Wzorcowa relacja

Pierwsza relacja z opiekunami staje się wzorcem dla relacji z innymi. Decyduje o tym, czy będąc z innymi ludźmi przyjmiemy postawę bierną czy aktywną, dominującą czy podporządkowaną, skupioną na sobie czy na innych.

Jeżeli rodzice wyręczają dziecko i poświęcają mu cały swój czas, dziecko staje się biernym biorcą. Jako dorosły będzie czekać na inicjatywę innych ludzi i oczekiwać, że inni odgadną jego potrzeby i je zaspokoją – tak, jak robili to wcześniej rodzice.

Jeżeli rodzice wymagają od dziecka radzenia sobie z trudnościami i musi ono samo umieć się sobą zająć, dziecko staje się zaradne i samodzielne. Jako dorosły będzie niezależne od innych ludzi, aktywnie tworząc swój własny świat – choć najczęściej w izolacji od innych.

Jeżeli rodzice stale ustępują dziecku, wyrabiają w nim poczucie, że musi dominować i kontrolować – tak też będzie ono później funkcjonować w każdej innej relacji.

Jeżeli rodzice wywierają presję, forsują swoją wizję dziecka wbrew jego potrzebom, wytwarzają w nim postawę podporządkowaną, która sprawi, że także w dorosłym życiu wbrew swoim uczuciom będzie ono ustępować innym ludziom.

Jeżeli rodzice traktują swoje dziecko jak pępek świata, zawsze stawiając jego potrzeby na pierwszym miejscu, jako dorosły będzie ono tak traktować siebie w relacji z innymi.

Jeżeli swoim zachowaniem rodzice uczą lub zmuszają dziecko, żeby stawiało prawa innych ludzi ponad swoimi, w dorosłym życiu w relacjach z innymi będzie ono zapominało o sobie – tłumiło swoje uczucia, negowało swoje potrzeby.

Pierwsza relacja z opiekunami staje się wzorcem dla relacji z innymi ludźmi, wzorcem roli, jaką dorosłe już dziecko będzie pełniło w każdym „my”. Czy będzie biorcą czy dawcą, czy obsługiwanym czy obsługującym, czy będzie tworzącym i dbającym o związek czy korzystającym z niego. Zdecydują o tym zapisane w dzieciństwie automatyzmy, chyba że dana osoba je sobie uświadomi i zweryfikuje, decydując kim chce być dla innych, co chce innym dać, jaką rolę chce pełnić w relacjach.

Automatyzmy

Czasami jest tak, że coś działa, to zaczynamy traktować to jako standard, normę. I wtedy nagle wszystko przestaje działać, jakby nam los chciał zrobić na złość. Ale niekoniecznie jest to złośliwość losu, ani nawet jakiś odgórny zakaz. Często los robi nam stop-klatkę, zatrzymuje nas, żebyśmy zauważyli coś, co zaczyna nam umykać. 

Dla umysłu wszystko, co się powtarza, co jest przewidywalne, staje się bazą do tworzenia scenariusza. Nawet nie zauważamy, kiedy zaczynamy się skupiać na realizowaniu tego scenariusza, a ucieka nam to, co było jego treścią. Zaczynamy wierzyć, że to forma stanowi o treści, i jej utrata wywołuje taki lęk, jakby zabierała tę treść ze sobą. A treść ma się dobrze, stoi z boku i czeka aż do niej wrócimy…

Ludzki umysł ma biologicznie zakodowaną tendencję do oszczędzania energii, do automatyzowania. Nasze prawdziwe ja to świadomość, która może temu przeciwdziałać i zatrzymać nas na właściwej ścieżce. O ile wierzymy w dobre intencje losu i staramy się zrozumieć, co próbuje nam powiedzieć.

Zarośnięte ścieżki

To nieprawda, że jesteśmy tacy, a nie inni. W rzeczywistości mamy dostęp do wszystkiego, możemy być kimkolwiek. Po prostu te ścieżki w naszym umyśle, którymi nas prowadzono są wydeptane i oczywiste, te pozostałe zarośnięte i niepewne, bo nieznane. Szukając rozwiązania, automatycznie kierujemy się tam, gdzie zawsze, i zaczynamy wierzyć, że tylko to jest dla nas dostępne, że inne ścieżki nie istnieją. Gdybyśmy jednak świadomie wybrali podróż po zarośniętych szlakach, mogłyby one odkryć przed nami to, czego nie potrafimy znaleźć na znanym terenie.

