Chcieć a móc

Rodzice chcą, żeby ich dzieci były szczęśliwe.

To szczęście ma jednak dla rodzica konkretny kształt, dziecko ma być „jakieś”. Co więcej, ma być takie wbrew temu, co robią jego rodzice…

„Chcę, żeby moje dziecko dobrze sobie radziło w życiu” mówi mama drugoklasisty, która wciąż pomaga mu w jedzeniu i ubieraniu się, wyręcza we wszystkich czynnościach.

„Chcę, żeby moje dziecko było radosne” mówi tata, który krytykuje każdy ruch swojej córki.

„Chcemy, żeby nasze dziecko dobrze radziło sobie finansowo” mówią rodzice, kupując dziecku każdą rzecz, na którą wskaże.

„Chcę, żeby moje dziecko dobrze się uczyło, zdobyło wykształcenie, dostało dobrą pracę” mówi mama, która odrabia za córkę lekcje do szkoły.

„Chcę, żeby moje dziecko miało dobre relacje z rówieśnikami” mówi tata, który głośno wyraża swoje niepochlebne uwagi na temat swoich znajomych i przyjaciół syna.

Chcemy dla swoich dzieci tego, czego sami nie mamy, czego nam brakuje, za czym tęsknimy. Chcemy dać dzieciom więcej niż sami mamy. Jak jednak można dać komuś coś, czego się nie ma? Jak można uszczęśliwić dziecko, będąc samemu nieszczęśliwym? Dzieci nie uczą się przez słowa, które wypowiada rodzic; dzieci naśladują zachowania swoich opiekunów. Dlatego warto przyjrzeć się swoim przekonaniom, powodującym takie a nie inne reakcje, zanim zacznie się oczekiwać czegoś od dziecka.

W niewoli

Prowadzono eksperymenty (m.in. dr Clary Davies), które udowodniły, że małe dzieci, którym daje się możliwość wyboru jedzenia spośród produktów naturalnych, kierują się niezawodnym instynktem. Każde inaczej dobierało produkty, ale żadne nie zrobiło sobie krzywdy. Jadły według własnego niepowtarzalnego gustu i smaku, ale umiały zaspokoić realne potrzeby organizmu: nie miały niedowagi ani nadwagi, ani niedoborów witamin czy pierwiastków. Instynkt jednak nie działa w stosunku do produktów oczyszczonych, wysoko przetworzonych oraz używek. Dzieci, którym zaoferowano czekoladę, wybierały ją zamiast innego jedzenia, traciły kontakt z wewnętrznym głosem, który im mówił, czego potrzebują – smak przejmował dowodzenie.

I to jest pułapka, w którą wpakowała się ludzkość – nasze jedzenie stało się bardziej używką niż pożywieniem ze względu na stopień przetworzenia oraz gigantyczną zawartość uzależniającego cukru i białej mąki. Używki de facto jak kawa czy alkohol są nieodłączną częścią naszego menu, popularne są papierosy i narkotyki. To wszystko – od cukierka po heroinę – są substancje, które zmieniają nasz metabolizm, zakłócają nasz kontakt z samym sobą na poziomie fizjologicznym i psychologicznym. Przestajemy czuć, co jest dla nas dobre, chcieć tego, co nam służy, daje nam siłę, energię, zdrowie. Żyjemy w niewoli substancji, które nas hipnotyzują, ale czy naprawdę uszczęśliwiają?

Wewnętrznie sprzeczne dane

Dziecięcy umysł ma tendencję do dzielenia „ja” na mocną i słabą stronę. Tym samym nasza naturalna wrażliwość na małe bodźce (emocje, objawy somatyczne), chroniąca nas przed utratą równowagi i cierpieniem, zostaje zniekształcona. Silna strona jako ta „walcząca” staje się mało wrażliwa, lekceważąca ostrzeżenia. Słaba strona jako ta „niedorozwinięta”, staje się nadwrażliwa. W ten sposób system „ja” pracuje na sprzecznych danych – te same informacje są ignorowane przez jeden obszar „ja”, a wyolbrzymiane przez inny. Innymi słowy emocjonalność i fizyczność dają umysłowi odmienne dane na ten sam temat, uniemożliwiając właściwą nawigację.

