Szczęście to samorealizacja

Szczęście to zadowolenie z siebie, z tego kim się jest i co się w życiu tworzy. Żeby być zadowolonym z siebie, trzeba mieć satysfakcję z tego, co się robi, czyli trzeba się samorealizować, rozwijać. Żeby się rozwijać potrzebna jest jakaś zmiana, wyzwanie. Motywacją do zmiany jest wiara w siebie, bo tylko ona pozwala na wytworzenie energii na coś, co jeszcze realnie nie istnieje, na stworzenie czegoś, co istnieje tylko w naszej wyobraźni. 

Dopóki w jakimś obszarze wierzymy, że jesteśmy zależni od energii innych ludzi, nie możemy tworzyć – pobieramy energię po to, żeby utrzymać status quo, to co jest, i zawsze boimy się, że może tej cudzej energii zabraknąć. Kiedy robimy wysiłek, doświadczamy tworzenia energii – robimy więcej niż to, na co nas stać, ale dzięki temu stać nas na więcej, bo już wiemy, że potrafimy, zmienia się nasz standard. Dotyczy to zarówno budowania mięśni, nauki obcego języka czy pokonywania nieśmiałości – ryzykujemy wysiłek na kredyt, bo wierzymy, że zmiana jest możliwa i że przyniesie więcej energii niż na nią wydaliśmy. 

Tę energię „na kredyt” mamy zawsze dostępną w sobie, ale potrzebujemy impulsu do jej wykorzystania. Potrzebujemy innych ludzi, którzy nam pokażą swoim przykładem, że to jest możliwe, którzy zmienią nasze standardy myślenia, zainspirują nas do zaryzykowania zmiany, przekroczenia tego, co nasz umysł uznał za niemożliwe, nieosiągalne.

Energia we Wszechświecie jest stała, a my mamy do niej potencjalnie nieograniczony dostęp – wykorzystujemy go jednak na tyle, na ile w to wierzymy. Jeśli wierzymy, że potrzebujemy pośredników, uzależniamy się od pośredników i stajemy się konsumentami; jeżeli wierzymy, że możemy czerpać ze źródła, czerpiemy ze źródła i stajemy się twórcami.

Dwa źródła

Dostajemy „na wyposażeniu” dwa rodzaje źródeł informacji: czucie (odczucia fizyczne i emocje) oraz umysł (sposób myślenia, przetwarzania danych z doświadczenia). Czucie jest głosem wewnętrznym, wyrażającym potrzeby (czego chcę); umysł reprezentuje głos zewnętrzny, logikę na bazie doświadczenia uwzględniającego oczekiwania i potrzeby innych ludzi (co jest dostępne, czego chcą inni, co się opłaca). Czucie jest wspólne dla nas wszystkich, ale logika każdego umysłu jest niepowtarzalna jak linie papilarne. Innymi słowy – dostajemy ten sam materiał, ale różne narzędzia do jego obróbki.
Równowaga w korzystaniu z tych dwóch źródeł daje naturalny stan szczęścia – kiedy na podstawie danych z obydwu źródeł świadomie decydujemy, czego nam potrzeba i jak to zdobyć w zgodzie z sobą i innymi. Ten naturalny stan szczęśliwego bycia jest trudny do osiągnięcia, ponieważ od dzieciństwa na wzór rodziców i opiekunów utożsamiamy się na zmianę to z czuciem, to z umysłem, a bardzo rzadko ze świadomością, która dokonuje wyboru po wysłuchaniu obu.
Kiedy bezwzględnie podążamy za swoimi potrzebami, dominujemy, a nawet krzywdzimy innych; kiedy idziemy za logiką umysłu, odcinając się od czucia, krzywdzimy siebie. Ponieważ od dziecka jesteśmy nagradzani przede wszystkim za osiągnięcia intelektualne, więc po latach treningu w utożsamianiu się ze swoim umysłem jemy nie wtedy, kiedy jesteśmy głodni, tylko wtedy, kiedy jest przerwa w pracy, albo jest towarzystwo, albo kiedy mamy na to czas; jemy nie to, czego potrzebuje nasz organizm, tylko to, co jest, albo co zaleca jakaś dieta; śpimy tyle, na ile pozwala nam budzik, nie zapotrzebowanie organizmu; jesteśmy aktywni, kiedy pozwala nam na to grafik, a nie kiedy potrzebuje tego nasze ciało; ubieramy nie to, co daje nam komfort, tylko to, co jest modne. Pracujemy nie do zmęczenia, które sygnalizuje nam ciało, tylko tyle, ile wymaga „sytuacja”, awans, zrobienie kariery. Umysł nie pozwala nam na rozwijanie zainteresowań, naszych naturalnych predyspozycji, bo nie mamy na to czasu i siły; odcina nas od odczuć i emocji, żeby osiągnąć konkretny efekt lub cel; zamienia naszą niematerialną wiarę w materialną religijność. Umysł sprawia, że staramy się stworzyć obrazki, które mają nas uszczęśliwić, ale bez czucia nie jesteśmy w stanie tego zaplanowanego szczęścia doświadczyć.
Więc czasami dla równowagi czucie bierze górę i wycina umysł – jemy w środku nocy i jemy rzeczy, które nam szkodzą; śpimy cały weekend albo trenujemy bez wytchnienia za cały miesiąc, chodzimy wyłącznie w wyciągniętym dresie; imprezujemy do rana; układamy puzzle cały dzień; wyrzucamy z siebie wszystkie nagromadzone emocje w kłótni o drobiazg; i obwiniamy Boga za życie bez sensu, bo tak czy siak czujemy się źle.
Kiedy utożsamiamy się tylko z częścią siebie – czy to z czuciem, czy umysłem – staramy się być szczęśliwi, ale za bardzo nam się to nie udaje, bo niewysłuchane negatywne emocje nie chcą odejść, a nawet pojawiają się nowe, prowokując umysł do silniejszego działania przeciwko nim. Kiedy jak mediator wysłuchujemy każdej strony, a potem decydujemy, co będzie najlepszym rozwiązaniem, doświadczamy pozytywnych emocji (radości, spokoju, nadziei, satysfakcji). Na ile staje się to naszym nawykiem, na tyle emocje stają się stanem – na tyle jesteśmy w życiu szczęśliwi.

