Oczekiwania od życia

Kiedy dziecko doświadcza braku bliskości w relacji z rodzicami, próbuje zapracować na ich akceptację (zasłużyć) lub próbuje się buntować (wymusić akceptację siłą). 

Umysł dziecka wybiera taką strategię, którą zna (może naśladować) i która pasuje do danej rodzinnej sytuacji. Bez względu na wszelkie późniejsze życiowe zmiany ten schemat pozostaje w dorosłym życiu. Można by powiedzieć, że zaczyna żyć swoim życiem – w ten sam sposób (według tego samego przekonania na temat bycia akceptowanym przez innych) budujemy relacje z szefem w pracy, z kolegami i znajomymi, z partnerem i dziećmi, i z niewidzialnym Bogiem. Nowe doświadczenie sprawia, że modyfikujemy swoje zachowania i reakcje – ale nie przekonanie, które za nim stoi; to przekonanie z dzieciństwa „co muszę zrobić” lub „jaki muszę być”, żeby mnie akceptowano.

Jedni z nas wciąż próbują poprawiać siebie, inni rzeczywistość; jedni pracują nawet wtedy, kiedy odpoczywają, inni przeciwstawiają się temu co jest nawet wtedy, kiedy się z tym zgadzają.

Wszyscy próbujemy zrobić coś, żeby czuć się wartym miłości i akceptacji. Im więcej wkładamy w to wysiłku, tym bardziej warunkową akceptację wokół siebie wytwarzamy, odbijającą naszą warunkową miłość wobec siebie.

Na bazie doświadczenia, jakie ma każdy z nas, nawet nie przychodzi nam do głowy oczekiwać od życia tego, czego oczekuje każde dziecko zanim rodzice przekażą mu swoje lęki i wątpliwości na temat miłości: „kochaj mnie, bo jestem”. 

Piekło

W obszarach, w których rodzice potrafią okazywać miłość, dziecko doświadcza „nieba”. W obszarach, w których rodzice tego nie potrafią na skutek zablokowania jakiejś części siebie, dziecko doświadcza zaprzeczenia miłości – „piekła”. Tym piekłem są lękowo-przemocowe schematy zachowań rodziców czy opiekunów – jak wybuchy niekontrolowanych emocji, agresja słowna (sarkazm, wyzwiska, celowe ranienie, upokarzanie), przemoc fizyczna i psychiczna oraz wszelkie negatywne przekonania co do natury ludzi i świata. Doświadczając ich, dziecko cierpi, a jego umysł z jednej strony zapisuje to doświadczenie jako standard („tacy są ludzie”, „takie jest życie”), a z drugiej stara się od niego uciec, tworząc przeciwstawną strategię („nie powtórzę tego”). 

Im silniej rozwijamy strategię unikania swojego piekła, tym silniej tworzymy wewnętrzny konflikt (np. „życie jest czarne, ale ja stworzę różowe”, „mężczyźni są nienormalni, ale ja znajdę normalnego”, „kobiety nie są warte szacunku, ale ja spotkam księżniczkę”, „związki są trudne i dysfunkcyjne, ale mój będzie szczęśliwy”). 

Im bardziej uciekamy od swojego piekła, tym bardziej naprężamy linę doświadczenia, która nas z nim łączy – aż pęka i z impetem stajemy twarzą w twarz z tym, przed czym tak uciekaliśmy. Aż uznamy, że piekło – tak jak niebo – jest częścią nas samych. Dopiero wtedy uzyskujemy wybór, co chcemy tworzyć, co chcemy w sobie rozwijać.

Dopóki uciekamy przed swoim piekłem, jesteśmy skazani na bolesne spotkanie z nim. Kiedy zaakceptujemy jego istnienie i pozbędziemy się lęku przed nim, możemy się od niego uwolnić.

„Nie myśl o słoniu”

I dobre, i niedobre doświadczenia z dzieciństwa jednakowo tworzą w naszych umysłach przekonania i schematy, które żyją własnym życiem i sprowadzają nas na manowce, dopóki sobie ich nie uświadomimy i nie przejmiemy nad nimi świadomej kontroli. Jest jednak pewna istotna różnica w mechanizmie działania tych przekonań.

Tam, gdzie doświadczyliśmy bezpieczeństwa i bliskości, mamy tendencję do tworzenia obrazu na „tak” – pamiętamy, że to istnieje, i chcemy to powtórzyć, odtworzyć. Nasz umysł skupia się na tym, czego chce, i to przyciąga. 

