Wbrew sobie

Boli nas to, co robimy wbrew swojej naturze. Najcześciej nie to CO robimy, tylko JAK – z jakiej intencji, DLACZEGO. Boli każda zależność, satysfakcjonuje wolność.

Można czuć się wolnym w więzieniu, jeśli poszło się tam z własnej woli, w obronie swoich przekonań. I można czuć się niewolnikiem, mając wszystko co jest do osiągnięcia na tym świecie, jeśli zdobyło się to tylko po to, żeby komuś udowodnić swoją wartość.

Mini-przewodnik (1)

„Czy jesteśmy swoimi emocjami czy myślami? Jednym i drugim? A może żadnym z nich?

Zanim zdecydujemy, czy utożsamiać siebie ze swoimi emocjami, zadajmy sobie pytanie, czym w ogóle są emocje. Często myślimy o nich jak o niewidzianej sile, która przychodzi kiedy chce, i robi z naszym samopoczuciem co chce, niemal bez naszego udziału. Tak to możemy odczuwać, ale prawda jest znacznie mniej magiczna, a dużo bardziej racjonalna. Gdyby człowiek był samochodem, emocje byłyby lampkami kontrolnymi, które sygnalizują co się dzieje – te ostrzegawcze (emocje negatywne) zapalają się, kiedy występuje awaria. Taka jest właśnie rola emocji – informować „centrum dowodzenia”, jaki jest stan systemu, którym jesteśmy; czego nam potrzeba, a co jest dla nas zagrożeniem; czy podejść, czy uciec. 
Kiedy emocje nas ostrzegają, są odczuwane jako nieprzyjemne, nazywa się je „negatywnymi emocjami”; odruchowo próbujemy z nimi walczyć jak z wrogiem. Tylko że walczenie z emocjami jest jak walczenie z lampkami kontrolnymi w samochodzie: można coś z nimi zrobić – przykryć, zamalować, rozbić – ale to nie zmienia faktu, że awaria, którą sygnalizowały, pozostaje. I to ona powinna przyciągnąć naszą uwagę, nie same emocje, które są jedynie posłańcami. Szczególnie, że emocje są nieśmiertelnymi posłańcami – wysłuchane odchodzą same, ale zabić ich nie można. Powiem więcej – o ile zabicie posłańca generalnie nie rozwiązuje problemu, o którym przyszedł powiedzieć, o tyle próba zabijania posłańca, któremu na miejscu jednej ściętej głowy wyrastają dwie nowe, to już zupełnie bezsensowna praktyka…

Skoro nic to nie daje, dlaczego mimo to walczymy z nieprzyjemnymi emocjami? 

Bo ich nie rozumiemy, nikt nas nie uczy czym są. A są doskonałymi informatorami, choć jednocześnie fatalnymi doradcami, i może stąd taka ich zła opinia. Przekonał się o tym każdy, kto zadziałał na silnych emocjach – powiedział za dużo i za mocno czy podjął gwałtowną, nadmiarową decyzję. Emocje przynoszą informację – im są silniejsze, tym sprawa pilniejsza i wymaga szybkiego rozpatrzenia, ale nie natychmiastowego działania: ani przeciwko emocjom, ani przeciwko tym, którzy te emocje wzbudzili, bo wbrew pozorom nie tam leży problem (a dlaczego — wyjaśnię dalej). Kierując się wyłącznie emocjami, w zwierzęcy, biologiczny sposób walczymy o swoje dobro, nie dbając o innych, nie widząc konsekwencji społecznych, nie dopuszczając innych danych. Działając w złości i gniewie robilibyśmy innym krzywdę, kradlibyśmy z zazdrości, zabijali z nienawiści. Coś nas przed tym powstrzymuje – jednych bardziej, innych mniej, ale jednak. 

Co to takiego?…”

Pozwolę sobie tutaj na mały suspens 😉
Powyższy tekst to fragment mojego mini-przewodnika „Kim jestem?”. Jeśli jesteś ciekawa/y dalszego ciągu, napisz do mnie na adres amzpsycholog@gmail.com – prześlę Ci go za darmo, po polsku albo po angielsku, jak wolisz. W zamian proszę jedynie o jakiś gest wsparcia – polecenie komuś mojej książki, tego przewodnika lub moich usług jako psychologa. Może być w sieci albo w realu, pisemnie lub ustnie, teraz lub później, po przeczytaniu, bez znaczenia. Jeśli lubisz i wspierasz to, co robię, z radością podzielę się z Tobą swoją wiedzą 🙂

Autodefiniowanie

Prawdą jest, że trzeba uznać ograniczenia rzeczywistości, bo nie zmieni ona swoich praw tylko dlatego, że nam się nie podobają – ale nie po to, żeby się do niej dostosować rezygnując z siebie, tylko po to, żeby określić własną tożsamość wobec niej. Im trudniejsza jest ta rzeczywistość, tym bardziej wymusza na nas zdefiniowanie siebie, swoich wartości, tego, w co wierzymy, kim jesteśmy, jak chcemy żyć.