Serce czy rozum?

Rodząc się na tym świecie, posługujemy się wyłącznie czuciem. 

Odczuwanie dyskomfortu fizycznego czy emocjonalnego każe niemowlętom komunikować swoje potrzeby i otrzymywać od rodziców wsparcie. Z czasem doświadczają one jednak, że opiekunowie, od których zależą, nie zawsze są zadowoleni z ich emocji i nie zawsze uważają ich potrzeby za właściwe. Aby zdobyć akceptację i miłość dorosłych, dzieci zastępują czucie umysłem, próbując sobie wmówić, że nie czują tego, co czują, i że chcą tego, czego chcą ich rodzice; za pomocą logicznego rozumowania próbują znaleźć sposób jak zdobyć miłość, zaprzeczając temu, co czują.

Umysł dziecka nie ma doświadczenia, nie tworzy z niczego – sposób na „spacyfikowanie” swoich emocji umysłem dziecko przejmuje ze swojego otoczenia, od opiekunów. Nie zawsze naśladuje zachowania rodziców, ale zawsze naśladuje ich mechanizm radzenia sobie z emocjami. I stosuje ten mechanizm później, w dorosłym życiu, we wszystkich swoich relacjach z innymi ludźmi.

Najbardziej typowy przykład: poświęcająca się matka, wyrażająca swoją miłość do dziecka nadmiernym dawaniem i opiekowaniem się, wychowa egocentryka i egoistę, biorcę nie liczącego się z uczuciami innych. Zachowanie matki i dziecka jest krańcowo różne (dlaczego, wyjaśniam w rozdziale 2 i 6 swojej książki), ale mechanizm radzenia sobie z własnymi emocjami ten sam. Matka odcina się od swoich uczuć i potrzeb, próbując zdobyć w ten sposób miłość dziecka (tak jak w dzieciństwie miłość rodziców, a potem partnera). Nie pozwala sobie czuć złości i gniewu, kiedy dziecko (rodzic, partner czy współpracownik) przekracza jej granice, odbiera prawa, depcze uczucia; nie pozwala sobie na odczuwanie rozczarowania, żalu, rozgoryczenia, poczucia krzywdy. I to jest właśnie to, co jej dziecko kopiuje: odcięcie się od swoich emocji –  w jego przypadku od swojej empatii, wrażliwości na potrzeby drugiej osoby, od negatywnych uczuć związanych z krzywdzeniem kogoś, od własnej bezradności, bezsilności i niezadowolenia z siebie. Im bardziej jedno poświęca siebie, tym większym socjopatą staje się drugie.