Szczęście – zdrowie i dobre samopoczucie – zależy od naszej wrażliwości na najmniejsze znaki ostrzegawcze, te emocjonalne, i te fizyczne. Z kolei zdrowa, niezafałszowana wrażliwość zależy od spójnego obrazu „ja”. Im bardziej podzielone i skonfliktowane jest nasze wnętrze, tym bardziej dążąc do szczęścia robimy krok do przodu i krok do tyłu na zmianę.

Oryginał czy kopia

„Kiedy dobra materialne i atrakcyjność zewnętrzna stają się naszym priorytetem i kiedy pozwalamy innym ludziom decydować o tym, ile jesteśmy warci, ryzykujemy, że nasz prawdziwy potencjał pójdzie na marne.” – Nick Vujicic 

Każdy z nas przynosi na świat ze sobą coś wyjątkowego – unikalny zestaw predyspozycji, unikalny sposób patrzenia na życie. Realizowanie siebie, słuchanie siebie, bycie sobą powoduje, że te niepowtarzalne zasoby wzbogacają i ich posiadacza, i wszystkich, którzy się z nim stykają. 

Kopiowanie innych, rezygnowanie z siebie, upodabnianie się do tych, którzy zdobyli społeczną akceptację powoduje, że potencjał się nie ujawnia i zostaje zmarnowany.

Uszczęśliwianie

Presja otoczenia (rodziców, opiekunów, rówieśników, systemu szkolnego) powoduje, że dziecko uczy się wierzyć, że nie chce tego, czego pragnie, żeby nie narażać się na krytykę, na wyśmiewanie, na racjonalne tłumaczenia podcinające mu skrzydła – aż rezygnuje ze swoich marzeń.

Presja otoczenia sprawia, że dziecko uczy się wierzyć, że musi chcieć tego, czego naprawdę nie chce, co mu się nie podoba, co mu przynosi dyskomfort – żeby było dobrze, żeby opiekunowie byli zadowoleni. Skoro nie może mieć tego, co chce, uczy się chcieć tego, czego nie chce, co mu nie pasuje – aż naprawdę się z tym identyfikuje.

Można przeprogramować dziecko tak, żeby zamiast rozwijać swoje predyspozycje, rozwijało coś innego, co zdaniem opiekunów jest bardziej opłacalne w świecie, w którym żyje. Właściwym i intensywnym treningiem można sprawić, że dziecko będzie osiągało sukcesy i radziło sobie z wyzwaniami czy jako dorosły zarabiało duże pieniądze. Ale nie można sprawić, żeby czuło się w ten sposób szczęśliwe, żeby robiło to z radością i satysfakcją.

Wirtualne szczęście

Wirtualne życie może być dobre, pożyteczne. Bo umożliwia nam dotarcie z tym, co chcemy przekazać do znacznie większej ilości ludzi niż jesteśmy w stanie spotkać w realnym życiu. Bo ze względu na kontrolowanie stopnia swojej anonimowości możemy śmielej testować pewne zachowania i sprawdzać reakcje innych na nie, a więc przyspieszać własny rozwój, odkrywać i testować własne talenty. Bo pozwala nam mieć kontakt z tymi, z którymi nie możemy się spotkać, odnaleźć tych, z którymi dawno straciliśmy kontakt, odnowić stare przyjaźnie. Bo pozwala nam natychmiast znaleźć informacje, których znalezienie w realnym świecie zajęłoby nam mnóstwo czasu i wysiłku. Bo sprawia, że możemy doświadczyć rzeczy, na które w realnym życiu potrzebowalibyśmy ogromnych pieniędzy albo drugiego życia.

Wirtualne życie może być szkodliwe. Kiedy uzależnia i staje się nie możliwością, a przymusem. Kiedy zastępuje prawdziwe życie, prawdziwych ludzi i prawdziwe relacje z nimi. Kiedy zabiera nam nasze własne życie i powoduje, że zaczynamy żyć cudzym, wyobrażając je sobie jak w krzywym zwierciadle. Kiedy gramy kogoś innego, inwestując w wirtualny wizerunek kosztem rozwijania prawdziwego „ja”. Kiedy używamy anonimowości do tego, żeby krzywdzić innych.