Tam, gdzie w naszym dziecięcym doświadczeniu zabrakło wsparcia i zrozumienia, mamy tendencję do tworzenia obrazu na „nie” – chcemy stworzyć czy dostać to, czego nam brakowało, więc skupiamy się na tym, czego NIE było. Nasz umysł skupia się na braku, na tęsknocie, na niedostatku, na krzywdzie – i to do nas przyciąga. 

Pomnażamy w swoim życiu to, co zasilamy swoją uwagą i energią. Dobre wspomnienia powodują, że tworzymy więcej tego, co było dobre w naszym doświadczeniu. Złe wspomnienia powodują, że tworzymy więcej tego, co nas bolało. Pozytywne przekonania dają nam siłę i wiarę, motywują nas, napędzają. Negatywne przekonania zabierają nam energię, zatrzymują nas, zniechęcają. 

Jak długo nosimy w sobie nienazwane lęki dziecka, którym byliśmy, tak długo jesteśmy skazani na tworzenie odbijającej je rzeczywistości i odtwarzanie w kółko powiązanych z nimi obrazów wywoływanych przez łączące się stare i nowe emocje.

Żadne doświadczenia ani wspomnienia nas nie determinują – pod warunkiem, że potrafimy wyćwiczyć umysł w skupianiu się na tym, czego chcemy, zamiast na tym, czego nie chcemy.

Błędne koło przekonań

Pierwsze przekonanie na temat miłości kształtuje się w najwcześniejszym okresie życia dziecka; jest pozawerbalne, czysto poczuciowe. Dziecko po prostu koduje dominujące uczucie, z jakim rodzice zwracają się do niego. U jednych może to być to radość, zachwyt z jego istnienia, ciepło. U innych – obowiązek, troska pomieszana ze zmartwieniem, bycie przeszkodą czy obciążeniem. To zgeneralizowane poczucie staje się naszą definicją – czymś, co „z automatu” dajemy sobie i innym, powtarzając bazowe doświadczenie.

Są dzieci, którym rodzice przedłużali dzieciństwo w nieskończoność, nie potrafiąc się nimi nacieszyć, zaburzając ich rozwój społeczny i tym samym utrudniając tworzenie prawidłowych relacji z innymi ludźmi, co spowodowało przeżycia traumatyczne – bycie odrzucanym, wyśmiewanym, manipulowanym, prześladowanym.

Są dzieci, które zostały poddane socjalizacji zbyt szybko, zanim zdążyły doświadczyć kwintesencji dzieciństwa – szczerości, naiwności, radości, spontaniczności, żywiołowości w wyrażaniu siebie. Zastąpiły je dyplomacja, kontrola, wycofanie, powodujące wyraźną aprobatę otoczenia. Im więcej było tej aprobaty, tym większa stawała się trauma z powodu coraz bardziej niedostępnej, utraconej, zablokowanej, niewyrażonej części siebie; świat staje się wtedy coraz bardziej szary, pozbawiony kolorów.

Dzieci, które doświadczyły rodzicielskiego zachwytu nad swoim istnieniem i przedłużonego emocjonalnego dzieciństwa jako dorośli mają głębokie przeświadczenie o istnieniu miłości, ale szukają jej na oślep, nie rozumiejąc innych ludzi i angażując się w przypadkowe związki, których nie potrafią utrzymać. Bazowe doświadczenie miłości, które otrzymali powoduje jednak, że porażki ich nie zniechęcają, angażują się ponownie mimo zranień i czerpią z tego dla siebie ile się da.

Dzieci, które nie doświadczyły bezwarunkowej radości ze swojego istnienia i zostały szybko zsocjalizowane, potrafią tworzyć bezkonfliktowe relacje z innymi ludźmi, ale nie czerpią z nich satysfakcji, bo nie bierze w nich udziału ich dziecięca część, odpowiedzialna za wiarę w miłość, za radość, zachwyt, spontaniczność, nieskrępowane wyrażanie siebie. Jeśli jakieś nadzwyczajne okoliczności sprawią, że sięgną do swojego uwięzionego niewyrażonego „dziecka” i pozwolą sobie na odczuwanie pełną mocą z jego udziałem, a zostaną oszukani, zmanipulowani, zranieni, to zatrzaskują je w sobie z powrotem i tylko cud może sprawić, żeby zaufali ponownie komukolwiek.

Do zaprzeczenia swoim przekonaniom potrzeba gotowości – wiary w istnienie tego drugiego końca. Wiara to czucie – kiedy czucie ograniczone jest przez lęk, wiara także. I kółko się zamyka. Nie można dostać z zewnątrz czegoś, czego nie ma wewnątrz, a nie można stworzyć wewnątrz tego, do czego nie dostało się narzędzi.

