Czym się karmisz?

Prowadzono eksperymenty (m.in. dr Clary Davies), które udowodniły, że małe dzieci, którym daje się możliwość wyboru jedzenia spośród produktów naturalnych, kierują się niezawodnym instynktem. Każde inaczej dobierało produkty, ale żadne nie zrobiło sobie krzywdy. Jadły według własnego niepowtarzalnego gustu i smaku, ale umiały zaspokoić realne potrzeby organizmu: nie miały niedowagi ani nadwagi, ani niedoborów witamin czy pierwiastków. Instynkt jednak nie działa w stosunku do produktów oczyszczonych, wysoko przetworzonych oraz używek. Dzieci, którym zaoferowano czekoladę, wybierały ją zamiast innego jedzenia, traciły kontakt z wewnętrznym głosem, który im mówił, czego potrzebują – smak przejmował dowodzenie.

I to jest pułapka, w którą wpakowała się ludzkość – nasze jedzenie stało się bardziej używką niż pożywieniem ze względu na stopień przetworzenia oraz gigantyczną zawartość uzależniającego cukru i białej mąki. Używki de facto jak kawa czy alkohol są nieodłączną częścią naszego menu, popularne są papierosy i narkotyki. To wszystko – od cukierka po heroinę – są substancje, które zmieniają nasz metabolizm, zakłócają nasz kontakt z samym sobą na poziomie fizjologicznym i psychologicznym. Przestajemy czuć, co jest dla nas dobre, chcieć tego, co nam służy, daje nam siłę, energię, zdrowie. Żyjemy w niewoli substancji, które nas hipnotyzują, ale czy naprawdę uszczęśliwiają?

Serce i rozum

Najtrudniejszymi ludźmi, z jakimi przyszło mi w życiu pracować to ludzie, którzy mają zbyt dużą wiedzę o sferze emocjonalno – duchowej nabytą nie przez własne doświadczenie, a intelektualnie. Ta wiedza przerasta taką osobę, tzn. pozostaje w sprzeczności z jej programami emocjonalnymi, czyli tym, kim ta osoba realnie jest w danym momencie. Zatem wiedza tworzy wewnętrzny konflikt z emocjami zamiast pomagać je przeprogramować; intelektualnie za daleko odrywa tę osobę od etapu, w którym ona jest w swoim rozwoju emocjonalnym i duchowym. Taka osoba wie więcej niż potrafi zrozumieć przez swoje odczuwanie, więc paradoksalnie wiedza nie tylko tworzy tutaj konflikt, ale dodatkowo blokuje jego rozwiązanie… Taka osoba wie, jak powinno być, więc nie chce czuć jak jest.

To skutek, a przyczyna?


Wielu rodziców nadmiernie stymuluje dzieci intelektualnie. Ostatnio słyszałam jak pewien tata na wycieczce mówił do swojego co najwyżej pięcioletniego syna, że „Kościół katolicki nie jest instytucją transparentną”. Nie żartuję 🙈 Lubimy się chwalić tym, że dziecko ma „dorosłą” wiedzę. Problem w tym, że jeśli brakuje równowagi między nabywaniem wiedzy o sobie (kim jestem i jak funkcjonuję, jak czuję i myślę) a nabywaniem wiedzy o świecie, to ta druga w końcu zastępuje tę pierwszą. Tacy dorośli dużo WIEDZĄ, ale niewiele CZUJĄ. Wiedzą, czego inni od nich oczekują, ale nie potrafią rozpoznać, czego tak naprawdę sami chcą. Wiedzą, jak działają inni ludzie i jak na nich wpłynąć, ale ich nie rozumieją. Nie potrafią być empatyczni, bywają socjopatami i narcyzami. Wszelkie poradniki na temat relacji każą trzymać się od nich z daleka, ponieważ nie są zdolni do tworzenia prawdziwej bliskości z innymi. Terapeuci niechętnie się nimi zajmują, bo bez kontaktu ze swoimi emocjami nie rokują postępów w rozwoju świadomości siebie. Co gorsza, często dzięki terapii uczą się lepiej manipulować innymi – nabywają więcej WIEDZY.

