Dwa skrzydła

Doświadczenie braku, niedoboru, traumy powoduje, że widzimy szczęście w przeciwieństwie tego, co nas spotkało, że marzymy o spotkaniu kogoś, kto nam udowodni, że miłość, dobro i szczęście istnieją. To jest myślenie dziecka – zostałem skrzywdzony, chcę żeby ktoś się mną zaopiekował, rozpieszczał. Innymi słowy – byłem uzależniony od złego człowieka, teraz chcę być uzależniony od dobrego człowieka. 

Uzależnienie nie daje szczęścia, szczęście trzeba najpierw znaleźć w sobie. Może jesteśmy aniołami z jednym skrzydłem (otrzymanego doświadczenia), ale latanie razem w ten sposób wynika z konieczności i jest mocno ryzykowne. Kiedy każdemu aniołowi wyrośnie drugie skrzydło (stworzonego dla siebie przeciwnego doświadczenia), latanie razem wynika ze wspólnej chęci i jest czystą przyjemnością.

Treść czy opakowanie?

Ludzki umysł jest narzędziem do katalogowania doświadczeń rzeczywistości i dąży do nadania kształtu, nazwy, skojarzenia. Od zawsze ludzie tworzyli „materialny” odpowiednik wiary – religię, z jasno określonymi zasadami, miejscem i obiektami czci. Podobnie od zawsze próbujemy zamknąć miłość w jakiejś definicji – wierzymy, że poczujemy się kochani, kiedy los da nam to, czego dotąd nie dostaliśmy – pieniądze, pracę, karierę, sławę, uznanie, rodzinę, dzieci, przyjaciół, zrozumienie, szacunek, partnera…

I tak jak czasem rezygnacja z religii – ze skupiania się na tym, co angażuje umysł zamiast duszy – pozwala znaleźć w sobie czystą wiarę, tak czasem dopiero utrata tego, co utożsamiliśmy z miłością pozwala nam poczuć, że autentycznej miłości stracić nie można. Bo jest częścią nas, daleko ponad tym, co może objąć i czego każe nam szukać umysł. Ta miłość odczuwana z wewnątrz nadaje sens gestom, relacjom, sytuacjom i rzeczom, uszczęśliwia nas przez nie. Ale żadna rzecz, sytuacja, gest czy relacja nie posiadają tej mocy same w sobie. Naśladowanie różnych form miłości może stworzyć ładny obrazek, którego inni będą nam zazdrościć, ale nie może sprawić, że poczujemy miłość.

Zachować siebie

Na ogół podążamy za mocniejszym głosem w sobie, nie zawsze potrafimy rozstrzygnąć, czy to głos naszego prawdziwego ja czy ego. A jest to o tyle istotne, że prawdziwe ja przyciąga tych, którzy do niego pasują, a ego przyciąga tych, którzy pasują do ego, więc w masce zdobywamy to, czego chcemy, ale długoterminowo nie będziemy w stanie czuć się z tym dobrze. Co więcej, kiedy my nakładamy maskę, inni automatycznie robią to samo; kiedy my ją zdejmujemy, inni odpowiadają tym samym. Jeśli więc chcemy wiedzieć, czy nasze zachowanie pochodzi z prawdziwego ja czy z ego, musimy jedynie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy potraktowaliśmy drugiego człowieka tak jak siebie, na takich samych prawach. Jeśli tak, to było prawdziwe ja; jeśli zaś potraktowaliśmy innych jak pionki w naszej grze, lub jak słabsze od nas ofiary, lub jak zagrażających nam napastników, to zareagowaliśmy z poziomu ego.

Szukamy ludzi z konkretnymi cechami i perfekcyjnych okoliczności, sądząc, że tam leży klucz do naszego szczęścia. Prawda zaś jest taka, że życie i wszystkie jego elementy podlegają permanentnej zmianie, więc każde ustawienie jest dobre na chwilę, a każde poszukiwanie stałego szczęśliwego ustawienia jest z góry skazane na niepowodzenie. To, co powoduje, że można szczęście zatrzymać na stałe, to akceptacja zmian i umiejętność ustawienia się do nich tak, żeby zachować siebie. Żaden żeglarz nie ma wpływu na to skąd i jaki wiatr wieje, ale może tak ustawić żagle, że dopłynie tam, gdzie chce.

