Co wewnątrz, to na zewnątrz

Jedną z najważniejszych rzeczy, jakich nauczyła mnie moja praca, jest pokora. Bo cóż z tego, że wiem, czego dziecku potrzeba, kiedy rodzice tkwią w swoich schematach, i nie są gotowi na zmianę? Muszę się pogodzić z tym, że nie pomogę w tej sytuacji, bo to nie ja mam wpływ na to dziecko przez większość czasu. Cóż z tego, że widzę, jak ktoś zapętlony w swoich nieświadomych przekonaniach rozpędza się coraz bardziej, pędząc na wprost ściany, w którą zaraz uderzy – kiedy on tego nie widzi, nie czuje, nie wierzy w to? Cóż z tego, że rozpoznaję mechanizmy, które prowadzą do paskudnych konsekwencji, jeśli ktoś wierzy, że zaprowadzą go do szczęścia?

Nauczyłam się pokory na własnych błędach, bo im bardziej próbowałam na siłę kogoś zatrzymać, przymusić go do zmiany i uratować prze konsekwencjami, tym bardziej się rozpędzał dla zrównoważenia mojego hamowania i silniej zderzał ze swoją ścianą. Doświadczają tego rodzice, kiedy próbują ochronić dziecko przed drobnymi konsekwencjami jego szkodliwego zachowania, a ono w poczuciu bezkarności nabiera tylko rozmachu w krzywdzeniu siebie i innych. Dopóki nie poczuje konsekwencji, będzie eskalować swoje zachowanie, aż konsekwecje staną się poważne, czasem nieodwracalne.

Chcę przez to powiedzieć, że każdy z nas ma swój własny, indywidualny proces rozwoju w swoim własnym tempie, i nic z zewnątrz nie może tego zmienić, jeśli dana osoba nie jest na to gotowa. Możemy innych inspirować, ale zmiany muszą dokonać sami – wtedy, kiedy do niej dojrzeją. Wszyscy podlegamy „gotowaniu żaby” – jeśli ktoś przesuwa nasze granice powoli i systematycznie, to nieświadomie zgadzamy się na coraz większe odbieranie sobie komfortu, dóbr, wartości. Sami decydujemy, w którym momencie się ockniemy – czy przy pierwszej refleksji, że coś tracimy, czy dopiero wtedy, kiedy zabraknie nam środków do normalnego funkcjonowania. Sami decydujemy, ile możemy znieść, a kiedy ból zmusza nas do reakcji, do powiedzenia „dość”.

Świadomość masowa działa według tych samych praw; przykładem może być to, co dzieje się w naszym kraju od kilku lat, a na świecie w trakcie bieżącej dwuletniej pandemii. Nie inaczej jest w przypadku tego, co dzieje się obecnie za naszą wschodnią granicą. Jako osoba z dużą empatią cierpię, czytając o atakach na przedszkole, dziecięcy szpital onkologiczny, blok mieszkalny czy karetki pogotowia, dowiadując się o zamordowaniu rodziny z dziećmi, o poświęceniu życia, żeby zaminować most, czy o dziewiętnastolatkach tracących zdrowie i życie w absurdalnej walce. Jako osoba rozumiejąca mechanizmy wiem jednak, że aktywny bunt w obronie własnych granic oznacza przebudzenie, oznacza niezgodę na dalszą krzywdę, oznacza więc początek zmiany, w tym przypadku masowej. Masowej, czyli dotyczącej nas wszystkich. I my wszyscy mamy wpływ na to, czy ta zmiana nastąpi, czy będzie trwała, i w jakim pójdzie kierunku. Mamy wpływ przez opowiedzenie się po stronie światła lub ciemności. Za krzywdzonymi, nie przeciw agresorom; za pokojem, nie przeciw wojnie; za równością, nie przeciw nierówności. To wbrew pozorom bardzo istotna różnica, bo to, na czym się skupiamy, otrzymuje naszą energię. Możemy kibicować wybranej stronie, ale nie wiemy, jak dojrzale wykorzysta potencjalne zwycięstwo (ten scenariusz przerabiamy przy każdych wyborach parlamentarnych, czyż nie?). Albo możemy wspierać światło w każdym człowieku z osobna i oglądać przebudzenia, niezależnie od miejsca, płci, rasy, narodowości, wyznania; i zobaczyć jak ciemność zostaje rozświetlona od środka tak bardzo, że znika, bo nie ma dla niej miejsca.