Umysł to świetne narzędzie, ale kiedy spowoduje odcięcie od emocji, zamienia ludzi w maszyny. Nieszczęśliwe i niszczące innych maszyny. Dlatego zamiast „co było w szkole?” lepiej zapytać dziecko „jak się dziś czujesz?”; zamiast nagradzać za oceny, lepiej je chwalić za umiejętności interpersonalne; zamiast radzić co zrobić w trudnej sytuacji społecznej, lepiej zapytać, co samo czuje i co może czuć druga osoba; zamiast faszerować dziecko od kołyski wiedzą o świecie, lepiej najpierw nauczyć je samoobsługi emocjonalnej. Żeby potrafiło nazwać i zakomunikować to, co czuje, żeby rozumiało swoje emocje i umiało sobie z nimi poradzić, żeby potrafiło tworzyć prawdziwe i głębokie relacje z innymi. Dużo wiedzy i mało serca może dać sukces i pieniądze, ale nie da szczęścia – bo szczęście się CZUJE.

Skojarzenia

Skojarzenia umysłu mają nas chronić i zapewniać nam przetrwanie, ale stają się też źródłem problemów, dlatego ważne jest świadome zarządzanie swoimi skojarzeniami.

Kiedy skojarzymy szczęście z jakimś obrazkiem (pieniądze, status, kariera, sława, dom z ogrodem, rodzina, podróże, super samochód), to dążymy do zmaterializowania tego obrazka za wszelką cenę, nawet jeśli czujemy się nieszczęśliwi, wyczerpani podczas realizowania tego skojarzenia. Warto sobie wtedy uświadomić, że szczęście polega na pomnażaniu tego, co daje nam radość, nie na tworzeniu dyskomfortu i znoszeniu cierpienia w nadziei, że w pewnym punkcie nagle coś się odmieni. Bo zazwyczaj nic się na stałe nie zmienia w naszym samopoczuciu po osiągnięciu celu.

Kiedy skojarzymy swoją wartość z innymi ludźmi, nie tylko się oceniamy i porównujemy, ale przeliczamy swoją wartość na to, ile robimy dla innych (jestem tyle wart na ile mnie potrzebują), albo na to, ile inni robią dla nas (jestem tyle wart, ile dostaję od innych, ile we mnie inwestują). Wtedy warto sobie uświadomić, że tak naprawdę jesteśmy tyle warci, ile sami wierzymy, że jesteśmy. Bo im bardziej poświęcamy się dla innych, tym bardziej inni nas lekceważą; im bardziej walczymy o głaski i komplementy od innych, tym bardziej stajemy się zależni i łatwi do zmanipulowania. Ani jedno, ani drugie nie dodaje nam wartości, tylko nam ją odbiera.

Warto od czasu do czasu zadać sobie pytanie, dlaczego robię to, co robię, idę tam gdzie idę, wybieram to, co wybieram.

Równowaga

Równowaga jest kluczem do szczęśliwego życia – do samorozwoju i bycia w satysfakcjonujących relacjach z innymi.

Jest delikatna, łatwa do naruszenia, wymaga naszej czujności i ciągłej uwagi. Od równowagi wewnątrz jakiegoś drobnego obszaru, przez równowagę między obszarami wewnątrz siebie, do równowagi pomiędzy „Ja” i „Inni” – wszystkie są jak suwaki na konsoli, które dostajemy w losowym położeniu w procesie wychowania i socjalizacji, i które musimy ustawić w takim położeniu, żeby uzyskać harmonię i współbrzmienie sprawiające, że nasze życie zaczyna toczyć się w sposób naturalny, satysfakcjonujący, bez konfliktów i wysiłku.