Członkowie danej rodziny mogą zachowywać się różnie, naśladując wybiórczo zachowania innych wokół siebie, ale wszyscy „dziedziczą” ten sam sposób radzenia sobie z emocjami, jaki mają najbliżsi opiekunowie. Często się mówi, że np. syn naśladuje postawę narcystyczną ojca – ale okazuje się, że nawet kiedy ojciec nie uczestniczy w wychowaniu dziecka, przejawia ono taką postawę. Mówimy wtedy, że to wina genów ojca, skoro matka jest taka ofiarna i tak bardzo się stara – ale to właśnie jej zachowanie kształtuje taką osobowość dziecka: w dzieciństwie nauczyła się ustępować dominującemu ojcu, żeby ją akceptował; potem jej ustępliwość przyciągnęła dominującego partnera, i jej ustępliwość (rozumiana jako negowanie swoich potrzeb i uczuć) ukształtowała jej dziecko. To ten sam mechanizm odcięcia się od swoich emocji dziedziczony przez naśladownictwo przez pokolenia mimo czasami krańcowo różnych zachowań.

Zastąpienie czucia umysłem pozwala nam wierzyć, że kontrolujemy akceptację innych ludzi, ale nie potrafi nas uszczęśliwić, bo prowadzi nas do namiastek i zastępników tego, czego naprawdę potrzebujemy; jedynie odtwarza to, co znamy i przed czym uciekamy. Żeby być autentycznie szczęśliwym, trzeba być w kontakcie zarówno ze swoimi emocjami i uczuciami, jak i umysłem – bo emocje i odczucia z ciała mówią nam, czego potrzebujemy, a świadomy umysł pomaga nam zdecydować jak to osiągnąć bez szkodliwych konsekwencji dla siebie i innych – czyli bez tworzenia kolejnych negatywnych emocji.

Równowaga

Równowaga jest jedynym uniwersalnym przepisem na szczęście i zdrowie. Zapominamy jednak, że każdy z nas jest inny i czego innego potrzebuje, że by tę równowagę osiągnąć – czegoś odwrotnego do tego, co ma. 
Dlatego jedni potrzebują spokoju, inni szaleństwa, jedni muszą nauczyć się krzyczeć, drudzy znajdować w sobie ciszę; jedni muszą jeść więcej, inni mniej, jedni potrzebują nauczyć się szanować innych, drudzy siebie… 
Równowaga jest stanem miłości – jest tym samym stanem dla wszystkich, ale jej osiąganie odbywa się absolutnie indywidualną i odmienną od innych drogą.

Weryfikacja przekonań

Przekonania o byciu kimś bezsilnym, zależnym (czyli ofiarą) mogą przejawiać się w różny sposób. 

Ktoś może czuć się bezradny, uzależniony od pomocy i wsparcia innych ludzi, od autorytetów, ekspertów, pośredników.

Ktoś inny może czuć się osamotniony, zdany sam na siebie, pozbawiony wsparcia i pomocy.

Ale również ktoś może po prostu wierzyć, że jest pionkiem w swoim życiu, że jego los biernie zależy od efektu walk jakichś zewnętrznych sił.

Można też być przekonanym o tym, że ciąży na kimś klątwa, że czyjeś słowa niszczą temu komuś życie; albo że życie przodków uniemożliwia czyjeś szczęście, albo geny blokują nam osiąganie sukcesów czy satysfakcji.

Prawda jest taka, że inni ludzie są dla nas wzorcem, standardem i inspiracją, ale nas nie determinują. Zawsze ostatecznie to nasze własne przekonania decydują o tym, jakie jest nasze życie – dopóki są nieświadome, sprowadzają na nas cierpienie, kiedy weryfikujemy je świadomie stają się źródłem naszego szczęścia.

Moc

Winiąc kogoś za swoją krzywdę czy pragnąc wyrównania jej miłością innych, oddajemy siebie w czyjeś ręce, uzależniamy się od czyjejś miłości czy aprobaty. 

Ludzie są tylko ludźmi, nikt nie jest nieomylny i nikt nie może zagwarantować nam szczęścia, choćby miał najczystsze intencje. 

Tylko my sami mamy władzę nad tym, żeby zdecydować kim jesteśmy niezależnie od tego, co nas w życiu spotkało – odbierając w ten sposób przypadkowym doświadczeniom możliwość decydowania o swojej wartości raz na zawsze. Albo rzeczywistość stworzona przez innych zdecyduje o tym, w co wierzymy i kim jesteśmy, albo to, w co uwierzymy, stworzy rzeczywistość, jakiej pragniemy. 

To nasza moc, z której nie zdajemy sobie sprawy.

