Autodefiniowanie

Prawdą jest, że trzeba uznać ograniczenia rzeczywistości, bo nie zmieni ona swoich praw tylko dlatego, że nam się nie podobają – ale nie po to, żeby się do niej dostosować rezygnując z siebie, tylko po to, żeby określić własną tożsamość wobec niej. Im trudniejsza jest ta rzeczywistość, tym bardziej wymusza na nas zdefiniowanie siebie, swoich wartości, tego, w co wierzymy, kim jesteśmy, jak chcemy żyć.

Prawdą jest, że trzeba zaakceptować innych ludzi takimi jacy są, bo nie zmienią się dla naszego widzimisię – ale nie po to, żeby się do nich dostosować rezygnując z siebie, tylko po to, żeby w zderzeniu z nimi rozpoznać własne potrzeby i zdefiniować własne marzenia. Im większym wyzwaniem stają się dla nas inni ludzie, tym silniej odzywa się w nas niezgoda na bycie kimś mniej niż jesteśmy.

„Oddychaj” (serial, 2022)

Sądząc po ocenach, dla większości to nieudany dreszczowiec. Dla mnie to przepiękna metaforycznie opowieść o tym, jak mechanizmy obronne zabierają nam z życia to, co w nim najlepsze i doprowadzają nas do ściany, do walki o przeżycie; jak to, co dostaliśmy od opiekunów i to, co w sobie wykształciliśmy nie dostając tego, czego potrzebowaliśmy, prowadzi nas w tej wędrówce wgłąb siebie; jak umieramy wielokrotnie i wciąż wstajemy, żeby iść dalej; jak stare traumy rodzą nowe; jak te same uczucia spajają zupełnie różne obrazki; jak obejmując zrozumieniem siebie i innych i uwalniamy się od przeszłości i rodzimy się na nowo, dając życie nowemu.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak można przetłumaczyć czucie na obraz. Kwestia przeżycia fizycznego to tylko pretekst do pokazania jak walczymy o przetrwanie emocjonalne. Każda scena ma tu symboliczne znaczenie, każde wspomnienie łączy pozornie odrębne wątki, nawet logika umysłu oddana jest niesamowicie realnie. Dlatego każdy zobaczy w tym serialu tyle, ile potrafi. Ci, którzy unikają kontaktu ze sobą, po prostu się znudzą rozbudowaną warstwą metaforyczną. Ci, którzy odbyli wewnętrzną podróż w swoją przeszłość, żeby tworzyć inną przyszłość, połączą kropki i zobaczą to, niewidoczne dla innych. Czy może raczej poczują 🙂

Miłość nie ma definicji

Miłość jest jak zupa 😉 Może mieć wiele składników i wiele smaków. Może przeważać jeden składnik, może jakiegoś składnika w niej nie być. Bez względu na różne proporcje zawartości zupa pozostaje zupą (a miłość miłością).

Dopóki jednak emocjonalnie pozostajemy dziećmi, dopóty nie jesteśmy w stanie odczuć miłości w innych formach (smakach) niż ta, która dominowała w naszym dzieciństwie. Dominująca forma miłości to taka, której nam najbardziej brakowało, albo taka, która występowała w nadmiarze (zastępowała inne sposoby wyrażania miłości). Umysł definiuje miłość za pomocą naszego najsilniejszego doświadczenia emocjonalnego, najczęściej jednej postaci bliskości, sprawiając jednocześnie, że stajemy się niewrażliwi na pozostałe jej rodzaje. Próbujemy za wszelką cenę zmusić innych do dania nam tego obrazka, który tkwi w naszym umyśle – może to być na przykład kontakt fizyczny, wspólne spędzanie czasu, słowne komunikowanie uczuć, specyficzne gesty (prezenty, niespodzianki), wsparcie emocjonalne czy „techniczne” dbanie o komfort i dobro drugiej osoby. Kiedy nam się to nie udaje, czujemy się głęboko rozczarowani i pokrzywdzeni, w swoim odczuciu pozbawieni miłości, bo inne jej formy nas nie cieszą, nie doceniamy ich, często nawet nie zauważamy. Kłopot w tym, że nawet kiedy udaje nam się zmusić czy nakłonić innych do dania nam tego, czego pragniemy, nasz błogostan trwa tylko chwilę, jak podczas działania substancji psychoaktywnej. I tak samo uzależnia zamiast przynieść szczęście.

