Akceptacja tego co jest

Za każdym razem kiedy rzeczywistość nie spełnia naszych oczekiwań próbujemy zrobić jedną z dwóch rzeczy – albo odrzucamy rzeczywistość, żeby zachować siebie, albo rezygnujemy z siebie, żeby dostosować się do rzeczywistości. Obie strategie przysparzają negatywnych emocji, bo mają źródło w braku akceptacji i poszanowania dla tego co istnieje z nami włącznie.

Dopasowanie energetyczne

Nasza świadomość siebie, tego, kim jesteśmy, jest energetyczną informacją, którą wysyłamy w świat. Ta energia szuka podobnej, komplementarnej – przyciąga konkretne osoby do siebie jak klucz do zamka. Dopóki świadomość obu osób pozostaje na tym samym poziomie, trwa przyciąganie – ludzie pozostają razem, jakby wiązała ich niewidzialna nić; bez względu na to, czy razem utknęli w cierpieniu, czy wspólnie się rozwijają. Jeśli świadomość jednej z osób zmienia się zbyt silnie, niezależnie, na skutek dokonywanych wyborów, energie przestają do siebie pasować i każda z nich znowu zaczyna szukać odpowiadającego jej partnera, a ludzie się rozstają nawet jeśli na pozór wiele ich łączy.

Lękowe strategie

Każdy z nas w dzieciństwie doświadcza braku jakiejś specyficznej postaci miłości. W późniejszym życiu jedni z nas próbują sobie zrekompensować ten głód kompulsywnym objadaniem – są łasi na wszelkie komplementy, pochwały i nagrody, pochłaniają każdy dostępną formę doceniania i aprobaty, starają się ciągle być na świeczniku, odnosić sukcesy i prowokować innych do dawania im więcej i więcej, na zapas. 

Drudzy próbują odwrotnej strategii – jak przy anoreksji starają się sobie wmówić, że nie potrzebują miłości, że mogą żyć mając jej coraz mniej i mniej, więc nie tylko nie proszą o nią innych, ale boją się czerpać z tego, co dostępne, chcą potrzebować jak najmniej, a najlepiej wcale, żeby czuć się bezpiecznie. 

Jeszcze inni wpadają na pomysł, że może nie można tego głodu zaspokoić, ale można przestać go czuć, więc poszukują wszelkich środków, które zmieniają stan świadomości i starają się po prostu jak najrzadziej być w kontakcie ze sobą. 

Lęk pcha nas w emocjonalne uzależnienia, które fizyczność odzwierciedla. Jeśli jesteśmy ich świadomi, możemy przejąć nad nimi kontrolę. Jeśli nie, one przejmują kontrolę nad naszym życiem, zdrowiem, szczęściem i samopoczuciem.

Wewnętrzny głos

Każdy mówi do siebie głosem swoich rodziców. Używa innych słów, zmienia natężenie, ale traktuje siebie w ten sam sposób: jest wymagający albo pochlebiający, krytyczny albo usprawiedliwiający, rozliczający albo pobłażający, każący innych puszczać przodem lub lekceważyć.

Nie wystarczy powiedzieć „nie” głosowi rodziców, trzeba jeszcze go zmienić – trzeba kreatywnie nauczyć się być dla siebie tym, kim dotąd nikt nie był, więc automatycznie sami też nie byliśmy.

Ograniczenia

Jeśli rodzice ograniczają dziecko stale przez dłuższy czas, dziecko uczy się ograniczać samo siebie. Z jednej strony łatwo się przystosowuje i nie ma problemu z pełnieniem ról społecznych, z drugiej – zawsze jest w jakiejś celi. Nie potrafi sięgać po coś dla siebie, potrafi sobie odbierać.

Racjonalizowanie

Dla małego dziecka rodzice czy opiekunowie są niepodważalnym autorytetem. Jeśli nazwą kolor czerwony białym, dziecko uwierzy. Jeśli powiedzą, że nie powinno czuć tego, co czuje, dziecko uwierzy. O ile kwestia kolorów jest namacalna i prosta do naprawienia, o tyle kwestia emocji już nie. I czasem te zafałszowane dane pozostają w umyśle, deformując na stałe sposób postrzegania.

