„Miłość krzywdzi”

Rozpatrywanie pojedynczych przekonań jest trochę jak badanie pojedynczego genu – nie można stwierdzić dokładnie jak i na co wpływa, bo wiele innych współdecyduje o zmianie kierunku czy o konkretnych szczegółach. Ale gdyby zrobić taki model teoretyczny, to wyglądałoby to mniej więcej tak…

Relacja z rodzicami, w której dziecko doznaje zaniedbania i przemocy fizycznej lub emocjonalnej powoduje ukształtowanie się w jego umyśle generalnego przekonania „miłość krzywdzi”. To znaczy, że świat krzywdzi i inni ludzie krzywdzą. Zatem pierwszą regułą w relacjach z innymi staje się „Nie należy ufać ludziom”. Zwrotnie oznacza to, że nie należy prosić o pomoc i przyjmować wsparcia, bo może być „zatrute”. To prowadzi prostą drogą do krzywdzenia siebie. Najpierw do ograniczania siebie do tego, co jesteśmy sobie w stanie dać sami. Potem ignorowanie swoich potrzeb i umniejszanie uczuć powoduje zabieranie sobie szans, przyjemności, unikanie wyzwań rozwojowych, zamykanie się w coraz ciaśniejszej klatce. W obszarze emocjonalnym oznacza to unikanie bliskości, samotność, lęk, smutek, brak nadziei – aż do depresji. W obszarze fizycznym oznacza to zaniedbanie swoich fizycznych potrzeb – złą dietę, wyniszczający styl życia, używki. Odbiciem tego są choroby autoimmunologiczne, w których organizm atakuje i wyniszcza sam siebie – zgodnie z przekonaniem swojego właściciela…

Nie ma identycznych zależności u każdego człowieka, bo każdy z nas ma unikalne, niepowtarzalne doświadczenie, a więc tak niepowtarzalną mapę przekonań jak niepowtarzalny jest układ genów. Ale mamy te same mechanizmy, które wyraźnie pokazują, że nic w naszym życiu nie bierze się „z powietrza”. Wszystko – podejście do życia, relacje z innymi, stosunek do siebie, zdrowie fizyczne i psychiczne – ma swoje źródło w przekonaniach zapisanych w naszych umysłach. Stając się ich świadomi możemy je zmieniać, a tym samym zmienić całe swoje życie.

Ciastko

Kiedy dzielimy się z kimś ciastkiem na pół, obie osoby czują się szczęśliwe. Połowa ciastka, którą jemy, satysfakcjonuje nasze ciało, druga połowa (dana lub otrzymana), satysfakcjonuje naszą duszę. Umiejętność dbania o siebie i innych jednakowo powoduje pozytywne emocje, dobre samopoczucie i wewnętrzną harmonię pomiędzy siłą i troskliwością, między „tak” i „nie”.

Jednak dziecięce doświadczenia (nadmiar serca lub umysłu u rodziców) zniekształcają uczenie się tej równowagi, w efekcie czego później jedni zjadają całe ciastko sami, bo ich umysł przejął kontrolę nad sercem (empatią); drudzy oddają całe ciastko innym, bo ich serce przejęło kontrolę nad umysłem (instynktem samozachowawczym). 

I tak się potem ludzie dobierają, żeby odtworzyć rodzinne wzorce: ci, co zjadają całe ciastko potrzebują tych, co oddają całe ciastko, i vice versa. Umysły ich dzieci zapisują jeden z obserwowanych wzorców i szukają partnera, który do niego pasuje – i tak idea dzielenia ciastka na pół pozostaje dla większości bajkową teorią, a ludzie próbują sobie udowodnić, że z pełnym brzuchem i pustym sercem lub pełnym sercem i pustym brzuchem można czuć się szczęśliwym… tylko widocznie trzeba jeszcze więcej zjeść lub jeszcze więcej oddać…

Jak w lustrze

To, co rodzicom podoba się w dziecku, co nagradzają swoim zainteresowaniem i uznaniem, staje się jego przekonaniem o swojej mocnej stronie. To, czego rodzice nie akceptują w swoim dziecku z powodu własnych słabości czy kompleksów, staje się jego przekonaniem o swojej słabej stronie. Mimo, że później inni ludzie mogą wychwalać i komplementować ową „słabą stronę”, zaprzeczając tym zapisom, nie zostają one samoistnie przeprogramowane. Po pierwsze dlatego, że rodzice są dla dziecka pierwszym niepodważalnym autorytetem i ich brak akceptacji wiąże się z bardzo silnymi emocjami. A im silniejsze emocje, tym silniejszy zapis. Po drugie dlatego, że umysł automatycznie broni starych zapisów jako „prawdy”, wzoru, matrycy – i bez naszego świadomego udziału ich nie przeprogramuje. 

