Świadomość siebie

Nasze niezaspokojone w dzieciństwie potrzeby sprawiają, że dajemy coś swoim dzieciom w nadmiarze. Doświadczenie w swoim dzieciństwie głodu każe swoje dziecko przekarmiać, przeżyta bieda każe zasypywać je prezentami, dawny brak emocjonalnego wsparcia każe tolerować dziecięce emocje bez granic, a brak wymarzonego wykształcenia/kariery każe wypełniać dziecku cały wolny czas kursami, zajęciami czy treningami.

Potrzeba była i pozostała wewnątrz, a próbujemy zaspokoić ją na zewnątrz, w tym przypadku za pomocą swoich dzieci. Wielu rodziców traktuje swoje dzieci jak swoje drugie życie, nie widząc faktu, że są one odrębnymi istotami z własnymi potrzebami i predyspozycjami, więc ta projekcja zachodzi łatwo, automatycznie. Trudno jednak satysfakcjonująco żyć cudzym życiem – równie dobrze można oczekiwać, że przestanie się być głodnym, bo ktoś inny zjadł posiłek.

O ile w relacjach z własnymi dziećmi chcemy wypłaty za włożony wysiłek, o tyle w relacjach z innymi, obcymi ludźmi szukamy darmowych wpłat na swoje konto. Szukamy w nich – na zewnątrz – tego, czego potrzebujemy wewnątrz. Oczekujemy, a nawet wymagamy od innych tego, czego nie dajemy sobie sami. Na przykład naszą uwagę przykuwa każda cudza wyjątkowość, podkreślona indywidualność – bo nie potrafimy zauważyć i wyrazić własnej. Albo jesteśmy wyczuleni na to, czy inni wystarczająco okazują nam szacunek – bo zupełnie nie szanujemy sami siebie. Albo żądamy prawdy, nienawidzimy kłamstwa – bo potrzebujemy własnej wewnętrznej spójności. Albo wyczekujemy komplementów, które mają zastąpić brak wiary w siebie i podnieść niską samoocenę. Ta strategia – tak samo jak zaspokajanie swoich potrzeb za pośrednictwem dzieci – również nie działa. Inni ludzie mają moc wpływania na nasz sposób myślenia tylko wtedy, kiedy jesteśmy małymi dziećmi, i nasz umysł zapisuje jako wzorce wszystko, z czym się zetknie przez pierwsze lata życia. Pod wpływem reakcji innych ludzi może zapisać kompleks na jakimś punkcie, ale żadna ilość późniejszych komplementów go nie wymaże, dopóki nie zrobimy tego sami. Inni mogą nas do tego zainspirować, ale nie mogą tego zrobić za nas. Mogą nam dać to, czego chcemy, ale nie mogą sprawić, żeby to poczucie zaspokojenia zostało z nami na stałe.

Żeby było ciekawiej, czasami umysł próbuje rozwiązywać problemy sam, poza naszą świadomością. Dla umysłu ważna jest równowaga, nieważny jest kontekst. Dlatego jeśli pozwolimy komuś na ingerencję w jakiś obszar siebie, sami zaczniemy wywierać presję na kogoś innego, w innej sferze, w innej sprawie. Pozornie niepowiązane zdarzenia, ale dla umysłu granice się zgadzają – ktoś nam zabrał kawałek naszego „ja”, my zabraliśmy komuś… Albo mamy „dziurę” w sferze dobrostanu emocjonalnego, a próbujemy ją załatać dobrobytem materialnym (tak jak „pocieszamy” się jedzeniem, kiedy nam smutno)… Albo kiedy tkwi w nas poczucie zranienia, bezbronności, bezradności z dzieciństwa i próbujemy je zagłuszyć walcząc o prawa zwierząt… W każdym z tych przykładów umysł tworzy „rozwiązanie” problemu poza miejscem, którego problem dotyczy, jakby zakładał opatrunek na cudze (czasem nawet zdrowe) kolano zamiast na nasz własny zdarty łokieć. Umysł jest robotem, i jego takie rozwiązanie satysfakcjonuje. Dlatego mamy dodatkowy system naprowadzający – emocje, które nas ostrzegają, kiedy ten automatyczny „naprawiacz” zbacza z toru. Emocje są strażnikami naszego prawdziwego „ja” i pojawiają się zawsze, uporczywie i nieustępliwie, kiedy coś temu „ja” zagraża, kiedy umysł sprowadza nas na manowce. Jeśli rozumiemy, że emocje mają nam pomóc namierzyć problem i idziemy tam, gdzie kierują naszą uwagę, to możemy świadomie wybrać właściwe rozwiązanie i naprawić to, co poszło nie tak. Jeśli traktujemy emocje jak kolejny problem, to umysł spróbuje go rozwiązać za pomocą własnej logiki i… [tu powinna się pojawić złowieszcza muzyka zapowiadająca thriller]