Typową sytuacją, w której tak się dzieje, jest usprawiedliwianie niewłaściwego, krzywdzącego zachowania jednego z rodziców. Dzieci są bardzo empatyczne, więc nie ma znaczenia, czy jest to zachowanie wobec samego dziecka czy wobec drugiego z rodziców. Ważna jest jedna rzecz: że jeden rodzic krzywdzi, a drugi zaprzecza swoim i dziecka emocjom, usprawiedliwiając krzywdziciela. „Tatuś jest dobry, tylko się zdenerwował”, „mamusia bardzo cię kocha, widocznie nie może zadzwonić ani przyjechać jak obiecała”, „tata nie chciał tak powiedzieć, bardzo mu na tobie zależy”, „musisz zrozumieć, że mama ciężko pracuje i nie ma dla ciebie czasu, ale bardzo cię kocha”, „musisz zrozumieć, że alkoholizm to choroba i tata nie wie, co robi, ale bardzo cię kocha”, „mama ma dobre serce i na pewno nie chciała ci zrobić krzywdy”, „tata nie zapomniał o tobie, tylko ma mnóstwo spraw na głowie”.

Takie wmawianie dziecku, że krzywda, którą czuje, nie jest krzywdą, nie pochodzi z troski o jego uczucia ani o relację z tym rodzicem. Pochodzi z potrzeby usprawiedliwienia siebie, swojego wyboru tkwienia w toksycznej relacji i przyzwalania na krzywdzące zachowania.

Wmawianie dziecku, że krzywda, którą czuje, nie jest krzywdą, a „taką trochę inną miłością” powoduje dwie rzeczy. Jedną, że dziecko przestaje ufać temu, co czuje, traci swój wewnętrzny radar. Drugą, że taki kształtuje w sobie obraz miłości – „jak kocha, to krzywdzi”. Tego będzie oczekiwać, to będzie nieświadomie tworzyć, a raczej odtwarzać w swoim dorosłym życiu. 

Wpływ

Chcemy kontrolować świat za pomocą kontrolowania innych ludzi. Taka kontrola jest iluzją – wcześniej czy później, mniej lub bardziej, nawet własne dzieci wymykają się spod kontroli. 

Jedynym realnym sposobem kontrolowania świata jest kontrolowanie siebie – wysyłanie na zewnątrz tego, co chcemy, żeby do nas wróciło.

Dopasowanie

Najzdrowszą, najbardziej rozwijającą i satysfakcjonującą, a zarazem najtrudniejszą relacją między osobami dorosłymi jest partnerstwo, czyli traktowanie siebie nawzajem równorzędnie we wszystkich obszarach. Wbrew pozorom większość związków opiera się na dopasowaniu zachowań uległych i zachowań dominujących na zmianę w różnych obszarach i konfiguracjach.

W niewoli

Prowadzono eksperymenty (m.in. dr Clary Davies), które udowodniły, że małe dzieci, którym daje się możliwość wyboru jedzenia spośród produktów naturalnych, kierują się niezawodnym instynktem. Każde inaczej dobierało produkty, ale żadne nie zrobiło sobie krzywdy. Jadły według własnego niepowtarzalnego gustu i smaku, ale umiały zaspokoić realne potrzeby organizmu: nie miały niedowagi ani nadwagi, ani niedoborów witamin czy pierwiastków. Instynkt jednak nie działa w stosunku do produktów oczyszczonych, wysoko przetworzonych oraz używek. Dzieci, którym zaoferowano czekoladę, wybierały ją zamiast innego jedzenia, traciły kontakt z wewnętrznym głosem, który im mówił, czego potrzebują – smak przejmował dowodzenie.