Aby tak się stało, musimy obserwować siebie i swoje emocje, które informują nas o każdym przechyle, i reagować na najdrobniejsze szczegóły. Bo nie ma szczęścia bez równowagi między „Ja” i „Inni”, a tej równowagi nie ma, jeśli nie potrafimy złapać równowagi pomiędzy braniem i dawaniem; z kolei ta osiągalna jest kiedy równoważymy własne potrzeby fizyczne i emocjonalne bez forowania i lekceważenia żadnej z nich – a to staje się możliwe, jeśli pilnujemy równowagi między mówieniem i słuchaniem, między słuchaniem siebie i innych, między aktywnością i odpoczynkiem, pracą i relaksem, jedzeniem i ruchem… 

Odczuwalny stan równowagi jest sumą równowag we wszystkich możliwych obszarach – jeśli chociaż jedna z nich jest zachwiana, potrafi zachwiać całością i spowodować ogólny dyskomfort i poczucie niespełnienia.

Chcieć a móc

Rodzice chcą, żeby ich dzieci były szczęśliwe.

To szczęście ma jednak dla rodzica konkretny kształt, dziecko ma być „jakieś”. Co więcej, ma być takie wbrew temu, co robią jego rodzice…

„Chcę, żeby moje dziecko dobrze sobie radziło w życiu” mówi mama drugoklasisty, która wciąż pomaga mu w jedzeniu i ubieraniu się, wyręcza we wszystkich czynnościach.

„Chcę, żeby moje dziecko było radosne” mówi tata, który krytykuje każdy ruch swojej córki.

„Chcemy, żeby nasze dziecko dobrze radziło sobie finansowo” mówią rodzice, kupując dziecku każdą rzecz, na którą wskaże.

„Chcę, żeby moje dziecko dobrze się uczyło, zdobyło wykształcenie, dostało dobrą pracę” mówi mama, która odrabia za córkę lekcje do szkoły.

„Chcę, żeby moje dziecko miało dobre relacje z rówieśnikami” mówi tata, który głośno wyraża swoje niepochlebne uwagi na temat swoich znajomych i przyjaciół syna.

Chcemy dla swoich dzieci tego, czego sami nie mamy, czego nam brakuje, za czym tęsknimy. Chcemy dać dzieciom więcej niż sami mamy. Jak jednak można dać komuś coś, czego się nie ma? Jak można uszczęśliwić dziecko, będąc samemu nieszczęśliwym? Dzieci nie uczą się przez słowa, które wypowiada rodzic; dzieci naśladują zachowania swoich opiekunów. Dlatego warto przyjrzeć się swoim przekonaniom, powodującym takie a nie inne reakcje, zanim zacznie się oczekiwać czegoś od dziecka.

W niewoli

Prowadzono eksperymenty (m.in. dr Clary Davies), które udowodniły, że małe dzieci, którym daje się możliwość wyboru jedzenia spośród produktów naturalnych, kierują się niezawodnym instynktem. Każde inaczej dobierało produkty, ale żadne nie zrobiło sobie krzywdy. Jadły według własnego niepowtarzalnego gustu i smaku, ale umiały zaspokoić realne potrzeby organizmu: nie miały niedowagi ani nadwagi, ani niedoborów witamin czy pierwiastków. Instynkt jednak nie działa w stosunku do produktów oczyszczonych, wysoko przetworzonych oraz używek. Dzieci, którym zaoferowano czekoladę, wybierały ją zamiast innego jedzenia, traciły kontakt z wewnętrznym głosem, który im mówił, czego potrzebują – smak przejmował dowodzenie.