O dobrym samopoczuciu

Szczęście to dobre samopoczucie, radość, satysfakcja – czyli zadowolenie z siebie, ze swojego życia i z relacji z innymi ludźmi. Skoro sami tworzymy swoje życie i relacje, to dlaczego tak często nie jesteśmy szczęśliwi?Przede wszystkim dlatego, że umysł zagłusza odczuwanie i dyktuje nam co nas uszczęśliwi za pomocą swoich skojarzeń. Utożsamia nasze szczęście z posiadaniem czegoś lub kogoś i każe nam do tego dążyć za wszelką cenę, nawet jeśli czujemy się z tym źle. Jak mamy dojść do szczęścia podążając za czymś, co nas męczy, krzywdzi, stresuje czy dołuje?


Kiedy rodzice lekceważą emocje dziecka, zwracając się tylko do jego umysłu („musisz to zrobić”, „nie płacz”, „to nic strasznego, nie ma czego się bać”, „a teraz przeproś i pocałuj mamę” itp.), umysł przetwarza takie doświadczenia w zasadę „to co się czuje nie jest ważne, ważny jest cel” i tworzy przekonania typu: „trzeba znosić wszystko w milczeniu, żeby coś osiągnąć”, „trzeba zgadzać się na krzywdę, jeśli chce się doświadczyć miłości”, „trzeba ukrywać swoje emocje i kłamać, żeby być akceptowanym” itd. Takie wewnętrznie sprzeczne przekonania zmuszają nas do zanegowania albo siebie albo innych.


W pierwszym przypadku uznajemy, że jesteśmy zależni od miłości innych ludzi jak małe dzieci i szukamy aprobaty, głasków, uznania, podziwu, sławy wszelkimi znanymi sposobami. Im bardziej się w to angażujemy, tym bardziej się uzależniamy – zamiast szczęścia czujemy głównie lęk („co będzie jeśli to się skończy? co będzie jeśli popełnię błąd?”). Dostajemy dużo i coraz więcej, ale paradoksalnie nas to unieszczęśliwia; bo nawet jeśli przez moment czujemy to, o co nam chodziło, to za chwilę wraca lęk – jak kac po alkoholu.


Drugie rozwiązanie to strategia odwrotna – zaprzeczenie zależności od innych, czyli odizolowanie się od ludzi na tyle, na ile to możliwe. Udowadnianie sobie każdego dnia, że da się żyć bez miłych słów, życzliwych gestów, wsparcia, emocjonalnej więzi. Może się wydawać, że wtedy lęk przed odrzuceniem nie ma nad nami władzy, ale to właśnie on skazuje nas na emocjonalne głodowanie. To, że uczymy się żyć z brakiem, nie sprawia, że brak znika czy przestaje być odczuwalny. Nadal nas unieszczęśliwia.
Umysł tworzy konflikt („żeby być szczęśliwym, trzeba cierpieć/znosić krzywdę/zdobyć coś lub kogoś wyjątkowego”), a potem tworzy rozwiązania tego problemu, które nikogo nie uszczęśliwiają. Tworzy obrazek i strategie osiągnięcia tego obrazka, ale zrealizowany scenariusz nie przynosi szczęścia…


Powód jest prosty – szczęście się czuje, i jeśli coś nas może do niego zaprowadzić, to właśnie czucie. To jak zabawa w ciepło – zimno: naszym zadaniem jest iść za tym, co daje nam radość i satysfakcję, nie za scenariuszami umysłu bazującymi na oczekiwaniach innych ludzi. Umysł jest nam potrzebny do tego, żeby odróżnić co daje nam chwilową przyjemność i nieprzyjemne konsekwencje (to ślepe uliczki) od tego, co daje nam prawdziwe poczucie spełnienia, trwale poprawia nam samopoczucie, stwarza zadowolenie z siebie i życia.


Jeśli coś lub ktoś powoduje przymus („muszę to mieć”), zachłanność („im więcej tym lepiej, na zapas, niech to się nie kończy”), lęk na myśl o odstawieniu („nie dam rady żyć bez tego”), to uzależnienie – bez względu na to, czy chodzi o piękny wygląd, zakupy, kawę, media społecznościowe, towarzystwo, pracę czy cokolwiek innego. A każde uzależnienie krzywdzi, powoduje spadek samooceny i unieszczęśliwia.Uszczęśliwia nas wybór zgodny z własnymi uczuciami i zweryfikowany umysłem, bez względu na to, czego dotyczy. Podnosi naszą samoocenę, powoduje poczucie mocy, sprawstwa, wolności, niezależności.