Dlaczego tak trudno nam przeprogramować to, że coś jest naszą słabością na przekonanie, że nią nie jest? Bo musimy to sobie (umysłowi) udowodnić, musimy zadziałać tak, jakby to była prawda – musimy złamać lęk, który nas przed tym powstrzymuje. Ten lęk jest problemem, nie samo przekonanie. W zakresie swojej mocnej strony nie boimy się ryzykować, zmieniać, próbować nowego, nie boimy się ośmieszenia, choć wcale nie zawsze wygrywamy. Za to w zakresie swojej słabej strony zaryzykowanie czegokolwiek wydaje się skokiem w przepaść. Tamten stary dziecięcy lęk nas paraliżuje. Próbujemy wszystkiego, żeby go zagłuszyć, ukryć, zapomnieć. Gdybyśmy go wysłuchali, brzmiałby mniej więcej tak: „a co jeśli okaże się że naprawdę nie można mnie kochać, że jestem nie do zaakceptowania?”. To jest myśl małego, całkowicie zależnego od dorosłych, przerażonego dziecka. Ile sensu ma dla dorosłego? Kto decyduje o tym, jaka jest nasza wartość, od czego ona zależy – i jaki to ma związek z miłością? 

Ludzie nie kochają nas tak, jak na to zasługujemy, bo miłość jest bezwarunkowa, nie można na nią zasłużyć. Ludzie kochają nas tak, jak ONI potrafią, niezależnie od tego, jacy jesteśmy. Kiedy pokochamy siebie na tyle, żeby zaryzykować ekspozycję swojej słabej strony, przyciągamy tych, którzy potrafią kochać. Kiedy udajemy doskonały produkt i próbujemy zaprezentować się w jak najlepszym opakowaniu, zakrywając to, czego się wstydzimy, przyciągamy tych, którzy handlują – kupują, sprzedają, porzucają, wymieniają na lepszy model.

My sami decydujemy czy i jak inni nas kochają, bo robią to dokładnie tak, jak my to robimy wobec siebie.

„Kochaj mnie, bo jestem”

Kiedy dziecko doświadcza braku bliskości w relacji z rodzicami, próbuje zapracować na ich akceptację (zasłużyć) lub próbuje się buntować (wymusić akceptację siłą). 

Umysł dziecka wybiera taką strategię, którą zna (może naśladować) i która pasuje do danej rodzinnej sytuacji. Bez względu na wszelkie późniejsze życiowe zmiany ten schemat pozostaje w dorosłym życiu. Można by powiedzieć, że zaczyna żyć swoim życiem – w ten sam sposób (według tego samego przekonania na temat bycia akceptowanym przez innych) budujemy relacje z szefem w pracy, z kolegami i znajomymi, z partnerem i dziećmi, i z niewidzialnym Bogiem. Nowe doświadczenie sprawia, że modyfikujemy swoje zachowania i reakcje – ale nie przekonanie, które za nim stoi; to przekonanie z dzieciństwa „co muszę zrobić” lub „jaki muszę być”, żeby mnie akceptowano.

Jedni z nas wciąż próbują poprawiać siebie, drudzy – innych; jedni pracują nawet wtedy, kiedy odpoczywają, inni przeciwstawiają się temu co jest nawet wtedy, kiedy się z tym zgadzają.

Wszyscy próbujemy zrobić coś, żeby czuć się wartym miłości i akceptacji. Im więcej wkładamy w to wysiłku, tym bardziej warunkową akceptację wokół siebie wytwarzamy, odbijającą naszą warunkową miłość wobec siebie.