I to jest pułapka, w którą wpakowała się ludzkość – nasze jedzenie stało się bardziej używką niż pożywieniem ze względu na stopień przetworzenia oraz gigantyczną zawartość uzależniającego cukru i białej mąki. Używki de facto jak kawa czy alkohol są nieodłączną częścią naszego menu, popularne są papierosy i narkotyki. To wszystko – od cukierka po heroinę – są substancje, które zmieniają nasz metabolizm, zakłócają nasz kontakt z samym sobą na poziomie fizjologicznym i psychologicznym. Przestajemy czuć, co jest dla nas dobre, chcieć tego, co nam służy, daje nam siłę, energię, zdrowie. Żyjemy w niewoli substancji, które nas hipnotyzują, ale czy naprawdę uszczęśliwiają?

Wewnętrznie sprzeczne dane

Dziecięcy umysł ma tendencję do dzielenia „ja” na mocną i słabą stronę. Tym samym nasza naturalna wrażliwość na małe bodźce (emocje, objawy somatyczne), chroniąca nas przed utratą równowagi i cierpieniem, zostaje zniekształcona. Silna strona jako ta „walcząca” staje się mało wrażliwa, lekceważąca ostrzeżenia. Słaba strona jako ta „niedorozwinięta”, staje się nadwrażliwa. W ten sposób system „ja” pracuje na sprzecznych danych – te same informacje są ignorowane przez jeden obszar „ja”, a wyolbrzymiane przez inny. Innymi słowy emocjonalność i fizyczność dają umysłowi odmienne dane na ten sam temat, uniemożliwiając właściwą nawigację.

Szczęście – zdrowie i dobre samopoczucie – zależy od naszej wrażliwości na najmniejsze znaki ostrzegawcze, te emocjonalne, i te fizyczne. Z kolei zdrowa, niezafałszowana wrażliwość zależy od spójnego obrazu „ja”. Im bardziej podzielone i skonfliktowane jest nasze wnętrze, tym bardziej dążąc do szczęścia robimy krok do przodu i krok do tyłu na zmianę.

Oryginał czy kopia

„Kiedy dobra materialne i atrakcyjność zewnętrzna stają się naszym priorytetem i kiedy pozwalamy innym ludziom decydować o tym, ile jesteśmy warci, ryzykujemy, że nasz prawdziwy potencjał pójdzie na marne.” – Nick Vujicic 

Każdy z nas przynosi na świat ze sobą coś wyjątkowego – unikalny zestaw predyspozycji, unikalny sposób patrzenia na życie. Realizowanie siebie, słuchanie siebie, bycie sobą powoduje, że te niepowtarzalne zasoby wzbogacają i ich posiadacza, i wszystkich, którzy się z nim stykają. 

Kopiowanie innych, rezygnowanie z siebie, upodabnianie się do tych, którzy zdobyli społeczną akceptację powoduje, że potencjał się nie ujawnia i zostaje zmarnowany.

Uszczęśliwianie

Presja otoczenia (rodziców, opiekunów, rówieśników, systemu szkolnego) powoduje, że dziecko uczy się wierzyć, że nie chce tego, czego pragnie, żeby nie narażać się na krytykę, na wyśmiewanie, na racjonalne tłumaczenia podcinające mu skrzydła – aż rezygnuje ze swoich marzeń.

Presja otoczenia sprawia, że dziecko uczy się wierzyć, że musi chcieć tego, czego naprawdę nie chce, co mu się nie podoba, co mu przynosi dyskomfort – żeby było dobrze, żeby opiekunowie byli zadowoleni. Skoro nie może mieć tego, co chce, uczy się chcieć tego, czego nie chce, co mu nie pasuje – aż naprawdę się z tym identyfikuje.

Można przeprogramować dziecko tak, żeby zamiast rozwijać swoje predyspozycje, rozwijało coś innego, co zdaniem opiekunów jest bardziej opłacalne w świecie, w którym żyje. Właściwym i intensywnym treningiem można sprawić, że dziecko będzie osiągało sukcesy i radziło sobie z wyzwaniami czy jako dorosły zarabiało duże pieniądze. Ale nie można sprawić, żeby czuło się w ten sposób szczęśliwe, żeby robiło to z radością i satysfakcją.