Mówiąc krótko: brak szczęścia to stan, w którym podążamy bezrefleksyjnie za przypadkowymi skojarzeniami własnego umysłu; a szczęście to stan, w którym kierujemy się czuciem do wyznaczania kierunku, a umysłem do wyznaczania drogi w taki sposób, aby nie tracić dobrego samopoczucia.


Noworoczne postanowienia

Im bardziej utożsamiamy się z „ja” zapisanym przez innych ludzi w naszym umyśle, tym bardziej skupiamy się na tym, co jest nie tak w naszym życiu, na znajdowaniu braków i problemów. Im bardziej utożsamimy się z „ja” naturalnym reprezentowanym przez duszę, tym bardziej skupiamy się na tym, co dobre; na wdzięczności i cieszeniu się życiem.

Stąd też postanowienia noworoczne mogą nam służyć albo szkodzić 🙃
Powiedzmy, że źle się czujemy z jakimś uzależnieniem, chcielibyśmy się go pozbyć. Zazwyczaj postanawiamy „w tym roku zwalczę ten nałóg”, a to tak, jakbyśmy prosili Wszechświat, żeby podsuwał nam broń do tej walki i sposoby, żeby trwała, skoro walka jest naszym życzeniem…🤷‍♀️Możemy postanowić „muszę się wziąć za siebie i przestać (palić, pić, objadać się, tracić pieniądze na głupoty – wstaw dowolne 😉)”. Wtedy w praktyce będziemy sabotować sami siebie, ponieważ nasza podświadomość będzie walczyła ze słowem „muszę” stworzonym przez zsocjalizowany umysł – nic nie musimy, a podświadomość to wie i bez wątpienia nam to udowodni 😬Jeśli stwierdzimy „potrzebuję się uwolnić od nałogu, przeszkadza mi, nie pasuje do mnie, chcę być wolna/y”, Wszechświat podpowie nam jak to zrobić. 👍


Sposób, w jaki wyrażamy życzenie, wyraża naszą prawdziwą intencję, i na tę intencję odpowiada Życie. Jeśli życzenie wynika z przymusu dostosowania się do kogoś lub czegoś, jakiejś wizji siebie, która ma spełnić zewnętrzne oczekiwania, to właśnie dostaniemy – większą zależność, mocniejsze uzależnienie. Jeśli życzenie wynika z autentycznej troski o siebie, to właśnie to dostaniemy – Wszechświat się o nas zatroszczy.


Każdy z nas jest swoim dżinem z butelki spełniającym życzenia, musimy tylko nauczyć się formułować je tak, żeby uszczęśliwiły nas naprawdę zamiast kreować obrazki z reklam, filmów czy książek, które POWINNY nas uszczęśliwić. 🧞

Może więc w miejsce „do lata muszę schudnąć”, „będę biegać dwa razy w tygodniu”, „powinienem rzucić palenie”, „muszę pamiętać, żeby więcej odpoczywać” poprośmy Wszechświat o więcej tego, co sprawia nam radość, z czym czujemy się dobrze…?


Emocjonalne uzależnienia

Każdy z nas w dzieciństwie doświadcza braku jakiejś specyficznej postaci miłości. W późniejszym życiu jedni z nas próbują sobie zrekompensować ten głód kompulsywnym objadaniem – są łasi na wszelkie komplementy, pochwały i nagrody, pochłaniają każdy dostępną formę doceniania i aprobaty, starają się ciągle być na świeczniku, odnosić sukcesy i prowokować innych do dawania im więcej i więcej, na zapas. 

Drudzy próbują odwrotnej strategii – jak przy anoreksji starają się sobie wmówić, że nie potrzebują miłości, że mogą żyć mając jej coraz mniej i mniej, więc nie tylko nie proszą o nią innych, ale boją się czerpać z tego, co dostępne, chcą potrzebować jak najmniej, a najlepiej wcale, żeby czuć się bezpiecznie. 

Jeszcze inni wpadają na pomysł, że może nie można tego głodu zaspokoić, ale można przestać go czuć, więc poszukują wszelkich środków, które zmieniają stan świadomości i starają się po prostu jak najrzadziej być w kontakcie ze sobą. 

Lęk przed utratą miłości pcha nas w emocjonalne uzależnienia, które fizyczność odzwierciedla. Jeśli jesteśmy ich świadomi, możemy przejąć nad nimi kontrolę. Jeśli nie, one przejmują kontrolę nad naszym życiem, zdrowiem, szczęściem i samopoczuciem.

