„Nigdylandia” (2005)

Szaleństwo jednego staje się inspiracją drugiego, a przez niego nadzieja zaraża tłumy innych, i wraca do źródła jak bumerang.

Nie zawsze zdążymy sami usiąść w cieniu zasadzonego przez siebie drzewa, ale zawsze siejąc dobre, pomnażamy dobre. A że wszyscy dzielimy energię jak powietrze, każdy nasz gest oparty na zrozumieniu, szacunku i empatii pośrednio zasila nas samych.

W odcięciu od siebie

Wiele dzieci jest karanych w dzieciństwie za wyrażanie siebie, swoich uczuć i potrzeb. Dorastając zachowują oni w sobie przekonanie o tym, że nie mogą ujawnić swojego ja, swojej prawdziwej tożsamości w relacjach z innymi ludźmi, bo spotka się to z ich dezaprobatą, odrzuceniem bądź naciskami do zmiany. Jak głęboka relacja może powstać między dwojgiem ludzi o takim doświadczeniu i takim przekonaniu…?

Poczucie wpływu

Zarządzanie swoim życiem zaczyna się w momencie, kiedy zauważamy, że mamy wpływ na to, co tworzymy, i zaczynamy szukać do tego klucza. Kiedy udaje nam się powiązać przyczynę i skutek, możemy uwolnić się od przymusu powtarzania swoich programów, nie musimy już chodzić w kółko tymi samymi ścieżkami.

Wybór i umiejętność

Miłość jest nie tylko wyborem, ale i umiejętnością. Jesteśmy dumni, kiedy ktoś się w nas zakochuje i wybiera na swojego partnera życiowego, bo odbieramy to jako potwierdzenie swojej wyjątkowości. Ale gwarantem trwania tego wyboru i tej relacji jest umiejętność kochania ludzi w ogóle – umiejętność tolerancji, akceptacji, zrozumienia, empatii, szacunku.

Fabryka szczęścia

Wierzymy, że nie jesteśmy szczęśliwi, bo czegoś nam w życiu brakuje. Dużych pieniędzy, uznania, podziwu, kariery, sławy, właściwego partnera, idealnej rodziny, domu z basenem, podróżowania po świecie… Długo można by wymieniać, bo każdy ma coś innego, i o czym innym marzy. Jest jednak w tym wszystkim wspólny mianownik: przekonanie, że uszczęśliwi nas zdobycie czegoś w świecie zewnętrznym. Ale czy na pewno tam leży rozwiązanie problemu? Czy krawcowa, która kiepsko szyje, stworzy arcydzieło, jeśli tylko dostanie najlepszy materiał na świecie? Jasne, że nie. Nie liczy się tylko jakość tego co mamy, ale i umiejętność zarządzania tymi zasobami. Dlatego często lepsze wyniki ma gracz, który dostał słabsze karty, ale potrafi je dobrze rozegrać; albo sukcesy odnosi sportowiec czy naukowiec o mniejszym talencie, ale większej dyscyplinie i pracowitości. I odwrotnie: spadkobierca wielkiej fortuny traci ją w ekspresowych tempie z powodu braku umiejętności zarządzania dużymi pieniędzmi; albo ktoś u szczytu sławy i popularności niszczy swój dorobek popadając w uzależnienie czy wywołując skandale obyczajowe. 

