Zapomniana część „ja”

Tam, gdzie rodzice są słabi, dzieci muszą być silne, i na odwrót – gdzie rodzice są nadmiernie ekspansywni, tam dzieci stają się słabe, zależne. Bardzo często silna strona rodzica staje się słabą stroną dziecka, a słaba strona rodzica – silną stroną dziecka. Z tego powodu zmiana myślenia o swojej słabości jest podwójnie trudna: nie tylko trzeba wystąpić przeciwko lękom, które ją chronią, ale i przeciwko lękom związanym z odstraszającym przykładem po drugiej stronie. 

Na przykład ktoś może czuć się słaby fizycznie, ale bać się zmiany, widząc, jak przeciążenie fizyczne odbija się na zdrowiu rodzica. W umyśle powstaje konflikt typu unikanie-unikanie: nie chcę być słaby, ale nie chcę też zrobić sobie krzywdy przesadną eksploatacją. Komuś może ciążyć tłumienie emocji, ale może też uważać, że jego wybór ogranicza się do tego co ma lub do przeciwnego schematu czyli wybuchów emocjonalnych. Ktoś inny może cierpieć biedę, ale nie chcieć tego zamienić na dobrobyt związany z utratę życia z powodu przesiadywania w pracy do nocy. Ktoś cierpi z powodu przemocy, ale trudno mu się uwolnić od takich relacji, kiedy wierzy, że po drugiej stronie czeka go tylko fałszywa czułość pod postacią manipulowania słowami. Ktoś może źle znosić presję, ale tkwić pod cudzym naciskiem, bo wolność kojarzy mu się z całkowitą samotnością.

Podobnie jest z silną stroną. Wcale nie przynosi nam ona samych korzyści, ale forsujemy ją z lęku przed słabością, którą obserwujemy u rodziców. Ktoś staje się okrutny z lęku przed byciem ofiarą cudzej przemocy. Ktoś eksploatuje swoje ciało lub umysł, żeby odegnać lęk przed staniem się zależnym od innych (fizycznie, materialnie, intelektualnie). Ktoś ucieka w samotność od wszelkich relacji, bo nie chce żyć pod czyjąś presją. 

Jak długo dane w naszych umysłach ograniczają się do danych z naszego doświadczenia, pozostajemy w schematach. Naśladujemy je lub odwracamy, ale z nich nie wychodzimy. Wybieramy mniejsze zło, a właściwie robi to za nas nasz pokładowy komputer, czyli umysł. Jego zadaniem jest zapewnić nam przeżycie, wybiera więc to, co w specyficznym kontekście zwycięża. Czasem jest to siła, wręcz przemoc. Czasem spryt, zaradność. Czasem umiejętność dostosowania się, adaptacji, podporządkowania. Czasem przedstawianie siebie jako ofiary i branie innych na litość. Wytwarzamy w sobie to, co działa, co się w naszej konkretnej sytuacji sprawdza, co zapewnia nam akceptację opiekunów, czyli przetrwanie.

Co może wybić umysł ze schematów? Nowe, inne doświadczenie, własne lub cudze, z którym utożsamimy się emocjonalnie. Coś, co poruszy nasz umysł i serce w tym samym czasie. Może to być rozmowa, książka, film, piosenka – cokolwiek, co dotknie naszych pourażanych miejsc w czuły, nieraniący sposób i wzbudzi w nas wątpliwość co do naszych lękowych przekonań o sobie, ludziach i świecie. Umysł traktuje takie intelektualno-emocjonalne doświadczenie jako prawdę (w przeciwieństwie do treści wyłącznie intelektualnych). A kiedy ta prawda nie zgadza się z istniejącą logiką umysłu, pojawiają się pytania z najgłębszego poziomu: jak jest? kim jestem? po co żyję? jaki jest sens tego, co robię? na czym mi zależy? z czym czuję się dobrze? jacy są ludzie? czy istnieje siłą wyższa?

Dopóki tkwimy w schematach wynikających z naszego jednostkowego doświadczenia, żyjemy połowicznie niczym roboty; rozwijamy się fizycznie i intelektualnie, ale emocjonalnie i duchowo pozostajemy niedojrzali, nieświadomi. O emocjonalności i duchowości nie rozmawia się ani w rodzinach, ani w szkole. Jeśli nikt nas nie pyta, co chcemy zjeść i w co się ubrać, nie zastanawiamy się nad tym; jemy i ubieramy to, co nam dają, i nie inaczej jest z innymi sferami: bierzemy za własne to, co jest. Nadopiekuńczość nie rozwija – nie stawia pytań, daje odpowiedzi. 

Wydawałoby się, że to, czego nie dostajemy w życiu, dostaniemy w internecie. Ale internet tylko odbija rzeczywistość, na dodatek w krzywym lustrze. Masy ludzi dzielą się wiedzą, szczegółami swojego życia i poradami – jak jeść, jak ćwiczyć, jak się uczyć, jak pracować, jak poczuć się lepiej i w co wierzyć. W internecie jest wiele treści dla umysłu, ale bardzo niewiele dla duszy. Są odpowiedzi, ale nie ma pytań, które zmuszałyby do znalezienia swojej własnej prawdy.