Czym się karmisz?

Prowadzono eksperymenty (m.in. dr Clary Davies), które udowodniły, że małe dzieci, którym daje się możliwość wyboru jedzenia spośród produktów naturalnych, kierują się niezawodnym instynktem. Każde inaczej dobierało produkty, ale żadne nie zrobiło sobie krzywdy. Jadły według własnego niepowtarzalnego gustu i smaku, ale umiały zaspokoić realne potrzeby organizmu: nie miały niedowagi ani nadwagi, ani niedoborów witamin czy pierwiastków. Instynkt jednak nie działa w stosunku do produktów oczyszczonych, wysoko przetworzonych oraz używek. Dzieci, którym zaoferowano czekoladę, wybierały ją zamiast innego jedzenia, traciły kontakt z wewnętrznym głosem, który im mówił, czego potrzebują – smak przejmował dowodzenie.

I to jest pułapka, w którą wpakowała się ludzkość – nasze jedzenie stało się bardziej używką niż pożywieniem ze względu na stopień przetworzenia oraz gigantyczną zawartość uzależniającego cukru i białej mąki. Używki de facto jak kawa czy alkohol są nieodłączną częścią naszego menu, popularne są papierosy i narkotyki. To wszystko – od cukierka po heroinę – są substancje, które zmieniają nasz metabolizm, zakłócają nasz kontakt z samym sobą na poziomie fizjologicznym i psychologicznym. Przestajemy czuć, co jest dla nas dobre, chcieć tego, co nam służy, daje nam siłę, energię, zdrowie. Żyjemy w niewoli substancji, które nas hipnotyzują, ale czy naprawdę uszczęśliwiają?

Serce i rozum

Najtrudniejszymi ludźmi, z jakimi przyszło mi w życiu pracować to ludzie, którzy mają zbyt dużą wiedzę o sferze emocjonalno – duchowej nabytą nie przez własne doświadczenie, a intelektualnie. Ta wiedza przerasta taką osobę, tzn. pozostaje w sprzeczności z jej programami emocjonalnymi, czyli tym, kim ta osoba realnie jest w danym momencie. Zatem wiedza tworzy wewnętrzny konflikt z emocjami zamiast pomagać je przeprogramować; intelektualnie za daleko odrywa tę osobę od etapu, w którym ona jest w swoim rozwoju emocjonalnym i duchowym. Taka osoba wie więcej niż potrafi zrozumieć przez swoje odczuwanie, więc paradoksalnie wiedza nie tylko tworzy tutaj konflikt, ale dodatkowo blokuje jego rozwiązanie… Taka osoba wie, jak powinno być, więc nie chce czuć jak jest.

To skutek, a przyczyna?


Wielu rodziców nadmiernie stymuluje dzieci intelektualnie. Ostatnio słyszałam jak pewien tata na wycieczce mówił do swojego co najwyżej pięcioletniego syna, że „Kościół katolicki nie jest instytucją transparentną”. Nie żartuję 🙈 Lubimy się chwalić tym, że dziecko ma „dorosłą” wiedzę. Problem w tym, że jeśli brakuje równowagi między nabywaniem wiedzy o sobie (kim jestem i jak funkcjonuję, jak czuję i myślę) a nabywaniem wiedzy o świecie, to ta druga w końcu zastępuje tę pierwszą. Tacy dorośli dużo WIEDZĄ, ale niewiele CZUJĄ. Wiedzą, czego inni od nich oczekują, ale nie potrafią rozpoznać, czego tak naprawdę sami chcą. Wiedzą, jak działają inni ludzie i jak na nich wpłynąć, ale ich nie rozumieją. Nie potrafią być empatyczni, bywają socjopatami i narcyzami. Wszelkie poradniki na temat relacji każą trzymać się od nich z daleka, ponieważ nie są zdolni do tworzenia prawdziwej bliskości z innymi. Terapeuci niechętnie się nimi zajmują, bo bez kontaktu ze swoimi emocjami nie rokują postępów w rozwoju świadomości siebie. Co gorsza, często dzięki terapii uczą się lepiej manipulować innymi – nabywają więcej WIEDZY.