Skoro dobre rzeczy na zewnątrz nie gwarantują nam szczęścia bez naszych umiejętności zarządzania nimi, to o jaką konkretnie „technologię” tu chodzi? 
Odpowiedź jest pozornie zaskakująco prosta: o umiejętność słuchania siebie. Pozornie, bo w praktyce okazuje się, że to jedna z najtrudniejszych rzeczy na świecie. Rodzimy się z tą umiejętnością, ale od pierwszych kontaktów z innymi ulega ona stałemu wypaczeniu, a co gorsza, dzieje się to poza naszą świadomością. Kiedy wyobrazimy sobie, że od dnia narodzin stale tracilibyśmy ostrość wszystkich zmysłów – tak systematycznie, że brak wzroku, słuchu, dotyku, węchu i smaku byłby oczywistością dorosłego człowieka, wydaje się to przerażające. A brak kontaktu ze sobą – ze swoim odczuwaniem, z językiem swojej duszy – jest swego rodzaju standardem, normą, to znaczy dotyczy większości ludzi. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka. 
Pierwszą z nich jest natura naszego umysłu, który dbając o nasze przetrwanie, próbuje z każdego losowego zdarzenia zrobić regułę i zaprogramować nas, żebyśmy reagowali automatycznie, bezrefleksyjnie. Jeśli zidentyfikujemy się z umysłem, on przejmuje dowodzenie, odcina nasze czucie, zamyka nas w swojej rutynie i zamienia w ludzkie roboty. 
Drugą przyczyną jest powód, dla którego identyfikujemy się z umysłem. Robimy to już jako dzieci, wierząc, że jeśli czujemy coś, co nasi opiekunowie lekceważą albo czego nie pochwalają, to czujemy „źle”, czyli nasze czucie jest „zepsute”, nie można na nim polegać, należy je odciąć lub zracjonalizować, zmanipulować, dopasować. Potem zewnętrzny system silnie nagradzający osiągnięcia intelektualne oraz tłumienie emocji (mądre i grzeczne dzieci, inteligentnych i podporządkowanych pracowników) dokonuje reszty. W efekcie wierzymy głęboko, że umysł jest mądry, a czucie głupie, co ma tyle sensu ile twierdzenie, że prawa ręka czy noga jest dobra, a lewa zła. W rzeczywistości obie kończyny, czy górne czy dolne, najlepiej działają, kiedy pracują razem. Tak samo umysł i serce: jedno bez drugiego staje się kalekie.

Socjalizacja wymusza na nas utratę kontaktu z sobą na rzecz spełniania cudzych oczekiwań, wpasowania się w kulturowe normy, zasłużenia na akceptację i szacunek innych ludzi. Podziw innych staje się miarą naszego życiowego sukcesu. Kontrolowanie tego podziwu staje się więc naszym priorytetem, i zaczynamy żyć dla swojego wizerunku, dla swojego ego. Problem w tym, że daje nam to momenty satysfakcji, ale nie daje stałego dobrego samopoczucia, a tym bardziej poczucia szczęścia. W tle czai się lęk przed utratą tego, co mamy i stale rosnący głód na więcej dowodów tego, że jesteśmy ok. A ponieważ żadna ilość komplementów czy uznania nie potrafi sprawić, żebyśmy POCZULI się dobrze na stałe, nasze uzależnienie rośnie, a samopoczucie stale się obniża. To, co miało prowadzić do szczęścia, prowadzi dokładnie w odwrotnym kierunku. 

Jak rozpoznać, że nie mamy kontaktu ze sobą?
Główną wskazówką jest przeżywanie powtarzających się sytuacji produkujących negatywne emocje. Oznacza to, że reagujemy automatycznie, zgodnie z wyuczonymi schematami zachowania (scenariuszem swojego umysłu), bez świadomego kontaktu ze sobą. Tak, jakbyśmy codziennie wychodzili z domu w tym samym ubraniu, niezależnie od pory roku. i chociaż raz marzniemy, innym razem się pocimy, to niczego nie zmieniamy, bo się nad tym po prostu nie zastanawiamy; uznajemy, że „tak mamy”, bo nie rozumiemy, że możemy to zmienić.
Innym wskaźnikiem braku kontaktu ze sobą jest doświadczanie wyczerpania energetycznego. Oznacza to, że jemy, śpimy i pracujemy jak każą nam nasze automatyzmy, a nie nasze prawdziwe potrzeby, co doprowadza do fizycznego i psychicznego wyczerpania, czasem przybierającego postać choroby. Musimy się wtedy wyłączyć z codziennej aktywności i „naładować” – a potem nadrobić ten stracony czas popadając w kolejne wyczerpanie, i tak w kółko.