Rzeczy nie zawsze są takie, jakimi się wydają. Z jednej strony nie każdy Rosjanin popiera działania swojego przywódcy, wbrew rządowej propagandzie, nawet nie każdy rosyjski żołnierz w tej akcji. Z drugiej strony, jak w moim doświadczeniu, nie zawsze łagodzenie objawów jest najlepszą opcją – bo czasem trzeba sprawić, żeby człowiek poczuł, że dotarł do ściany, żeby się obudził i zaczął walczyć o to, co mu od zawsze coraz bardziej odbierano tak systematycznie, że już do tego przywykł. Jeśli się obudzi, nikt i nic go nie zatrzyma.

Jest mi bardzo ciężko patrzeć na koszty, jakie ponoszą ludzie w trakcie wojny. Ale jakaś część mnie po prostu wie, że taka jest kolej rzeczy, jako konsekwencja wszystkich wcześniejszych wyborów, i że przebudzenie do zdefiniowania i walki o siebie to objaw zdrowienia.

Im większa napiera ciemność, tym bardziej odzywa się potrzeba rozpalenia światła. Im więcej dzieje się krzywdy i cierpienia, tym silniejszy jest ludzki odzew pomocy i wsparcia; i to jest piękne, wzruszające, budzące nadzieję. Ale nie wystarczy, że będziemy pomagać skrzywdzonym, pomstując na ich wrogów. Żeby coś zmienić, potrzebujemy pomagać skrzywdzonym i jednocześnie nie zasilać negatywnej energii – nienawiści w żadnej postaci: nacjonalizmu, rasizmu, seksizmu, żadnego „my” kontra „oni”. Nie pomoże przyłączanie się do pomstowania na winnych, pomoże unicestwienie źródła tej ciemności przez rozpalenie wokół niego wszystkich świateł. Obecna sytuacja najlepiej pokazuje, ile możemy osiągnąć dzięki jedności, wspólnemu działaniu, jednomyślności, wzajemnemu wsparciu, wspólnemu frontowi. Problem w tym, że to ciemność prowokuje nas do znalezienia w sobie tego światła jedności; reagujemy na nią, przeciwko niej. Kiedy odejdzie, zapomnimy, że potrafimy świecić. Znowu będziemy tworzyć coraz to nowe podziały my-oni, skupiając się na tym, co nas różni, a nie na tym, co nas łączy.

Czy naprawdę potrzebujemy ciemności, żeby sobie przypomnieć, że potrafimy świecić? Zła, żeby odkryć w sobie dobro? Niewoli, żeby chcieć wolności? Presji, żeby siebie zdefiniować? To nasz wybór. Jak długo tego potrzebujemy, żeby sobie przypomnieć kim jesteśmy z natury, tak długo będzie się pojawiać w naszym życiu.

W historii było już wielu dyktatorów, i jak wiadomo żaden nie przetrwał ani nie skończył dobrze. Każdy następny myśli, że jest wyjątkiem, i to go gubi wcześniej czy poźniej. Czas przestać ich produkować i zasilać swoją negatywną energią, którą się żywią i którą wykorzystują do dzielenia ludzi i rządzenia nimi wedle własnego widzimisię. Ognia nie gasi się ogniem, ciemności nie zwalczy się ciemnością. Czas nauczyć się na błędach, zablokować źródło, z którego powstają – w sobie.

Stawanie się miłością

Rozwijanie swojej świadomości nie jest łatwe, bo polega na odpuszczaniu sposobów kontrolowania innych, ich miłości i odrzucenia – na uświadomieniu sobie, że tak naprawdę nie mamy nad tym żadnej kontroli, że zależy to od nich, nie od nas. Przynosi to poczucie bezsilności, bezbronności, przed którym każdy z nas się broni, a które paradoksalnie uzdrawia. Bo tak naprawdę to złudna kontrola powoduje lęk i bezsilność; jest takim zabezpieczeniem przed utratą miłości jak kolce jeża wobec samochodu. Miłość nam to złudzenie kontroli odbiera, żeby nam pokazać, że pozornie bezbronni stajemy się najsilniejsi na świecie – bo stajemy się nią samą, tym, czego wszyscy pragną.

Autonawigacja

Gdyby ktoś mnie zapytał, co moim zdaniem daje najwięcej frajdy w życiu, powiedziałabym, że samorozwój, samorealizacja, przekraczanie własnych pozornych granic. Gdyby ktoś mnie zapytał, co jest najważniejszą kwestią dla samorozwoju, odpowiedziałabym, że umiejętność rozpoznawania i nazywania swoich uczuć. Za każdym razem, kiedy udaje mi się tego kogoś nauczyć, czuję największą satysfakcję ze swojej pracy, bo wiem, że ten ktoś właśnie uruchomił najlepszy kompas w swoim życiu.

