Wadliwe skojarzenia

Kiedy rodzice nadużywają zaufania i otwartości dziecka, używając informacji o jego emocjach do kontrolowania go (wykorzystują jego naturalną autentyczność, jednocześnie nie dopuszczając go do swoich prawdziwych emocji), u dziecka tworzy się przekonanie „bliskość prowadzi do manipulacji, bliskość to oszustwo”.

To nieuświadomione przekonanie nie pozwala mu na kontakt ze sobą samym („im lepiej siebie znam, tym gorzej się z tym czuję”, „im bardziej siebie akceptuję, tym trudniejsze do akceptacji obszary się ujawniają”, „im jest mi ze sobą lepiej, tym bardziej jestem samotny”) i na zasadzie samospełniającej się przepowiedni tworzy rzeczywistość, w której bliskie osoby zachowują się nie fair. Umysł z takim przekonaniem próbuje rozwiązać konflikt pomiędzy dążeniem do bliskości a unikaniem krzywdy redukując to pierwsze do minimum (mało bliskości znaczy mało cierpienia). Kiedy naturalny instynkt, tęsknota za bliskością wygrywa, więcej bliskości tworzy więcej krzywdy i cierpienia. Próby zablokowania dążenia do bliskości powodują depresję, próby dążenia do bliskości powodują doświadczanie krzywdy. I tak w kółko.

Każdy z nas ma zapisane dziecięce skojarzenie z bliskością. Czasem jest to „bliskość krzywdzi”, a czasem, kiedy rodzice nagradzają wyjątkową emocjonalną bliskością skruchę u dziecka, jest to „żeby doznać bliskości, trzeba najpierw przekroczyć granice, zachować się niewłaściwie, skrzywdzić”. W każdym przypadku wadliwa definicja bliskości powoduje, że dążenie do niej staje się dążeniem do krzywdy i przemocy – wobec siebie lub wobec innych, co skutecznie bliskości zapobiega.

Definicja bliskości

Rodzice tworzą taką bliskość z dzieckiem, jaką potrafią, a tym samym przekazują mu swoje ustawienia umysłu, w tym swoje własne traumy.

Rodzice z niskim poczuciem własnej wartości mają tendencję do wykorzystywania swojej przewagi nad dzieckiem – fizycznej, intelektualnej, emocjonalnej. Starają się zmusić dziecko do uległości (podobieństwa do siebie) czy to przemocą fizyczną (kary cielesne, fizyczna separacja), czy manipulacją intelektualną (żartowanie z dziecka, wyśmiewanie, przekazywanie nieprawdziwych informacji), albo kontrolą emocjonalną (zmuszanie dziecka do wyrażania swoich emocji i używanie ich przeciwko niemu).

Dzieci krzywdzone nie przestają kochać rodziców, przestają kochać siebie. Mając niskie poczucie własnej wartości naśladują rodzicielskie przekonanie, że bliskość polega na dominacji, że trzeba być silniejszym (fizycznie, intelektualnie, emocjonalnie), żeby zmuszać czy kontrolować innych do pozostania ze sobą w relacji.

W ten sposób instynktowne, naturalne dążenie do bliskości przeradza się w przemoc, czyli jej przeciwieństwo.

Wzorce

Pierwsze spotkanie z czymś nowym zostaje zapisane w umyśle dziecka jako wzorzec, standard. Pierwsza relacja z rodzicem czy opiekunem staje się standardem miłości i bliskości. Ten wzorzec będzie tworzył wszystkie inne relacje danej osoby – z Bogiem, partnerem, własnym dzieckiem i innymi ludźmi. To zapisane jednostkowe doświadczenie zostanie zgeneralizowane i będzie decydować, co znaczy dla kogoś miłość (czy krzywdzi, czy się poświęca, czy ustępuje, czy wymaga, czy wspiera, czy odrzuca, czy kontroluje) i jak tworzyć bliskość (fizycznie, intelektualnie, emocjonalnie czy duchowo).


Im bardziej rodzice starają się zapewnić dziecku dobrostan nie uwzględniając jego prawdziwych potrzeb i uczuć, tym silniej tworzy się u dziecka przekonanie, że miłość krzywdzi, a bliskość boli. Nie może ono w takiej sytuacji zanegować miłości rodziców, bo widzi ich starania, ale nie może również zaprzeczyć temu, co czuje. Tworzy się nieznośny wewnętrzny konflikt dążenie – unikanie: z jednej strony ku ludziom pcha je pragnienie miłości i bliskości, z drugiej odpycha lęk przed znanym cierpieniem, niezrozumieniem czy odrzuceniem.