I to jest pułapka, w którą wpakowała się ludzkość – nasze jedzenie stało się bardziej używką niż pożywieniem ze względu na stopień przetworzenia oraz gigantyczną zawartość uzależniającego cukru i białej mąki. Używki de facto jak kawa czy alkohol są nieodłączną częścią naszego menu, popularne są papierosy i narkotyki. To wszystko – od cukierka po heroinę – są substancje, które zmieniają nasz metabolizm, zakłócają nasz kontakt z samym sobą na poziomie fizjologicznym i psychologicznym. Przestajemy czuć, co jest dla nas dobre, chcieć tego, co nam służy, daje nam siłę, energię, zdrowie. Żyjemy w niewoli substancji, które nas hipnotyzują, ale czy naprawdę uszczęśliwiają?

Narcyz

Popularność tekstów o narcyzmie sprawiła, że wielu ludzi pyta zaniepokojonych: „czy jak ja siebie lubię, to jestem narcyzem?”. 

Nie. Lubienie siebie nie jest narcyzmem, jest zdrowe. Problemem narcyza nie jest to, że za bardzo siebie lubi, choć rzeczywiście bezkrytycznie idealizuje siebie w obszarze swojej mocnej strony (tam, gdzie otrzymywał uznanie w dzieciństwie – za urodę, za wiedzę, za humor…) Ale robi to dlatego, żeby pokryć to, czego w sobie nie lubi, jak każdy z nas. Im bardziej coś w sobie idealizuje, tym bardziej coś innego ukrywa.

Problemem narcyza jest to, że widzi tylko siebie. Tak został ukształtowany przez wychowanie nie wymagające empatii, uznania cudzych uczuć i potrzeb. Takie ma bazowe ustawienia umysłu, który po prostu pomija dane o innych jako nieistotne, zbędne. Inni są potrzebni narcyzowi do tego, żeby mógł się w nich przeglądać jak w lustrze – jak bardzo jest mądry czy piękny czy zabawny. Czasami narcyz może sprawiać wrażenie człowieka niezwykle uczynnego wobec innych, ponoszącego koszty, żeby zadowolić obcych ludzi. Ale to nie empatia go do tego nakłania, nie współczucie, a chęć bycia w świetle reflektorów – zebrania gromkich oklasków, głosów uznania, wyrazów wdzięczności. Bez tego narcyz usycha jak kwiat bez wody. Całą energię poświęca na zdobywanie dowodów swojej wspaniałości, bo kiedy przestaje choć na chwilę, zderza się ze swoją słabością w innych obszarach. Wtedy zazwyczaj wybucha, bo król może być rozgniewany, ale przecież nie bezradny…

Kiedy się go głaszcze, narcyz daje z siebie wszystko, więc można go zmanipulować jak dziecko; kiedy próbuje się mu przeciwstawić, będzie strzelał na oślep swoim gniewem, raniąc i krzywdząc; nie zatrzymają go nawet trupy, skończy, kiedy poczuje ulgę.

Nie da się żyć z narcyzem, można jedynie żyć dla narcyza. Tego on oczekuje i takich ludzi do siebie przyciąga: niepewnych swojej wartości, zakompleksionych lub manipulujących, chcących coś ugrać dla siebie za jego pośrednictwem.

Czy narcyz może się zmienić? Teoretycznie tak, jak każdy, kto dojdzie do ściany i poczuje potrzebę przeprogramowania swojego myślenia. Praktycznie to się nie zdarza, bo narcyz zrobi wszystko, żeby do tej ściany nie dojść, nie uznać swojej słabości. Kiedy ktoś odmawia mu wyrazów uznania, on go po prostu porzuca dla nowych fanów, a tych zawsze jest dosyć. 

Narcyz jest nieszczęśliwy, wciąż zajęty zaspokajaniem swojego fałszywego głodu, którego zaspokoić się nie da, bo żadna ilość podziwu nie zastąpi autentycznych relacji, szacunku, akceptacji, miłości. Rodzina narcyza też jest nieszczęśliwa, bo bez względu na to, ile włoży wysiłku w uszczęśliwianie narcyza, ani nie wygra z obcymi, których podziw jest cenniejszy, ani nie może liczyć na jego jakąkolwiek wzajemność, bo narcyz po prostu emocjonalnie nie widzi nikogo poza sobą.