Energia relacji

Są takie relacje z ludźmi, które dodają nam energii, są też takie, które ją pochłaniają. Jeśli nie zarządzamy swoją energią świadomie, pilnując równowagi w swoich relacjach z innymi, łatwo ulegamy wyczerpaniu. A wtedy nie tylko przestajemy umieć wspierać innych, ale sami stajemy się wampirami energetycznymi.

Definicje miłości

Rodzice, którzy wymagają od swoich dzieci więcej niż od siebie kształtują dzieci, które stają się „rodzicami swoich rodziców”, dbającymi wyłącznie o ich emocje i dobre samopoczucie, nie własne. Dzieci takich rodziców potrafią kochać innych, nie potrafią siebie.

Rodzice, którzy zajmują się dzieckiem bardziej niż sobą kształtują dzieci, które czują, że są kochane, ale nie potrafią tej miłości odwzajemnić, bo są nauczone przekraczania granic innych ludzi. Dzieci takich rodziców potrafią kochać siebie, nie potrafią innych.

Równowaga

Równowaga jest jedynym uniwersalnym przepisem na szczęście i zdrowie. Zapominamy jednak, że każdy z nas jest inny i czego innego potrzebuje, że by tę równowagę osiągnąć – czegoś odwrotnego do tego, co ma. 
Dlatego jedni potrzebują spokoju, inni szaleństwa, jedni muszą nauczyć się krzyczeć, drudzy znajdować w sobie ciszę; jedni muszą jeść więcej, inni mniej, jedni potrzebują nauczyć się szanować innych, drudzy siebie… 
Równowaga jest stanem miłości – jest tym samym stanem dla wszystkich, ale jej osiąganie odbywa się absolutnie indywidualną i odmienną od innych drogą.

Elastyczność wyboru

Życie to nauka równowagi we wszystkich obszarach. Jeśli coś na wejściu zostało ustawione w punkcie „minimum”, wymaga od nas poznania zakresu „maksimum”, i odwrotnie. Inaczej trudno znaleźć ten środek, który wyważa jedno i drugie, i daje nam możliwość elastycznego wyboru – bycia sobą w pełni, poza programem.

Ci, których nieustannie obdarowywano, potrzebują nauczyć się radości dawania. Ci, których nauczono dawać kosztem siebie, potrzebują otworzyć się na możliwość dostawania manny z nieba.

Ci, którzy stawiają siebie w centrum świata, potrzebują zauważyć, że współistnieją z innymi takimi samymi istotami. Ci, którzy widzą wszystkich oprócz siebie, potrzebują zauważyć swoją wartość.

Ci, którzy żyją na zewnątrz siebie, potrzebują nawiązać kontakt ze swoimi uczuciami i potrzebami. Ci, którzy żyją w swojej bańce, potrzebują innej perspektywy niż własna.

Ci, którzy unikają aktywności, potrzebują się nauczyć, że wysiłek przynosi satysfakcję. Ci, którzy nadmiernie się angażują, potrzebują nauczyć się odpoczywać i czerpać radość z relaksu.

Ci, którzy wciąż oczyszczają swoje ciało i umysł, potrzebują odżywienia. Ci, który pochłonęła konsumpcja, potrzebują oczyszczenia.

Ci, którzy szukają autorytetów, potrzebują uwierzyć w swoją mądrość. Ci, którzy negują autorytety, potrzebują nauczyć się czerpać z nich inspirację.

Ci, którzy do perfekcji opanowali samodyscyplinę, potrzebują nauczyć się spontaniczności. Ci, którzy działają spontanicznie, potrzebują nauczyć się dyscypliny.

Słabość i siła

W tych obszarach, gdzie słabość każe nam tworzyć sobie strefę komfortu (minimalny wysiłek, rutyna, brak wyzwań, dużo „zapasów,” możliwość skorzystania z nich w każdej chwili), umacniamy słabość, w którą wierzymy.