Tęsknimy za tym, co w naszym doświadczeniu sprawiło, że zdefiniowaliśmy w sposób praktyczny bliskość, akceptację i wsparcie. Wracając do metafory zupy: jeśli ta ulubiona w dzieciństwie zawierała mnóstwo pysznej marchewki, uwielbiamy marchewkę, zupa bez marchewki nie istnieje. Ale jest też podobnie, jeśli zupa w ogóle nie zawierała marchewki, a inne składniki nam nie smakowały, bo uważamy, że to ta nieznana brakująca marchewka nadałaby wszystkiemu smak. W obu przypadkach rzucamy się więc na marchewkę, ze zdziwieniem odkrywając, że żadna ilość marchewki nie smakuje jak pyszna zupa… Żadna ilość słów, gestów czy jakichkolwiek form wsparcia ze strony innych nie sprawi, że poczujemy się kochani. Możemy jedynie uzależnić się od tych przemijających „dowodów” na to, że jesteśmy ok.

Dzieje się tak dlatego, że umysł definiuje wszystko na podstawie pierwszych doświadczeń. Kiedy coś zostaje w nim zapisane jako wzorzec, inni ludzie tracą wpływ na nasze przekonania. Jeśli wskutek krytyki opiekunów nabędziemy jakiegoś kompleksu, potem już żadna ilość komplementów tego nie wymaże. Może jedynie zainspirować nas do przeformułowania opinii o sobie. Innymi słowy, jeśli czegoś nam zabrakło w dzieciństwie (a najczęściej jest to po prostu zrozumienie tego, co czujemy i jak myślimy, żeby nas właściwie wspierać), to już nie dostaniemy tego od innych ludzi. Oni jedynie mogą pokazać nam, jak mamy sami to zrobić dla siebie; jak możemy dać sobie bezwarunkową akceptację, zrozumienie i wsparcie.

Dopiero kiedy zaleczymy dziecięce traumy, zaczynamy zauważać, że nawet bez pewnych składników zupa pozostaje zupą, i to smaczną zupą, bo sami ją doprawiamy według swojego gustu. Kiedy dziecięce tęsknoty przestają nam przesłaniać i deformować rzeczywistość, zaczynamy zauważać też inne postacie miłości (odkrywać inne smaki składników w naszej zupie). To sprawia, że zamiast czuć się pozbawieni miłości z powodu braku jakiejś jej postaci, zaczynamy czuć się kochani z powodu pozostałych. Wtedy miłość w naszym życiu zamiast przemijającym fajerwerkiem staje się stałym stanem. 

Po raz pierwszy musimy pokonać lęk separacyjny, kiedy jesteśmy niemowlakami – musimy nauczyć się, że matka (miłość) nie znika na zawsze, kiedy przestajemy ją widzieć. Potem robimy to ponownie wielokrotnie – uczymy się, że przeżyjemy bez opiekuna przy boku (w przedszkolu, w szkole, nocując poza domem, wyjeżdżając z rodzinnego domu na stałe). Aż nabędziemy przekonania, że jesteśmy niezależni, samodzielni, zaradni – dorośli w sensie fizycznym i intelektualnym. Emocjonalnie i duchowo stajemy się dorośli wtedy, kiedy pokonamy lęk separacyjny wobec Boga/Wszechświata.

Wybór i umiejętność

Miłość jest nie tylko wyborem, ale i umiejętnością. Jesteśmy dumni, kiedy ktoś się w nas zakochuje, bo odbieramy to jako potwierdzenie swojej wyjątkowości. Ale gwarantem trwania tego wyboru i tej relacji jest umiejętność kochania ludzi w ogóle – umiejętność tolerancji, akceptacji, zrozumienia, empatii; umiejętność traktowania potrzeb i emocji innych na równi z własnymi.

