Kiedy małe dziecko odkrywa…

Kiedy małe dziecko odkrywa, że rodzice je oszukują, że nim manipulują, żeby zmusić je do jakiegoś zachowania, jego poczucie bezpieczeństwa znika jak bańka mydlana. Prawda i spójność stają się najbardziej pożądaną formą miłości, czymś, co może sprawić, że znowu poczuje się bezpieczne i kochane. Takie dzieci stają się dorosłymi, dla których spójność, konsekwencja, łączenie wszystkiego ze wszystkim staje się podświadomą obsesją. Są bardzo lojalni wobec przyjaciół i rodziny; mają jedną twarz dla wszystkich, próbują zatrzeć granice między życiem prywatnym i zawodowym; nie dzielą ludzi na kategorie, w ogóle unikają wszelkich podziałów jak ognia, nawet dom urządzają z konsekwencją godną podziwu. Ich umysł, kierowany dziecięcym lękiem, działa w przymusie szukania wspólnego mianownika, łączenia wszelkich danych w jakąś całość, niwelowania granic w każdym obszarze życia, tworzenia jedności nawet z tego, co z natury odrębne. Bo tylko to, co jest spójne, jest bezpieczne i kojarzy się z miłością.

Kiedy małe dziecko odkrywa, że jego rodzice żyją w konflikcie, jego poczucie bezpieczeństwa zostaje zrujnowane. Żeby zapewnić sobie akceptację obu stron, uczy się nimi manipulować – zmienia swoje zachowanie zgodnie z ich oczekiwaniami. Udawanie staje się sposobem na odzyskanie utraconego poczucia bezpieczeństwa. Takie dzieci stają się dorosłymi, dla których podziały są normą, wręcz czymś koniecznym dla dobrego samopoczucia. Flirty, romanse i zdrady są dla nich standardem; dla każdego tworzą inną twarz – udają, grają, przebierają się tak bardzo, że tracą własną tożsamość. Potrafią po mistrzowsku upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i zawsze stawiając Bogu świeczkę, przynoszą diabłu ogarek. Ich życie prywatne rządzi się innymi prawami niż ich życie zawodowe, jakby należały do różnych ludzi. Ich umysł, kierowany dziecięcym lękiem, działa w przymusie dzielenia siebie na dwa lub więcej, tworzenia odseparowanych od siebie osobowości i światów, rozbijania na części tego, co z natury jednolite. Bo tylko to, co jest przynajmniej podwójne, jest bezpieczne i kojarzy się z miłością.

Gwiazdorzenie

Gdy dziecko czuje się opuszczone, a rodzice nagradzają je swoją uwagą, kiedy się popisuje, to taki schemat kupowania sobie akceptacji innych zostaje utrwalony w jego umyśle przez pozytywne skojarzenie („to działa”).

W dorosłym życiu taka osoba czuje przymus grania pierwszych skrzypiec, wyróżniania się, zwracania na siebie uwagi za wszelką cenę. Zewnętrzni obserwatorzy widzą lekkość, zabawę, żarty, duszę towarzystwa. Wewnętrznie jest to odczuwane jako przymus grania takiej roli, żeby zapobiec poczuciu opuszczenia znanemu z dzieciństwa – potężnemu uczuciu, bo wyolbrzymionemu przez lęk małego dziecka zależnego w stu procentach od dorosłych.

Im bardziej nagradzamy taką osobę aprobatą, tym silniej identyfikuje się ona z tym zachowaniem, używając go nadmiarowo, nawet w sytuacjach, w których nie budzi ono aprobaty i paradoksalnie powoduje odrzucenie, przed którym miało chronić.

Syzyfowe prace

Czasem z wewnętrznego przymusu dyktowanego przez jakieś stare skojarzenie zdobywamy się na nadludzki wysiłek niczym wpychanie ciężarówki pod górę własnymi rękami. A potem okazuje się, że:

a) ciężarówka ma sprawny silnik i kierowcę

b) to nie jest nasza ciężarówka

c) ciężarówka wcale nie zamierza jechać na szczyt

d) szczyt tej górki nie jest również naszym celem.

I ze szlachetnego męczeństwa w imię idei pozostaje bezużyteczna syzyfowa praca. 

Ale zostaje też świadomość, że skoro tak długo pchaliśmy bez pomocy tę ciężarówkę centymetr po centymetrze wbrew wszystkiemu, to znaczy, że mamy ogrom siły, musimy tylko nauczyć się jej używać z pożytkiem dla siebie i innych…

Pomyłki i błędy

Pomyłka jest wtedy, kiedy z dwóch nieznanych dróg wybieramy tę niewłaściwą, tę, która nie prowadzi do naszego celu. Na tym polega poznawanie rzeczywistości.

Błąd jest wtedy, kiedy powtarzamy pomyłkę w nadziei, że coś przeoczyliśmy, że zdołamy zmusić rzeczywistość (ścieżkę), żeby zaktualizowała się do naszych potrzeb (zaprowadziła nas tam gdzie chcemy). To jest sygnał ostrzegawczy, że przestaliśmy widzieć rzeczy takimi jakimi są.