Prawdą jest, że trzeba zaakceptować innych ludzi takimi jacy są, bo nie zmienią się dla naszego widzimisię – ale nie po to, żeby się do nich dostosować rezygnując z siebie, tylko po to, żeby w zderzeniu z nimi rozpoznać własne potrzeby i zdefiniować własne marzenia. Im większym wyzwaniem stają się dla nas inni ludzie, tym silniej odzywa się w nas niezgoda na bycie kimś mniej niż jesteśmy.

Język a komunikacja

Każda kultura wytwarza własny język, własne nazewnictwo, i jest to jej swoista wizytówka. Nie mam tu na myśli faktu, że słowa określające konkretną rzecz brzmią inaczej. Raczej to, że każdy język mnoży słowa na to, co dla posługujących się nim jest ważne, i nie tworzy nazw dla tego, co nieistotne. Na przykład Inuici mają kilka określeń na śnieg (inaczej nazywa się leżący na ziemi, inaczej padający, inaczej zawiewany przez wiatr czy usypany w zaspę), bo to ułatwia im komunikację bez opisywania, a śnieg towarzyszy im stale; nam wystarcza po prostu „śnieg”, bo mamy z nim do czynienia sporadycznie. Język opisuje więc subiektywnie rzeczywistość (tę zewnętrzną i wewnętrzną), ale nie tylko – jego gramatyka też niesie informacje o podejściu danej grupy ludzi do tej rzeczywistości: czy jest pełne ścisłych reguł, czy kreatywne, pełne dowolności.

W ramach tego samego języka powstają dialekty i slangi, które są kolejną informacją o tym, kim jesteśmy: akcent zdradza, w jakim regionie mieszkamy, dobór słów pozwala na wyciągnięcie wniosków o tym, gdzie i jak się wychowaliśmy, a nawet w jakim jesteśmy wieku. Znajomość słów nieznanych innym może zdradzać nasze zainteresowania lub wykonywany zawód. Ktoś, kto pracuje w branży artystycznej, nie zadowoli się określeniem koloru jako „zielony”, bo zielony ma mnóstwo odcieni, jasnych i ciemnych, ciepłych i zimnych; dlatego powstały nazwy jak limonkowy, groszkowy, jaśminowy, malachitowy, miętowy, morski, oliwkowy, pistacjowy, seledynowy, szmaragdowy, butelkowy i mnóstwo innych. To pozwala wytłumaczyć kolor bez pokazywania go, ułatwia komunikację (np. przez telefon); jest niezbędne dla projektanta czy artysty i zupełnie nieznane i nieużywane przez kogoś, dla kogo kolory są nieistotne. Każda dziedzina ma swoje sprecyzowane nazewnictwo, zazwyczaj niezrozumiałe dla ludzi spoza branży.

No i jest jeszcze język własny, indywidualny. Spośród wielu wyrazów bliskoznacznych jedne nam pasują, inne nie. Używamy wybranych wulgaryzmów, tworzymy własne neologizmy, sięgamy po specyficzne wyrażenia przestarzałe albo literackie. Mówimy prosto, bez ozdobników, albo wręcz przeciwnie, z mnóstwem odniesień i dygresji. Tworzymy pełne zdania jak w wypracowaniu, albo nie tworzymy ich wcale, co dwa słowa zmieniając myśl. Mamy swoje ulubione słowa, przerywniki, wyrażenia, reakcje. To, jakim językiem indywidualnym się posługujemy, niesie informację nie tylko o wykształceniu i/lub zdolnościach językowych, ale także o tym, jaka jest nasza osobista historia. Można z niego wywnioskować, czy trenowaliśmy komunikację z innymi, ze sobą samym czy wcale; czy nasze doświadczenie nauczyło nas nazywać wszystko z drobiazgową precyzją, czy wystarcza nam pokazywanie palcem, o co nam chodzi; czy stwierdzamy fakty, snujemy refleksje czy zmyślamy historie; gdzie wystarcza nam ten przykładowy „zielony”, a gdzie mamy na niego dziesiątki nazw odcieni; czy nazywanie to dla nas przymus wynikający z życia społecznego czy frajda nazywania świata po swojemu… 