Jak naprawić tę zepsutą „technologię”, jak uzyskać i utrzymać kontakt ze sobą? 
Po pierwsze, trzeba skierować swoją uwagę do wewnątrz, nie na zewnątrz siebie. Uświadomić sobie swoje myśli i emocje. Nauczyć się odczytywać swoje emocje jako informacje i używać umysłu do ich zrozumienia i do wybrania takiego zachowania, jakie najbardziej nam w danej sytuacji posłuży.
Po drugie, warto poznać siebie bez oceniania i porównywania do innych. To, co naprawdę lubimy, co sprawia nam radość, w czym czujemy się dobrze. I to, z czym mamy problem, co sprawia nam trudność, dyskomfort. Każdy z nas ma swoje predyspozycje i swoje „alergie”; dbanie o siebie oznacza, że wiemy gdzie na ile nas stać, żeby zachować dobre samopoczucie. Stałe dobre samopoczucie oznacza komfort, a komfort pozwala nam stawiać sobie małe wyzwania i robić kroki naprzód w hartowaniu swoich nadwrażliwości.
Po trzecie, warto zaryzykować bycie autentycznym, wbrew wyuczonym schematom zachowania. To trudne, bo wymaga zmierzenia się z lękiem przed brakiem akceptacji, odrzuceniem, samotnością. Wymaga też elastyczności, której wizerunek (ego) nie dopuszcza: że raz możemy wyglądać świetnie, a innym razem kiepsko; że czasem zabłyśniemy, a czasem się potkniemy; że niekiedy będziemy z siebie zadowoleni, a niekiedy nie. I że mimo wszystko nadal dla siebie jesteśmy ok.
I w tym ostatnim zdaniu leży sedno sprawy: próbując nakarmić się akceptacją innych, możemy zapewnić sobie jedynie momenty szczęścia; dając tę akceptację samemu sobie, zapewniamy sobie stałe dobre samopoczucie. A dobre samopoczucie jest jak dotyk króla Midasa, który zamieniał wszystko w złoto – pozwala nam się cieszyć tym, co mamy i to pomnażać. Innymi słowy pozwala być szczęśliwym tu i teraz, po drodze do osiągania kolejnych celów czy spełniania kolejnych marzeń. 

Podsumowując – jeśli nie znamy, nie rozumiemy i nie lubimy siebie, nic z zewnątrz nie będzie miało mocy uszczęśliwienia nas na stałe, tak jak fajerwerki nie dają stałego światła. Jeśli znamy, rozumiemy i lubimy siebie, na bieżąco wybieramy dla siebie to, co dla nas dobre, stale powiększając swoje poczucie szczęścia, stale rozświetlając swoje życie. 
Jesteśmy jak maszyny z unikalnym oprogramowaniem, które przetwarzają materiał z zewnątrz. Jeśli wiemy, kim jesteśmy, możemy wybrać to, co do nas pasuje i tworzyć arcydzieła, możemy uszczęśliwiać siebie i innych. Jeśli wybieramy na oślep albo w oparciu o fałszywe dane o sobie, najczęstszym rezultatem jest awaria systemu – problem wewnątrz i na zewnątrz.

„Nie zaczęło się od ciebie” – Mark Wolynn

Odkąd sięgam pamięcią, książki były moimi przyjaciółmi. Zanim powstał internet odkrywały przede mną świat, zanim zostałam psychologiem, pomagały mi rozumieć siebie i innych. Zawsze coś wnosiły do mojego życia; sprawiły, że jestem otwarta na nowe, ale nie bezkrytyczna. Bo tak naprawdę wszystko co wyrażamy nie jest obiektywna prawdą, jest jedynie naszą interpretacją pewnych zauważonych zależności, którą dodatkowo wyrażamy właściwym dla siebie, specyficznym językiem. Książka Marka Wolynna nie jest wyjątkiem: jest wyjaśnianiem pewnych faktów przez przyjęte założenia, jest próbą uniwersalnego skatalogowania bardzo różnorodnych doświadczeń i posługuje się wymyślonym do tego celu językiem. W całości może być dla kogoś objawieniem, a dla kogoś innego zbyt metodycznym podręcznikiem. Dla mnie jest pierwszą pozycją od dłuższego czasu, która wniosła do mojego sposobu myślenia coś zupełnie nowego.