Takie wewnętrznie sprzeczne przekonanie manifestuje się później we wszystkich relacjach – forma miłości znanej (lub wymarzonej) z dzieciństwa przyciąga jak magnes, budząc nadzieję, ale lęk przed zostaniem zranionym tworzy mechanizmy obronne (zachowania mające kontrolować cudzą akceptację, a w rzeczywistości blokujące autentyczność konieczną do stworzenia bliskości). W ten sposób przekonanie powstałe na skutek konkretnego doświadczenia, jednej relacji, determinuje wszystkie kolejne, powodując odtwarzanie wzorca na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. Innymi słowy nieświadomie chcemy powtórzyć to, co znamy, ale poczuć się z tym inaczej, szczęśliwie. Dopóki jednak kopiujemy to, co dostaliśmy, dopóty wytwarzamy te same mieszane emocje. Jeśli chcemy doświadczać innych uczuć, musimy rozdzielić to, co w naszym pierwszym doświadczeniu było miłością (z czym czuliśmy się dobrze) od tego, co nią nie było (co budziło nasze negatywne emocje), czyli zastąpić wiarę w autorytet rodzicielski wiarą we własny wewnętrzny radar.

Materializuje się w naszym życiu to, w co wierzymy. Jeśli nie jesteśmy zadowoleni z tego, co mamy, musimy uświadomić sobie i zweryfikować własne przekonania.

Porozumienie i bliskość

Jeżeli następuje porozumienie między ludźmi na poziomie duchowości, to jest ono generalne, jest jak dzielona wspólna bazowa energia. Nie ma tu różnic i nie liczy się czas, bo na tym poziomie wszyscy jesteśmy tacy sami, jesteśmy tym samym, więc temu porozumieniu nic nie zagraża; jeśli zostanie nawiązane, to jest i trwa.

Porozumienie na poziomie emocjonalnym w części opiera się na czuciu, w części na rozumieniu, wymaga więc już podobnego języka. Rządzą nami te same mechanizmy, ale przybierają różną postać, i wspólny język jest tu niezbędny do komunikowania swoich intencji, żeby lęk nie zakłócił i nie zniszczył tego porozumienia. Jest ono głębokie i silne, ale delikatne.

Porozumienie na poziomie intelektualnym bazuje nie tylko na podobnym języku, ale i podobnym sposobie widzenia rzeczywistości, na podobnych poglądach na świat i ludzi. Wystarczy popatrzeć jak odmienne poglądy polityczne potrafią zrobić wrogów z przyjaciół, jak odmienna kultura niszczy związki, jak nawet kibicowanie innym drużynom sportowym rujnuje przyjaźnie, żeby zrozumieć, że ten rodzaj porozumienia jest kruchy i wymaga od nas jeszcze większej tolerancji – dla różnic w funkcjonowaniu naszych umysłów. A dotyczy tylko umysłów.

Natomiast porozumienie na poziomie fizycznym dotyczy nieskończonej ilości cech. Wymaga od nas znacznie więcej wysiłku, bo fizyczność jest tym, co dzieli nas najbardziej – wszelkie cechy fizyczne, sprawność, wygląd, gesty, reakcje, aktywność, wiek, płeć… Jest tak wiele czynników mogących zakłócić porozumienie na poziomie fizycznym, że samoistnie ono po prostu nie może trwać długoterminowo. To, co odmienne, początkowo jest atrakcyjne, ale szybko staje się drażniące, i bez zasilania porozumieniem z innych poziomów bliskość łatwo się wypala.

Bliskość emocjonalna

Niektórzy nie potrafią wyrazić tego, co czują, co utrudnia tworzenie bliskości. Ich mechanizm obronny polega na zamknięciu się w sobie i milczeniu, żeby nie sprowokować kolejnego zranienia.

Niektórzy potrafią wyrazić to, czego nie czują, co tworzy fałszywą bliskość. Ich mechanizm obronny przybiera postać słowotoku, który ma na celu sterowanie cudzym myśleniem.

Prawdziwa, trwała bliskość emocjonalna rodzi się wtedy, kiedy obie strony potrafią i chcą dzielić się tym, co czują, nie używając tego do żadnego własnego celu.