Ekstrawertycy na ogół wolą mówić, introwertycy pisać. Tych pierwszych bardziej zajmuje to, co na zewnątrz, rzeczywiste zdarzenia, tych drugich – życie wewnętrzne, przemyślenia i odczucia. Ale bez względu na predyspozycje, każdy z nas nieświadomie przyswaja ze swojego otoczenia przekonania dotyczące komunikacji: czy warto wyrażać siebie (czy spotyka się to z aprobatą czy dezaprobatą); czy komunikując się, czujemy się rozumiani czy odrzucani; czy warto zabiegać o porozumienie, czy tworzy ono bliskość, czy rani. W rezultacie bywa często tak, że jedni nadmiernie trenują wyrażanie siebie (nie uczą się słuchać), inni je tłumią (nie uczą się nazywać), co w podobnym stopniu zaburza komunikację.

Do efektywnego porozumienia potrzebna jest wystarczająca precyzja, żeby wskazać właściwy obszar i wystarczająca metafora, żeby ktoś doprecyzował sobie znaczenie sam według własnych potrzeb – ponieważ jesteśmy jednakowi pod względem mechanizmów, ale odrębni pod względem ich wyrażania, zachowania; mówiąc metaforycznie, mamy ten sam szkielet, ale różnie ubrany😉 Już małym dzieciom można lepiej wyjaśnić pewne sprawy za pomocą metafory, opowiadając im bajkę, niż tłumacząc i analizując szczegółowo sytuację. Zbyt konkretne detale (tak samo jak mętna teoria) powodują, że nie rozpoznajemy mechanizmu ukrytego pod spodem; nie rozumiemy, więc nie komunikujemy się i nie uczymy.

Dotyczy to także komunikacji profesjonalnej, czyli rozmawiania z psychologami czy terapeutami. Część psychologów wzoruje się na psychiatrii, próbując szczegółowo opisać typy osobowości i rodzaje zaburzeń czy problemów oraz stworzyć odpowiadające im procedury postępowania dla terapeuty i dla pacjenta. Część psychologów skłania się bardziej w kierunku duchowości, patrząc bez klasyfikowania, operując metaforami, starając się poszerzyć świadomość siebie swojego klienta dostępnym dla niego kanałem. Każde podejście i idący za nim język niesie zarówno informacje o preferencjach psychologa, jak i odpowiada konkretnemu zapotrzebowaniu klienta. Ktoś, kto wyłączył u siebie czucie, będzie odbierał psychologa preferującego ten kanał jako „nawiedzonego”; i odwrotnie, ktoś, kto daje pierwszeństwo czuciu, zniechęci się sztywnym naukowym podejściem psychologa silnie preferującego umysł. Generalnie wszyscy mówią o tym samym, ale innym językiem, docierając do drugiej osoby innym kanałem. Jeśli obie strony pasują do siebie na tyle, że możliwa jest komunikacja między nimi, to proces zmiany może się rozpocząć. Jeśli język na to nie pozwala, nic się nie wydarzy, tak jak w każdej innej komunikacji. Logicznie, największą potencjalną sprawczość posiada terapeuta z własną wewnętrzną równowagą pomiędzy swoimi dwoma „odbiornikami” (umysłem i czuciem), mogąc używać każdego z nich w zależności od preferencji drugiej strony. 

Mówiąc obrazowo, każdy z nas potencjalnie może znać dwa wewnętrzne języki: język czucia i język logiki. Kiedy używa się obu, można opisać rzeczywistość przestrzennie, jak obraz w 3D; kiedy używa się jednego, obraz staje się spłaszczony, uproszczony, pozbawiony kolorów i detali, niewyraźny. Większość ludzi silnie preferuje jeden wewnętrzny język, dlatego często trudno nam się porozumieć. Specjalista od komunikacji powinien znać oba i być jak elastyczny tłumacz: jednego (języka klienta) używać po to, żeby czuł się rozumiany, drugiego po to, żeby go sobie przypomniał i przez poprawę komunikacji wzbogacił swoją rzeczywistość.