O emocjonalnej dojrzałości

W procesie wychowania i socjalizacji rozwijamy pewne części siebie bardziej niż inne. Dzieje się to w zależności od wsparcia i wymagań naszego otoczenia, szczególnie osób dla nas ważnych. Gdzieś przesuwamy swoje granice kosztem innych osób, bo nam na to pozwalają. Gdzieś indziej oddajemy swoje „terytorium” pod cudzym naciskiem, czyjąś presją. Im mniej wewnętrznie zrównoważeni są ludzie, którzy nas otaczają, tym bardziej my sami uczymy się funkcjonować w taki sam sposób. Niezależnie od tego, czy naśladujemy innych czy im się przeciwstawiamy, zamykamy siebie w schemacie, który ma dwa skrajne końce, dwie skrajne role: reagujemy jak zależne dziecko, albo mający władzę rodzic. Wykonujemy albo wydajemy polecenia. Puszczamy innych przodem albo wpychamy się przed nich. Jesteśmy albo ofiarami albo agresorami. Krzyczymy albo płaczemy. Słuchamy innych albo mówimy o sobie. Zagadujemy na śmierć albo milczymy. Pędzimy bez tchu albo śpimy. Robimy wszystko naraz albo padamy i tkwimy w bezruchu. Żądamy cudzego albo oddajemy własne. Atakujemy albo się bronimy. 

Miotamy się pomiędzy zwycięstwem a porażką i nic nie przynosi nam spokoju ani dobrego samopoczucia. Narasta jedynie zmęczenie i rozczarowanie. Te emocje mówią nam, że działamy w schemacie „lepszy – gorszy”, „zwycięzca – przegrany”. Jest to wbrew naszej naturze, która każe nam szanować siebie i innych na równi.

Silne jednorodne wzorce w dzieciństwie prowokują nas do przeciwstawiania się im. Szukamy ich odwrotności, drugiego ekstremum, stwarzamy rozbieżności. Rozbieżne wzorce już same w sobie powodują sprzeczne przekonania i funkcjonowanie w skrajnych rolach. Przerzucamy się z jednego krańca w drugi, jakbyśmy w różnych sytuacjach (wobec różnych „wyzwalaczy”) używali różnych tożsamości. To bardzo męczące, wyczerpujące energetycznie i emocjonalnie. Jednocześnie jest jednak konieczne, żebyśmy poznali swoją wszechstronność i zdali sobie sprawę z możliwości wyboru swojego zachowania (mogę tak i tak, umiem tak i tak). Jeśli to sobie uświadomimy, możliwe staje się wyjście poza ten schemat, znalezienie równowagi.

Jeśli uda nam się zaobserwować, gdzie zachowujemy się jak emocjonalne dziecko (bezbronna ofiara innych ludzi i okoliczności), a gdzie jak emocjonalny rodzic (nadużywający kontroli), to możemy przestać pełnić te nienaturalne role, które przysparzają nam mnóstwa negatywnych emocji. Wystarczy uświadomić sobie, że bez względu na stare zapisy w naszym umyśle, w rzeczywistości nie jesteśmy już dziećmi (nikt nie ma nad nami kontroli, jeśli jej komuś nie oddamy) i nie jesteśmy wobec innych ludzi „rodzicami”, bo de facto nie mamy nad nimi władzy, a nawet żadnego prawa, żeby decydować za nich, pouczać ich czy chronić, działać za nich, w ich imieniu. Kiedy zadamy sobie pytanie „kim jestem?” i odkryjemy, że w rzeczywistości to my i tylko my mamy władzę nad sobą i tym samym kontrolujemy własne życie, to przestajemy utożsamiać się z tymi rolami znanymi z dzieciństwa,  stajemy się autonomiczni, zrównoważeni, stabilni – dorastamy emocjonalnie. Nauczenie się tej nowej roli wymaga uważności – żeby „złapać się” na emocjach i reakcjach z poziomu dziecka czy rodzica, oraz treningu – żeby zmienić tę reakcję wbrew swoim automatyzmom. 

Na przykład jeśli ktoś zachowuje się wbrew naszym oczekiwaniom, a my demonstrujemy swoje emocje fochem, płaczem, wykrzykiwaniem swoich żali, wygłoszeniem kazania czy wywieraniem presji, to nie ma w tej relacji partnerstwa, jest zmienny układ rodzic-dziecko (zamiana ról może się dokonywać nawet w trakcie jednej wymiany zdań, choć najczęściej w danej sytuacji jedna osoba reaguje z poziomu dziecka, druga z poziomu rodzica, a w innej sytuacji może być odwrotnie). Jeśli potrafimy nazwać swoje emocje (jestem rozczarowany/a, mam poczucie krzywdy, czuję się rozżalona/y, jestem wściekły/a, itd.) i zrozumieć skąd pochodzą (czy odzywa się w nas bezsilne dziecko – ofiara innych lub zlekceważony, urażony rodzic tracący kontrolę), to taka autodiagnoza jasno nam pokaże, że nasz umysł nie zaktualizował się do tego, co jest – do roli dorosłego, do bycia partnerem dla innych ludzi. Musimy go przeprogramować „ręcznie” – dać sobie doświadczenie, że postawa partnerska (samoświadomość i aktywne wybieranie) opłaca się emocjonalnie znacznie bardziej niż tkwienie w starych rolach, które odbierają nam moc (każą czekać na litość innych lub popychają do ich kontrolowania).

