek to brzmi czy wygląda, narcyz robi to dlatego, że tylko wtedy czuje się bezpiecznie – kiedy wydaje mu się, że z wyższego poziomu kontroluje innych. Bo tak właśnie jako dziecko „kontrolował” swoich rodziców, zmuszał ich do konkretnych zachowań.

Całe to górowanie pryska, kiedy do głosu dochodzą emocje. Narcyz nie ma rozwiniętej empatii, nie jest nauczony wrażliwości na cudze emocje, a więc i na cudzą krzywdę; po prostu jej nie widzi. Z tego powodu często zachowuje się socjopatycznie; u socjopaty jednak zimne okrucieństwo jest celem, u narcyza jedynie produktem ubocznym jego totalnego skupienia się wyłącznie na swojej korzyści i nawykowego przeoczenia przez umysł faktu, że się przy tym po kimś depcze. 
Narcyz nie widzi cudzej krzywdy, natomiast własną krzywdę wyolbrzymia do groteskowych wymiarów. Ma ogromne ego, które bardzo łatwo urazić. Właściwie brak stałych hołdów już je wystarczająco uraża, a jakakolwiek krytyka czy działanie wbrew jego scenariuszowi to dla narcyza prawdziwy koniec świata. Szybko wpada w dziką histerię lub demonstruje gwałtowne wybuchy gniewu. Potrafi być roszczeniowy do bólu – jego sprawy są najważniejsze, jego potrzeby mają absolutne pierwszeństwo, cudze koszty nie mają tu najmniejszego znaczenia. „Ja potrzebuję” usprawiedliwia wszystko ponad wszelkimi zasadami niepisanymi i pisanymi, ponad moralnością i prawem, a nawet fizyczną możliwością. Jest przy tym nieprawdopodobnie zaborczy, traktuje innych jak swoją własność, jak postacie w grze, którymi chce rozgrywać według własnej woli, własnych planów.

Na tym się jednak nie kończy. Gdyby narcyz był po prostu trudnym do zniesienia krzywdzicielem, zostałby przez innych odtrącony, i tyle. On o tym wie, a przynajmniej to przeczuwa. Dlatego ma swoją tajną broń, i to właśnie czyni go narcyzem: umiejętność oczarowywania innych. Czasem urodą, jak w greckim micie, ale niekoniecznie. Jako przynętę może stosować błyskotliwy intelekt, niszową wiedzę, specyficzny dowcip, jakikolwiek talent czy cechę szczególną, jakąś niepospolitą umiejętność; cokolwiek, czym może innym imponować, czym może przyciągać i utrzymywać ich zainteresowanie. Narcyz dba o wizerunek, nie o treść, więc równie dobrze mogą to być puste przechwalanki: będzie twierdził, że zna sześć języków, choć w każdym z nich ledwo potrafi sklecić zdanie; będzie udawał, że przyjaźni się z celebrytami, choć tylko raz z kimś służbowo rozmawiał, itd. Narcyz może się angażować w pomaganie innym, żywiąc się cudzą wdzięcznością; może udawać pokrzywdzonego przez los, żeby zyskać ludzkie zainteresowanie i współczucie; może kreować się na super eksperta, lidera czy celebrytę, żeby otrzymywać podziw. Może być perfekcyjną gospodynią domową (kobiety też bywają narcyzami) albo niedocenianym artystą. Nie ma dla niego świętości – jeśli może czymś wywołać reakcję „wow” u drugiej osoby, zrobi to bez wahania; sprzeda każdy rodzinny sekret, cudzą intymność, powierzone mu w zaufaniu informacje.
W każdym przypadku narcyz mówi to, co inni chcą usłyszeć lub to, co mu się opłaca, co zostanie dobrze przyjęte; nie to, co naprawdę myśli. Ta strategia pozwala mu innych kontrolować, a potem komentować ich naiwność lekceważąco czy złośliwie za ich plecami. Narcyz gardzi innymi ludźmi, że poddają się jego manipulacji, i gardzi sobą, że to robi, że jest zależny od cudzej akceptacji. Choć kiedy „czaruje”, wygląda, jakby siebie uwielbiał, tak naprawdę nawet siebie nie lubi – jedynie dba o swoją „wizytówkę”, bo bez niej jako przynęty staje się całkowicie bezradny, bezbronny.