Wcześniej – jak wielu ludzi – zastanawiałam się, na ile jesteśmy kreatorami swojego życia, na co mamy wpływ, a co nas ogranicza. Z jednej strony widziałam, że zmiana samego zachowania, behawiorystyczne ćwiczenie innych reakcji nie przynosi trwałych efektów, kiedy pozostaje w sprzeczności z przekonaniami danej osoby. Z drugiej strony poszukiwanie przyczyn swoich problemów w odległych pokoleniach, w czasach, kiedy nas jeszcze nie było i nie mogliśmy osobiście czegoś zarejestrować umysłem lub czuciem, wydawało mi się być czymś w rodzaju rytuału voodoo; w moim odczuciu dawało innym możliwość nieograniczonego krzywdzącego wpływania na nas bez informacji o tym, bez możliwości obrony. Jakoś trudno mi było uwierzyć, że jesteśmy jedynie ofiarami jakiejś rodowej klątwy, jakichś okoliczności bez własnego udziału; że jesteśmy bezwolnymi pionkami w czyjejś grze. Brakowało mi w tym podejściu tego boskiego pierwiastka mocy, kolidowało mi to z obrazem Miłości/Boga/Wszechświata, jaki w sobie noszę.

Ta książka pomogła mi wyjść poza te schematy myślowe. Raz, że powołuje się na wiele badań naukowych, które trudno zlekceważyć. Dwa, że odnosi się do kwestii energii zapisanej w ciele – czego nie da się odrzucić, i co jest dla mnie oczywiste. Dzięki tej lekturze otrzymałam nową perspektywę patrzenia na kwestie problemów, z jakimi się zmagamy. Uzupełnioną o akceptację historycznego kontekstu swojego życia, o akceptację energetycznego echa doświadczeń swoich przodków.

Od dawna wiadomo, że nie rodzimy się jako czysta karta do zapisania. Mamy geny, które definiują wiele naszych cech, i mamy predyspozycje do tego, co sprawia nam radość i satysfakcję, jakbyśmy przychodzili na świat z planem na siebie zapisanym w duszy. Nic z tego nas jednak nie determinuje ostatecznie: jak dowodzi epigenetyka, nasze geny włączają się i wyłączają w zależności od wpływu środowiska, a dokładniej w zależności od naszej percepcji tego środowiska. Predyspozycje mogą zostać rozwinięte lub wyciszone przez specyficzny sposób wychowania, przez nasze konkretne doświadczenie. Jeśli sobie to uświadomimy, uzyskujemy moc: możemy nauczyć się zarządzać tym, co mamy, w taki sposób, żeby czuć się z tym dobrze, żeby być szczęśliwym. Nie możemy zmienić genów ani doświadczenia, ale możemy użyć tego co dostaliśmy dla siebie, nie przeciwko sobie. Nasza duchowość może zmodyfikować zapisy fizycznych i emocjonalnych reakcji oraz logiki umysłu.

I dokładnie tak samo ma się rzecz w makroskali: przychodzimy na świat w konkretnej rodzinie, która ma swoją historię. Nie tylko geny i schematy reagowania dziedziczone przez pokolenia, ale i historię emocjonalnych traum, bólu przekazywanego w postaci energii. Geny tworzą ogólny zarys naszej fizyczności, intelektu i emocjonalności; wychowanie i socjalizacja rozwijają te cechy w konkretnym stopniu i kierunku, a to wszystko dzieje się nie jak rysunek powstający na białej kartce, tylko na tle tego, co pozostawili po sobie ci, którzy byli przed nami. Dziedziczymy materialnie, intelektualnie, emocjonalnie i duchowo. Nie robi to z nas ofiar losu, nawet nie musi nas to ograniczać – pod warunkiem, że znamy karty, którymi gramy. Odrzucanie tego kontekstu tak samo jak odrzucenie jakiegokolwiek innego elementu rzeczywistości czy obszaru siebie odbiera nam możliwość wpływania na niego. Świadomość tego pozwala nam zarządzać sobą ze znacznie większym zrozumieniem, a tym samym ze znacznie większą efektywnością. Stąd z pełnym przekonaniem polecam tę lekturę.