Często słyszę pytanie, skąd biorę pomysły do swoich tekstów, kto mnie inspiruje, jacy autorzy, jakie książki. Sama zaczęłam się nad tym zastanawiać – i doszłam do wniosku, że po prostu mam w życiu szczęście. Moja duchowość rozwijała się na równi z innymi sferami, a właściwie najswobodniej, bo niezauważana, więc nie została zablokowana cudzym lękiem, cudzymi wytycznymi, cudzymi odpowiedziami.

Miałam szczęście jako dziecko, że główną i w pełni akceptowaną rozrywką mojego dzieciństwa były książki. Czytałam wszystko, co było osiągalne w tamtych trudnych czasach. Opowieści o zwierzętach wzruszały i budziły empatię, baśnie Andersena przerażały i zmuszały do zadawania sobie egzystencjalnych pytań, młodzieżowe powieści Siesickej pokazywały bohaterów i relacje zupełnie inne od tych, które znałam. To było jak drugie równoległe życie: świadomość, że jest coś więcej niż to, czego doświadczam osobiście.

Miałam szczęście, że kiedy byłam nastolatką, religia odbywała się w salkach, nie w szkole, a spotkania prowadził ksiądz mocno niestandardowy – młody, energiczny, kontaktowy, pasjonat. Nie wykładał, chciał z nami rozmawiać. Nie podawał gotowych odpowiedzi, zadawał mnóstwo pytań. Jednym tak bardzo mnie zaskoczył, że pamiętam je do dzisiaj: „co jest ważniejsze, tłum czy jednostka?”. Przez wiele lat nie potrafiłam na nie odpowiedzieć, ale o to właśnie chodziło – żeby zasiać pytanie, rozbudzić ciekawość, ustawić umysł na rozwiązywanie innych problemów niż te materialne i intelektualne.

Miałam szczęście, że potem znowu znalazłam inspiracje w książkach, tym razem takich, których autorzy swoimi słowami nazywali to, co mnie było trudno nazwać samej. To byli nie tylko przedstawiciele różnych nurtów psychologii jak Erich Fromm, Karen Horney, Carl Rogers, Milton Erickson, ale i zwykli-niezwykli ludzie jak Martin Gray czy Neale Donald Walsch, albo hinduski jezuita (odrzucony przez Kościół) Anthony de Mello i wielu współczesnych jak Gary Zukav czy Bruce Lipton. Nie sposób wymienić ich wszystkich, każdy wniósł coś do mojego sposobu myślenia, nazwał kawałek mojego czucia. Z wieloma nie zgadzałam się w innych kwestiach, ale każdy mówił swoim własnym językiem o swojej własnej prawdzie, i ta inspiracja liczyła się najbardziej.

No i miałam szczęście, że mogłam sobie wybrać zawód, który codziennie od 30 lat dostarcza mi nowych danych o tym, jak funkcjonują ludzie WEWNĄTRZ. Dlatego jestem głęboko przekonana, że nie potrafimy być szczęśliwi pomijając najgłębszą część siebie, odrzucając duchowość albo zastępując ją religią. Z radością obserwuję powolny, ale wyraźny powrót obszaru duchowości do psychologii, która próbując spełniać weryfikowalne kryteria nauki zabrnęła głęboko w intelektualne koleiny.

Duchowość jest takim samym obszarem „ja” jak emocjonalność, intelekt czy fizyczność. Nadaje pozostałym sferom sens, znaczenie – dlaczego robię to, co robię, wybieram w ten, a nie inny sposób, co sprawia mi radość, kim jestem, jakie mam priorytety. Bez kontaktu z własną duchowością popadamy w rutynę i upodabniamy się do robotów; utykamy w swoich schematach i życie przestaje nas cieszyć. Obecna fala depresji i zaburzeń psychicznych to nic innego jak skutek rozwijania fizyczności i intelektu kosztem emocjonalności i duchowości. Znamy anatomię i metabolizm ciała lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, a chorujemy bardziej. Wiemy wszystko o wszystkim, ale nic nie przynosi nam radości. Mamy gigantyczne możliwości technologiczne, ale prowadzą one najczęściej do uzależnienia. Bo emocjonalnie i duchowo pozostaliśmy dziećmi. Bo korzystamy z połowy siebie. Bo nie zadajemy sobie pytań, w tym tego zasadniczego – „po co?”.

A gdyby tak…?

Ciało jest naszym pojazdem do podróżowania przez życie. Jeżeli zanadto skupimy się na jego wyglądzie, a zapomnimy o przeglądach technicznych, to możemy utknąć podczas swojej podróży. Tym bardziej, jeśli nie dbamy o niego wcale, a mocno wykorzystujemy. 