Śmierć psychiczna

Skupiamy się na rzeczach materialnych, bo są wymierne, czytelne. Jeśli ktoś komuś zrobi fizyczną krzywdę, można ocenić szkody i je wycenić, żeby sprawca poniósł odpowiednią karę – nikomu to zdrowia ani życia nie przywróci, ale może powstrzyma naśladowców. Znacznie trudniej jest ocenić szkody psychiczne, bo nie mamy do nich bezpośredniego dostępu, są poczuciowe, subiektywne. 

Ile rówieśnicy muszą nękać dziecko w szkole, żeby postanowiło targnąć się na swoje życie? Jak bardzo trzeba mobingować kogoś w pracy, żeby wpadł w depresję albo nerwicę? Ile należy znieść kłamstw, zdrad, upokorzeń i wyzwisk, żeby mieć prawo porzucić partnera? Paradoksalnie im więcej ktoś ma w sobie wiary w dobro lub wsparcia bliskich, tym dłużej w milczeniu przyjmuje ciosy. Ale zawsze do czasu. Do przekroczenia swoich ostatnich granic, których nawet on sam nie jest świadomy. Czasami tą granicą jest dopiero śmierć fizyczna, a czasem ciało pozostaje żywe, a umiera inna część człowieka: jego wiara w siebie, albo jego wiara w innych, albo jego wiara w sens życia. I czasem te pozostałe przy życiu części potrafią docucić, ożywić tę zamordowaną, a czasem odwrotnie – ta martwa zaraża i uśmierca po kolei pozostałe. To zależy od wewnętrznej siły danego człowieka i jego zewnętrznego wsparcia. 

Jesteśmy uczeni, że fizycznie człowieka można uszkodzić tak bardzo, że spowoduje to jego śmierć, nieodwracalnie; bez względu na to, jak bardzo będziemy żałować swojego czynu, i bez względu na to, czy to zaplanowaliśmy czy zrobiliśmy nieświadomie. Ale nikt nas nie uczy, że psychicznie funkcjonujemy tak samo: to, co nas psychiczne trzyma przy życiu i nadaje mu sens to wiara w miłość. Ta wiara jest jak lina spleciona z drobniejszych linek, sznurków, niteczek, z dobrych doświadczeń i wzmacniających przekonań. Jeśli mamy wsparcie emocjonalne ze strony innych ludzi, to ta lina jest potężna, gruba i niezawodna, bo naprawiana na bieżąco. Jeśli zamiast wsparcia spotyka nas traktowanie, które podważa naszą wiarę w miłość, to stale podcinane linki pękają jedna po drugiej. Dopóki trzyma choć jedna, istnieje potencjalna szansa, żeby linę naprawić. Kiedy ostatecznie pęknie, to oznacza psychiczną śmierć. 

I tak jak czasami ludzie przeżywają swoją kliniczną śmierć, tak samo czasami ludzie zmartwychwstają po śmierci psychicznej. Ale w jednym i drugim przypadku nic już nie jest takie samo. To tak, jakby się weszło gdzieś jednymi drzwiami, a wyszło drugimi – w inne miejsce. Zmieniają się wartości, cele, przekonania, zmienia się kąt i sposób widzenia rzeczywistości. A przede wszystkim jasne staje się jedno: że już nie pozwolimy nikomu uśmiercić się ponownie, że nie oddamy swojej wiary w miłość w cudze ręce ze scyzorykiem. Paradoksalnie, może po to wewnętrznie umieramy, żeby odzyskać kontrolę nad tym, co w życiu tworzymy…?

Życzenia do losu

Jest taki dowcip o człowieku od lat codziennie modlącym się „Panie Boże, daj mi wygrać na loterii” tak żarliwie, że w końcu Bóg się odzywa: „Daj mi szansę, kup los”. Niech to będzie wstęp i kontekst do dzisiejszego tekstu o szczęściu i spełnianiu życzeń 🙂

Większość ludzi uważa, że los jest głuchy na nasze życzenia. Ja mam taką teorię, że los/Bóg/Wszechświat spełnia nasze życzenia, ale spełnia je tak dosłownie, że ich nie rozpoznajemy. W końcu mamy spore problemy z komunikacją między sobą, cóż więc dziwnego, że występują też zakłócenia komunikacji z Wszechświatem…

Po pierwsze, nasze niskie poczucie własnej wartości i nieświadomie przejęte wzorce sprawiają, że chcemy dla siebie czegoś, co do nas nie pasuje, co nie zgadza się z naszą prawdziwą naturą, z naszymi autentycznymi potrzebami. Przykładem mogą być córki alkoholików, bardzo często wybierające partnerów życiowych, którzy okazują się alkoholikami. 