Gdyby przyjrzeć się z boku, to większość naszych interakcji cechuje komunikacja z roli dziecka lub z roli rodzica. Są tam dziecięce emocje (bezradność na zmianę z próbami kontrolowania sytuacji) i dziecięce przekonania (że na nic nie mamy wpływu, albo że możemy mieć wpływ jedynie poprzez jakąś formę przemocy). Takie relacje nie są satysfakcjonujące i zawsze przynoszą lub pozostawiają negatywne emocje, „emocjonalnego kaca”. 

Kiedy świadomie zobaczymy w sobie osobę dorosłą, niezależną, dokonującą wyborów i ponoszącą konsekwencje tych wyborów, zyskujemy prawdziwy wpływ na swoje życie i możemy tworzyć relacje partnerskie z innymi ludźmi. Oznacza to, że nie szukamy winy na zewnątrz siebie, w innych ludziach i sytuacjach, a przyglądamy się swoim wewnętrznym sterownikom („jak mogę to zrobić inaczej”); że bierzemy odpowiedzialność za wszystko, co robimy, i uczymy się na swoich błędach; że nie obarczamy innych swoimi negatywnymi emocjami, tylko próbujemy je zrozumieć i wykorzystać do poprawy swojego samopoczucia; że uczymy się komunikować z innymi jasno i otwarcie; że szanujemy zarówno siebie, jak i innych, przyznając obu stronom te same prawa, jeden standard. 

Dojrzewając emocjonalnie zamieniamy nieaktualne przekonanie „mogę być dzieckiem albo rodzicem” na „jestem dorosły i niezależny”; przekonanie „mogę wygrać albo przegrać” na „możemy współpracować”; przekonanie „jestem ważniejszy/mniej ważny” na „jesteśmy jednakowo ważni”. Jest to przejście od dziecięcego „ja” do dojrzałego „my”. Tam prowadzą nas nasze emocje, jeśli zechcemy i nauczymy się ich słuchać. Niektórzy docierają do takiej dojrzałości emocjonalnej jeszcze przed osiągnięciem dorosłości, inni nie dorastają do partnerstwa nigdy, bez względu na wiek metrykalny.

Lęk pierwotny

Wszystkie nasze lęki pochodzą od pierwszego z nich, od lęku pierwotnego – przed odłączeniem od źródła miłości, przed samotnością. Bronimy się przed fizyczną postacią samotności za pomocą różnych namiastek, używania ludzi jak plastrów na ranę. Ale wystarczy te namiastki na chwilę odstawić albo uświadomić sobie, że nimi są, żeby poczuć, że źródło tej samotności jest w nas samych. I nic z zewnątrz jej nie zagłuszy, bo rzeczywistość jedynie odbija jak lustro nasz stan umysłu.

Tym źródłem jest pierwszy dysonans między miłością, z której obrazem przyszliśmy na świat a doświadczeniem braku miłości – opuszczeniem fizycznym lub emocjonalnym spowodowanym przez rodzica, przez jego własny lęk.

To doświadczenie staje się przekonaniem o niedoskonałości, niestałości miłości i o potrzebie zastąpienia jej namiastkami. To przekonanie z kolei blokuje doświadczenie miłości, z którą się urodziliśmy, która jest naszą naturą.

Pierwotny lęk zamyka nam drogę do raju. Brzmi jak parafraza grzechu pierworodnego, który wygnał nas z raju, zerwał naszą łączność z Bogiem i skazał na cierpienie.  

Prawda jest jedna, tylko ukryta w wielu różnych metaforach.

„Przeznaczenie”(2014)

Jesteśmy swoimi rodzicami, bo przejmujemy ich geny i ich przekonania. Jesteśmy niepowtarzalnym sobą, bo nie jesteśmy niczyją kopią. Jesteśmy swoimi największymi wrogami, bo nieświadomie pozwalamy sobie wyrządzać krzywdę w imię miłości. I sami decydujemy, czy będziemy w kółko powtarzać ten sam scenariusz jak wąż połykający własny ogon, czy usuniemy ze swojej historii jeden element, żeby zmienić przeznaczenie.

