Prawda

Prawdziwe przekonanie na jakiś temat cechuje się równowagą – w sposób naturalny dotyczy tak samo jednego obszaru naszego „ja”, jak i innych; nas samych i innych ludzi. 

Wychowanie i socjalizacja nakładają jednak na nasze myślenie wartościujące „nakładki”: uważamy jeden obszar siebie za lepszy, inny za gorszy; przyznajemy sobie  większe prawa niż innym lub odwrotnie – uważamy potrzeby i uczucia innych za ważniejsze od własnych.

Stąd zmiana zazwyczaj nie dokonuje się w całym naszym myśleniu od razu – zaczyna się w obszarze dla nas ważniejszym i tam, gdzie czujemy się pewniej. Tam najpierw zachodzi zmiana fałszywego przekonania, która potem stopniowo „zaraża” pozostałe obszary. 

To prawda, że wszystko zaczyna się od nas samych, ale droga do siebie czasami prowadzi najpierw przez innych; to prawda, że wszystkie obszary „ja” są jednakowo ważne, ale to jeden z nich zapoczątkowuje przyjęcie się tej prawdy w naszym myśleniu.

Prawda przychodzi do nas taką drogą jaka jest, bez żadnych warunków, – nie musimy być tacy czy inni, umieć to czy tamto, nie popełniać błędów, mieć doświadczenie, wiedzę czy cokolwiek innego. Prawda przychodzi do nas tymi drzwiami, które zostawiamy otwarte.

Dopasowanie energetyczne

Nasza świadomość siebie, tego, kim jesteśmy, jest energetyczną informacją, którą wysyłamy w świat. Ta energia szuka podobnej, komplementarnej – przyciąga konkretne osoby do siebie jak klucz do zamka. Dopóki świadomość obu osób pozostaje na tym samym poziomie, trwa przyciąganie – ludzie pozostają razem, jakby wiązała ich niewidzialna nić; bez względu na to, czy razem utknęli w cierpieniu, czy wspólnie się rozwijają. Jeśli świadomość jednej z osób zmienia się zbyt silnie, niezależnie, na skutek dokonywanych wyborów, energie przestają do siebie pasować i każda z nich znowu zaczyna szukać odpowiadającego jej partnera, a ludzie się rozstają nawet jeśli na pozór wiele ich łączy.

Wewnętrzny głos

Każdy mówi do siebie głosem swoich rodziców. Używa innych słów, zmienia natężenie, ale traktuje siebie w ten sam sposób: jest wymagający albo pochlebiający, krytyczny albo usprawiedliwiający, rozliczający albo pobłażający, każący innych puszczać przodem lub lekceważyć.

Nie wystarczy powiedzieć „nie” głosowi rodziców, trzeba jeszcze go zmienić – trzeba kreatywnie nauczyć się być dla siebie tym, kim dotąd nikt nie był, więc automatycznie sami też nie byliśmy.

W niewoli

Prowadzono eksperymenty (m.in. dr Clary Davies), które udowodniły, że małe dzieci, którym daje się możliwość wyboru jedzenia spośród produktów naturalnych, kierują się niezawodnym instynktem. Każde inaczej dobierało produkty, ale żadne nie zrobiło sobie krzywdy. Jadły według własnego niepowtarzalnego gustu i smaku, ale umiały zaspokoić realne potrzeby organizmu: nie miały niedowagi ani nadwagi, ani niedoborów witamin czy pierwiastków. Instynkt jednak nie działa w stosunku do produktów oczyszczonych, wysoko przetworzonych oraz używek. Dzieci, którym zaoferowano czekoladę, wybierały ją zamiast innego jedzenia, traciły kontakt z wewnętrznym głosem, który im mówił, czego potrzebują – smak przejmował dowodzenie.

I to jest pułapka, w którą wpakowała się ludzkość – nasze jedzenie stało się bardziej używką niż pożywieniem ze względu na stopień przetworzenia oraz gigantyczną zawartość uzależniającego cukru i białej mąki. Używki de facto jak kawa czy alkohol są nieodłączną częścią naszego menu, popularne są papierosy i narkotyki. To wszystko – od cukierka po heroinę – są substancje, które zmieniają nasz metabolizm, zakłócają nasz kontakt z samym sobą na poziomie fizjologicznym i psychologicznym. Przestajemy czuć, co jest dla nas dobre, chcieć tego, co nam służy, daje nam siłę, energię, zdrowie. Żyjemy w niewoli substancji, które nas hipnotyzują, ale czy naprawdę uszczęśliwiają?

Przebudowa

Źródłem naszych problemów w życiu jest zaburzona równowaga pomiędzy traktowaniem siebie w różnych obszarach, a także siebie i innych. Im więcej mamy podwójnych standardów, tym bardziej cierpimy. Kiedy udaje nam się uzyskać wgląd w nasze błędne założenia, uzyskujemy świadomość prawdy, oświecenie.