Przejaskrawiając – gdybyśmy wierzyli, że jesteśmy kurami, chcielibyśmy ziarna i dżdżownic, tylko czy to by nas uszczęśliwiło…? Ale pomstujemy nie na swoje wybory, a na los, że widocznie ziarno paskudnej jakości i dżdżownice żylaste…

Po drugie, tworząc życzenia, opieramy się głównie na umyśle, czyli na jego konkretnych skojarzeniach. Te skojarzenia każą nam chcieć czegoś, co tak naprawdę samo w sobie nie ma mocy uszczęśliwienia nas. Fajnie jest mieć pieniądze czy urodę czy cokolwiek innego, ale nie jest to w stanie zapewnić nam stałego dobrego samopoczucia, wyrównać negatywnych emocji płynących z innych sfer. Ale każdy obrazek losowo połączony w naszym umyśle z przekonaniem „tak wygląda szczęście” każe nam desperacko tego pragnąć, tworzyć z tego warunek dla bycia szczęśliwym. Zaprogramowani reklamami i cudzymi historiami wskazujemy kolejne rzeczy, sytuacje czy osoby, które mają nam przynieść szczęście, a kiedy tego nie robią, czujemy się oszukani. Nie przez siebie, przez los. A co los winien, że nie wiemy co nas uszczęśliwi, że testujemy kolejne obrazki zamiast iść za tym, co tu i teraz sprawia, że czujemy się dobrze? 

Kiedy wspomniana wyżej córka alkoholika uzna, że partner alkoholik nie jest tym, o czym marzyła, odchodzi od niego i formułuje życzenie do losu „mam tego dość, chcę kogoś, kto nie będzie pił i zachowywał się agresywnie”. Spotyka więc na swojej drodze takiego partnera, który de facto też nie tworzy z nią partnerskiej relacji, bo zgodnie z jej życzeniem jest przeciwieństwem poprzedniego – jest bierny, podporządkowany, wycofany, nie ma swojego zdania i nic sobą do związku nie wnosi poza fizyczną obecnością. Czy to ją uszczęśliwi, czy o tym marzyła?

Po trzecie, komunikat jest czytelny, kiedy jest spójny. Czasem kiedy komunikujemy się między sobą, treść mówi co innego, ton głosu co innego, a mowa ciała (mimika, gesty, postawa) co innego, trudno odgadnąć prawdziwą intencję mówiącego. Jeśli chcemy czegoś przez umysł (dochodzimy do wniosku, że to będzie dla nas dobre), może to być niezgodne z naszą hierarchią wartości, albo możemy się bać swoich emocji z tym związanych, albo zwyczajnie nie potrafimy uwierzyć, że to możliwe, więc blokujemy działania, które prowadzą do spełnienia życzenia (jak w wyżej zacytowanym dowcipie: chcę wygrać, ale nie wierzę, że to możliwe, więc nawet nie kupuję losu, tylko powtarzam sobie/innym/losowi, że chcę, marzę, potrzebuję). Nasza przykładowa córka alkoholika może mówić, że pragnie idealnego partnera, a nawet fizycznie go szukać, ale jeśli jest zmieszana, kiedy ktoś traktuje ją z szacunkiem, jeśli myśli o sobie jak o osobie gorszego gatunku, jeśli ma ukryte przekonanie, że nie istnieją związki partnerskie, że nie można być w stałej dobrej relacji z drugim człowiekiem –  to tak naprawdę wysyła sprzeczne sygnały.

Kiedy każda część nas mówi co innego, to generalnie, całym sobą, mówimy „nie wiem”, „waham się”, „mam wątpliwości”. Zatem Wszechświat czeka, zgodnie z naszym nieświadomym życzeniem.