Kształt miłości

Rozpieszczone dzieci w dorosłym życiu poszukują kształtu miłości zapamiętanej z dzieciństwa; wydaje im się, że jeśli odtworzą sytuację kiedy zostają wyróżnione kosztem innych, będą szczęśliwe. 

Z kolei dorośli, którzy jako dzieci nie zaznali zrozumienia dla swoich potrzeb, wobec których więcej wymagano niż im dawano, mają tendencję do wyrozumiałości i ustępowania innym kosztem siebie, do „kupowania” sobie w ten sposób nadziei na zostanie zauważonym i zrozumianym. 

Rozpieszczeni i skrzywdzeni dorośli przyciągają się jak magnes, bo pasują do swoich przekonań jak klucz do zamka. Problem tkwi w tym, że to, co nie jest miłością, nie uszczęśliwia. 

Rozpieszczone dzieci chcą zawsze więcej, nieważne czyim kosztem, a skrzywdzone rozpaczliwie ustępują coraz bardziej, więc obie strony czują się tylko bardziej nieszczęśliwe i nierozumiane, bo coraz bardziej oddalają się od prawdziwej miłości, która jest równowagą. Jedni chcą zrozumienia dla tego, co miłością nie jest, drudzy za namiastki zrozumienia rezygnują z siebie, więc logicznie każde z nich zdąża ku autodestrukcji, tyle że na różny sposób. 

Tak naprawdę rozpieszczone dzieci potrzebują do szczęścia nauczenia się poszanowania cudzych granic, a skrzywdzone – poszanowania własnych.

Lęk i miłość

Lęk pyta: „chcesz mieć cokolwiek czy zostać z niczym?”, 

radzi: „działaj szybko, trzymaj mocno, rób co w Twojej mocy, żeby tego nie stracić, bo możesz nie mieć drugiej okazji!”

– i rodzi napięcie.

Miłość pyta: „chcesz wszystko?”, 

radzi: „nie spiesz się, puść to co masz, używaj tego co zostanie przy Tobie zgodnie z jego przeznaczeniem i idź za tym co czujesz, że Cię wzmacnia”

– i rodzi szczęście.

Marzenia

Ze wszystkiego, z czym się zetknęliśmy w jakikolwiek sposób, nasz umysł tworzy wyobrażenia i oczekiwania wobec tego, czego jeszcze nie doświadczyliśmy. Tak zostaje uszyty patchwork marzeń. 

Wydaje nam się, że im bardziej będziemy pilnować, żeby wszystko szło zgodnie z naszymi wyobrażeniami i oczekiwaniami, tym będziemy szczęśliwsi. Ale często to, co nas naprawdę uszczęśliwia, paradoksalnie wymaga odpuszczenia naszego scenariusza, naszego przekonania o tym, czym jest szczęście – na rzecz tego, co naprawdę, tu i teraz, realnie sprawia, że czujemy się szczęśliwi. 

Szczęście

Szczęście nie ma definicji. Jest tym, co sprawia, że możemy fruwać mimo braku skrzydeł. Przyglądając się innym ludziom, tworzymy założenia – że szczęście to dużo pieniędzy, albo duża rodzina, albo życie bez limitów, albo sława… I takie życzenie puszczamy w świat do realizacji – „chcę mieć dużo pieniędzy”, „chcę mieć dużą rodzinę”, „chcę żyć bez ograniczeń”, „chcę być sławny” – i to życzenie się realizuje, dokładnie to. Mamy pieniądze czy sławę, ale nie mamy satysfakcjonujących relacji z innymi. Mamy rodzinę, ale żeby ją utrzymać, siedzimy non-stop w pracy. Mamy nieograniczoną wolność, ale czujemy się samotni. Słowem dostajemy to, co chcieliśmy, a nie czujemy się szczęśliwi – raczej oszukani. Ale to my oszukujemy samych siebie, próbując ustalać logicznie i kontrolować co da nam szczęście. Szczęście to coś, co się czuje, stan, który doświadczamy tu i teraz, a nie coś, co się planuje, jakiś punkt w przyszłości. Nie można dojść do celu, nie idąc drogą, która do niego prowadzi, więc jaki jest sens w tym, że poświęcamy swoje dobre samopoczucie, żeby znaleźć szczęście? 
Ale jeśli idziemy za tym, co sprawia, że się czujemy lepiej z samym sobą, co dodaje nam skrzydeł, to idziemy we właściwym kierunku, żeby pomnażać poczucie szczęścia. 
Bo szczęście nie ma definicji, jest najbardziej spersonalizowanym produktem na świecie.