Żeby ta świadomość uzyskała swoje odbicie w rzeczywistości, musi zaistnieć w nowym sposobie reagowania i postępowania, sprawdzić się w działaniu – najpierw wobec nas samych, potem wobec innych. Przypomina to trochę przebudowę wieży z klocków, w której zmieniliśmy układ klocków na samym dole – cała reszta musi się do tej zmiany dopasować.

Dopiero wtedy świadomość staje się „ciałem”, zaczyna tworzyć nową rzeczywistość i nowy rodzaj relacji z innymi ludźmi.

Kompletne partnerstwo

Każdy może nas zainspirować do odkrywania prawdziwego siebie, stając się na chwilę naszym partnerem duchowym – tak samo jak chwilowo stajemy się czyimś partnerem fizycznie np. tańcząc z kimś, czy intelektualnie, prowadząc z kimś żywą dyskusję czy emocjonalnie, zwierzając się komuś.

Cud dokonuje się wtedy, kiedy dwie osoby chcą i potrafią być dla siebie stałymi partnerami we wszystkich czterech obszarach, wzajemnie się inspirując i wspierając.

Wybór warunkiem równowagi

Nasz mózg stara się zakwalifikować każdą sytuację, z którą się stykamy, do jednej z dwóch kategorii: „walcz” (działaj) lub „uciekaj” (czekaj). Robi to w sposób automatyczny, na podstawie wcześniejszego doświadczenia. Oznacza to, że bazując na schematach z dzieciństwa, w pewnych sytuacjach podejmujemy działanie (nawet jeśli ono się nie sprawdza, bo kiedyś nas za to nagradzano), a w innych się wycofujemy, czekamy (nawet jeśli oznacza to dla nas duży dyskomfort, bo kiedyś zyskiwaliśmy akceptację opiekunów, dostosowując się do ich oczekiwań).

Do dobrego samopoczucia potrzebujemy równowagi pomiędzy aktywnością a snem, wysiłkiem i odpoczynkiem, dążeniem i odpuszczaniem. Możemy zachować te równowagę tylko wtedy, kiedy świadomie wybieramy dany stan zgodnie ze swoim realnym, aktualnym zapotrzebowaniem. Nie da się tego zrobić, kiedy kierują nami schematy: w tych sytuacjach działam, w tych sytuacjach czekam. Na przykład: „zawsze zagaduję obcą osobę w pociągu” to schemat „działaj” (trzeba korzystać z każdej okazji, żeby przyciągnąć czyjeś zainteresowanie); podobnie jak „nigdy nie zagaduję obcej osoby w pociągu” to schemat „czekaj” (lepiej udawać „martwego”, żeby nie narobić sobie kłopotów). Prawda leży poza schematami, kiedy możemy świadomie i zgodnie ze swoją bieżącą potrzebą zagaić rozmowę lub jej nie podjąć. 

Przyglądając się swoim reakcjom możemy nie tylko odkryć schemat generalny („wolę działać” lub „wolę czekać”), ale także własny sztywny podział sytuacji na takie, w których czujemy się pewnie i automatycznie podejmujemy działanie (nawet jeśli ono nie przekłada się na naszą korzyść) oraz takie, w których odruchowo się wycofujemy lub biernie czekamy (nawet jeśli to powoduje oczywisty dyskomfort).

Język ciała

Fałszywe przekonania o miłości w umyśle odpowiadają objawom w ciele. Im dłużej istnieją, tym silniej się objawiają, prowadząc do dolegliwości i chorób narządów i układów. Leczenie samych objawów albo nie daje efektów, albo powoduje jedynie zmianę symptomów. Usunięcie przyczyny w umyśle powoduje usunięcie problemu energetycznego w ciele.

Tam, gdzie mentalnie w jakimś obszarze pozostajemy dzieckiem (zachowujemy dziecięcy, zależny sposób myślenia), również ciało reaguje „po dziecięcemu” – nadwrażliwie; tam, gdzie dziecko zmieniło się w opiekuna (nie dorastając), ciało reaguje usztywnieniem, blokadą, brakiem elastyczności. Gdybyśmy potrafili odczytać symboliczne znaczenie dolegliwości i chorób, zauważylibyśmy, że odpowiadają naszym przekonaniom, są reakcją na bieżącą sytuację aktywującą jakiś stary lęk. Nauczyliśmy się tłumić informacje z ciała za pomocą tabletek, ale gdybyśmy nauczyli się je czytać, moglibyśmy usunąć przyczynę – sposób myślenia, który je tworzy.