Zapisy z dzieciństwa

To, czego jesteśmy świadkami we wczesnym dzieciństwie, staje się pierwszym programem dla naszego mózgu, standardem wiedzy o świecie i ludziach. Późniejsze doświadczenia mogą zmienić część tego programu, ale bazowa część będzie nadal pracowała automatycznie po staremu, powodując niespójność i konflikt. 

Czasami zmieniamy metodę, jaką działali nasi rodzice, ale nieświadomie powtarzamy ich intencję, przekonania; czasami odwrotnie – zmieniamy intencję, ale automatycznie powielamy metodę, sposób działania. Tak czy siak, dopóki nie zmienimy jednego i drugiego, powtórzymy efekty wychowawcze swoich rodziców. Nie tylko w relacjach ze swoimi dziećmi, ale ogólnie w relacjach z innymi ludźmi. 

Innymi słowy – tak sobie wychowamy innych, tak pozwolimy się traktować, jak pozwala na to program w naszej głowie. Czy będzie to przypadkowy zapis z dzieciństwa, czy świadomy wybór, zależy od nas samych.

Intelekt kontra emocje

Kiedy rodzice wymuszają na dziecku zachowania społeczne, tłumacząc ich zasadność argumentami logicznymi, a lekceważąc emocje dziecka w danym momencie, dziecko uczy się nie tylko, że jego emocje nie są ważne, ale że nie powinno czuć tego co czuje, skoro intelektualnie przyjmuje argumentację rodziców. Uczy się za pomocą intelektu tłumić i racjonalizować swoje emocje, żeby zasłużyć na akceptację innych ludzi, ale nie przestaje czuć. 

Taki mechanizm często prowadzi do nawykowego zachowania pasywno-agresywnego czyli znęcania się nad innymi w białych rękawiczkach – uderzania w cudze czułe miejsca w taki sposób, żeby nie wyglądało to na atak, żeby można się go było wyprzeć. Osoba pasywno-agresywna oznajmia w ten sposób „nie wolno mi Cię uderzyć, ale znajdę inny sposób, żeby Ci zadać ból”.
W ten sposób intelekt (mocna strona) zostaje użyty do zamaskowania emocji (słabej strony), co przynosi Pyrrusowe zwycięstwo – wygrywa się w bitwie na słowa, ale sromotnie przegrywa w nawiązywaniu emocjonalnych relacji z innymi.
Zamiast tego można użyć intelektu jako mocnej strony, aby wspomóc tę emocjonalną niedoinwestowaną – czyli nazwać emocje, żeby je dezaktywować i niezależnie od nich wybrać zachowanie, które przyniesie pożądane konsekwencje.

Moc przekonań

Nasze reakcje w konkretnej sytuacji odzwierciedlają przekonania, które kształtują całe nasze życie – nasz sposób myślenia. W każdych nowych, nieznanych okolicznościach najpierw pojawia się automatyzm, generalne przekonanie, które rządzi nami na co dzień, chociaż tego nie widzimy, bo tak do niego przywykliśmy.