Negatywne emocje motywują umysł do szukania wyjścia z sytuacji; logika umysłu tworzy rozwiązania pozorne, obejście awarii, które nie powoduje zniknięcia problemu, tylko jego przeniesienie; ten stan tworzy kolejne negatywne emocje, sygnalizujące podwójną awarię, i znowu angażujące umysł do działania według własnej logiki… Bez udziału świadomości w tym procesie dostajemy się w błędne koło coraz bardziej niezrozumiałych zachowań i emocji, oceniając je na dodatek moralnie i dokładając cierpienia sobie i innym.

Zaplątanie

Umysł jest w stanie połączyć każde, nawet najbardziej sprzeczne dane w logiczną całość, nie jest jednak w stanie zlikwidować konfliktu emocji związanych z tymi danymi. Dlatego często miewamy mieszane uczucia, jakby targały nami dwie przeciwstawne siły. Dopóki skupiamy się na tym, żeby to wyciszyć, zagłuszyć, żeby tego nie czuć – dopóty się nie uwolnimy. Trzeba pozwolić sobie poczuć cały ten dyskomfort i przyjrzeć się swoim emocjom z boku, jakby były cudze. To pozwala nam je zobaczyć, nazwać i zrozumieć. A jak coś ma już konkretny kształt, to można poszukać rozwiązania – czyli świadomie użyć umysłu do odpętlenia tego, co zaplątał poza naszą świadomością.

Zarośnięte ścieżki

To nieprawda, że jesteśmy tacy, a nie inni. W rzeczywistości mamy dostęp do wszystkiego, możemy być kimkolwiek. Po prostu te ścieżki w naszym umyśle, którymi nas prowadzono są wydeptane i oczywiste, te pozostałe zarośnięte i niepewne, bo nieznane. Szukając rozwiązania, automatycznie kierujemy się tam, gdzie zawsze, i zaczynamy wierzyć, że tylko to jest dla nas dostępne, że inne ścieżki nie istnieją. Gdybyśmy jednak świadomie wybrali podróż po zarośniętych szlakach, mogłyby one odkryć przed nami to, czego nie potrafimy znaleźć na znanym terenie.

Wybaczenie

Często uczucie pokrzywdzenia pozostałe z dzieciństwa powoduje, że bierzemy odwet za swój lęk na innych ludziach. To nie pomaga, bo jeszcze bardziej nie lubimy siebie; ale paradoksalnie wybaczenie tym, którzy zasiali w nas lęk też nie zmienia wszystkiego. Uwalnia nas od szukania rozwiązania na zewnątrz, ale tak naprawdę poszukujemy równowagi pomiędzy sobą a innymi – tego, co tę równowagę przywróci.

Dlatego ostatecznie musimy wybaczyć SOBIE, że pozwoliliśmy innym ludziom traktować nas według tego samego wzorca, a co więcej, że sami siebie traktowaliśmy w ten sam sposób, po macoszemu. Dopiero to wybaczenie uwalnia nas od przymusu zdominowania innych lub podporządkowania się im.