Na bazie doświadczenia, jakie ma każdy z nas, nawet nie przychodzi nam do głowy oczekiwać od życia tego, czego oczekuje każde dziecko zanim rodzice przekażą mu swoje lęki i wątpliwości na temat miłości: „kochaj mnie, bo jestem”. 

Ok czy nie ok?

Dziecko nie widzi świata takim jaki jest, tylko w taki sposób, w jaki przedstawiają go jego rodzice czy opiekunowie.

Jeśli najważniejsze dla dziecka osoby okazują mu zainteresowanie, ciepło, serdeczność i wsparcie, w umyśle dziecka pojawia się bazowe przekonanie „jestem ok”. Jeśli dodatkowo rodzice potrafią życzliwie stawiać dziecku granice, w zdrowy sposób dbając o własne potrzeby i uczucia, w umyśle dziecka pojawia się zapis „inni są ok”. To wzorcowe ustawienie pozwala dziecku rozwijać się bez przeszkód i blokad, bez krzywdzenia innych lub siebie.

Jeśli dziecko czuje się kochane, ale rodzice nie potrafią kochać samych siebie i pozwalają dziecku na przekraczanie ich własnych granic, krzywdzenie siebie (od pozwolenia na zaniedbywanie swoich potrzeb i uczuć po tolerowanie przemocy wobec siebie – krzyku, wyzwisk, rękoczynów), to u dziecka kształtuje się przekonanie „ja jestem ok, inni nie są ok”. To przekonanie powoduje co najmniej egocentryzm i narcyzm („wszystko kręci się wokół mnie”, „muszę być w centrum wydarzeń”, „jestem centrum świata”, „uwaga innych powinna skupiać się wyłącznie na mnie”); może także przerodzić się w socjopatię. Taki wzorzec nakazuje bowiem dbać o siebie kosztem innych; krzywda innych jest standardem, potrzebnym do tego, żeby samemu wzrastać.

Jeżeli dziecko odczuwa brak miłości rodziców w postaci jakiejś formy odrzucenia (od zaniedbania po przemoc), definiuje siebie jako „nie jestem ok”. Jeśli rodzice przy tym idealizują siebie i swoją miłość do dziecka („tak bardzo się staram”, „oddał(a)bym życie za ciebie”, „wszystko robimy dla ciebie”), bazowym ustawieniem w umyśle dziecka staje się „ja nie jestem ok, inni są ok”. Powoduje to stałe poczucie winy, niską samoocenę bez względu na rzeczywiste osiągnięcia, podporządkowanie innym, krzywdzenie siebie, żeby zasłużyć bądź zapracować na miłość lub chociaż akceptację tych lepszych od siebie. 

Jeżeli dziecko nie doświadcza miłości, a jego opiekunowie rażąco nie wywiązują się ze swojej roli (np. stosują przemoc, są uzależnieni, porzucają dziecko), to w jego umyśle zostaje zapisane przekonanie „ja nie jestem ok, inni nie są ok”, czyli w skrócie: cały świat jest nic nie warty, nie ma po co żyć. Takie ustawienie powoduje  brak chęci i sensu życia, odbiera energię i nadzieję potrzebne do rozwoju.

Pierwsze doświadczenia w relacjach z innymi ludźmi stają się wzorcem dla wszystkich naszych przyszłych relacji. Możemy zmieniać miejsca i ludzi, ale typ relacji pozostanie ten sam, dopóki sobie nie uświadomimy swojego wzorca i nie zmienimy go. Często zresztą sami to zauważamy w jakimś obszarze („dlaczego w każdej pracy mam przemocowego szefa?”, „dlaczego zawsze trafiam na facetów drani?”, „dlaczego przyjaciele ode mnie odchodzą?”, „dlaczego moje dzieci mnie nie szanują, nikt mnie nie szanuje?, „dlaczego moje związki trwają maksymalnie kilka tygodni?”). 

Jeśli nie pasuje nam to, co mamy, to znaczy, że podświadomie wybieramy z przekonania, że albo inni ludzie, albo my sami nie jesteśmy w porządku. Bardzo często są to przekonania cząstkowe, mówiące, że jakaś część nas nie jest w porządku, albo jacyś ludzie (np. kobiety/mężczyźni). Wystarczy świadomie wybrać przeciwstawne przekonanie i zacząć reagować z jego poziomu, (realizować je w praktyce, bo umysł uczy się tylko na doświadczeniu), a wszystko wokół nas zacznie się zmieniać. Przyciągamy dokładnie to, co do nas pasuje, co odpowiada naszej energii. Zmieniając swoją energię, przyciągamy to, co pasuje do tej zmiany.