Bo każdy z nas doświadcza sprzecznych uczuć, a nikt nas nie uczy, co z takim konfliktem robić, więc najczęściej go zagłuszamy – używkami, pracą, zakupami, mediami – czymkolwiek, co spowoduje, że nie zostaniemy sam na sam ze swoimi myślami i wątpliwościami. Ale kiedy uczciwie próbujemy nazwać dla siebie odcienie tego, co czujemy, na końcu pojawia się pytanie „To o co mi tak naprawdę w tej sprawie chodzi?”. Stajemy na skrzyżowaniu możliwości i wybieramy tę drogę, która wydaje nam się najlepsza. Na ten wybór natychmiast dostajemy odpowiedź – kolejne uczucie, które nam mówi, czy wybraliśmy coś, co nam posłuży, czy wręcz przeciwnie. I znowu musimy dokonać wyboru – czy zawrócić, czy próbować dalej wbrew ostrzeżeniu. Cokolwiek wybierzemy, uczucie to skomentuje, podpowiadając nam kierunek.

Słuchając tej wewnętrznej nawigacji możemy zajść znacznie dalej niż idąc za tłumem i żyć znacznie pełniej niż naśladując innych. A przede wszystkim możemy utrzymać dobre samopoczucie i zadowolenie z siebie, które są nam w życiu potrzebne jak równowaga do jazdy na rowerze.

O dobrym samopoczuciu

Szczęście to dobre samopoczucie, radość, satysfakcja – czyli zadowolenie z siebie, ze swojego życia i z relacji z innymi ludźmi. Skoro sami tworzymy swoje życie i relacje, to dlaczego tak często nie jesteśmy szczęśliwi?Przede wszystkim dlatego, że umysł zagłusza odczuwanie i dyktuje nam co nas uszczęśliwi za pomocą swoich skojarzeń. Utożsamia nasze szczęście z posiadaniem czegoś lub kogoś i każe nam do tego dążyć za wszelką cenę, nawet jeśli czujemy się z tym źle. Jak mamy dojść do szczęścia podążając za czymś, co nas męczy, krzywdzi, stresuje czy dołuje?


Kiedy rodzice lekceważą emocje dziecka, zwracając się tylko do jego umysłu („musisz to zrobić”, „nie płacz”, „to nic strasznego, nie ma czego się bać”, „a teraz przeproś i pocałuj mamę” itp.), umysł przetwarza takie doświadczenia w zasadę „to co się czuje nie jest ważne, ważny jest cel” i tworzy przekonania typu: „trzeba znosić wszystko w milczeniu, żeby coś osiągnąć”, „trzeba zgadzać się na krzywdę, jeśli chce się doświadczyć miłości”, „trzeba ukrywać swoje emocje i kłamać, żeby być akceptowanym” itd. Takie wewnętrznie sprzeczne przekonania zmuszają nas do zanegowania albo siebie albo innych.


W pierwszym przypadku uznajemy, że jesteśmy zależni od miłości innych ludzi jak małe dzieci i szukamy aprobaty, głasków, uznania, podziwu, sławy wszelkimi znanymi sposobami. Im bardziej się w to angażujemy, tym bardziej się uzależniamy – zamiast szczęścia czujemy głównie lęk („co będzie jeśli to się skończy? co będzie jeśli popełnię błąd?”). Dostajemy dużo i coraz więcej, ale paradoksalnie nas to unieszczęśliwia; bo nawet jeśli przez moment czujemy to, o co nam chodziło, to za chwilę wraca lęk – jak kac po alkoholu.


Drugie rozwiązanie to strategia odwrotna – zaprzeczenie zależności od innych, czyli odizolowanie się od ludzi na tyle, na ile to możliwe. Udowadnianie sobie każdego dnia, że da się żyć bez miłych słów, życzliwych gestów, wsparcia, emocjonalnej więzi. Może się wydawać, że wtedy lęk przed odrzuceniem nie ma nad nami władzy, ale to właśnie on skazuje nas na emocjonalne głodowanie. To, że uczymy się żyć z brakiem, nie sprawia, że brak znika czy przestaje być odczuwalny. Nadal nas unieszczęśliwia.
Umysł tworzy konflikt („żeby być szczęśliwym, trzeba cierpieć/znosić krzywdę/zdobyć coś lub kogoś wyjątkowego”), a potem tworzy rozwiązania tego problemu, które nikogo nie uszczęśliwiają. Tworzy obrazek i strategie osiągnięcia tego obrazka, ale zrealizowany scenariusz nie przynosi szczęścia…


Powód jest prosty – szczęście się czuje, i jeśli coś nas może do niego zaprowadzić, to właśnie czucie. To jak zabawa w ciepło – zimno: naszym zadaniem jest iść za tym, co daje nam radość i satysfakcję, nie za scenariuszami umysłu bazującymi na oczekiwaniach innych ludzi. Umysł jest nam potrzebny do tego, żeby odróżnić co daje nam chwilową przyjemność i nieprzyjemne konsekwencje (to ślepe uliczki) od tego, co daje nam prawdziwe poczucie spełnienia, trwale poprawia nam samopoczucie, stwarza zadowolenie z siebie i życia.