„Inna ja” (2022, serial)

Baśniowa opowieść o tym, że często nie możemy zrozumieć siebie bez kontekstu swoich przodków. Traumy doświadczone przez przodków nie tylko wpływają bezpośrednio na następne pokolenie i zostają przekazane kolejnemu w zachowaniach i reakcjach emocjonalnych, ale rownież niczym niezneutralizowana trucizna nadal trwają we wspólnej przestrzeni, bardziej lub mniej zatruwając każdego w tym rodzinnym systemie. Doznany i nieprzepracowany ból przodków powoduje, że odczuwamy jego echa we własnym życiu. Próbując sobie z tym bólem poradzić, często odcinamy się od swoich korzeni, żeby zablokować przepływ tego cierpienia. Tylko że w ten sposób blokujemy też całą miłość płynącą wspólnym systemem korzeniowym; blokujemy połączenie siebie ze źródłem. Skazujemy się na izolację, głębokie poczucie samotności i przeciążenia w nadziei uniknięcia cierpienia. W rzeczywistości zamieniamy jeden rodzaj bólu na inny, nie pozwalając dotknąć i uleczyć się miłości.

Jak długo utożsamiamy miłość z cierpieniem, tak długo jesteśmy skazani na błądzenie. Tęsknota za bliskością pcha nas do innych, a kiedy doświadczamy od nich kolejnych zranień, wycofujemy się w samotność, i powtarzamy ten cykl bez końca. Dopiero kiedy uda nam się zobaczyć, że brak miłości pochodzi z doznanego bólu, zostajemy uwolnieni. Przestajemy przyciągać wzorce, schematy, osoby nazwane przez nasz umysł w dzieciństwie „miłością”, a zaczynamy przyciągać prawdziwą miłość, która nie ma nic wspólnego z cierpieniem. Pozbywamy się przymusu powtarzania cierpienia przodków, neutralizując ich ból i jego następstwa swoim zrozumieniem i współczuciem – miłością.

Zapomniana część „ja”

Tam, gdzie rodzice są słabi, dzieci muszą być silne, i na odwrót – gdzie rodzice są nadmiernie ekspansywni, tam dzieci stają się słabe, zależne. Bardzo często silna strona rodzica staje się słabą stroną dziecka, a słaba strona rodzica – silną stroną dziecka. Z tego powodu zmiana myślenia o swojej słabości jest podwójnie trudna: nie tylko trzeba wystąpić przeciwko lękom, które ją chronią, ale i przeciwko lękom związanym z odstraszającym przykładem po drugiej stronie. 

Na przykład ktoś może czuć się słaby fizycznie, ale bać się zmiany, widząc, jak przeciążenie fizyczne odbija się na zdrowiu rodzica. W umyśle powstaje konflikt typu unikanie-unikanie: nie chcę być słaby, ale nie chcę też zrobić sobie krzywdy przesadną eksploatacją. Komuś może ciążyć tłumienie emocji, ale może też uważać, że jego wybór ogranicza się do tego co ma lub do przeciwnego schematu czyli wybuchów emocjonalnych. Ktoś inny może cierpieć biedę, ale nie chcieć tego zamienić na dobrobyt związany z utratę życia z powodu przesiadywania w pracy do nocy. Ktoś cierpi z powodu przemocy, ale trudno mu się uwolnić od takich relacji, kiedy wierzy, że po drugiej stronie czeka go tylko fałszywa czułość pod postacią manipulowania słowami. Ktoś może źle znosić presję, ale tkwić pod cudzym naciskiem, bo wolność kojarzy mu się z całkowitą samotnością.