A kiedy powtarzamy błędy doskonale zdając sobie sprawę, gdzie nas zaprowadzą, to oznacza, że straciliśmy kontakt z rzeczywistością i działamy w niewoli emocjonalnego przymusu, pozwalając autorowi programu w naszym umyśle wybierać za siebie. A to oznacza, że dojdziemy tam, gdzie on chce, nie tam, gdzie my chcemy.

Egoiści i altruiści

Choć startujemy z różnych punktów, i chociaż kontekst, w którym przychodzi nam żyć jest nieporównywalny, wszyscy dokonujemy wyborów, które mogą mieć moc zmieniania naszego życia, kształtowania go tak, abyśmy czuli się szczęśliwi. Mogą, ale nie zawsze mają. Bo nasze wybory wynikają z naszego sposobu myślenia, który z kolei najczęściej odzwierciedla wprost nasze losowe doświadczenie.

Jeśli mówiono nam, że jesteśmy najważniejsi na świecie i dbano o nas jak o pępek świata, nie wymagając przy tym troski o innych, naszym priorytetem w naturalny sposób stanie się „Ja” i dbanie o siebie, o własne interesy, bez zauważania potrzeb i uczuć innych ludzi, a nawet ich kosztem. Jeśli mówiono nam, że inni są ważniejsi i uczono nas poświęcania się, to w naturalny sposób kontynuujemy ten schemat, zapominając o własnych potrzebach i negując własne uczucia, żeby zadowolić innych. 

Moralność, bycie dobrym czy złym nie ma tu nic do rzeczy – funkcjonujemy według jedynego programu jaki znamy, jaki został włożony do naszego umysłu, najczęściej zresztą nieświadomie. Nikt nie rodzi się egoistą ani altruistą i nie musi nim zostać do końca życia. Żaden z tych programów nie jest też lepszy ani gorszy, oba krzywdzą jedną ze stron natychmiastowo, a drugą w dłuższej perspektywie czasu. Jak długo działamy na bazie losowo wgranego programu, tak długo nasze wybory są jego bezpośrednią konsekwencją, są przewidywalne i schematyczne, są wyborami tych, którzy nas wychowywali; dlatego nawet jeśli wydaje nam się, że robimy wszystko inaczej niż nasi rodzice, okazuje się, że jedynie zmieniliśmy dekoracje osiągając ten sam efekt – że znajdujemy się dokładnie w tym miejscu, od którego chcieliśmy uciec, że w zupełnie inny sposób powtórzyliśmy to, czego chcieliśmy uniknąć.

Żebyśmy stali się sobą i byli w stanie wybierać naprawdę, tworzyć swoje życie w sposób wolny, musimy zmienić swój program – musimy przejąć kontrolę nad własnym umysłem. Co to oznacza? Najkrócej mówiąc, robienie tego, czego się boimy, czego program nie przewiduje. Wcale nie dlatego, że to jest dobre, bo zazwyczaj nie jest, jest raczej przeciwstawnym programem – ale dlatego, żeby znaleźć prawdę, która jest pośrodku, i której nie możemy znaleźć, jeśli nie określimy obu końców, jak w geometrii. Dlatego egoiści potrzebują doświadczenia altruisty, a altruiści potrzebują choć na chwilę stać się absolutnymi egoistami. Jedni i drudzy w tym samym celu: żeby uwolnić się od przymusu działania według schematu i znaleźć prawdę, która mówi, że „Ja” i „Inni” są równoważnym priorytetem, że te dwa pojęcia nie istnieją antagonistycznie, nie pozostają w konflikcie, że w magiczny niemal sposób się uzupełniają, a im bardziej pozostają w równowadze, tym bardziej uszczęśliwiają obie strony relacji.

Tradycja

Czasem sobie myślę, że „tradycja” to taki zakamuflowany sposób na unicestwienie ludzkości  😀 Na przykład kiedy tradycja każe zjeść naraz dwanaście dań albo nawpychać się pączków (po które często należy stać w bardzo długich kolejkach), stać nad grobami na deszczu, wietrze czy mrozie, głodować, pić na umór albo sprzątać do upadłego…

Ale tak naprawdę to nie tradycja jest problemem. Kiedy tradycja jest inspiracją, przypomnieniem o czymś, spełnia pozytywną rolę, podtrzymuje świadomość. Staje się problemem, czymś szkodliwym, kiedy traktujemy ją jak przymus, wypełniamy ślepo jej nakazy wbrew sobie, swoim przekonaniom, swojemu samopoczuciu i zdrowiu. 

Wszystko, co wybieramy w zgodzie ze sobą przynosi nam jakąś korzyść, w najgorszym razie zweryfikuje to, co o sobie myślimy. Wszystko, co robimy automatycznie, bo „inni tak robią” z dużym prawdopodobieństwem nam zaszkodzi, przyniesie negatywne emocje. Ale to nie wina pączka, śledzia czy korków na drodze, to kwestia naszego podejścia do nich.