Jeśli coś lub ktoś powoduje przymus („muszę to mieć”), zachłanność („im więcej tym lepiej, na zapas, niech to się nie kończy”), lęk na myśl o odstawieniu („nie dam rady żyć bez tego”), to uzależnienie – bez względu na to, czy chodzi o piękny wygląd, zakupy, kawę, media społecznościowe, towarzystwo, pracę czy cokolwiek innego. A każde uzależnienie krzywdzi, powoduje spadek samooceny i unieszczęśliwia.Uszczęśliwia nas wybór zgodny z własnymi uczuciami i zweryfikowany umysłem, bez względu na to, czego dotyczy. Podnosi naszą samoocenę, powoduje poczucie mocy, sprawstwa, wolności, niezależności.


Mówiąc krótko: brak szczęścia to stan, w którym podążamy bezrefleksyjnie za przypadkowymi skojarzeniami własnego umysłu; a szczęście to stan, w którym kierujemy się czuciem do wyznaczania kierunku, a umysłem do wyznaczania drogi w taki sposób, aby nie tracić dobrego samopoczucia.


Uważne wybieranie

Generalny poziom ufności wobec innych ludzi i świata w ogóle wynosimy z domu, w postaci przekonania wynikającego z własnego doświadczenia – jeśli rodzice umiejętnie się o nas troszczyli, ufamy innym i sile wyższej, jeśli nie – cechuje nas dystans i brak zaufania. 

Aczkolwiek przyglądając się bliżej można zauważyć, że nawet jeśli jesteśmy bardzo ufni, w jakimś obszarze cechuje nas brak zaufania, i odwrotnie, możemy generalnie nie ufać ludziom, ale w jakimś obszarze paradoksalnie robimy wąski wyjątek. 

Dzieje się tak dlatego, że nasze wczesne doświadczenia tworzące nasze przekonania na temat zaufania są na ogół niespójne (np. jedno z rodziców jest wiarygodne, drugie nie), ale również dlatego, że z czasem nabieramy zaufania do siebie w zakresie swojej wytrenowanej mocnej strony, gdzie jesteśmy w stanie dużo zaryzykować wbrew swojemu generalnemu brakowi ufności; tracimy zaś wiarę w siebie w zakresie swojej zaniedbanej słabej strony, i tam nie jesteśmy w stanie zaryzykować niczego, wbrew generalnej ufności wobec świata. Na przykład nie zauważamy, kiedy ktoś nas notorycznie okłamuje albo naciąga na przysługi (ufamy emocjonalnie), ale nie powierzymy nawet złotówki komuś, kto nie jest sprawdzony (nie ufamy finansowo) – albo odwrotnie: oddamy ostatnie pieniądze naciągaczom, ale nie wierzymy na słowo nawet bliskim. To sygnał, że działamy według automatycznych zapisów w naszym umyśle, który posegregował na osobne „światy” nasze wczesne doświadczenia i nabyte umiejętności według zasady: „tego jest dużo – możesz zaufać, ryzyko dopuszczalne” lub „tego jest mało – nie wolno ufać, ryzyko zabronione”. Pewne sytuacje wyzwalają ufność, a inne – nieufność. I na ogół jedna reakcja jest tą podstawową, najczęstszą, zaś druga – sporadyczną.

Sęk w tym, że ta generalizacja umysłu z indywidualnego doświadczenia w zasadę się nie sprawdza. To, że mogliśmy polegać na rodzicach nie oznacza, że możemy ufać wszystkim napotkanym osobom w życiu; tak jak fakt, że byliśmy okłamywani przez rodziców nie oznacza, że nie można ufać nikomu na świecie. Nie sprawdza się też podział na odrębne światy z różnymi zasadami (można ufać emocjonalnie, ale nie finansowo czy odwrotnie). Bo w życiu jak w gramatyce, czasem jest więcej wyjątków niż zasad.

No to ufać czy nie?

Odpowiedzią jest nie podział, a równowaga; dokładniej to ujmując – świadomy każdorazowy wybór, rezygnacja ze schematów. 