Narcyzi naprawdę czują się wyjątkowo wrażliwi emocjonalnie i wyjątkowo skrzywdzeni przez los czy nierozumiani, niedoceniani przez innych ludzi. Oni naprawdę cierpią, jak tonący człowiek, który raz łapie powietrze i nadzieję wydostając się nad powierzchnię wody, a raz ją traci, zanurzając się całkowicie. Umysł stale przeskakujący z pozycji ofiary na pozycję agresora, z komplementów w wyszydzanie, z czarowania w prześladowanie powoduje powstawanie masy negatywnych i sprzecznych emocji, które narcyz nieświadomie jeszcze podkręca (użalając się nad sobą i obwiniając innych), bo nie potrafi ich kontrolować ani nimi zarządzać. Nie tylko żyje w ciągłym emocjonalnym hałasie i chaosie, ale i w zaburzeniu poczucia własnego ja i rzeczywistości, bo utożsamia się z tyloma granymi przez siebie rolami w tylu historiach, że już nie rozpoznaje swojego własnego „ja”. A kiedy narcyz cierpi, to krzywdzi bez zahamowań, bo po pierwsze w jego przekonaniu tylko on ma emocje, a po drugie dla niego winni są zawsze inni ludzie; wszyscy są odpowiedzialni za jego dyskomfort poza nim samym, więc jeśli nawet narcyz krzywdzi, to tylko wymierza sprawiedliwość – tak mówi logika jego umysłu.

Narcyzów jest naprawdę wielu w społeczeństwie, i choć relacje z nimi zawsze są toksyczne i pozostawiają blizny, to trudno uniknąć wchodzenia z nimi w relacje, bo niełatwo ich rozpoznać. Na początku zawsze przebierają się za ideał (szefa, partnera, rodzica, przyjaciela czy przyjaciółki), a kiedy już uwierzymy w ich piękny wizerunek, zaczynają stopniowo odsłaniać swoją prawdziwą naturę. Wygląda to tak, jakby narcyz bawił się z naszym umysłem: kiedy zaczynamy mieć wątpliwości, stara się nas zmiękczyć – albo kupuje nas sobie jakimś wspaniałym gestem, prezentem, obietnicami (bez pokrycia), przemową dokumentującą jego dobre intencje, albo próbuje nas wzruszyć jako ofiara losu, nieszczęśliwych zbiegów okoliczności i okrutnych ludzi. Socjopata nie pozostawia nam złudzeń swoim zachowaniem, narcyz ze swoją szczątkową empatią bywa ludzki i budzi złudną nadzieję. Złudną, bo zawsze bezwzględnie wykorzysta każdą lukę w granicach, jakie mu postawimy; jego zachłanność na głaski od innych jest jak czarna dziura, nigdy się nie kończy. Doświadczenia narcyzów z ich dzieciństwa mówi, że więcej uwagi i zainteresowania można zdobyć zwiększając presję, i to właśnie robią. Z powodu tej presji, swojej narcystycznej roszczeniowości, zaborczości i hipokryzji jak nikt inny testują nasze granice i lojalność wobec naszego prawdziwego „ja”.
Dopóki sami mamy problem ze swoją tożsamością i swoimi granicami, z byciem wiernym sobie samemu, dopóty nieświadomie wchodzimy w relacje z kolejnymi narcyzami, aż nasz umysł (dopingowany przez silne emocje wynikające ze przemocowego traktowania) wyłapie wzór i będzie w stanie rozpoznać i odrzucić ich od razu, tak jak organizm reaguje na alergen. Dopiero wtedy możemy się na nich uodpornić. Taką szczepionką jest nasza własna prawda, lojalność wobec siebie, wobec tego, co czujemy i myślimy, kim jesteśmy. Narcyzi potrzebują do swojego istnienia nieprawdy, cudzego udawania; bez tego ich ego nie utrzymałoby się przy życiu. Gdybyśmy wszyscy kierowali się swoją prawdą, narcyzi przestaliby istnieć. Możemy sprawić, żeby przestali istnieć w naszym własnym świecie, w naszych osobistych relacjach – nie karmiąc ich, nie zachęcając i nie przyciągając swoim brakiem miłości do siebie, brakiem wierności sobie. 

Ostatnia kwestia – czy narcyz może się zmienić? Teoretycznie tak, jak każdy. Praktycznie to się nie zdarza, ponieważ do zmiany potrzebne jest zobaczenie prawdy, a tego narcyz unika jak ognia. Jedną jego strategią jest odmawianie wglądu, odrzucanie prawdy, którą ktoś mu pokazuje, przeinaczanie faktów. Drugą, bardziej wyrafinowaną i niebezpieczną (bo zwodniczą) strategią jest pozorne przyjęcie jakiejś prawdy, ale tylko po to, żeby ją kontrolować, żeby podrasować i uwiarygodnić nią swoją narrację, żeby lepiej udawać szczerość i efektywniej ludźmi manipulować. Generalizując – narcyz za bardzo potrzebuje kłamstwa do swojego funkcjonowania, żeby prawda mogła się w nim zakorzenić i doprowadzić do zmiany.