Podsumowując, w kwestii wypowiadania życzeń do losu trzeba sobie uświadomić pewną kwestię. Nasze doświadczenie z najwcześniejszych lat życia staje się naszym naszym standardem, wzorcem, miarą dla wszystkiego innego, co nas później w życiu spotyka. To, czego doświadczyliśmy osobiście lub byliśmy świadkami, ustala naszą indywidualną definicję w każdym temacie: czy standardem jest zdrowie czy choroba, bieda czy bogactwo, cierpienie czy przyjemność, porozumienie czy walka, „ja” czy „my”, i tak dalej. Ważne jest, żeby sobie uświadomić te standardy – co dla mnie jest „normą”? Czy przemoc zaczyna się od bicia, wyzwisk czy podniesionego głosu? Czy dobrobyt to mieć na chleb, na czynsz, czy na podróż dookoła świata? Czy sukces to uznanie szefa, podziw znajomych czy posiadanie fanów na całym świecie? I tak dalej. Dlaczego to ważne? Bo to jest nasz poziom „0”, miejsce startu. A umysł puszcza nas tylko o jeden poziom dalej, tylko tyle tak naprawdę uznajemy za realne, możliwe do spełnienia. Kobieta maltretowana przez partnera nie marzy o podziwianiu zachodu słońca z ukochanym na Bali – marzy o tym, żeby nie była bita, upokarzana, wyzywana; marzy o spokoju, bezpieczeństwie. Ktoś chory na przewlekłą chorobę ograniczającą życie nie marzy o zdobywaniu górskich szczytów ani zwycięstwie w maratonie – marzy o jakiejkolwiek sprawności, uwolnieniu się od leków i bólu. I odwrotnie – ktoś wychowany w luksusie nie planuje wydatków na następny miesiąc, tylko spełnia kolejne materialne marzenia. Dziecko dorastające w rodzinie naukowców nie zastanawia się, czy wybrać szkołę średnią czy branżową, tylko w jakiej dziedzinie zrobi doktorat. 

Umysł bazuje na naszym doświadczeniu, i każe nam odtwarzać to, co zna, z niewielkim odchyleniem, z małą tolerancją. Pozwala jedynie na ewolucję – powolną zmianę w wybranym kierunku, w tempie jeden szczebel na drabinie wzwyż; nieważne, czy chodzi o finanse, karierę, relacje z innymi czy inną sferę. Wzorzec zapisany w umyśle czuwa, żebyśmy nie przekroczyli wyznaczonej linii. I słuchając dyktatury swojego umysłu, jego logiki, nie jesteśmy w stanie tej granicy przeskoczyć. Wtedy mają sens powiedzenia „jaki rodzic, takie dziecko”, „niedaleko pada jabłko od jabłoni”, „natura ciągnie wilka do lasu” itp.

Założę się, że w tym momencie wiele osób pomyśli: „ale nieprawda, przecież są przykłady cudownych odmian losu, ludzi, którzy z niczego doszli na szczyt czy wyzdrowieli ze śmiertelnej choroby”. To fakt 🙂 Ale nie wtedy, kiedy opieramy się na umyśle, jego logice i doświadczeniu. Tak dzieje się wtedy, kiedy potrafimy odsunąć głos umysłu na drugi plan i zawierzyć temu drugiemu głosowi, zwanemu czuciem, intuicją, głosem duszy, wiarą. Dzięki niemu jednostka i świat są zdolne nie tylko do ewolucji, ale i do rewolucji, do zmian o 180 stopni, do gigantycznych skoków rozwojowych. Tam, gdzie nie zatrzymują nas blokujące wiarę przekonania, jesteśmy zdolni do cudów, do przeskoczenia swojego poziomu startowego o dowolną ilość poziomów – do miejsca, gdzie zatrzyma nas własna wyobraźnia. Często oceniamy  myśl, która jest sprzeczna z naszymi przekonaniami, jako szaloną. Tymczasem tworzy ją ta część nas samych, która nie uległa społecznemu zaprogramowaniu; to głos, który odważa się mówić totalnie wbrew wszystkiemu co poznaliśmy „a jednak to możliwe”. Mówiąc krótko, ile w nas wiary w to, czego nie doświadczyliśmy osobiście, tyle możliwości do przekraczania granic wyznaczonych przez umysł.

Wszechświat spełnia nasze życzenia. Kiedy mówimy, że czegoś nie chcemy, że czegoś mamy dosyć – czeka aż sprecyzujemy, co zatem chcemy. Kiedy mówimy, że czegoś chcemy i jest to w zasięgu tolerancji naszego umysłu – dostajemy to, choć nie zawsze nas to uszczęśliwia. Kiedy mówimy, że czegoś chcemy, a inna część nas samych się z tym nie zgadza – Wszechświat czeka, aż się ze sobą dogadamy. Kiedy mówimy, że chcemy być szczęśliwi, Wszechświat pyta jak robot ustawiający swoje funkcje w filmie „Interstellar” – „szczerość na ile procent? poczucie humoru na ile procent?” Ile chcesz bólu, czułości, empatii, siły, wrażliwości, odwagi, poczucia bezpieczeństwa… Co znaczy dla ciebie bogaty, ważny, mądry, przystojny…? A my odpowiadamy, nie zdając sobie nawet z tego sprawy, zazwyczaj umysłem, a czasem dopuszczając do głosu duszę. Na co się zgadzamy, to otrzymujemy.