Życie w cywilizowanym świecie bazuje na zaufaniu: wjeżdżamy na most z przekonaniem, że się nie zawali, wchodzimy na balkon nie myśląc o tym, czy się zarwie, wsiadamy do pojazdów z wiarą, że dotrzemy bezpiecznie na miejsce, kupujemy jedzenie zakładając, że się nie otrujemy; powierzamy swoją sprawę prawnikowi czy swoje zdrowie lekarzowi ufając w ich wiedzę i umiejętności itd. Niemniej zdarzają się przypadki zawalenia mostów i zarwania balkonów, wypadki drogowe i lotnicze, zatrucia w restauracjach i wycofane niebezpieczne dla zdrowia produkty ze sklepów; bywa, że ekspert czy specjalista zamiast nam pomóc, poważnie nam zaszkodzi. Więc jak? Ufać (bo zwykle się udaje) czy nie (bo może zdarzyć się pech)? 

Jedni ufają bezkrytycznie jak dzieci (bo ktoś za to odpowiada przecież), inni wszędzie widzą zamach na swoje życie lub zdrowie. Prawda leży pośrodku: nie mamy wpływu na wszystko ani wiedzy pozwalającej wszystko sprawdzić, ale kiedy bierzemy odpowiedzialność za swoje wybory, nasze szanse dożycia sędziwego wieku w zdrowiu i dobrostanie wzrastają bardzo istotnie. Bo zamiast wbiec z rozpędu na pasy (bo jest zielone światło), rozglądamy się wcześniej w obie strony; bo zamiast pakować do koszyka w sklepie produkty jak leci czytamy etykiety z opisem ich zawartości; bo zanim powierzymy swoje sprawy przypadkowej osobie najpierw sprawdzamy jej wiarygodność; bo zanim połkniemy tabletki przepisane przez lekarza czytamy ulotkę leku; bo zanim wsiądziemy do czyjegoś samochodu, oceniamy swoje bezpieczeństwo; bo zanim klikniemy w przysłany nam przez obcego nadawcę link sprawdzamy rzecz w wyszukiwarce itd. 

Zasada ograniczonego zaufania nas chroni (wszyscy przecież jesteśmy ludźmi i każdy może się pomylić, zagapić, zasugerować błędną informacją, nie wspominając o tych, którzy mogą chcieć nam zaszkodzić swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem, zmanipulować czy wykorzystać). Ale oprócz tego wybieranie z uważnością poszerza naszą percepcję. Im częściej pytamy siebie „czy to dla mnie dobre? czy tego chcę?”, tym bardziej otwieramy się na odpowiedzi pochodzące z różnych kanałów, nie tylko z umysłu (wiedzy i logiki), ale także czucia i intuicji – dopuszczamy do głosu dane z naszej podświadomości; nasze postrzeganie sytuacji staje się pełniejsze, nabiera szerszej perspektywy; słowem wzrasta trafność i naszych spostrzeżeń i dokonywanych wyborów. 

Traktując świat z pozycji ufnego beztroskiego dziecka, za które ktoś inny decyduje i bierze za nie odpowiedzialność, musimy być przygotowani na przykre niespodzianki i bolesne rozczarowania. 

Traktując świat z pozycji nieufnego zalęknionego dziecka, które bierze na siebie odpowiedzialność za to, na co nie ma wpływu i boi się korzystać z czegokolwiek, tracimy radość i sens życia.

Traktując świat z pozycji dorosłego, który uważnie i świadomie dokonuje wyborów  i bierze odpowiedzialność za swoje decyzje, uczymy się tworzyć optymalną dla siebie rzeczywistość.

Na Nowy Rok

Energia podąża za uwagą. Oznacza to, że pomnażamy w swoim życiu to, na czym się skupiamy. Jeśli skupiamy swoje myśli i uczucia na tym, czego nam brakuje, na problemach, zmartwieniach i niedostatkach, to tworzymy ich więcej. Jeśli skupiamy swoje myśli i uczucia na tym, czego chcemy, za co jesteśmy wdzięczni, co sprawia, że dobrze się czujemy, to tworzymy tego więcej… 

Nasze myśli i emocje są jak paliwo – ku czemu je skierujemy, to zasilamy, temu dodajemy życia. Swoim zaangażowaniem przedłużamy trwanie albo tragicznym nagłówkom medialnym albo swojemu dobremu samopoczuciu; czyimś obraźliwym słowom albo przyjemności z uprawiania swojego hobby; czarnym scenariuszom końca świata albo radości z pięknego słonecznego dnia. 

Warto sobie uświadomić, że ten wybór zależy od nas, nie od okoliczności: co prawda nie mamy wpływu na to, jakie myśli i emocje nas odwiedzą, ale mamy całkowitą kontrolę nad tym, którym pozwolić zostać, a którym nie pozwolić się rozwinąć. Co podlewać w swoim mentalnym ogrodzie, a co z premedytacją zasuszyć. Na to mamy pełny wpływ – jak wygląda nasz prywatny „ogród”. Tylko i aż, bo ogródki obok siebie tworzą ulicę, ulice miejscowość, miejscowości region i tak dalej. 