W obszarach, gdzie czujemy się pewnie, nasza siła każe nam wychodzić poza strefę komfortu, poznawać, doświadczać, rozwijać się. Wysiłek coraz bardziej wzmacnia siłę, o której istnieniu i tak jesteśmy przekonani. Zbyt eksploatowana siła zaczyna obracać się przeciwko nam: odwaga służy, ryzykanctwo może zagrażać życiu; dobroć służy, poświęcanie się może unieszczęśliwiać obie strony relacji; bycie spostrzegawczym i inteligentnym pomaga w życiu, ale manipulowanie innymi może spowodować utratę tych, na których nam zależy.
Żeby znaleźć równowagę w sobie, potrzebujemy namówić naszą słabość do opuszczania strefy komfortu (bo to ją wzmacnia, zamienia w siłę) i jednocześnie przystopować wyzwania dla swojej siły (bo to pozwala jej na nawiązanie kontaktu z innymi obszarami naszego ja). Obrazowo to ujmując siła musi zaczekać, aż słabość do niej dołączy jako siła, żeby w zespole można było zdziałać więcej.

Komfort a rozwój

Komfort polega na poruszaniu się w znany sposób w ustalonych granicach, na odtwarzaniu tego co znane. Polega na czerpaniu energii z zewnątrz i daje przyjemność.

Rozwój wymaga stawiania sobie wyzwań przekraczających znane i przetestowane granice – dzieje się, kiedy wierzymy, że możemy zrobić coś, czego nie mamy jeszcze w doświadczeniu. Takie wyzwanie wymaga wysiłku, bo zmusza do wytworzenia energii wewnątrz siebie do stworzenia czegoś nowego.

W zakresie słabej strony (tego, czego w sobie nie lubimy) wysiłek został szybko skojarzony z bólem i porażką, więc go unikamy.
W zakresie mocnej strony (tego, na czym w sobie polegamy) wysiłek kojarzy nam się z satysfakcją i sukcesem, więc go poszukujemy.
W pierwszym przypadku nie wierzymy, że mamy dość energii, żeby sobie poradzić, w drugim wierzymy, że mamy jej nielimitowaną ilość.
To ta sama energia, ten sam mózg, ta sama osoba…

Równowaga między komfortem a wyzwaniami wyznacza optymalny sposób rozwoju: pobieranie i wydatkowanie energii na zmianę. 
Kiedy jest za dużo komfortu, tracimy czujność i gotowość do reagowania wysiłkiem, stajemy się słabi, niewydolni.
Kiedy jest za dużo wyzwań, tracimy spokój i radość, stajemy się przeciążeni i sfrustrowani.
Bycie w stałym kontakcie ze sobą, swoimi emocjami i odczuciami – czyli uważność na pierwsze, najmniejsze sygnały na potrzebę zmiany stanu – pozwala na uniknięcie zarówno bólu, jak i stagnacji.

Tendencje

Każdy z nas ma tendencję do automatycznego wysuwania się na prowadzenie w jednym zakresie i podporządkowania się w innym. Wtedy zawsze ta druga ze stron się dostosowuje, przestając słuchać siebie, żeby dotrzymać prowadzącemu kroku. Żeby nauczyć się iść obok innych, nie z przodu czy z tyłu, musimy nauczyć się kontrolować te tendencje: oddawać prowadzenie drugiej stronie tam gdzie wybiegamy naprzód i przejmować je tam, gdzie nie nadążamy.

Schemat ja vs inni

Rodzice wychowują tym, kim są, nie tym, co mówią. 
W tym sensie każdy rodzic daje z siebie wszystko co może i trudno mieć pretensje, że nie daje tego, czego sam nie ma i nie potrafi; po prostu nieświadomie przekazuje swojemu dziecku swoje przekonania na równi ze swoimi genami. Dotyczy to także tego, kim są dla niego inni ludzie, jakie jest miejsce dziecka wśród bliźnich. 