Pułapka serca

Niedawny post pt. „Pułapki umysłu” był o tym, że umysł bez współpracy z sercem (siła jako sprawstwo bez udziału wrażliwości) ma tendencję do krzywdzenia innych. Dzisiaj chcę opowiedzieć o tym, jak serce bez współpracy z umysłem (wrażliwość pozbawiona siły jako ochrony) ma tendencję do krzywdzenia swojego właściciela.

Serce to wrażliwość, empatia, umiejętność traktowania uczuć i potrzeb innych ludzi jak własnych. Jedni kierują się Sercem sporadycznie, kiedy poruszy ich czyjaś tragedia; inni nałogowo, nawet kiedy wiedzą, że zostaną wykorzystani. Różnica w tym, jak bardzo dopuszczamy Serce do głosu pochodzi z okresu wczesnodziecięcego – wtedy dziecko dostaje od swoich rodziców pierwsze i tym samym najsilniejsze informacje, czy jego wrażliwość jest „dobra” („masz takie dobre serduszko”, „potrafisz się fantastycznie zajmować swoim młodszym rodzeństwem”, „umiesz dbać o zwierzęta”, „jesteś najlepszym pomocnikiem mamy/taty”), czy też „zła” („nie becz, to tylko głupia bajka”, „trzeba być silnym, nie można się roztkliwiać nad każdym chorym zwierzakiem”, „zawsze musisz komuś zrobić krzywdę, strach cię puścić do ludzi”, „nie można na ciebie liczyć, w niczym nie potrafisz pomóc”).

Dziecko może więc zaakceptować swoją wrażliwość lub nie, w zależności od tego, czy ją zinterpretuje jako zaletę czy wadę. I może to zrobić na wiele sposobów.

Może ją odrzucić i Sercem, i Umysłem („wrażliwość jest zła, trzeba ją w sobie wytępić”) – wtedy staje się ludzkim robotem, socjopatą, dla którego liczy się tylko cel, a inni ludzie są jedynie środkami do jego osiągnięcia. Taka osoba potrafi wiele w życiu osiągnąć, ale nie potrafi kochać i tworzyć relacji z innymi ludźmi, nie jest zainteresowana pomaganiem czy wspieraniem innych.

Dziecko może przyjąć swoją wrażliwość Umysłem („jest przydatna”), ale odrzucić Sercem („bycie wrażliwym prowadzi do bycia krzywdzonym”) – wtedy staje się wrażliwym manipulantem. Oznacza to, że zachowuje umiejętność czytania ludzi Sercem (na co są wrażliwi, co lubią, w jakim są humorze), ale wykorzystuje ją Umysłem do manipulowania innymi dla własnych korzyści (mówi to, co chcą usłyszeć, reaguje tak, żeby zdobyć ich przychylność jednocześnie nie ujawniając swoich własnych prawdziwych uczuć i emocji). Pozornie może wiele dawać innym ludziom, ale robi to dla siebie; ponieważ decyduje o tym jego ego, nie empatia, bywa hojny i skąpy, dobroduszny i okrutny, w zależności od okoliczności i swojego humoru. Jego relacje z innymi są jak rollercoaster, raz sięgają nieba, raz piekła.

Dziecko może także przyjąć swoją wrażliwość Sercem (empatia jest najważniejsza), ale odrzucić Umysłem (nie ma granic w byciu wrażliwym, im więcej, tym lepiej) – w takim przypadku staje się osobą poświęcającą się dla innych, męczennikiem. Wyłączony Umysł nie pilnuje ani granic w dawaniu, wspieraniu i pomaganiu, ani równowagi w objęciu tą wrażliwością siebie, co doprowadza do wyczerpania, depresji, chorób somatycznych. Taki człowiek pomaga zawsze i wszystkim, aż do wyczerpania swoich zasobów; a wtedy zazwyczaj zostaje sam w potrzebie, bo pozwalając się wykorzystywać, przyciąga do siebie zainteresowanych braniem, nie dawaniem w zamian.