Świadomość siebie

Nasze niezaspokojone w dzieciństwie potrzeby sprawiają, że dajemy coś swoim dzieciom w nadmiarze. Doświadczenie w swoim dzieciństwie głodu każe swoje dziecko przekarmiać, przeżyta bieda każe zasypywać je prezentami, dawny brak emocjonalnego wsparcia każe tolerować dziecięce emocje bez granic, a brak wymarzonego wykształcenia/kariery każe wypełniać dziecku cały wolny czas kursami, zajęciami czy treningami.

Potrzeba była i pozostała wewnątrz, a próbujemy zaspokoić ją na zewnątrz, w tym przypadku za pomocą swoich dzieci. Wielu rodziców traktuje swoje dzieci jak swoje drugie życie, nie widząc faktu, że są one odrębnymi istotami z własnymi potrzebami i predyspozycjami, więc ta projekcja zachodzi łatwo, automatycznie. Trudno jednak satysfakcjonująco żyć cudzym życiem – równie dobrze można oczekiwać, że przestanie się być głodnym, bo ktoś inny zjadł posiłek.

O ile w relacjach z własnymi dziećmi chcemy wypłaty za włożony wysiłek, o tyle w relacjach z innymi, obcymi ludźmi szukamy darmowych wpłat na swoje konto. Szukamy w nich – na zewnątrz – tego, czego potrzebujemy wewnątrz. Oczekujemy, a nawet wymagamy od innych tego, czego nie dajemy sobie sami. Na przykład naszą uwagę przykuwa każda cudza wyjątkowość, podkreślona indywidualność – bo nie potrafimy zauważyć i wyrazić własnej. Albo jesteśmy wyczuleni na to, czy inni wystarczająco okazują nam szacunek – bo zupełnie nie szanujemy sami siebie. Albo żądamy prawdy, nienawidzimy kłamstwa – bo potrzebujemy własnej wewnętrznej spójności. Albo wyczekujemy komplementów, które mają zastąpić brak wiary w siebie i podnieść niską samoocenę. Ta strategia – tak samo jak zaspokajanie swoich potrzeb za pośrednictwem dzieci – również nie działa. Inni ludzie mają moc wpływania na nasz sposób myślenia tylko wtedy, kiedy jesteśmy małymi dziećmi, i nasz umysł zapisuje jako wzorce wszystko, z czym się zetknie przez pierwsze lata życia. Pod wpływem reakcji innych ludzi może zapisać kompleks na jakimś punkcie, ale żadna ilość późniejszych komplementów go nie wymaże, dopóki nie zrobimy tego sami. Inni mogą nas do tego zainspirować, ale nie mogą tego zrobić za nas. Mogą nam dać to, czego chcemy, ale nie mogą sprawić, żeby to poczucie zaspokojenia zostało z nami na stałe.

Żeby było ciekawiej, czasami umysł próbuje rozwiązywać problemy sam, poza naszą świadomością. Dla umysłu ważna jest równowaga, nieważny jest kontekst. Dlatego jeśli pozwolimy komuś na ingerencję w jakiś obszar siebie, sami zaczniemy wywierać presję na kogoś innego, w innej sferze, w innej sprawie. Pozornie niepowiązane zdarzenia, ale dla umysłu granice się zgadzają – ktoś nam zabrał kawałek naszego „ja”, my zabraliśmy komuś… Albo mamy „dziurę” w sferze dobrostanu emocjonalnego, a próbujemy ją załatać dobrobytem materialnym (tak jak „pocieszamy” się jedzeniem, kiedy nam smutno)… Albo kiedy tkwi w nas poczucie zranienia, bezbronności, bezradności z dzieciństwa i próbujemy je zagłuszyć walcząc o prawa zwierząt… W każdym z tych przykładów umysł tworzy „rozwiązanie” problemu poza miejscem, którego problem dotyczy, jakby zakładał opatrunek na cudze (czasem nawet zdrowe) kolano zamiast na nasz własny zdarty łokieć. Umysł jest robotem, i jego takie rozwiązanie satysfakcjonuje. Dlatego mamy dodatkowy system naprowadzający – emocje, które nas ostrzegają, kiedy ten automatyczny „naprawiacz” zbacza z toru. Emocje są strażnikami naszego prawdziwego „ja” i pojawiają się zawsze, uporczywie i nieustępliwie, kiedy coś temu „ja” zagraża, kiedy umysł sprowadza nas na manowce. Jeśli rozumiemy, że emocje mają nam pomóc namierzyć problem i idziemy tam, gdzie kierują naszą uwagę, to możemy świadomie wybrać właściwe rozwiązanie i naprawić to, co poszło nie tak. Jeśli traktujemy emocje jak kolejny problem, to umysł spróbuje go rozwiązać za pomocą własnej logiki i… [tu powinna się pojawić złowieszcza muzyka zapowiadająca thriller]