Myślenie „jak dziecko” charakteryzuje się poczuciem zależności od innych i powoduje wybieranie przyjemności, które mają szkodliwe konsekwencje. Myślenie „jak opiekun” charakteryzuje się poczuciem odpowiedzialności za innych i powoduje czerpanie satysfakcji z obowiązków. Oba podejścia prowadzą w kierunku samozniszczenia.

Myślenie „po dorosłemu” oznacza brak takich szkodliwych kompulsywnych nawyków; oznacza pozostawanie w kontakcie ze sobą, czyli rezygnowanie z niebezpiecznych przyjemności i odpuszczanie obowiązków, które powodują przeciążenie i utratę radości z życia; oznacza zarządzanie sobą tak, aby utrzymywać dobre samopoczucie.

Myślenie „po dorosłemu” to uświadomienie sobie, że nie jesteśmy dziećmi, i nikt inny nie jest odpowiedzialny za nasze szczęście oraz że nie jesteśmy odpowiedzialni za szczęście innych ludzi. Innymi słowy, że nikt nie musi nas uszczęśliwiać, ani my nikogo, bo zewnętrznie nie da się dostarczyć tego, co produkuje się od wewnątrz. A jeśli są problemy z produkcją, to nasze ciało nas o tym informuje. I nie trzeba być ekspertem Totalnej Biologii ani przestudiować skomplikowanej książki Michela Odoula („Powiedz mi, co cię boli, powiem ci dlaczego”). Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę problem zdrowotny (objaw) z dopiskiem „symbolika” i znaleźć w wynikach wyszukiwania coś, co nas zastanowi, co każe nam się zatrzymać, co zabrzmi znajomo. Świadome nazwanie emocjonalnego problemu w umyśle zwalnia ciało z obowiązku komunikowania go za pomocą objawów, dolegliwości i chorób.

Fizyczność nie żyje własnym niezależnym życiem, tylko odbija nasze emocje i uczucia, myśli i przekonania. Nauczenie się jej języka to jak wizyta u najlepszego specjalisty 🙂

Wolność tworzenia

Jako pierwsze informacje, bazowe dane, umysł dziecka zapisuje to, co go otacza. Na podstawie relacji z opiekunami generalizuje wnioski dla relacji z innymi ludźmi, na podstawie ich reakcji i swoich doświadczeń tworzy przekonania o sobie, kobietach, mężczyznach, rodzinie, życiu, świecie. 

Im bardziej te dane są niespójne (pochodzące z odmiennych postaw obojga rodziców lub silnego wewnętrznego konfliktu jednego/każdego opiekuna), tym większy tworzy się wewnętrzny konflikt u dziecka. Innymi słowy – im bardziej rodzice czy opiekunowie są spolaryzowani, różni, tym trudniej jest umysłowi dziecka ujednolicić dane. Schemat jednego rodzica staje się dominujący, ale „awaryjnie” zostaje zachowany także schemat drugiego rodzica. Umysł dziecka próbuje zamknąć dwie znane przeciwstawne postawy w jednym własnym schemacie, tworząc wyrachowanego idealistę, naiwnego manipulanta, dobrotliwego egocentryka, silną ofiarę, nadwrażliwego oprawcę, poświęcającego się narcyza, zalęknionego krzykacza, płaczliwego intelektualistę, bezradnego agresora, oschłego opiekuna…

To, że możemy odgrywać skrajnie różne rodzicielskie role na własny sposób świadczy o tym, że mamy znacznie większy potencjał do wykorzystania niż nam się wydaje, kiedy określamy swoją tożsamość (jestem odważny, niecierpliwy, wesoły…). Haczyk polega na tym, że ten potencjał staje się dla nas dostępny, kiedy przestajemy kopiować, a zaczynamy tworzyć; kiedy uświadamiamy sobie, że może i najczęściej jesteśmy odważni, ale są sprawy, w których tchórzymy; może zazwyczaj jesteśmy cierpliwi, ale są sytuacje, kiedy nie mamy cierpliwości za grosz, że jesteśmy przeważnie radośni, ale przecież doskonale znamy smutek… Kiedy uświadamiamy sobie, że żadna nabyta tożsamość nas nie ogranicza i choć dostaliśmy schematy od opiekunów jak gotowe zestawy klocków Lego, to ani jeden z nich nie musi być tym stale odtwarzanym ulubionym, ani wszystkie razem nie muszą nas ograniczać do budowania tego samego w kółko. Kiedy rozbijamy znane struktury rodzicielskich schematów na najmniejsze części (jak zestawy Lego na pojedyncze klocki) i z nich zaczynamy budować po swojemu. Bez instrukcji, z której zawsze powstaje to samo; z wyobraźni, która pozwala nam tworzyć wciąż na nowo, zgodnie z naszymi potrzebami.