Obecna sytuacja pandemii jest nowa dla wszystkich, ale dla każdego znaczy co innego. Jedni nie mogą chodzić do pracy i muszą się zmierzyć z lękiem, jak przeżyć kolejne miesiące. Inni chodzą do pracy i muszą zmierzyć się z lękiem o swoje zdrowie. Jedni tłoczą się z małymi dziećmi na małej powierzchni bez możliwości wyjścia z domu, inni zostają sami w czterech ścianach, nie mając do kogo otworzyć ust. Wszyscy żyjący aktywnie muszą pogodzić się z brakiem możliwości swobodnego uprawiania sportów i podróżowania. Trudno o osobę, która nie musiała zmienić zupełnie niczego w swoich nawykach, w codziennej rzeczywistości ukształtowanej pod siebie. Ale rzecz nie w tym, ile się w naszym życiu zmieniło, tylko w tym, co w związku z tym czujemy. Wbrew pozorom te uczucia nie dotyczą sytuacji i innych ludzi wokół nas, a pochodzą z naszego poczucia własnej wartości, z obrazu siebie. 
Generalnie im bardziej akceptujemy i słuchamy siebie, dobrze się czujemy ze sobą, tym mniejszy wpływ na nasze samopoczucie mają wszelkie okoliczności – elastycznie korzystamy z takiego obszaru siebie, który się sprawdza w danej sytuacji. Im mniej lubimy siebie, tym więcej jest warunków, które muszą być spełnione na zewnątrz, żebyśmy mogli poczuć się dobrze. 

To od strony ilościowej. A jakościowo można pokusić się o charakterystykę ludzkich postaw w oparciu o przekonania o swoim miejscu w świecie, wśród innych.
Osoby, które wskutek specyficznego wychowania uwierzyły, że są ważniejsze niż inni, reagują przede wszystkim buntem, szukając sposobów jak obejść zakazy, złamać je i nie zostać złapanym, zarobić na sytuacji kosztem innych – udowodnić, że jest się ponad tym co jest, że zmiany ich nie dotyczą. Ci, którzy nie mają odwagi działać, używają słów – krytykują i narzekają. Widzą swoje potrzeby jako większe niż innych, a ich utworzony w dzieciństwie mechanizm mówi: „Atakuj albo wykorzystaj, od tego zależy twoje życie.”
Osoby, którymi kieruje przekonanie, że są mniej ważne od innych, reagują dostosowaniem. Przekonują siebie, że wcale nie potrzebowały tak bardzo tego, co zostało im zabrane, że można nagiąć swoje potrzeby do tego, co jest dostępne, że przecież da się przeżyć nawet o chlebie i wodzie, więc nie jest tak źle. Zabierają sobie „na zapas”, trenują wycofanie z życia, snują plany oszczędzania, żeby być gotowym na jeszcze gorsze. Ich mechanizm mówi: „Nie zajmuj sobą miejsca i uwagi, oddaj innym co możesz, udawaj, że cieszysz się tym, co ci zostało.”
Osoby, które świadomie zmieniły swoje automatyczne przekonanie z dzieciństwa o swojej wyższości czy niższości wobec innych na przekonanie o równości z innymi ludźmi przyjmują ograniczenia, na które nie mają wpływu, ale nie poświęcają im swojej uwagi. Nazywają po imieniu swoje emocje i to, co w danej sytuacji tracą, ale swoją energię kierują na to, co jest do wykorzystania. Słuchają swoich potrzeb i starają się je realizować tak, jak na to pozwala sytuacja – odkrywają w ten sposób swoją kreatywność, co sprawia im radość i satysfakcję.

Walka z pustą połową szklanki sprawia, że tylko bardziej chce nam się pić, a frustracja narasta. Udawanie, że zadowala nas mniej niż połowa szklanki wody, kiedy w istocie jesteśmy spragnieni sprawia, że przestajemy czuć, czego potrzebujemy i coraz bardziej krzywdzimy siebie, co także rodzi negatywne emocje. Przyjęcie do wiadomości, że mamy pół szklanki wody i wykorzystanie jej wtedy, kiedy chce nam się pić, i tak, jak nam potrzeba podpowiada (małymi łykami lub jednym haustem, z dodatkiem cytryny lub miodu) sprawia, że czujemy się zadowoleni z życia, szczęśliwi. Za każdym razem to ta sama szklanka z tą samą ilością wody – ale inne nastawienie umysłu, inny sposób myślenia. To nie sytuacja decyduje o naszym samopoczuciu, a nasze przekonania. 
A jeśli dodamy do tego, że energia idzie za uwagą – czyli powiększamy to, na czym się skupiliśmy – to możemy dostać albo więcej zewnętrznych niedogodności, albo więcej wewnętrznych ograniczeń, albo więcej satysfakcji i frajdy. To nie sytuacja decyduje o naszej przyszłości, a nasze przekonania.