Praktycznie każdy jest tak szczęśliwy, jak pozwala mu jego własne zaprogramowanie lub nieco bardziej, jeśli włoży w to dużo wysiłku. Potencjalnie każdy może być szczęśliwy tak bardzo, jak jest w stanie to sobie wyobrazić i w to uwierzyć.

Anioł czy bestia?

Każdy z nas potencjalnie może być aniołem, żyjącym w zgodzie ze swoją naturą, lub bestią, zaprzeczeniem tej natury. Wielu z nas nie staje się bestią tylko dlatego, że nigdy nie znalazło się w sytuacji, która tę bestię mogłaby obudzić. Wielu udaje aniołów tylko dlatego, że boi się przekroczyć granice akceptowalne przez innych. Każdy z nas jest po części Bogiem stworzonym przez Boga na swoje podobieństwo, a po części robotem, stworzonym przez społeczeństwo na jego podobieństwo.

Zamulacze

Człowiek wstaje rano. Nie, nie wstaje – dźwięk budzika wyrywa go ze środka cyklu snu, więc zrywa się zły. 

Zaczyna dzień od kawy, która od razu dociąża (zakwasza) organizm, zanim ten zdołał się pozbyć nocnych toksyn. 

Potem Człowiek przegląda wiadomości – jego wzrok przelatuje po nagłówkach: skandal polityczny, wypadek samolotu, katastrofa ekologiczna, zamieszki, seksafera, epidemia nowej choroby, akt terroryzmu, szalejący żywioł… 

Idzie do pracy, narzeka i plotkuje, kłóci się z szefem. Kiedy zgłodnieje, kupuje batonik, popija kawą albo napojem energetycznym, żeby na siłę wydusić z organizmu energię potrzebną do tego, żeby dotrwać do końca godzin pracy. Przegląda Fb, żeby upewnić się, że wszyscy inni mają w życiu lepiej od niego.


Wraca do domu, gdzie nabuzowany zgromadzonymi negatywnymi myślami kłóci się z rodziną.
Żeby się zrelaksować, sięga po piwo albo drinka (trochę przytłumią świadomość) i włącza telewizor – trup ściele się gęsto, przekleństwa stanowią większość dialogów, w tle brutalny seks, albo seks jako narzędzie manipulacji, albo seks jako zdrada.


W przerwie na reklamę Człowiek dowiaduje się, czego nie ma, a koniecznie potrzebuje do szczęścia i jakie nowe lekarstwa na ból ciała i duszy (informujący o tym, co potrzebujemy zmienić w swoim życiu) weszły na rynek.


Kładzie się spać z przekonaniem, że życie jest do kitu, i z takim przekonaniem wstaje kolejnego dnia. Kurtyna.


Nie wybieramy kultury, w której się rodzimy, przywykamy do standardów, które nas otaczają, naśladujemy to, jak myślą i co robią inni. Ale wciąż to my sami decydujemy co z zewnętrznego świata wpuszczamy do swojego życia – ile jest w naszym życiu zakwaszaczy ciała, zamulaczy umysłu i przytłumiaczy duszy.

O sile

Im częściej spotykam silne kobiety (tzw. matki-Polki, co to perfekcyjnie ogarniają dom i dzieci, a do tego pracują zawodowo, dbają o wszystkich prócz siebie i wstydzą się odpoczywać), tym wyraźniej widzę pewien paradoks – zauważam, że siła jest… słabością. Nie dowodem samorozwoju, a mechanizmem obronnym.

Siła powstaje po to, żeby przykryć słabość, żeby sobie jakoś radzić. Jest jak pancerz, który chroni przed zranieniem i trzyma w pionie nawet jeśli w środku wszystko się rozpada. Niby tak. Ale to ona sama doprowadza do tego, że wszystko się rozpada. Bo jak się chce być silnym, to się tworzy problemy i wyzwania, żeby sobie udowadniać swoją siłę. Tworzy się pole walki, wojnę. A jak już się jest dowódcą na tej wojnie, to zostaje się przeraźliwie samotnym, bo wszyscy albo się takiej osoby boją, albo ją wykorzystują. Tak czy siak mają jej uczucia za nic, bo pod pancerzem siły ich nie widać.
Tymczasem pod tym pancerzem kryje się osoba, która desperacko chce być samodzielna, żeby nie musieć zależeć od innych, bo w jej doświadczeniu oznacza to krzywdę. Osoba, której siła gwarantuje bycie ważną, choć tak naprawdę krańcowo zaniedbuje swoje potrzeby i uczucia dla innych. 