Kiedy dziecko przyjmuje swoją wrażliwość i Sercem, i Umysłem, staje się i wrażliwe, i silne. Empatycznie podchodzi do innych, ale potrafi rozpoznać socjopatów, obronić się przed manipulantami i samopoświęceniem. Jego wrażliwość przynosi korzyść i jemu samemu, i innym ludziom. Tworzy relacje partnerskie, polegające na wzajemnym dawaniu i przyjmowaniu wsparcia.

Profesjonalne pomaganie wymaga tego ostatniego ustawienia. Wymaga znajomości funkcjonowania człowieka i dostępu do swojej wrażliwości jednakowo, w równowadze. Sama wiedza to za mało, żeby dostać się do ludzkiego Serca. Sama empatia to za mało, żeby dostać się do ludzkiego Umysłu.

Tym właśnie różni się profesjonalna pomoc od zwykłego ludzkiego odruchu współczucia, kiedy widząc krzywdę, próbujemy sprawić, żeby prześladowca się opamiętał lub wesprzeć poszkodowaną osobę, żeby nie czuła swojej krzywdy tak bardzo. Nie ma jednak możliwości, żeby z zewnątrz dostać się do zamkniętego Serca: mówienie o empatii do psychopaty to mówienie w obcym dla niego języku; to nie ma szans zadziałać. Wspieranie ofiary zanim sama zdecyduje o zerwaniu ze swoją rolą to wpychanie jej w mechanizm jeszcze głębiej („skoro ktoś pomaga, to jakoś to będzie, jakoś przetrwam w tym co jest”).

Profesjonalna pomoc polega na tym, żeby towarzyszyć danej osobie w procesie uświadomienia sobie swoich szkodliwych mechanizmów i wspierać ją w decyzji wydostania się z nich. Polega na tym, żeby nauczyć ją unikania przykrych dla niej konsekwencji, a nie na tym, żeby ją przed nimi ochraniać; na tym, żeby uczyć, jak sobie poradzić, a nie wyręczać; żeby dawać wędkę zamiast ryby; żeby aktywować w kimś jego własną moc, a nie uzależniać go od siebie dla własnego ego.

Prawdziwa pomoc – taka, która czyni dobro i nie przynosi niechcianych skutków ubocznych – pochodzi ze współpracy Serca i Umysłu. Tylko kiedy działają razem, widzimy jasno, kto i jakiego wsparcia wymaga: komu potrzeba pomocy, a komu odmówienia pomocy. Tylko kiedy Serce i Umysł działają razem, widzimy jasno, ile możemy dać, na ile nas stać – jakie zasoby mamy do dyspozycji, czym możemy się podzielić bez skrzywdzenia siebie.

Serce to cudowna rzecz, zdolna poruszyć góry, ale bez współpracy z Umysłem ma tendencję do przygniatania tymi górami swojego właściciela. Warto o tym pamiętać zawsze, a szczególnie teraz, kiedy pomaganie stało się naszą codziennością.

Postawa miłości

Nazywamy emocję towarzyszącą zakochaniu miłością, chociaż tak naprawdę jest tylko dotykiem miłości, fascynacją, zauroczeniem, prowadzącym na skróty do bliskości. Prawdziwa miłość to nie chwilowa emocja, to postawa oparta na empatii, traktowaniu praw i potrzeb drugiego człowieka jak własnych, na takich samych warunkach.

Nikt nie może zasłużyć na naszą miłość, szacunek czy uczciwość, bo one nie zależą od innych ludzi, tylko od naszego sposobu myślenia, od naszych generalnych przekonań. 