Na podstawie tego, jak rodzice traktują dziecko i jego obserwacji jak rodzice traktują innych ludzi powstaje w umyśle dziecka generalne przekonanie na temat siebie w relacji z resztą świata.
Jeżeli rodzice pełnią rolę służących wobec własnego dziecka (spełniają zachcianki, dają prezenty, bezkrytycznie chwalą, poświęcają się, ustępują, niczego nie wymagając), to dziecko nabiera przekonania, że jest lepsze, ważniejsze od innych, ale też – że jest od nich całkowicie zależne. Że nie musi o nikogo dbać, ale musi znaleźć sposób, żeby inni dawali mu to, do czego przyzwyczaili go rodzice. Musi mieć, ale nie musi się starać.

Jeżeli rodzice wymagają od dziecka zbyt wiele (są niezadowoleni z dziecka, krytykują je, porównują z innymi, nie pozwalają mu na wyrażanie siebie, oczekują szczególnych osiągnieć), to dziecko nabiera przekonania, że jest gorsze niż inni, mniej ważne, i musi zasłużyć na to, żeby być akceptowanym. Że musi się bardzo starać zaspokajać potrzeby innych ludzi i dbać o ich uczucia, zapominając o własnych, bo mogą mu w tym przeszkadzać. Musi dużo z siebie dawać, ale nie musi mieć.

W pierwszym przypadku („jestem ważniejszy niż inni”) człowiek stawia swoje własne potrzeby i uczucia ponad potrzebami i uczuciami innych, jego priorytetem jest on sam, kosztem innych. Ale potrzebuje innych do realizacji swoich potrzeb, co sprawia, że żyje w lęku i paradoksalnie niskim poczuciu własnej wartości – bo nie potrafi być samowystarczalny. Jest uzależniony.

W drugim przypadku („jestem mniej ważny od innych”) człowiek stawia potrzeby i uczucia innych ponad swoimi, jego priorytetem są inni, kosztem siebie samego. Tym samym odcina się od siebie, od własnego źródła zasilania; ulega wyczerpaniu. Podobnie jak w pierwszym przypadku żyje w lęku (że nie zdoła zadowolić innych) i z niskim poczuciem własnej wartości. Jest odseparowany.

Prawda jak zwykle leży pomiędzy tymi skrajnościami.
Nie jesteśmy od siebie uzależnieni, bo każdy z nas jest potencjalnie samowystarczalny jak Robinson Crusoe, i nie jesteśmy samotnymi wyspami na oceanie, bo potrzebujemy siebie nawzajem, żeby się realizować. Współistniejemy na równych prawach. W momencie, w którym zdajemy sobie z tego sprawę, świat staje się lepszy.

Przekładając to na to, co teraz widzimy wokół siebie: ci, którzy robią sobie towarzyskie spotkania w czasie epidemii, ci, którzy gromadzą gigantyczne zapasy dla siebie, nie myśląc o tych, co w tym czasie dla nich pracują, ci, którzy okradają domy w przebraniach służb medycznych, ci, którzy robią biznes podnosząc ceny na najbardziej potrzebne produkty – to nie potwory ani nawet źli ludzie, to mechanizm „ja>inni”. Ci, co poświęcają siebie, żeby służyć innym, ratować innych, to mechanizm „ja<inni”.