Prawdziwe ja

Chcemy dać innym najlepszą wersję siebie, wiec dajemy im swój sztuczny wizerunek. Choćby był najpiękniejszy, wcześniej czy później okazuje się, że jest nieprawdziwy, że maskuje fakt, że siebie nie akceptujemy. A jak nie kochamy siebie, to nie potrafimy kochać innych, więc ci, co mieli zostać obdarowani, zostają obrabowani. 

Najwartościowszą rzeczą, jaką możemy dać drugiemu człowiekowi jest autentyczność. Uważamy, że prawda nie wygląda dobrze, więc się jej wstydzimy, nie chcemy się nią dzielić z obawy przed odrzuceniem. Dlatego jest towarem deficytowym; kiedy ją dostajemy od kogoś świadczy to o tym, że ktoś nam zaufał, że wierzy, że go zrozumiemy, a nie osądzimy – jest to gest wiary w miłość. To autentyczność tworzy bliskość, za którą wszyscy tęsknimy, bliskość, której nie stworzy nigdy żaden najdoskonalszy wizerunek.

Poczwórna łączność

Człowiek funkcjonuje w różnych obszarach: fizycznym, intelektualnym, emocjonalnym, duchowym. Każdy z tych obszarów dzielony z innymi ludźmi tworzy bliskość. Ale żeby tak się stało, trzeba mówić tym samym językiem: tym samym dosłownie, w zakresie mowy i gestów żeby się porozumieć na poziomie fizycznym; tym samym w zakresie sposobu myślenia i widzenia świata, żeby powstała więź intelektualna, podobną empatią, żeby móc się rozumieć na poziomie emocjonalnym, i wierzyć w to samo, żeby mieć łączność duchową.

O bliskości

Ilość i rodzaj bliskości, jakiej doświadczamy w swojej pierwszej relacji – z rodzicami – determinuje wszystkie późniejsze relacje z innymi ludźmi, dopóki nie zmienimy świadomie tych ustawień w swoim umyśle.

Kiedy rodzice dają dziecku za mało bliskości w stosunku do jego naturalnych, rozwojowych potrzeb, oczekując od niego samodzielności, zaradności i zajęcia się sobą („nie przeszkadzaj”), dziecko tworzy w swoim umyśle wewnętrzny konflikt – „Im bardziej zejdę im z drogi, tym bardziej będę kochany”. Uczy się, że nie może polegać na innych, rozwija się „do wewnątrz”, stając się samowystarczalnym towarzystwem dla siebie. Jest nieśmiałe, sztywne i nieporadne w towarzystwie innych ludzi, których zachowania nie rozumie. Nie dąży do bliskości, bo wierzy, że musi jej unikać, żeby zostać zaakceptowanym.

Kiedy rodzice dają dziecku nadmiar bliskości w stosunku do jego naturalnych rozwojowych potrzeb, towarzysząc mu przy każdej czynności, zabawiając, często obarczając osobistymi sprawami, kompensując sobie brak bliskości z partnerem, umysł dziecka tworzy przekonanie „Jeśli ktoś kocha, jest obok w dzień i w nocy, na każde żądanie”. Uczy się, że do wszystkiego potrzebni są inni ludzie, rozwija się „na zewnątrz”, nabiera kompetencji społecznych. Ma problem w byciu samemu, tworzy płytkie relacje z innymi, traktując ich przedmiotowo. Nie dąży do bliskości, bo wierzy, że jego rola jest bierna, że to inni powinni tę bliskość zainicjować i utrzymać.

W obu przypadkach jest to funkcjonowanie w schemacie, który sprawia, że ludzie żyją OBOK innych, nie tworząc bliskości.

Nie tylko ilość bliskości otrzymanej od rodziców ma znaczenie, ale także jej rodzaj. 
Czasem jest to bliskość fizyczna (jak przytulanie, wspólna aktywność, wspólne wykonywanie prac domowych), czasami intelektualna (jak wspólna nauka i pasja, rozmowy o świecie), czasem emocjonalna (jak okazywanie uczuć, rozmawianie o samopoczuciu, przeżywanych emocjach, zwierzanie się z kłopotów), czasem duchowa (jak rozmawianie o wartościach, sensie życia, Bogu). 

