Rozczarowanie

Im bardziej rodzice próbują sobie skompensować własne życiowe niepowodzenia (w relacjach z innymi, w karierze zawodowej), tym konkretniejszą mają wizję swojego dziecka (jakie będzie, co osiągnie). Dziecko jest wtedy chwalone za to, co robi zgodnie z wizją rodziców, a krytykowane czy nawet ośmieszane, kiedy próbuje wyrażać siebie. 

W umyśle takiego dziecka powstaje przekonanie, że nie można pogodzić miłości do siebie i miłości do rodziców, że trzeba wybrać jedną z nich. Dla całkowicie zależnej od dorosłych małej istoty wybór jest jasny: trzeba zasłużyć na miłość rodziców za wszelka cenę. Ale jak to zrobić, kiedy działa się wbrew sobie, wbrew swoim predyspozycjom i potrzebom? Nigdy nie jest się wystarczająco dobrym. W efekcie zamiast rodzicielskiej akceptacji dziecko odczuwa ich ciągłe rozczarowanie. I staje się rozczarowaniem, przyjmuje je za część swojej tożsamości. Tą tożsamością tworzy potem swoje dorosłe życie.

Z jednej strony taki człowiek oczekuje od życia tego, co zna, czyli rozczarowania sobą; dlatego podświadomie szuka takich doświadczeń, które potwierdzą to przekonanie, że nie jest wystarczająco dobry, nie spełnia czyichś oczekiwań, nie zasługuje na czyjąś uwagę, akceptację, miłość. 

Z drugiej strony – ponieważ głos naszych rodziców staje się naszym wewnętrznym głosem – taki człowiek nieustannie rozczarowuje samego siebie. Dokonuje takich wyborów i podejmuje takie decyzje, które go krzywdzą, podtrzymując przyjęte nieświadomie przekonanie i tworząc samospełniającą się przepowiednię.

Granice ja

Przez pół życia koncentrujemy się na tym, żeby stać się KIMŚ. Zdefiniować się, odkryć swoją tożsamość, znaleźć swoją szufladkę, przez porównywanie się z innymi ustalić, jacy jesteśmy, od „ja zawsze” do „ja nigdy”. 

A kiedy już to wiemy i przetestowaliśmy to tak dobrze, że możemy siebie rozrysować na wykresie, zaczyna się proces odwrotny – odkrywanie, że możemy być WSZYSTKIM. Że granice, które uznaliśmy za własne są umowne, bo zależą od sposobu myślenia, który stale ulega ewolucji. Im bardziej świadomie tę ewolucję wspieramy, tym szersze otwierają się przed nami możliwości.

Zawsze czy teraz

Definiowanie siebie jest tworzeniem wizerunku, jest wybieraniem pojedynczych ekstremów z nieograniczonego potencjału.

Kiedy myślimy o sobie „jestem odważny” zaprzeczamy sytuacjom, w których stchórzyliśmy, kiedy mówimy „jestem tchórzem”, zaprzeczamy sytuacjom, w których byliśmy odważni. Za każdym razem umysł przechowuje w pamięci coś, co do tego stwierdzenia nie pasuje.

W różnych obszarach zachowujemy się różnie, więc jedynym prawdziwym stwierdzeniem jest: „teraz zachowałem się odważnie”, „tym razem skłamałam”, „ten ruch był dobry”.

Tu i teraz jest jedynym stanem, wobec nazwania którego umysł się nie buntuje, nie wytwarza wewnętrznych konfliktów i negatywnych emocji.

Droga do siebie

Rodzice, którzy wymuszają na dziecku konkretne zachowania nie zważając na jego rzeczywiste potrzeby i uczucia, naruszają jego granice, jego tożsamość. 

Rodzice, którzy zapewniają dziecku optymalne warunki do rozwoju, podążając za jego pomysłami, nie pozwalają ukształtować się jego granicom, a więc i tożsamości.

W pierwszym przypadku dziecko musi zawalczyć o siebie, w drugim – odnaleźć siebie. Nie da się zablokować w człowieku potrzeby samorozwoju, samorealizacji, odkrywania swojej naturalnej prawdziwej tożsamości jaką jest miłość.