Podobnie jest z silną stroną. Wcale nie przynosi nam ona samych korzyści, ale forsujemy ją z lęku przed słabością, którą obserwujemy u rodziców. Ktoś staje się okrutny z lęku przed byciem ofiarą cudzej przemocy. Ktoś eksploatuje swoje ciało lub umysł, żeby odegnać lęk przed staniem się zależnym od innych (fizycznie, materialnie, intelektualnie). Ktoś ucieka w samotność od wszelkich relacji, bo nie chce żyć pod czyjąś presją. 

Jak długo dane w naszych umysłach ograniczają się do danych z naszego doświadczenia, pozostajemy w schematach. Naśladujemy je lub odwracamy, ale z nich nie wychodzimy. Wybieramy mniejsze zło, a właściwie robi to za nas nasz pokładowy komputer, czyli umysł. Jego zadaniem jest zapewnić nam przeżycie, wybiera więc to, co w specyficznym kontekście zwycięża. Czasem jest to siła, wręcz przemoc. Czasem spryt, zaradność. Czasem umiejętność dostosowania się, adaptacji, podporządkowania. Czasem przedstawianie siebie jako ofiary i branie innych na litość. Wytwarzamy w sobie to, co działa, co się w naszej konkretnej sytuacji sprawdza, co zapewnia nam akceptację opiekunów, czyli przetrwanie.

Co może wybić umysł ze schematów? Nowe, inne doświadczenie, własne lub cudze, z którym utożsamimy się emocjonalnie. Coś, co poruszy nasz umysł i serce w tym samym czasie. Może to być rozmowa, książka, film, piosenka – cokolwiek, co dotknie naszych pourażanych miejsc w czuły, nieraniący sposób i wzbudzi w nas wątpliwość co do naszych lękowych przekonań o sobie, ludziach i świecie. Umysł traktuje takie intelektualno-emocjonalne doświadczenie jako prawdę (w przeciwieństwie do treści wyłącznie intelektualnych). A kiedy ta prawda nie zgadza się z istniejącą logiką umysłu, pojawiają się pytania z najgłębszego poziomu: jak jest? kim jestem? po co żyję? jaki jest sens tego, co robię? na czym mi zależy? z czym czuję się dobrze? jacy są ludzie? czy istnieje siłą wyższa?

Dopóki tkwimy w schematach wynikających z naszego jednostkowego doświadczenia, żyjemy połowicznie niczym roboty; rozwijamy się fizycznie i intelektualnie, ale emocjonalnie i duchowo pozostajemy niedojrzali, nieświadomi. O emocjonalności i duchowości nie rozmawia się ani w rodzinach, ani w szkole. Jeśli nikt nas nie pyta, co chcemy zjeść i w co się ubrać, nie zastanawiamy się nad tym; jemy i ubieramy to, co nam dają, i nie inaczej jest z innymi sferami: bierzemy za własne to, co jest. Nadopiekuńczość nie rozwija – nie stawia pytań, daje odpowiedzi. 

Wydawałoby się, że to, czego nie dostajemy w życiu, dostaniemy w internecie. Ale internet tylko odbija rzeczywistość, na dodatek w krzywym lustrze. Masy ludzi dzielą się wiedzą, szczegółami swojego życia i poradami – jak jeść, jak ćwiczyć, jak się uczyć, jak pracować, jak poczuć się lepiej i w co wierzyć. W internecie jest wiele treści dla umysłu, ale bardzo niewiele dla duszy. Są odpowiedzi, ale nie ma pytań, które zmuszałyby do znalezienia swojej własnej prawdy.

Często słyszę pytanie, skąd biorę pomysły do swoich tekstów, kto mnie inspiruje, jacy autorzy, jakie książki. Sama zaczęłam się nad tym zastanawiać – i doszłam do wniosku, że po prostu mam w życiu szczęście. Moja duchowość rozwijała się na równi z innymi sferami, a właściwie najswobodniej, bo niezauważana, więc nie została zablokowana cudzym lękiem, cudzymi wytycznymi, cudzymi odpowiedziami.