W taki sam sposób powstaje masowa świadomość, która nadaje ton, staje się standardem, wzorcem. Ale nie przymusem. Nawet w ekstremalnych sytuacjach jak obozy koncentracyjne zdarzali się ludzie, którzy dzielili się z innymi swoimi głodowymi porcjami jedzenia, czy rozbawiali innych czekając na śmierć – ludzie, którzy nie pozwalali okolicznościom decydować za siebie, bo kontrolowali swój umysł. Byli więźniami i nie mieli najmniejszych szans w jakikolwiek sposób walczyć z systemem, ale właśnie tak rozsadzali go od środka: zmieniali okoliczności wokół siebie, bo zarażali innych nadzieją, budzili w nich to co ludzkie, wnosili życie i uśmiech tam, gdzie odgórnie zaplanowano piekło. I w końcu piekło pękło w tylu miejscach, że nie przetrwało. 

Siła masowej świadomości jest wielka, ale dopóki opiera się ona na reaktywności (automatycznym, bezrefleksyjnym reagowaniu, które można kontrolować) zamiast aktywności (świadomym wybieraniu reakcji), jest ulotna, podatna na zawirowania i zmiany jak chorągiewka na wietrze. Dlatego żaden system oparty na odgórnym przymusowym wdrażaniu jakiejś idei nie przetrwa długo, bez względu na to, czy jest to idea piekła czy raju.

W tym kontekście życzę nam wszystkim na Nowy Rok abyśmy świadomie pielęgnowali, odżywiali, podlewali i zraszali w naszym życiu to, co nas cieszy i sprawia, że czujemy się dobrze ze sobą i innymi, a przestali inwestować czas i wysiłek w to, czego w swoim życiu nie chcemy, co nas boli, przeraża i martwi. Energia podąża za uwagą – na co ją skierujemy, to wypuści korzenie, zakwitnie i rozmnoży się. Szczęśliwego Nowego Roku 😊

Hologram

Wierzymy, że jedni ludzie są lepsi i ważniejsi od innych. Wierzymy, że niektórzy mają specjalne przywileje u Pana Boga, a niektórzy wręcz przeciwnie. Przenosimy przekonania z własnego dzieciństwa na siebie, innych ludzi i Boga czy Wszechświat. Szukamy autorytetów i pośredników w kontakcie z Bogiem i wciąż na nowo się rozczarowujemy. 

A co jeśli każdy z nas jest tak samo ważny? A co jeśli nie ma doskonałych i takich co wiedzą wszystko, tylko każdy ma jakiś kawałek wspólnej układanki? I tylko kiedy każdy z nas go pokazuje innym wyrażając siebie, wtedy wszyscy możemy zobaczyć cały obrazek, mając w tym równy udział?

A co jeśli wszyscy jesteśmy kochani tak samo, ale czujemy to na tyle, na ile pozwalamy sobie to poczuć, na ile jesteśmy w stanie w to uwierzyć?

Przekonania o miłości warunkowej są ograniczeniami, które stawiamy sobie w życiu. Każda zmiana takiego przekonania jest jak otwarcie drzwi, przez które wchodzi bezwarunkowa prawdziwa Miłość. Nie trzeba jej szukać ani zdobywać, ona jest wszędzie wokół – ale nie dotknie nas, dopóki nie otworzymy jej drzwi, nie wpuścimy do siebie. To się nazywa wolna wola, pełne prawo wyboru. Sami możemy zdecydować w co wierzymy, a w co wierzymy staje się naszą rzeczywistością.

Kontakt ze sobą

Kiedy chorujemy albo mamy złe samopoczucie, pytamy innych „Co mam zrobić?”. A inni odpowiadają: „Weź ten lek, mojej siostrze bardzo pomógł”, „Idź na imprezę i o wszystkim zapomnisz, jutro będziesz jak nowy ”. Zakładamy, że jeśli coś pomogło komuś w podobnej sytuacji, to tak samo pomoże innym. W rzeczywistości czasem pomaga , a czasem… szkodzi. Tak jest z każdym lekiem, dietą i poradą. 

Każdy problem, i ten zdrowotny, i ten emocjonalny, pochodzi z naruszenia wewnętrznej równowagi. Kłopot w tym, że na zewnątrz widać tylko, że coś jest nie tak, ale ten sam objaw może wskazywać na zupełnie różną przyczynę – więc i na potrzebę zupełnie różnej reakcji. 