Umysł jest jak komputer

Umysł jest jak podarowany nam komputer, gdzie inni ludzie wrzucili ważne dla siebie dane – każdy inne, i każdy skatalogował je po swojemu. Siłą rzeczy mamy bałagan w głowie, nie widząc wszystkiego, nie potrafiąc zarządzać sprzecznymi danymi, poruszając się wśród przedatowanych informacji, praktycznie po omacku. Na dodatek ten bałagan jest niepowtarzalny, nikt nie ma bliźniaczego zestawu, nikt nie posprząta tego za nas. Utożsamiając się ze swoim umysłem, skazujemy się na głębokie poczucie samotności, jak bycie samotną wyspą na oceanie albo bycie jedynym człowiekiem władającym danym językiem.

Tożsamość

Nie chodzi o to, żeby wszystkim dawać wszystko, bo nie wszyscy to udźwigną, nie można nikogo uszczęśliwić na siłę.

Chodzi o to, żeby wszystkich traktować z takim samym szacunkiem i uniwersalnie rozumianą miłością.

Bo tak naprawdę nie chodzi o innych, chodzi o to, kim jesteśmy: czy jesteśmy zależni od okoliczności, reaktywni i zmienni w zależności od tego, co dostajemy, czy jesteśmy sobą, zawsze.

Najstarsze przekonania

Zmieniamy się całe życie, bo wraz z nabywaniem nowego doświadczenia zmieniają się nasze przekonania. Są to jednak zmiany na powierzchni. Możemy również zmienić to, co automatycznie i przypadkowo zapisało się w nas na samym początku (i tak naprawdę rządzi nami często wbrew naszej woli), ale potrzebny jest do tego świadomy wysiłek. Polega on na neutralnym przyglądaniu się sobie, swoim emocjom i reakcjom na świat zewnętrzny i szukaniu prawdziwego siebie pod warstwami przekonań o sobie przyjętymi od innych. Można powiedzieć, że polega to na udowadnianiu sobie, że jesteśmy czymś znacznie bardziej wszechstronnym niż wskazują na to ramki, w których nas zamknięto w procesie wychowania i socjalizacji. Przekraczanie tych ramek budzi nasze silne dziecięce lęki, dlatego wielu ludzi nie odważa się przekroczyć tej umownej granicy i nie rozwija swojego potencjału.

Kim jestem

Często jest tak, że dla tych, od których zależymy, jesteśmy mili, a lekceważymy tych, od których nic nie potrzebujemy. Że szanujemy tych, którzy stali się rozpoznawalni (np. profesorów, celebrytów, polityków), a lubimy upokarzać tych, którzy nie mają dobrej pracy, pieniędzy i markowych ubrań. Że podtrzymujemy relacje z tymi, którzy mogą nam się przydać, a zrywamy z tymi, którzy mogliby czegoś od nas potrzebować. 

Kategoryzujemy innych, żeby odpowiednio się zachować i zadbać o swoją satysfakcję w postaci gestu uznania od ważnej osoby albo swojego poczucia wyższości, „lepszości” od tych, którym mniej się w życiu udało. 
Wierzymy, że nasze samopoczucie zależy od tego, jak wypadamy w kontekście innych, i dlatego tak dbamy o to, żeby otaczać się tymi, którzy są „kimś”, podkreślając jednocześnie swoją odmienność od tych, którzy są „nikim” w społecznej hierarchii.
Ale tak naprawdę pozycja społeczna, którą trzeba z wysiłkiem utrzymywać nie jest w stanie zapewnić nam stabilnego poczucia własnej wartości. Wystarczy czyjaś krytyczna uwaga, wystarczy drobna zmiana w społecznym rankingu, moda na inną wartość, a lęk już nie da nam zasnąć.

Zapominamy, że jesteśmy dla siebie samych towarzystwem, którego nie da się pozbyć ani na chwilę, i to ono właśnie decyduje, jak wartościowi się czujemy – nie inni ludzie. 
To my sami, szufladkując i wartościując innych, stajemy się dla siebie mało wartościowym towarzystwem – kimś, kto zmienia swoje zachowanie i swoje przekonania w zależności od okoliczności, w zależności od presji lub korzyści. 
Nie szanując innych ludzi, sami siebie skazujemy na towarzystwo kogoś, kogo nie szanujemy, nie lubimy.

Wewnętrzny spokój i dobre samopoczucie nie biorą się z satysfakcjonującego wyniku porównywania się z innymi, ale z poczucia zadowolenia ze świadomego wyboru własnej hierarchii wartości – tego, kim naprawdę jesteśmy, kim zdecydowaliśmy się być – nawet wtedy, kiedy nikt nie widzi.