Miałam szczęście jako dziecko, że główną i w pełni akceptowaną rozrywką mojego dzieciństwa były książki. Czytałam wszystko, co było osiągalne w tamtych trudnych czasach. Opowieści o zwierzętach wzruszały i budziły empatię, baśnie Andersena przerażały i zmuszały do zadawania sobie egzystencjalnych pytań, młodzieżowe powieści Siesickej pokazywały bohaterów i relacje zupełnie inne od tych, które znałam. To było jak drugie równoległe życie: świadomość, że jest coś więcej niż to, czego doświadczam osobiście.

Miałam szczęście, że kiedy byłam nastolatką, religia odbywała się w salkach, nie w szkole, a spotkania prowadził ksiądz mocno niestandardowy – młody, energiczny, kontaktowy, pasjonat. Nie wykładał, chciał z nami rozmawiać. Nie podawał gotowych odpowiedzi, zadawał mnóstwo pytań. Jednym tak bardzo mnie zaskoczył, że pamiętam je do dzisiaj: „co jest ważniejsze, tłum czy jednostka?”. Przez wiele lat nie potrafiłam na nie odpowiedzieć, ale o to właśnie chodziło – żeby zasiać pytanie, rozbudzić ciekawość, ustawić umysł na rozwiązywanie innych problemów niż te materialne i intelektualne.

Miałam szczęście, że potem znowu znalazłam inspiracje w książkach, tym razem takich, których autorzy swoimi słowami nazywali to, co mnie było trudno nazwać samej. To byli nie tylko przedstawiciele różnych nurtów psychologii jak Erich Fromm, Karen Horney, Carl Rogers, Milton Erickson, ale i zwykli-niezwykli ludzie jak Martin Gray czy Neale Donald Walsch, albo hinduski jezuita (odrzucony przez Kościół) Anthony de Mello i wielu współczesnych jak Gary Zukav czy Bruce Lipton. Nie sposób wymienić ich wszystkich, każdy wniósł coś do mojego sposobu myślenia, nazwał kawałek mojego czucia. Z wieloma nie zgadzałam się w innych kwestiach, ale każdy mówił swoim własnym językiem o swojej własnej prawdzie, i ta inspiracja liczyła się najbardziej.

No i miałam szczęście, że mogłam sobie wybrać zawód, który codziennie od 30 lat dostarcza mi nowych danych o tym, jak funkcjonują ludzie WEWNĄTRZ. Dlatego jestem głęboko przekonana, że nie potrafimy być szczęśliwi pomijając najgłębszą część siebie, odrzucając duchowość albo zastępując ją religią. Z radością obserwuję powolny, ale wyraźny powrót obszaru duchowości do psychologii, która próbując spełniać weryfikowalne kryteria nauki zabrnęła głęboko w intelektualne koleiny.

Duchowość jest takim samym obszarem „ja” jak emocjonalność, intelekt czy fizyczność. Nadaje pozostałym sferom sens, znaczenie – dlaczego robię to, co robię, wybieram w ten, a nie inny sposób, co sprawia mi radość, kim jestem, jakie mam priorytety. Bez kontaktu z własną duchowością popadamy w rutynę i upodabniamy się do robotów; utykamy w swoich schematach i życie przestaje nas cieszyć. Obecna fala depresji i zaburzeń psychicznych to nic innego jak skutek rozwijania fizyczności i intelektu kosztem emocjonalności i duchowości. Znamy anatomię i metabolizm ciała lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, a chorujemy bardziej. Wiemy wszystko o wszystkim, ale nic nie przynosi nam radości. Mamy gigantyczne możliwości technologiczne, ale prowadzą one najczęściej do uzależnienia. Bo emocjonalnie i duchowo pozostaliśmy dziećmi. Bo korzystamy z połowy siebie. Bo nie zadajemy sobie pytań, w tym tego zasadniczego – „po co?”.