Negatywne emocje motywują umysł do szukania wyjścia z sytuacji; logika umysłu tworzy rozwiązania pozorne, obejście awarii, które nie powoduje zniknięcia problemu, tylko jego przeniesienie; ten stan tworzy kolejne negatywne emocje, sygnalizujące podwójną awarię, i znowu angażujące umysł do działania według własnej logiki… Bez udziału świadomości w tym procesie dostajemy się w błędne koło coraz bardziej niezrozumiałych zachowań i emocji, oceniając je na dodatek moralnie i dokładając cierpienia sobie i innym.

Język a komunikacja

Każda kultura wytwarza własny język, własne nazewnictwo, i jest to jej swoista wizytówka. Nie mam tu na myśli faktu, że słowa określające konkretną rzecz brzmią inaczej. Raczej to, że każdy język mnoży słowa na to, co dla posługujących się nim jest ważne, i nie tworzy nazw dla tego, co nieistotne. Na przykład Inuici mają kilka określeń na śnieg (inaczej nazywa się leżący na ziemi, inaczej padający, inaczej zawiewany przez wiatr czy usypany w zaspę), bo to ułatwia im komunikację bez opisywania, a śnieg towarzyszy im stale; nam wystarcza po prostu „śnieg”, bo mamy z nim do czynienia sporadycznie. Język opisuje więc subiektywnie rzeczywistość (tę zewnętrzną i wewnętrzną), ale nie tylko – jego gramatyka też niesie informacje o podejściu danej grupy ludzi do tej rzeczywistości: czy jest pełne ścisłych reguł, czy kreatywne, pełne dowolności.

W ramach tego samego języka powstają dialekty i slangi, które są kolejną informacją o tym, kim jesteśmy: akcent zdradza, w jakim regionie mieszkamy, dobór słów pozwala na wyciągnięcie wniosków o tym, gdzie i jak się wychowaliśmy, a nawet w jakim jesteśmy wieku. Znajomość słów nieznanych innym może zdradzać nasze zainteresowania lub wykonywany zawód. Ktoś, kto pracuje w branży artystycznej, nie zadowoli się określeniem koloru jako „zielony”, bo zielony ma mnóstwo odcieni, jasnych i ciemnych, ciepłych i zimnych; dlatego powstały nazwy jak limonkowy, groszkowy, jaśminowy, malachitowy, miętowy, morski, oliwkowy, pistacjowy, seledynowy, szmaragdowy, butelkowy i mnóstwo innych. To pozwala wytłumaczyć kolor bez pokazywania go, ułatwia komunikację (np. przez telefon); jest niezbędne dla projektanta czy artysty i zupełnie nieznane i nieużywane przez kogoś, dla kogo kolory są nieistotne. Każda dziedzina ma swoje sprecyzowane nazewnictwo, zazwyczaj niezrozumiałe dla ludzi spoza branży.

No i jest jeszcze język własny, indywidualny. Spośród wielu wyrazów bliskoznacznych jedne nam pasują, inne nie. Używamy wybranych wulgaryzmów, tworzymy własne neologizmy, sięgamy po specyficzne wyrażenia przestarzałe albo literackie. Mówimy prosto, bez ozdobników, albo wręcz przeciwnie, z mnóstwem odniesień i dygresji. Tworzymy pełne zdania jak w wypracowaniu, albo nie tworzymy ich wcale, co dwa słowa zmieniając myśl. Mamy swoje ulubione słowa, przerywniki, wyrażenia, reakcje. To, jakim językiem indywidualnym się posługujemy, niesie informację nie tylko o wykształceniu i/lub zdolnościach językowych, ale także o tym, jaka jest nasza osobista historia. Można z niego wywnioskować, czy trenowaliśmy komunikację z innymi, ze sobą samym czy wcale; czy nasze doświadczenie nauczyło nas nazywać wszystko z drobiazgową precyzją, czy wystarcza nam pokazywanie palcem, o co nam chodzi; czy stwierdzamy fakty, snujemy refleksje czy zmyślamy historie; gdzie wystarcza nam ten przykładowy „zielony”, a gdzie mamy na niego dziesiątki nazw odcieni; czy nazywanie to dla nas przymus wynikający z życia społecznego czy frajda nazywania świata po swojemu… 

