Chcieć a móc

Rodzice chcą, żeby ich dzieci były szczęśliwe.

To szczęście ma jednak dla rodzica konkretny kształt, dziecko ma być „jakieś”. Co więcej, ma być takie wbrew temu, co robią jego rodzice…

„Chcę, żeby moje dziecko dobrze sobie radziło w życiu” mówi mama drugoklasisty, która wciąż pomaga mu w jedzeniu i ubieraniu się, wyręcza we wszystkich czynnościach.

„Chcę, żeby moje dziecko było radosne” mówi tata, który krytykuje każdy ruch swojej córki.

„Chcemy, żeby nasze dziecko dobrze radziło sobie finansowo” mówią rodzice, kupując dziecku każdą rzecz, na którą wskaże.

„Chcę, żeby moje dziecko dobrze się uczyło, zdobyło wykształcenie, dostało dobrą pracę” mówi mama, która odrabia za córkę lekcje do szkoły.

„Chcę, żeby moje dziecko miało dobre relacje z rówieśnikami” mówi tata, który głośno wyraża swoje niepochlebne uwagi na temat swoich znajomych i przyjaciół syna.

Chcemy dla swoich dzieci tego, czego sami nie mamy, czego nam brakuje, za czym tęsknimy. Chcemy dać dzieciom więcej niż sami mamy. Jak jednak można dać komuś coś, czego się nie ma? Jak można uszczęśliwić dziecko, będąc samemu nieszczęśliwym? Dzieci nie uczą się przez słowa, które wypowiada rodzic; dzieci naśladują zachowania swoich opiekunów. Dlatego warto przyjrzeć się swoim przekonaniom, powodującym takie a nie inne reakcje, zanim zacznie się oczekiwać czegoś od dziecka.

O wsparciu

Istnieje taka definicja przyjaźni mówiąca, że zawsze stoi się po stronie przyjaciela, bez względu na to co zrobił. Tak też często rodzice rozumieją wspieranie swojego dziecka. 

Zawsze pytam – a jaka jest korzyść z tego, że przyjaciel dołącza do przyjaciela, który idzie do piekła? Dwóch w piekle? Przyjaciel (czy rodzic) jest po to, żeby pomóc komuś widzieć co jest dobre, a co szkodliwe czy krzywdzące w jego zachowaniu. To takie zaufane drugie „ja”. Skoro zaufane, to nie powinno przekłamywać rzeczywistości.
Problem polega na tym, że utożsamiamy czyn z człowiekiem – bronimy człowieka, jakbyśmy siebie i innych chcieli przekonać, że nie jest zły tak jak to co zrobił. Albo że to co zrobił nie jest takie złe, bo człowiek nie jest zły, przecież go znamy.
A zachowanie jest jak ubranie – mamy jakiś styl, ale i tak za każdym razem wybieramy od nowa, dowolnie. Dobry człowiek (taki, który zazwyczaj zachowuje się w porządku wobec innych) może zrobić coś paskudnego i odwrotnie – ktoś, po kim niewiele się spodziewamy może zaskoczyć bohaterską postawą. To jaki jest wtedy – dobry czy zły?

Człowiek jest jaki jest, zachowuje się różnie. Przyjaźń czy dojrzałe rodzicielstwo polegają na tym, że pomaga się widzieć to co jest bez oceniania i odrzucania, wspierając w wybieraniu tego co dobre.