Siła nie daje poczucia niezależności, bo potrzebujemy innych, żeby ją demonstrować – zwiększa tylko tęsknotę za bliskością.
Siła nie daje poczucia własnej wartości, tuszuje tylko jego niedostatek; nie odbiera nam wrażliwości, tylko uczy jak ją ukrywać.

Lęk każe nam się zbroić, żeby się bronić przed zranieniem, przed brakiem miłości. I jak samospełniająca się przepowiednia tworzy ten brak.
Miłość zachęca nas jedynie do samodzielności i doceniania siebie.

Zarządzanie sobą

W pierwszych latach życia o wszelkie nasze potrzeby dbają nasi opiekunowie – to oni muszą odgadnąć, czy płaczące niemowlę jest głodne, mokre czy chore; opiekunowie muszą zdecydować, co można dać do jedzenia rocznemu dziecku; czym może bawić się dwulatek, żeby nie zrobił sobie krzywdy; czy trzylatek powinien iść do przedszkola czy zostać z opiekunką w domu; czy pozwolić pięciolatce samej wybierać ubrania, itp. 

Optymalnie jest wtedy, kiedy rodzice stymulują samodzielność dziecka i tam, gdzie ją osiągnie, przestają je wyręczać. Najkorzystniej jest wtedy, kiedy dorośli wyznaczają bezpieczne granice i w ich ramach pozwalają dziecku wybierać. 

Praktycznie jednak bardzo często rodzice mylą potrzeby dziecka z własnymi, jak w tym żarcie, że „sweterek to rzecz, którą mama zakłada dziecku, kiedy jej się robi zimno”. I czasem dziecko nie ma wyboru, bo musi nosić/jeść/robić tylko to, co jest akceptowane przez rodziców, co jest spełnieniem ich, nie jego potrzeb czy pragnień. Kiedy rodzice nie pytają dziecka, czego chce (bo autorytarnie wiedzą lepiej), dziecko nie uczy się pytać siebie, zastanawiać się nad swoimi potrzebami i preferencjami; podporządkowuje swoje realne potrzeby wizji opiekunów, aby utrzymać ich akceptację, a potem akceptację innych ważnych dla siebie osób. W dorosłym życiu taka osoba nie pyta siebie, czego chce; pyta innych, co powinna zrobić, pyta szefa, jak ma pracować, pyta dietetyka, co ma jeść, pyta dekoratora jak ma urządzić mieszkanie, sprawdza trendy mody, żeby wiedzieć jak się ubrać.

Bywa też odwrotnie, kiedy rodzice nie chcą ograniczać dziecka w jego wyborach i pozwalają mu decydować o wszystkim, choć ono nie ma pojęcia o konsekwencjach tych wyborów. Pozwalają mu spędzać czas przed ekranami, chodzić spać o dowolnej porze, decydować o tym, co i kiedy mają robić dorośli. Wbrew pozorom bez pomocy opiekunów także i w tym przypadku dziecko nie nauczy się wybierać właściwie – wie, czego chce, ale nie uczy się konsekwencji tych wyborów (np. jest zmęczone i rozdrażnione, ale nie wiąże tego z faktem, że nie przespało nocy czy że jego dieta jest oparta głównie na słodyczach). W dorosłym życiu taka osoba sięga po wszystko, na co ma ochotę, ale konsekwencjami swoich wyborów, swoim złym samopoczuciem, obarcza innych. Mówi na przykład „to było po pijanemu, to się nie liczy”, jakby to ktoś inny podjął decyzję o piciu alkoholu; albo uważa, że ma prawo być arogancki, bo jest głodny, jakby to ktoś inny podejmował za niego decyzję, kiedy jeść; albo stale narzeka na swoją pracę czy partnera, jakby to ktoś inny wybrał to dla niego.

Uczymy się zarządzania swoimi potrzebami tak jak wszystkiego innego: w obszarach, gdzie nas zaniedbywano, zaniedbujemy siebie; gdzie nas wyręczano, oczekujemy, aż inni się nami zajmą; gdzie decydowano za nas, czekamy na polecenia z zewnątrz. I tylko tam, gdzie przeszliśmy właściwy trening samoobsługi,  automatycznie robimy to właściwie, czyli w sposób, który przynosi nam dobre samopoczucie i zadowolenie z siebie.