Profesjonalne pomaganie

Wybierając zawód najczęściej kierujemy się swoimi predyspozycjami, tym co lubimy i potrafimy robić. Profesjonaliści zajmujący się pomaganiem zazwyczaj w taki sam sposób wybierają sobie podejście czy narzędzia terapeutyczne. Jedni wierzą w testy, inni w hipnozę, jedni kierują się logiką, inni intuicją, jedni mają procedury, inni idą za tym co się pojawia w trakcie spotkania. Żeby byli efektywni, klient musi rozumieć ten konkretny język, którym się posługują. Klient i terapeuta muszą do siebie pasować, żeby nastąpiło porozumienie warunkujące udzielenie i przyjęcie pomocy. Kiedy tak się nie dzieje, następuje rozczarowanie i generalizowanie, że psycholodzy są do kitu.

Pomoc drugiemu człowiekowi w odnalezieniu swojej prawdy – tego, z czym czuje się dobrze – musi uwzględniać jego indywidualność. Nie ma jednego uniwersalnego narzędzia czy sposobu, który działa u wszystkich. Obrazowo mówiąc, pomagający musi znaleźć otwarte drzwi, żeby tę pomoc dostarczyć w miejsca chore i zablokowane. 

Osobie, która dobrze czuje się ze swoim ciałem może być najłatwiej dotrzeć do swoich problemów właśnie przez pracę z ciałem – np. ćwiczenia oddechowe, śledzenie obszarów napięć, „czytanie” ze swojego ciała, bo z tym czuje się bezpiecznie, to potrafi, w przeciwieństwie do bezpośredniego nazywania swoich emocji. Ale dla osoby, która nie akceptuje swojego ciała, będzie to koszmar, nie terapia – to ją przerazi, to nie jest jej język. Te drzwi są u niej zamknięte. Ona może polegać na przykład na swoim logicznym umyśle i dopiero pokazanie jej logicznych zależności zmotywuje ją do skupienia się na tym, co czuje, do uznania emocji za dane. Ktoś inny ma bujną wyobraźnię i kocha metafory, wychwytuje niuanse – to jest jego język i tam są jego otwarte drzwi. I bywa tak, że ktoś jest w kontakcie ze swoimi emocjami i może o nich rozmawiać jak o przedmiotach ze swojego otoczenia, bez pośrednictwa innej sfery.

Prawda o sobie dociera do każdego tymi drzwiami, które zostawił dla niej otwarte. Za pomocą tego, co stało się jego silną stroną dociera do miejsc, które wymagają wsparcia. To, co uniknęło zranienia pomaga leczyć to, co wymaga uzdrowienia. 

Pomagający jest katalizatorem, przewodnikiem, inspiracją. Jego zadaniem jest rozpoznać, których drzwi użyć i jakim językiem przemówić, żeby uruchomić proces „samonaprawiania” się drugiej osoby. Im lepiej pomagający rozumie siebie, tym lepiej rozumie innych. Im bardziej pomógł sobie (zaakceptował wszystkie obszary siebie), tym większe ma możliwości dotarcia do kogoś innego – bo nie tylko za pomocą swojej silnej strony, ale za pomocą każdego potrzebnego obszaru.

Można powiedzieć, że im pełniej ktoś pokochał siebie, tym łatwiej, elastyczniej, radzi sobie z innymi, a sama jego obecność staje się terapeutyczna dla innych. Nie zawsze musi być psychologiem czy terapeutą, wystarczy, że jest wrażliwym, empatycznym i doświadczonym człowiekiem.

Każdy z nas dochodzi do tej samej prawdy o sobie samym, ale inną, własną drogą. I jak w wieży Babel – wszyscy mówimy o tym samym, ale posługujemy się różnymi językami. Czasem nie rozumiemy się wcale, a czasem na tyle dobrze, że możemy sobie nawzajem pomóc.