Umysł jest naszą nawigacją. Wgrane dane mają nas przeprowadzić jak najsprawniej z jednego punktu do drugiego. Jeśli unikamy aktualizowania danych, nawigacja może nas wyprowadzić w pole albo kazać wjechać do jeziora czy pod prąd – słowem stworzyć realne zagrożenie zamiast ułatwić podróż.

Emocje są kontrolkami w naszym pojeździe. Zielone sygnalizują nam, że wszystko działa i mamy kontynuować podróż, czerwone informują o awarii i potrzebie naszej interwencji. Jeśli próbujemy je zasłonić, wyłączyć albo zbagatelizować, grozi nam uszkodzenie pojazdu lub nawigacji, niedotarcie do celu.

Cel podróży to duchowość – odpowiedź na pytania: po co jedziemy, co chcemy zobaczyć, dlaczego akurat tam. Bez tego wycieczka zamienia się w jeżdżenie w kółko po znanych drogach aż skończy się paliwo.

Każda część naszego „ja” ma swoje zadanie i jest zależna od pozostałych. Nie można żadnej z nich zastąpić inną. A jednak to robimy, zranieni w dzieciństwie brakiem akceptacji opiekunów dla swojego pojazdu, jego nawigacji, kontrolek czy miejsca, które chcemy zobaczyć. Uczymy się żyć wyłączając tę zarażoną lękiem część siebie. Czasem ukrywamy swój pojazd w krzakach i udajemy, że go nie mamy, że poruszamy się na piechotę. Czasem wyłączamy nawigację i jedziemy przed siebie na oślep, mając nadzieję, że „jakoś to będzie”. Czasem przykrywamy albo niszczymy kontrolki, żeby nas nie straszyły, choć wtedy nie wiemy, co się dzieje. Czasem odcinamy się od pytań „po co?”, „dlaczego?”, „kim jestem?” i próbujemy realizować swoje życie według cudzych map i scenariuszy. W każdym przypadku maksymalnie utrudniamy sobie życie, blokując coś, co jest nam potrzebne.

Wydaje nam się, że możemy zastąpić tę nieudaną część siebie przez podwójne wykorzystanie innej. Czasem popisujemy się możliwościami czy wyglądem swojego pojazdu, ignorując fakt, że donikąd nie jedzie. Czasem przerabiamy swoją nawigację na sztuczną inteligencję, która teoretycznie wie wszystko, tylko nie ma dostępu do aktualnych danych. Czasem tak modyfikujemy kontrolki, że nie świecą nawet przy awarii, choć pojazd i nawigacja się psują. Czasem tak brniemy w tworzenie własnej filozofii życiowej, że staje się baśnią i traci kontakt z rzeczywistością, w której de facto żyjemy. W każdym przypadku tworzymy nadmiar, który nam szkodzi równie jak ten posiadany w naszym mniemaniu brak.

Dopóki widzimy siebie przez pryzmat słabej i silnej strony, dopóty nasze relacje z innymi oparte są na wymuszaniu wzajemnego podziwu i adoracji, rzadziej współczucia. Chodzi o to, żeby kogoś tak oczarować swoim pojazdem albo celem podróży, żeby z wrażenia naprawił nam nawigację albo przejrzał kontrolki. Albo żeby kogoś tak oczarować super-nawigacją albo sztuczkami z kontrolkami, żeby sprawdził nam pojazd i powiedział, gdzie jechać. Generalnie trzeba innych zachwycić, wzbudzić ich podziw swoją mocną stroną, albo obudzić ich współczucie i chęć zaopiekowania się naszą słabą stroną. To bardzo czasochłonne i energochłonne zajęcie, wciąż trzeba porównywać siebie i innych, oceniać swoje szanse, planować strategię kontroli zachowania innych ludzi.

A gdyby tak całą energię skierować na własny pojazd, swoją nawigację, osobiste  kontrolki i indywidualny cel podróży? I po prostu komfortowo jechać przed siebie, ciesząc się bezwarunkowym towarzystwem tych, którzy tak samo jadą w tę samą stronę…?

Duchowość decyduje

To, jaki człowiek jest fizycznie – jak się zachowuje, jak funkcjonuje w swoim otoczeniu, zależy od jego intelektu i emocji. To, w jaki sposób ktoś używa swojej inteligencji i emocjonalności, zależy od sfery duchowej – od tego w co wierzy, za czym podąża, jaki ma kontakt ze swoją duszą: czy realizuje siebie czy swoje ego. Duchowość więc decyduje o fizycznym efekcie, o sposobie wykorzystania swojego potencjału. Energia tworzy materię.

Duchowość

Duchowość to poczucie połączenia z resztą tego, co istnieje, poczucie jedności z Wszechświatem. Każdy z nas w naturalny, automatyczny sposób potrafi jednoczyć się z zewnętrzną energią albo poprzez doznania fizyczne, albo emocjonalne, albo intelektualnie. Na ile udaje nam się to zrobić we wszystkich obszarach, na tyle uzyskujemy dostęp do mocy tej energii.