Ktoś nie daje sobie rady ze swoimi obowiązkami, więc pouczamy go, żeby wprowadził więcej samodyscypliny. A może ta osoba wzięła sobie na głowę za dużo, bo uwierzyła, że skoro tak dobrze zarządza swoim czasem, to da sobie radę z podwójnym obciążeniem? To, czego naprawdę potrzebuje, żeby odzyskać równowagę, to mniej samodyscypliny, a więcej odpoczynku…

Ktoś krzyczy – może próbuje wywrzeć na nas presję i trzeba go potraktować stanowczo, a może krzyczy z bezsilności i potrzebuje wsparcia…?

Ktoś choruje – jego organizm może potrzebować albo oczyszczenia albo odżywienia; zastosowanie niewłaściwej procedury może tylko pogorszyć jego stan…

Ilekroć kierujemy się reklamami i poradami innych osób, kierujemy się bezrefleksyjnym zaufaniem pochodzącym z relacji z rodzicami; przekonaniem, że tak jak kiedyś rodzice, tak teraz inni ludzie wiedzą więcej, chcą dla nas dobrze i należy ich słuchać. 

Prawda zaś jest taka, że inni są nieskończonym magazynem inspiracji, ale nikt nie zna nas lepiej niż my samych siebie, i to my sami musimy zdecydować, co z tego magazynu wybrać dla siebie, żeby odzyskać równowagę. Jeśli jesteśmy w głębokim kontakcie ze sobą, swoimi odczuciami i uczuciami, to jak zwierzęta kierowane instynktem potrafimy wybrać właściwie to, co nas uleczy.

Pandemia depresji

Czy sobie to uświadamiamy czy nie, nazywamy czy nie, sensem życia jest miłość.

Przychodząc na świat, oczekujemy bezwarunkowej akceptacji, bliskości i wsparcia – od tego zależy nasze przeżycie, rozwój, poczucie szczęścia. I wcale się to nie zmienia, kiedy jesteśmy dorośli. Tylko doświadczenia w najwcześniejszych latach życia nadwyrężają lub wypaczają tę wiarę w bezwarunkową miłość, z którą się urodziliśmy. Doświadczamy bowiem takiej miłości, jaką potrafią nam dać rodzice i opiekunowie – w pewnych obszarach umieją nam ją okazać, w innych ich lęk stawia warunki albo znosi granice, zamieniając miłość w warunkową akceptację albo poświęcenie dopuszczające krzywdzenie.


W pierwszym wypadku – tam, gdzie rodzice akceptują nas warunkowo – zaczynamy wierzyć, że możemy być kochani tylko jeśli będziemy „jacyś”: silni, dobrzy, ładni, grzeczni, mili, mądrzy, sprytni, zabawni, wyjątkowi… Sensem naszego życia staje się wtedy dążenie do bycia perfekcyjnym w jakimś obszarze, robienia tego tak dobrze, żeby bez wątpliwości zasłużyć na bycie kochanym. Uzależniamy się od zapracowywania na miłość, bo wierzymy, że zdobędziemy ją własnym działaniem, włożonym wysiłkiem. Całą energię skupiamy na tym, żeby zawsze powalać wyglądem albo dowcipem, zawsze znać się na czymś lepiej niż inni, zawsze świetnie zarabiać, zawsze służyć opieką i pomocą, zawsze dawać sobie radę albo zawsze umieć ustąpić… (podkreśl właściwe) Za pomocą zachowań, którymi kontrolowaliśmy akceptację rodziców, próbujemy kontrolować akceptację innych osób, aż staje się to silnym nawykiem podsycanym przez dawne dziecięce emocje. W końcu się wyczerpujemy albo przestajemy widzieć, że zamiast coś kontrolować, tracimy to, bo ktoś ma dość naszego wymuskanego wizerunku, przesadzonych żartów, wymądrzania się, znikania w pracy na całą dobę, narzucania się ze swoimi radami i pomocą, wiecznego przepraszania za to, że się żyje… (niepotrzebne skreślić)


W drugim wypadku – tam, gdzie rodzice nie stawiają wymagań i granic – zaczynamy wierzyć, że świat jest po to, żeby spełniać nasze życzenia; żeby dbał o nas, wiedział, czego nam trzeba, domyślał się, jak poprawić nam samopoczucie. Oczekujemy od innych ludzi, żeby nas uszczęśliwiali, bo nikt nas nie nauczył jak to robić samemu. Próbujemy różnych i coraz bardziej bezwzględnych form nacisku, żeby dostać coś, co nas uszczęśliwi; a ponieważ sami nie wiemy co to ma być, a inni nie są tak zainteresowani poprawianiem nam samopoczucia jak kiedyś rodzice, sięgamy po leki, używki, alkohol, narkotyki, wirtualną rzeczywistość. Obrażeni na to co jest, próbujemy żyć „gdzie indziej”, uzależniamy się od ludzi, substancji i technologii, bo nie mamy pojęcia jak inaczej zapewnić sobie dobre samopoczucie. Biernie czekamy, aż miłość spadnie nam z nieba i zajmie się z nami, jakbyśmy wciąż byli niemowlętami.