Zmiana

Czy można zmienić drugiego człowieka, czy możemy sprawić, że ktoś zmieni się całkowicie? I tak, i nie.
Nie siłą. Ludzie często zmieniają swoje zachowanie pod wpływem nacisku, presji, bojąc się odrzucenia lub utraty czegoś, na czym im zależy, ale jest to zmiana pozorna: kiedy znika przymus, znika też owo zachowanie. Rodzice wychowujący dzieci metodą silnego autorytetu wymuszającego posłuszeństwo nie zdają sobie sprawy, że kreują dzieci posłuszne, ulegające wpływom, które z czasem jedynie zmieniają autorytet z rodzicielskiego na rówieśniczy, wciąż pozostając pod wpływem cudzego myślenia, cudzej filozofii.
Nie akceptacją. Często myślimy, że akceptując kogoś bezwarunkowo, sprawimy, że on sam się zmieni zgodnie z naszymi oczekiwaniami, „odwdzięczy” nam się. To nie działa – jeśli akceptujemy czyjeś krzywdzące zachowanie (a zachowanie jest wyborem, nie cechą stałą osoby), to przyzwalamy na jego eskalację – tak rodzi się m.in. przemoc domowa.
Nie perswazją. Żadne słowa i przykłady, żadna ilość tłumaczenia nie przekona kogoś, kto ma odmienne doświadczenie. Jego logika może się zgodzić z argumentacją, ale jego emocje popchną go do zachowania spójnego z tym, co wie o życiu ze swojego doświadczenia. Dziecko, które przeżyło dzięki kradzieżom nie potrafi – później, kiedy już kraść nie musi – szanować cudzej własności, choć wie, że inni uważają, że kradzież jest zła, szkodliwa, niemoralna, zakazana. Ale może raz na zawsze przestać kraść, jeśli nowe doświadczenie zweryfikuje stare: jeśli przeżyje silne negatywne emocje związane z kradzieżą i powstanie nowe – nie pozytywne, a negatywne skojarzenie z tym zachowaniem; jeśli na przykład owo dziecko zostanie dotkliwie okradzione z czegoś, co ma dla niego dużą wartość emocjonalną i zrozumie, że jego kradzieże powodują takie same silne emocje u innych ludzi, istnieje szansa, że to nowe doświadczenie zmieni jego myślenie i zachowanie.
Więc tak – jeśli dostarczymy człowiekowi innego, odmiennego doświadczenia niż to, które ma i które przez pewne założenia w myśleniu kieruje jego zachowaniem. Jeśli potrafimy sprawić, żeby człowiek głęboko poczuł, że to, co robi, krzywdzi i jego, i innych. Tylko silne emocje mogą rozbić stary schemat myślenia wynikający z jakiegoś losowego doświadczenia i sprawić, że ktoś zrezygnuje z niewłaściwych nawyków.


Dziecko, rodzic czy dorosły?

W zależności od swoich wczesnych doświadczeń i relacji z opiekunami, w każdym obszarze siebie uczymy się myśleć o sobie w jakiś sposób. Tam, gdzie nasz rozwój przebiegał prawidłowo, myślimy o sobie jak o dorosłym; tam, gdzie nasz rozwój został zablokowany, myślimy o sobie w kategoriach dziecka; tam, gdzie „przeskoczyliśmy siebie” (skupiliśmy się na innych z pominięciem siebie), myślimy o sobie w kategoriach rodzica.

Jeżeli silnie potrzebujemy towarzystwa, stałej obecności innych ludzi, a największą karą jest dla nas zostać sam na sam ze sobą, traktujemy siebie jak fizyczne dziecko. Jeżeli mamy przymus decydowania o aktywności i obecności innych, jesteśmy w roli fizycznego rodzica.

Jeżeli musimy znać zdanie innych, żeby wiedzieć co myśleć, traktujemy siebie jak intelektualne dziecko. Jeżeli mamy zwyczaj pouczać innych, traktujemy siebie jako intelektualnego rodzica.

Jeżeli wydaje nam się, że nie przeżyjemy bez emocjonalnego wsparcia i opieki innych ludzi, traktujemy siebie jak emocjonalne dziecko. Jeżeli wydaje nam się, że inni zginą bez naszego wsparcia, jesteśmy w roli emocjonalnego rodzica.

Jeżeli wierzymy, że miłość jest warunkowa i trzeba o nią zabiegać, trzeba znaleźć klucz, żeby ją dostać od innych (zapracować, wyłudzić, ukraść, zaszantażować, kupić), to traktujemy siebie jak duchowe dziecko. Jeżeli myślimy, że znamy jedyną prawdę na świecie i musimy każdego na nią nawrócić, traktujemy siebie jak duchowego rodzica.