Jeżeli przyjmiemy, że nasze umysły tworzą naszą rzeczywistość (dostajemy to, w co wierzymy, samopotwierdzamy swoje przekonania), to jako ludzkość tworzymy taki właśnie świat. Świat, w którym realizują się przekonania „muszę mieć, ale nie będę się starać” i „muszę się starać, ale nie będę mieć”. 
Tak jest na co dzień, ale w rutynie tego nie dostrzegamy. Dopiero sytuacje kryzysowe pokazują nam to wyraźnie. I może taki jest ich sens – żebyśmy mogli zobaczyć swój mechanizm i uzupełnić go o tę brakującą część, zrównoważyć odmiennym doświadczeniem. 
Jest wielu ludzi, którzy obecnej sytuacji realizują równanie ja=inni w praktyce: zachowują się odpowiedzialnie i dbają o swoje bezpieczeństwo, ale pomagają innym w miarę swoich możliwości – robią zakupy starszym osobom, dzielą się zapasami potrzebnych środków, dowożą jedzenie uwięzionym w kwarantannie, oferują dach nad głową tym, co utknęli za granicą. 
Powód, dla którego warto, jest jeden – życie w schemacie „ja>inni” lub „ja<inni” jest życiem w cieniu lęku i cierpienia; wydostanie się z tych schematów, życie w prawdzie, że każde życie jest tak samo cenne, a potrzeby i uczucia każdego tak samo ważne, przynosi wewnętrzny spokój, poczucie własnej wartości, samorealizację, radość – po prostu dobre samopoczucie. 
A równowaga w naszych umysłach tworzy równowagę w naszej rzeczywistości.

Osobiste okulary

To, czy potrafimy cieszyć się życiem i widzieć piękno świata zależy od tego, na ile czujemy się jego częścią. To, czy czujemy się zjednoczeni ze światem, czy odseparowani od niego, zależy od tego, czy czujemy bliskość z innymi ludźmi. To, na ile tworzymy bliskość z drugim człowiekiem, zależy od tego, na ile jesteśmy w kontakcie ze swoimi prawdziwymi uczuciami, kryjącymi się pod rodzinnym i kulturowym zaprogramowaniem.

Dla zdrowego funkcjonowania tak jak do jazdy na rowerze potrzebna jest równowaga, np. pomiędzy aktywnością a snem, pomiędzy odżywianiem a oczyszczaniem organizmu, pomiędzy wysiłkiem i odpoczynkiem, byciem samemu i byciem z innymi itp. 
Tak samo w sferze emocjonalnej optymalne samopoczucie przynosi nam równowaga między umiejętnością dawania i przyjmowania – między przyjemnością otrzymywania uwagi czy wsparcia od innych i satysfakcją z bycia źródłem pozytywnej energii dla kogoś. Żeby zaistniała taka równowaga, potrzebne jest przekonanie o równej ważności własnych i cudzych uczuć czy potrzeb.

W praktyce sposób wychowania w rodzinie i społeczeństwie powoduje, że nasz umysł tworzy jedno z dwóch założeń: albo że nasze uczucia i potrzeby są ważniejsze od cudzych, albo że cudze uczucia i potrzeby są ważniejsze od naszych. 
W pierwszym przypadku jesteśmy trenowani w docenianiu przyjemności z dostawania uwagi, ale nikt nie uczy nas jak być wsparciem dla innych. To tak, jakby nauczyć kogoś ładowania swojej energii z zewnętrznego źródła, którego nie możemy kontrolować – jedynym efektem jest lęk, niepewność, bezsilność. 
W drugim przypadku osiągamy satysfakcję z dawania komuś wsparcia, ale nie umiemy zadbać o to, żeby cokolwiek zapewnić sobie. To tak, jakby mieć własne zasilanie, z którego nie możemy korzystać – jedynym efektem jest wyczerpanie, bezradność, osamotnienie. 
W obu przypadkach trenujemy tylko połowę swojego potencjału – tak jak nas nauczono. To trochę tak, jakbyśmy zdecydowali, że będziemy albo jeść, albo pić… Nie da się zastąpić jednego większą ilością drugiego.

Na ile zapominamy o cudzych lub własnych uczuciach i potrzebach, na tyle niekompletną, niekompatybilną bliskość tworzymy z innymi ludźmi. To poczucie bliskości z kolei bezpośrednio wpływa na to, czy czujemy się gospodarzem w swoim świecie, czy gościem z innej planety walczącym o przetrwanie. 
To, co jest na zewnątrz, jest tylko odbiciem tego, co jest wewnątrz – równowagi tworzącej „my” albo jej braku, tworzącego „ja i oni”.