Wirtualne życie jest jak każda inna rzecz na świecie – ani dobre, ani złe; staje się takie w zależności od tego, jak je używamy, a używamy je tak, jak wszystkiego innego co dał nam los, bo to my sami jesteśmy źródłem tego, co mamy i co nam się przydarza. Tak więc Twoje życie wirtualne jest lustrem Twojego umysłu, Twoich potrzeb i marzeń, ale także kompleksów i sposobów ich kompensacji. Im bardziej Twój wizerunek w sieci różni się od prawdziwego Ciebie w Twoim realnym życiu, tym silniej wysyłasz informację, że nie jesteś szczęśliwym człowiekiem.

Wybory

Wybieramy dla siebie to, co uważamy za najlepsze zgodnie z aktualnym poziomem świadomości siebie. Im więcej prawdy o sobie dopuszczamy do swojej świadomości, tym bardziej uszczęśliwia nas to, co wybieramy. Dlatego warto się starać zrozumieć siebie.

Wolność vs instynkt

Każdy z nas dostaje w dzieciństwie specyficzną postać miłości, w różnym stopniu i na różny sposób zmieszaną z lękami rodziców i opiekunów.

Ci, którzy dostali rodzicielską akceptację także dla tych zachowań, które rodziców krzywdziły, mają tendencję do sięgania po to, co im szkodzi. Ich doświadczenie każe im lubić to, co powoduje ich problemy – dlatego sami dla siebie muszą stać się zdrowo krytyczni i wymagający.Ci, którzy walczyli z brakiem rodzicielskiej akceptacji wobec siebie, mają tendencję do unikania tego, co dla nich korzystne. Ich doświadczenie każe im wierzyć, że to co lubią i czego chcieliby dla siebie im zaszkodzi – dlatego muszą nauczyć się ufać sobie i stać się wobec siebie bardziej wyrozumiali.

Jedni z nas nauczyli się wolności wybierania wśród tego, co przynosi życie, ale nie umieją wybierać tak, żeby się uszczęśliwić. Inni doskonale wiedzą, czego im potrzeba do szczęścia, ale nie mają odwagi po to sięgnąć.

Kara za szczęście

Rodzimy się z wewnętrznym radarem, który prowadzi nas do dobrostanu – wszystkie małe dzieci idą za tym, co lubią robić, co im smakuje, co sprawia im przyjemność i radość. Zaczynamy wątpić w ten radar, kiedy zderza się on z dezaprobatą dorosłych. Każdy z nas pamięta jakieś zdarzenie, kiedy świetnie się bawił, a potem został dotkliwie ukarany. Został ukarany, bo rodzice odreagowali swój lęk – że nie wiedzieli, gdzie dziecko jest, że zabawa była niebezpieczna albo niewłaściwa z różnych powodów. Zadaniem rodziców było ukierunkowanie czucia dziecka, żeby obejmowało sobą także potrzeby i uczucia innych – nie zabicie zaufania dziecka do siebie. Ale w umyśle dziecka zapisało się wtedy przekonanie „Jak jestem szczęśliwy, to potem nadchodzi kara” – tak silnie, jak silne były wtedy jego emocje. 

W dorosłym życiu to nieświadome, głęboko zapisane przekonanie powstrzymuje nas od bycia szczęśliwym. Podświadomie czujemy, że bycie szczęśliwym jest „nieodpowiednie”, że ściągnie na nas jakąś „karę”, cierpienie – im bardziej będziemy szczęśliwi, tym większą, więc logicznie lepiej być tylko trochę zadowolonym z życia, to może uniknie się bólu… Rozmawiając z ludźmi, często słyszę: „to głupio zabrzmi, ale boję się być szczęśliwa/y, boje się sprawiać sobie przyjemność”. Ten lęk jest samospełniającą się przepowiednią: albo w ogóle powstrzymuje nas od cieszenia się życiem, albo jeśli tego próbujemy, sprowadza to na nas problemy, żeby rachunek się zgadzał: była radość, teraz musi być cierpienie, zadośćuczynienie. 

To duże wyzwanie, żeby na powrót zaufać swojemu czuciu i iść za nim, za swoją radością, satysfakcją i dobrostanem wbrew zapisom z dzieciństwa; żeby stanąć twarzą w twarz ze starym, wrośniętym głęboko lękiem i mu zaprzeczyć; żeby udowodnić samemu sobie, że to przekonanie jest fałszywe. To duże wyzwanie, bo wbrew doświadczeniu wymaga wiary w to, że siła wyższa nie krzywdzi (i nie ukarze nas jak rodzice), i że mamy w sobie instynkt, który nas prowadzi do szczęścia (nie cierpienia).