Dziecko umiejscawia źródło mocy na zewnątrz siebie, unika odpowiedzialności, jest zależne od innych, od okoliczności, od losu, od przeznaczenia ustanowionego przez kogoś innego; za swoje problemy obwinia innych.

Rodzic umiejscawia źródło mocy w sobie, ale bierze odpowiedzialność za innych, co powoduje, że staje się od nich zależny; za porażki obwinia siebie.

Dorosły umiejscawia źródło mocy w sobie i bierze odpowiedzialność za własne wybory; jest niezależny i świadomy, że sam tworzy swoje przeznaczenie. Nie obwinia nikogo, widzi, że każdy wybór niesie konkretne konsekwencje. 

Tak, jak traktujemy siebie w danym obszarze, tak tworzymy bliskość z drugim człowiekiem – albo jak dorosły, żeby doświadczać siebie w poszerzonym, społecznym zakresie, albo jak dziecko, żeby znaleźć opiekuna, który przejmie to, co dla nas niewygodne i zdejmie z nas odpowiedzialność za to, co robimy, albo jak rodzic, żeby być takim opiekunem.

Nierówność

Na podstawie obserwacji zachowania rodziców czy opiekunów nieświadomie tworzymy sobie generalne przekonanie, że jesteśmy lepsi, ważniejsi od innych lub że inni są lepsi, ważniejsi od nas. 

To przekonanie działa jak niewidzialna nakładka na nasze myślenie i spostrzeganie, i może zniekształcać nasze relacje z innymi przez całe życie. 

Powoduje ono powstanie podwójnego standardu: na innych prawach traktujemy siebie, a na innych prawach pozostałych ludzi, i robimy to zupełnie automatycznie, „z klucza”, z którego istnienia nie zdajemy sobie sprawy. Dlatego chociaż często widzimy, że nam się to w życiu ani nie sprawdza, ani nie opłaca, to wciąż automatycznie interpretujemy rzeczywistość pod swoje założenie, jakbyśmy chcieli na siłę przekonać sami siebie, że naprawdę jesteśmy gorsi czy lepsi od innych.

Dopiero kiedy nastąpi coś, co silnie podważy to przekonanie z okresu pierwszych naszych doświadczeń, możemy stać się świadomi jego istnienia i zweryfikować je zgodnie z tym, w co naprawdę wierzymy.

Automatyczne zapisy

Nasze zachowanie pochodzi ze sposobu myślenia o sobie, którego najczęściej nie jesteśmy świadomi, bo przyjęliśmy go automatycznie. Przyglądając się swoim reakcjom w różnych sytuacjach możemy odkrywać, jakie przeświadczenie za nimi stoi. I możemy to założenie o sobie zmieniać, działając wbrew niemu, dając sobie inne doświadczenie – udowadniając samym sobie, że jesteśmy kimś innym niż to, co automatycznie zapisało się w umyśle.

Sterowanie

Pierwsze doświadczenia i obserwacje w naszym życiu są jak suwaki na konsoli – unikalnie programują nasz sposób myślenia, a więc i nasze relacje ze sobą i światem zewnętrznym.

Próbujemy sterować tym, co materialne, wytworami naszego myślenia – próbujemy zmieniać innych ludzi, zmieniać sytuacje. Ale dopóki nie zmienimy naszego myślenia, wciąż od nowa będziemy wytwarzać to samo. Możemy zmienić jedynie dekoracje – robić to z innymi ludźmi, w innych okolicznościach – ale i tak wytworzymy ten sam rodzaj relacji, oparty na tym, w co gdzieś głęboko wierzymy na podstawie pierwszych doświadczeń; często przypadkowych doświadczeń, które jednak stały się naszymi nieświadomymi generalnymi przekonaniami.

Koleiny umysłu

Myślimy w pewnych ramach wynikających z naszego doświadczenia, w koleinach wniosków, które się sprawdziły, dlatego czasem nie potrafimy zauważyć rozwiązania. Zwracamy uwagę na to, co wcześniej miało znaczenie czy było przydatne, więc nie potrafimy zauważyć, co jest istotne teraz, w innej sytuacji. 

Gdyby poprosić ludzi o uporządkowanie szuflady z przyborami do pisania, większość nie zapytałaby do jakiego celu, tylko oddzieliłaby kredki od ołówków, pisaki od długopisów, markery do papieru od markerów do tablicy, zakładając, że kryterium jest użyteczność. A jeśli nie chodziło o użyteczność, tylko o kolor?