Każdy rodzic tworzy tyle bliskości ze swoim dzieckiem, ile potrafi powtarzając swoje własne doświadczenia z dzieciństwa (jeśli były pozytywne) lub przeciwstawiając się im (jeśli jego doświadczenia były negatywne). Tworzy taki rodzaj bliskości, jaki potrafi (za pomocą tego obszaru, który w sobie akceptuje, który jest jego „mocną stroną”). Nie tworzy jej tam, gdzie nie potrafi, gdzie w dzieciństwie został zablokowany jego kontakt z samym sobą.

Jaki jest z tego wniosek praktyczny? 
To, co mamy, jest wszystkim, co rodzice mogli nam dać – tym, co sami mieli. To, co możemy mieć, zależy od naszego świadomego wyboru.
Jeżeli w dorosłym życiu czujemy, że coś nas irytuje w sposobie bycia partnera, to znaczy, że nasz umysł ostrzega nas, że powtarzamy sytuację, która nas krzywdziła w dzieciństwie. To wskazówka, żeby zweryfikować albo skojarzenie (pozornie podobna sytuacja może oznaczać nasz wybór, nie przymus, w jakim było zależne dziecko, ale może budzić te same emocje), albo żeby zweryfikować swoje granice (odtwarzamy to, co znamy, chociaż tego nie chcemy, krzywdzimy siebie).
Jeżeli czujemy, że bardzo silnie potrzebujemy od partnera jednej konkretnej formy bliskości, to znaczy, że nasz umysł chce nas zamknąć w schemacie opartym na wspomnieniu albo tęsknocie z dzieciństwa, żeby kompulsywnie powtarzać jeden rodzaj bliskości kosztem innych, które dla nas jako dziecka były mniej istotne. To wskazówka, żeby się bliżej przyjrzeć swoim wspomnieniom i skojarzeniom, i zweryfikować, czy świadomie chcemy, aby to, co było najważniejsze dla dziecka, którym byliśmy, decydowało o tym, jak głęboką więź z partnerem tworzymy jako dorośli.

Przemoc

Tak jak depresja jest utratą nadziei na bliskość z drugim człowiekiem, tak przemoc jest zaburzonym sposobem poszukiwania tej bliskości. To zaburzenie powstaje wtedy, kiedy umysł dziecka uznaje przemoc jako wzorzec w relacji między rodzicami (widzi ją i naśladuje), albo kiedy dostaje na nią przyzwolenie (rodzic usprawiedliwia agresję dziecka, ustępuje jej, nagradza swoją uwagą). 

Każdy z nas tak samo pragnie bliskości i porozumienia z drugim człowiekiem. Jeśli jesteśmy w kontakcie ze swoimi prawdziwymi uczuciami, szybko się uczymy, że odczuwamy radość zarówno z dostawania wsparcia od innych, jak i z dawania go innym, i że równowaga pomiędzy nimi rodzi bliskość, poczucie bezpieczeństwa i przynależności, bycia częścią większej całości.

Kiedy jednak w relacji między rodzicami dominuje jakaś forma przemocy (np. fizycznej, finansowej, emocjonalnej), nie są oni w stanie dać takiego doświadczenia swojemu dziecku. A ono kopiuje to, co zna, i nie będzie potrafiło zachować się inaczej dopóki jego własne negatywne emocje nie doprowadzą go do uświadomienia sobie swojego schematu i przeciwstawienia się mu.

Bywa też tak, że rodzice nie są wzorcem relacji przemocowej, ale nie radzą sobie z agresywnymi zachowaniami dziecka, ulegając mu, usprawiedliwiając, nagradzając swoim zainteresowaniem, pozwalając siebie krzywdzić. Dziecko przyjmuje wtedy takie wypaczone granice za standard – gryzie „z miłości”, bije, żeby zdobyć uwagę, zachowuje się agresywnie, żeby wymusić coś dla siebie. Zachowuje się tak, bo pragnie bliskości, a nie potrafi jej stworzyć ze względu na zaburzony sposób myślenia o sobie i innych („ja>inni”); wierzy, że bliskość można jedynie wymusić.

W obu przypadkach (które często w praktyce występują łącznie w postaci przemocowego ojca i ustępującej matki) dziecko dostaje taki zestaw przekonań, który skazuje je na brak porozumienia z innymi, poczucie izolacji i poczucie braku miłości. 
Wbrew pozorom przemoc nie jest przejawem siły, jest oznaką słabości, bezsilności w próbach zbliżenia się do innych.