Kto zaufałby komuś, kto nie okrada tylko jednej osoby, albo nie kradnie tylko w poniedziałki? A tak bardzo chcemy, żeby wybrana osoba kochała i szanowała tylko nas…

Zachować siebie

Na ogół podążamy za mocniejszym głosem w sobie, nie zawsze potrafimy rozstrzygnąć, czy to głos naszego prawdziwego ja czy ego. A jest to o tyle istotne, że prawdziwe ja przyciąga tych, którzy do niego pasują, a ego przyciąga tych, którzy pasują do ego, więc w masce zdobywamy to, czego chcemy, ale długoterminowo nie będziemy w stanie czuć się z tym dobrze. Co więcej, kiedy my nakładamy maskę, inni automatycznie robią to samo; kiedy my ją zdejmujemy, inni odpowiadają tym samym. Jeśli więc chcemy wiedzieć, czy nasze zachowanie pochodzi z prawdziwego ja czy z ego, musimy jedynie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy potraktowaliśmy drugiego człowieka tak jak siebie, na takich samych prawach. Jeśli tak, to było prawdziwe ja; jeśli zaś potraktowaliśmy innych jak pionki w naszej grze, lub jak słabsze od nas ofiary, lub jak zagrażających nam napastników, to zareagowaliśmy z poziomu ego.

Szukamy ludzi z konkretnymi cechami i perfekcyjnych okoliczności, sądząc, że tam leży klucz do naszego szczęścia. Prawda zaś jest taka, że życie i wszystkie jego elementy podlegają permanentnej zmianie, więc każde ustawienie jest dobre na chwilę, a każde poszukiwanie stałego szczęśliwego ustawienia jest z góry skazane na niepowodzenie. To, co powoduje, że można szczęście zatrzymać na stałe, to akceptacja zmian i umiejętność ustawienia się do nich tak, żeby zachować siebie. Żaden żeglarz nie ma wpływu na to skąd i jaki wiatr wieje, ale może tak ustawić żagle, że dopłynie tam, gdzie chce.

O psychopatach

Skąd się biorą psychopaci?🤔

Nie jestem zwolennikiem teorii, które mówią, że odpowiadają za to geny albo że pojawiają się losowo, bez przyczyny, jako wybryk natury. Moje doświadczenie, obserwacje i wiedza wskazują, że psychopatów się hoduje. Jak roślinki – mogą pięknie wybujać albo mogą zmarnieć w tym procesie; i jak roślinki potrzebują bardzo konkretnych warunków, żeby skutecznie wzrastać w siłę. Jak to się dzieje?

Mamy dwa „odbiorniki” rzeczywistości – Serce i Rozum. Są jak prawe i lewe oko: dobrze widzą tylko wtedy, kiedy oba są jednakowo silne i sprawne. Serce to symbol Matki (wrażliwości), Rozum to symbol Ojca (siły).

Kiedy każde z rodziców nosi w sobie równowagę między Sercem i Rozumem, wrażliwością i siłą, pierwiastkiem żeńskim i męskim, wtedy w relacji też tworzą równowagę, i tej równowagi – korzystania z Serca i Rozumu jednakowo – uczy się dziecko. To jest przykład wzorcowy.

Kiedy jedno z rodziców jest pozornie dominujące, tzn. jego potrzeby i uczucia są stawiane na pierwszym miejscu (nazywane jest głową rodziny), ale drugie ma prawdziwy wpływ na decyzje (jest szyją, która kręci tą głową z góry na dół i z boku na bok), dziecko otrzymuje sprzeczne komunikaty i jego umysł steruje jego własną wrażliwością i siłą dość losowo, różnie w różnych obszarach. W rezultacie w jednych sprawach kieruje się bardziej Sercem, w innych bardziej Rozumem, zarządza sobą w chaosie, zgodnie z otrzymanym wzorcem, co powoduje konflikty wewnętrzne i zewnętrzne.

Kiedy w rodzinie istnieje ekstremalna polaryzacja, tzn. ojciec jest dominujący, najczęściej przemocowy, reagujący niemal wyłącznie z poziomu Rozumu, a matka jest skrajnie podporządkowana, reagująca z poziomu Serca, dziecko ma idealne warunki na zostanie psychopatą. Jego rodzicielskie wzorce są tak odmienne, że nie jest w stanie ich w sobie połączyć jakimkolwiek wspólnym mianownikiem; są jak oko z przodu i z tyłu głowy: musi wybrać, którym będzie patrzeć na świat, żeby uzyskać jednolity obraz. I zwykle jego umysł wybiera to, co daje mu większą szansę na przeżycie: siłę, czyli Rozum. Odcięcie się od czucia, od swojej wrażliwości, czyni z niego psychopatę.