W ten sposób najwcześniejsze doświadczenia uczą nas albo używania swojej mocy w niewłaściwy sposób, albo wyrabiają w nas przekonanie o jej braku. W obu przypadkach prowadzi to do uzależnienia – od własnych scenariuszy kontroli albo od innych ludzi. Kiedy więc los odbiera nam to, od czego jesteśmy uzależnieni, wpadamy w depresję, ogarnia nas głęboki smutek, apatia i zniechęcenie – tracimy sens życia. Każdy z nas doświadcza tego uczucia, kiedy zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie zarządzać miłością, że zawodzą jego sposoby kontroli albo nie są spełniane jego oczekiwania.

Wbrew pozorom to nie sygnał, że przegraliśmy, że straciliśmy szansę na doświadczenie miłości. To informacja, że brniemy w ślepy zaułek; że potrzebujemy odnaleźć, obudzić i właściwie nakierować swoją moc, która pozwoli nam stać się twórcami swojego życia, zamiast jego ofiarami. To znak, że zachowujemy się jak ptaki, które padają ze zmęczenia, bo boją się usiąść na gałęzi, żeby się pod nimi nie zarwała, albo siedzą na jej koniuszku bez ruchu, zamarłe ze strachu, żeby nie spaść – choć mają skrzydła, żeby w każdej chwili poderwać się do lotu, wybrać inaczej, znaleźć to, czego im potrzeba.


Kiedy sensem życia staje się jakiś cel czy obrazek („będę szczęśliwa/y jeżeli…”), wystarczy to człowiekowi zabrać, żeby stracił sens życia i pogrążył się w depresji, w samozniszczeniu. Dlaczego więc to sobie robimy, dlaczego wiążemy swoje szczęście z czymś lub kimś, mimo że de facto zmusza nas to do zachowań, które pogarszają nasze samopoczucie i utrudniają życie?

Warunkowanie szczęścia wynika z warunkowej miłości wobec siebie, z szukania na zewnątrz leku na swoje braki. Jest wiarą w to, że jesteśmy chorzy i nie przetrwamy bez jakiegoś konkretnego lekarstwa. Jest myśleniem uzależnieniowym, wynikającym z przekonania, że nie jesteśmy w porządku (i tworzącym zachowania, które to potwierdzają). Jest programem, który nieświadomie załadowaliśmy sobie w dzieciństwie z najbliższego otoczenia, który działa i będzie działał automatycznie, dopóki negatywne emocje, ból i cierpienie nie zmuszą nas do wyłączenia go, do przeprogramowania swojego myślenia o sobie.


A kiedy damy sobie pozwolenie na bycie takim, jakim nam ze sobą dobrze, kiedy pokochamy siebie bezwarunkowo, sensem życia staje się życie samo w sobie. Wiara w bezwarunkową miłość, której można zaufać bez lęku i kontroli sprawia, że żadne okoliczności człowieka nie złamią, bo nie zależy od nikogo i niczego – potencjalnie jest w stanie stworzyć siebie od nowa, gdziekolwiek się znajdzie, cokolwiek się mu się zabierze (zatem paradoksalnie nie musi tego doświadczać, żeby się o tym przekonać).


Wyraźnie widoczna w obecnych czasach pandemia depresji to pandemia odkrywanych uzależnień. Możemy się pogrążyć w opłakiwaniu swoich schematów kontroli lub niezaspokojonych oczekiwań do końca życia, albo możemy zawrócić z niewłaściwej drogi i zacząć cieszyć się życiem bezwarunkowo. Musimy tylko rozumieć, co mówią nam nasze emocje i użyć swojej świadomości do przeprogramowania swojego myślenia, a co za tym idzie, zachowania. Inaczej mówiąc, uwierzyć, że mamy skrzydła i zacząć ich używać 🙂

Masowa świadomość

Masowa świadomość ma moc. Ludzie zjednoczeni w imię jakiejś idei – bez względu na to, czy to modlitwa o uzdrowienie czy wojna – potrafią zmieniać fizyczną rzeczywistość. Energią – działanie jest tylko jej materializacją. 

Nieświadomość rządzi. A raczej ci, którzy potrafią nią sterować dla własnych korzyści.

„Jeśli sam nie wiesz, czego chcesz, wmówią ci to inni.” (Josef Kirschner). 

Dlatego tak ważne jest podnoszenie świadomości siebie, bo to oznacza podnoszenie świadomości świata.

Nie można trwale zmienić na zewnątrz czegoś, co nie zmieniło się wewnątrz, bo to nasze światło i nasza ciemność tworzą świat takim, jaki jest.