Ekstrawertycy na ogół wolą mówić, introwertycy pisać. Tych pierwszych bardziej zajmuje to, co na zewnątrz, rzeczywiste zdarzenia, tych drugich – życie wewnętrzne, przemyślenia i odczucia. Ale bez względu na predyspozycje, każdy z nas nieświadomie przyswaja ze swojego otoczenia przekonania dotyczące komunikacji: czy warto wyrażać siebie (czy spotyka się to z aprobatą czy dezaprobatą); czy komunikując się, czujemy się rozumiani czy odrzucani; czy warto zabiegać o porozumienie, czy tworzy ono bliskość, czy rani. W rezultacie bywa często tak, że jedni nadmiernie trenują wyrażanie siebie (nie uczą się słuchać), inni je tłumią (nie uczą się nazywać), co w podobnym stopniu zaburza komunikację.

Do efektywnego porozumienia potrzebna jest wystarczająca precyzja, żeby wskazać właściwy obszar i wystarczająca metafora, żeby ktoś doprecyzował sobie znaczenie sam według własnych potrzeb – ponieważ jesteśmy jednakowi pod względem mechanizmów, ale odrębni pod względem ich wyrażania, zachowania; mówiąc metaforycznie, mamy ten sam szkielet, ale różnie ubrany😉 Już małym dzieciom można lepiej wyjaśnić pewne sprawy za pomocą metafory, opowiadając im bajkę, niż tłumacząc i analizując szczegółowo sytuację. Zbyt konkretne detale (tak samo jak mętna teoria) powodują, że nie rozpoznajemy mechanizmu ukrytego pod spodem; nie rozumiemy, więc nie komunikujemy się i nie uczymy.

Dotyczy to także komunikacji profesjonalnej, czyli rozmawiania z psychologami czy terapeutami. Część psychologów wzoruje się na psychiatrii, próbując szczegółowo opisać typy osobowości i rodzaje zaburzeń czy problemów oraz stworzyć odpowiadające im procedury postępowania dla terapeuty i dla pacjenta. Część psychologów skłania się bardziej w kierunku duchowości, patrząc bez klasyfikowania, operując metaforami, starając się poszerzyć świadomość siebie swojego klienta dostępnym dla niego kanałem. Każde podejście i idący za nim język niesie zarówno informacje o preferencjach psychologa, jak i odpowiada konkretnemu zapotrzebowaniu klienta. Ktoś, kto wyłączył u siebie czucie, będzie odbierał psychologa preferującego ten kanał jako „nawiedzonego”; i odwrotnie, ktoś, kto daje pierwszeństwo czuciu, zniechęci się sztywnym naukowym podejściem psychologa silnie preferującego umysł. Generalnie wszyscy mówią o tym samym, ale innym językiem, docierając do drugiej osoby innym kanałem. Jeśli obie strony pasują do siebie na tyle, że możliwa jest komunikacja między nimi, to proces zmiany może się rozpocząć. Jeśli język na to nie pozwala, nic się nie wydarzy, tak jak w każdej innej komunikacji. Logicznie, największą potencjalną sprawczość posiada terapeuta z własną wewnętrzną równowagą pomiędzy swoimi dwoma „odbiornikami” (umysłem i czuciem), mogąc używać każdego z nich w zależności od preferencji drugiej strony. 

Mówiąc obrazowo, każdy z nas potencjalnie może znać dwa wewnętrzne języki: język czucia i język logiki. Kiedy używa się obu, można opisać rzeczywistość przestrzennie, jak obraz w 3D; kiedy używa się jednego, obraz staje się spłaszczony, uproszczony, pozbawiony kolorów i detali, niewyraźny. Większość ludzi silnie preferuje jeden wewnętrzny język, dlatego często trudno nam się porozumieć. Specjalista od komunikacji powinien znać oba i być jak elastyczny tłumacz: jednego (języka klienta) używać po to, żeby czuł się rozumiany, drugiego po to, żeby go sobie przypomniał i przez poprawę komunikacji wzbogacił swoją rzeczywistość.