Skoro typ psychopaty łączy się z typem ofiary i produkuje kolejnych psychopatów, to wyłania nam się tu wizja świata opanowanego przez psychopatów 😱

Na szczęście niekoniecznie, a paradoksalnie nawet wręcz przeciwnie 😁

Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że do inwazji swojego „gatunku” psychopaci potrzebują typu ofiar, zatem musi zostać utrzymana równowaga miedzy nimi. Brak ofiar to brak psychopatów (w kontekście indywidualnym i społecznym jednakowo).

Po drugie, mówimy tu o prawdopodobieństwie, nie o nieuchronności. Mechanizmy nas ograniczają, ale nie determinują. Uświadamiając sobie rolę, w którą nas automatycznie wepchnęły, w każdym momencie świadomie możemy z niej zrezygnować, zmienić scenariusz.

Po trzecie, w procesie tworzonym przez opisane mechanizmy zawsze mogą wystąpić zmienne zakłócające, jak na przykład dodatkowa osoba opiekująca się stale dzieckiem przez pierwsze sześć lat jego życia. Jeśli stanie się dla dziecka autorytetem, będzie ono czerpać także z jej puli wzorców.

I po czwarte, ludzka natura sama broni swojej różnorodności w naturalny sposób. Nawet jeśli psychopaci są jak dominujący „gen” w tym systemie, to jeszcze nie znaczy, że wyprą wszystkich innych. Podobnie jak prawdziwy dominujący gen brązowych oczu: gen niebieskich jest recesywny, co oznacza, że jeśli jeden rodzic ma oczy jasne, a drugi ciemne, to jest większe prawdopodobieństwo, że dzieci odziedziczą ciemne. Ale wcale nie zawsze (bo zawsze jest małe prawdopodobieństwo, że akurat jasne), i wcale nie na pewno, bo dodatkowo to zależy jeszcze, czy rodzice rodzica z ciemnymi oczami byli oboje ciemnoocy, czy tylko jedno z nich: jak bardzo ten gen jest dominujący. Ale nawet u Afrykańczyków, gdzie od pokoleń występują wyłącznie brązowe oczy, natura potrafi spłatać psikusa w postaci albinosa, jakby chciała nam przypomnieć, że nic nie jest niemożliwe.

Wniosek z tego jest taki, że (na szczęście) nie zawsze okoliczności wystarczą, żeby wyprodukować psychopatę, choć przy pewnych ustawieniach rodzinnych prawdopodobieństwo nieświadomego wychowania osoby tego typu istotnie wzrasta. Im bardziej świat staje się czarno-biały (radykalny, konserwatywny, segregujący), tym lepsze warunki do hodowli psychopatów. Im więcej psychopatów, tym bardziej czarno-biały staje się świat. Ale ponieważ to wbrew naturze (nawet czarno-białe fotografie nie są czarne i białe, tylko we wszystkich odcieniach szarości), stan taki jest jedynie przejściowy. I choć przynosi ogółowi wiele kosztów, to jest niezbędny. Dlaczego? Bo bez psychopatów, prześladowców, krzywdzicieli, agresorów nie ma szans na to, żeby typ ofiary się ocknął i powstał z kolan, zawalczył o własne granice, o swoją tożsamość i godność. Nie znam żadnego przypadku psychopaty, którego udałoby się uwrażliwić, sprawić, żeby otworzył zablokowane (z lęku przed byciem ciemiężoną ofiarą) Serce. Znam natomiast mnóstwo przypadków ofiar, którym udało się otworzyć zablokowany Rozum i odzyskać siłę do zarządzania swoją wrażliwością. Kiedy ofiary odzyskują w sobie równowagę, przestają być komplementarne do psychopatów, i ci ostatni zostają skazani na zagładę, muszą odejść w niebyt. I nie ma znaczenia, czy mówimy o rodzinie czy społeczeństwie.

Rozumienie sercem

Nasze umysły tworzą niepowtarzalne schematy myślenia i reagowania, które utrudniają nam porozumienie jak różne języki na wieży Babel. Jest jednak coś, co jest wspólne dla nas wszystkich, niezależnie od inteligencji, wykształcenia, wychowania, kultury: uczucia. Kiedy używamy empatii, nie samego umysłu do zrozumienia drugiego człowieka, porozumienie następuje automatycznie, niezależnie od obiektywnie występujących różnic.