Umysł to świetne narzędzie, ale kiedy spowoduje odcięcie od emocji, zamienia ludzi w maszyny. Nieszczęśliwe i niszczące innych maszyny. Dlatego zamiast „co było w szkole?” lepiej zapytać dziecko „jak się dziś czujesz?”; zamiast nagradzać za oceny, lepiej je chwalić za umiejętności interpersonalne; zamiast radzić co zrobić w trudnej sytuacji społecznej, lepiej zapytać, co samo czuje i co może czuć druga osoba; zamiast faszerować dziecko od kołyski wiedzą o świecie, lepiej najpierw nauczyć je samoobsługi emocjonalnej. Żeby potrafiło nazwać i zakomunikować to, co czuje, żeby rozumiało swoje emocje i umiało sobie z nimi poradzić, żeby potrafiło tworzyć prawdziwe i głębokie relacje z innymi. Dużo wiedzy i mało serca może dać sukces i pieniądze, ale nie da szczęścia – bo szczęście się CZUJE.

Skojarzenia

Skojarzenia umysłu mają nas chronić i zapewniać nam przetrwanie, ale stają się też źródłem problemów, dlatego ważne jest świadome zarządzanie swoimi skojarzeniami.

Kiedy skojarzymy szczęście z jakimś obrazkiem (pieniądze, status, kariera, sława, dom z ogrodem, rodzina, podróże, super samochód), to dążymy do zmaterializowania tego obrazka za wszelką cenę, nawet jeśli czujemy się nieszczęśliwi, wyczerpani podczas realizowania tego skojarzenia. Warto sobie wtedy uświadomić, że szczęście polega na pomnażaniu tego, co daje nam radość, nie na tworzeniu dyskomfortu i znoszeniu cierpienia w nadziei, że w pewnym punkcie nagle coś się odmieni. Bo zazwyczaj nic się na stałe nie zmienia w naszym samopoczuciu po osiągnięciu celu.

Kiedy skojarzymy swoją wartość z innymi ludźmi, nie tylko się oceniamy i porównujemy, ale przeliczamy swoją wartość na to, ile robimy dla innych (jestem tyle wart na ile mnie potrzebują), albo na to, ile inni robią dla nas (jestem tyle wart, ile dostaję od innych, ile we mnie inwestują). Wtedy warto sobie uświadomić, że tak naprawdę jesteśmy tyle warci, ile sami wierzymy, że jesteśmy. Bo im bardziej poświęcamy się dla innych, tym bardziej inni nas lekceważą; im bardziej walczymy o głaski i komplementy od innych, tym bardziej stajemy się zależni i łatwi do zmanipulowania. Ani jedno, ani drugie nie dodaje nam wartości, tylko nam ją odbiera.

Warto od czasu do czasu zadać sobie pytanie, dlaczego robię to, co robię, idę tam gdzie idę, wybieram to, co wybieram.

Równowaga

Równowaga jest kluczem do szczęśliwego życia – do samorozwoju i bycia w satysfakcjonujących relacjach z innymi.

Jest delikatna, łatwa do naruszenia, wymaga naszej czujności i ciągłej uwagi. Od równowagi wewnątrz jakiegoś drobnego obszaru, przez równowagę między obszarami wewnątrz siebie, do równowagi pomiędzy „Ja” i „Inni” – wszystkie są jak suwaki na konsoli, które dostajemy w losowym położeniu w procesie wychowania i socjalizacji, i które musimy ustawić w takim położeniu, żeby uzyskać harmonię i współbrzmienie sprawiające, że nasze życie zaczyna toczyć się w sposób naturalny, satysfakcjonujący, bez konfliktów i wysiłku.


Aby tak się stało, musimy obserwować siebie i swoje emocje, które informują nas o każdym przechyle, i reagować na najdrobniejsze szczegóły. Bo nie ma szczęścia bez równowagi między „Ja” i „Inni”, a tej równowagi nie ma, jeśli nie potrafimy złapać równowagi pomiędzy braniem i dawaniem; z kolei ta osiągalna jest kiedy równoważymy własne potrzeby fizyczne i emocjonalne bez forowania i lekceważenia żadnej z nich – a to staje się możliwe, jeśli pilnujemy równowagi między mówieniem i słuchaniem, między słuchaniem siebie i innych, między aktywnością i odpoczynkiem, pracą i relaksem, jedzeniem i ruchem… 

Odczuwalny stan równowagi jest sumą równowag we wszystkich możliwych obszarach – jeśli chociaż jedna z nich jest zachwiana, potrafi zachwiać całością i spowodować ogólny dyskomfort i poczucie niespełnienia.