Idź do wewnątrz

Wszystko, co powoduje u nas negatywne emocje, jest powiązane z naszym poczuciem własnej wartości, z nieadekwatnym obrazem siebie, z ograniczeniami nałożonymi na nasz umysł w trakcie wychowania i socjalizacji. Denerwuje, irytuje, złości, przeraża nas tylko to, co podkręca nasze wewnętrzne wątpliwości co do nas samych. Tam, gdzie jesteśmy pewni siebie trudno nas dotknąć czy zepsuć nam nastrój.

W normalnych warunkach, w codziennej rutynie, tworzymy sobie pewne schematy zachowania i reagowania, żeby unikać tych negatywnych emocji albo czymś je zagłuszać. Sytuacje kryzysowe wywracają nam wszystko do góry nogami, i stajemy twarzą w twarz z tym, przed czym próbowaliśmy się schować. Ale tym samym stwarzają nam okazję do diagnozy i wyleczenia osłabionych obszarów w naszym obrazie siebie.
Jeżeli w zmienionej sytuacji:
– dotkliwie odczuwamy brak czegoś (np. towarzystwa, pracy, ciszy) i powoduje to nasze rozdrażnienie, złość, irytację…
– zaczynamy używać czegoś w nadmiarze (np. jedzenia, alkoholu, życia w wirtualnej rzeczywistości)…
– do szaleństwa doprowadza nas własna rodzina, z którą dotąd skutecznie się mijaliśmy, pracując…
– czujemy się jak urządzenie odłączone od prądu i nie mamy pojęcia, co ze sobą zrobić…
– przeraża nas ta nowa rzeczywistość, w której nie możemy kontrolować rozwoju wypadków, planować swojej i cudzej działalności…
… to znaczy, że nasze życie kręci się wokół namiastek, które mają nam pomóc zagłuszyć fakt, że siebie nie lubimy, i wokół zastępników, które mają nam przysłonić brak prawdziwej bliskości z drugim człowiekiem. To sygnał, że nie jesteśmy szczęśliwi ot tak, z natury, tylko warunkowo – jedynie wtedy, kiedy możemy kształtować rzeczywistość pod siebie, omijając ludzi i sytuacje, które budzą nasze obawy i lęki, przypominają, „co jest z nami nie tak”.

Bo jeśli lubimy i rozwijamy harmonijnie każdy obszar siebie, to trudno o sytuację, która zabierze nam wszystko: możliwość realizowania się fizycznie, intelektualnie, emocjonalnie i duchowo, w każdych okolicznościach znajdziemy coś dla siebie. Ale jeśli dbamy tylko o jeden z tych obszarów, to bardzo łatwo o sytuację, która zablokuje nam możliwość wyrażania i realizowania siebie, powodując frustrację i lęk.

Na ile mamy kontakt ze sobą, na tyle możemy tworzyć bliskość z drugim człowiekiem, która jest naszą naturalną potrzebą, sposobem, w jaki odczuwamy szeroko rozumianą miłość.
Akceptując siebie we wszystkich obszarach, dążymy w sposób naturalny do głębokiej bliskości z wybranym człowiekiem, czerpiemy satysfakcję i radość z pogłębiania tej więzi. 
Akceptując siebie częściowo, próbujemy tworzyć bliskość częściową z wieloma ludźmi, np. fizyczną z partnerem, intelektualną ze współpracownikiem, emocjonalną z przyjacielem, duchową z mentorem czy pokrewną duszą. 
Problem polega na tym, że jest to łatwe do rozdzielenia tylko teoretycznie. Praktycznie różne rodzaje bliskości z różnymi ludźmi tworzymy kosztem każdej z nich – jedna walczy z drugą. Żyjemy z kimś pod jednym dachem, tworząc bliskość fizyczną, ale o swoich emocjach z tym związanych opowiadamy komuś innemu, tworząc bliskość emocjonalną, która zubaża tamten związek. Realizujemy z kimś godzinami swoją pasję intelektualną albo duchową, odbierając swoją obecność fizyczną i emocjonalną rodzinie. Albo żyjemy w rzeczywistości wirtualnej, raportując obszernie wszelkie aspekty swojego życie i próbując stworzyć bliskość z wszystkimi potencjalnymi obserwatorami… Próbując jakość zastąpić ilością, a bliskość poczuciem ważności i cudzym podziwem.

Na wiele sposobów uciekamy od tego, czego naprawdę w głębi duszy pragniemy, a siła i częstość negatywnych emocji, jakich doświadczamy, mówią nam jak bardzo.