Wiele postaci jednego lęku

Kiedy uczucia i potrzeby dziecka nie mogą być zaspokojone z powodu niedostatku, braku, dziecko reaguje przerażeniem, bo czuje się opuszczone i zapomniane przez los.

Kiedy uczucia i potrzeby dziecka spotykają się z bezpośrednim odrzuceniem dla zasady, dziecko reaguje złością, bo czuje się bezradne.

Kiedy uczucia i potrzeby dziecka spotykają się z brakiem zrozumienia i wsparcia, dziecko reaguje wycofaniem, „zamrożeniem” swoich emocji, bo czuje się oceniane i krytykowane.

Kiedy uczucia i potrzeby dziecka są lekceważone, dziecko reaguje buntem, przeciwstawianiem się, bo czuje się źle potraktowane, oszukane.

Kiedy uczucia i potrzeby dziecka są zaspokajane z wyprzedzeniem, dziecko reaguje zniecierpliwieniem, bo czuje się zależne.


Kiedy w dzieciństwie doświadczamy którejś postawy rodzicielskiej silniej niż innych, w dorosłym życiu jeden stan emocjonalny bierze górę nad innymi – nie tylko staje się pierwszą odruchową reakcją (szczególnie na wszelkie nowe, niejasne sytuacje), ale stale towarzyszącym uczuciem wybijającym się ponad inne.

Dorośli, którzy doświadczyli braku, żyją w stałym zmartwieniu, a ich pierwszą reakcją na nowe jest szukanie potencjalnego zagrożenia i tworzenie najczarniejszego scenariusza. Próbują zabezpieczyć się na wypadek wszelkich nieszczęść, żeby nie doznać braku znanego z dzieciństwa.

Dorośli, którzy doświadczyli nadmiernego rygoru nie rozpoznają swoich emocji i nie przyznają się do swoich uczuć, wszystkie negatywne (także smutek, tęsknotę, obawę itp.) wyrażają za pomocą irytacji i złości. Twardymi emocjami próbują zwrócić na siebie uwagę, żeby wymusić to, czego nie otrzymali jako dzieci.

Dorośli, którzy doświadczyli nadmiernej krytyki starają się ukrywać swoje emocje i uczucia, żeby nie były widoczne na zewnątrz; noszą maskę spokoju nawet jeśli wewnątrz umierają. Próbują zamrozić swoje uczucia, żeby inni ich nie zobaczyli i nie użyli przeciwko nim jak to miało miejsce w dzieciństwie.

Dorośli, którzy doświadczyli lekceważenia żyją w niepewności; czują przymus udowadniania wszystkim, że są ważni i wartościowi. Nie okazują emocji, szczególnie tych miękkich, żeby nie dać innym przewagi nad sobą i nie pozwolić im przejąć kontroli.

Dorośli, którzy doświadczyli rodzicielskiej nadgorliwości, żyją w obawie przed stratą, ponieważ czują się całkowicie zależni od innych ludzi. Ich lęk przyjmuje postać zniecierpliwienia, nacisku. Silnie okazują emocje, ale używają ich do kontrolowania innych, żeby otrzymywać od nich nie mniej niż w dzieciństwie.

Każde dziecko doświadcza jakiegoś rodzaju niedostatku lub zranienia, każdy dorosły nosi w sobie lęk przed jego powtórzeniem. Czasem ten lęk wygląda jak przebojowość, która ma pokryć zmartwienie; czasem jak złość, która ma ukryć bezradność; czasem jak obojętny spokój, który ma przykryć nadwrażliwość; czasem jak zarozumiałość maskująca niepewność; czasem jak zniecierpliwienie chowające pod sobą przerażenie.

Jednak bez względu na różną postać jest tym samym lękiem przed utratą najważniejszych wartości: bliskości z innymi ludźmi i możliwości autentycznego wyrażania siebie.


Maski

Miłość sprawia, że się otwieramy, lęk każe nam się zbroić. Kiedy jako dzieci odkrywamy, że sposób, w jaki pozyskiwaliśmy akceptację rodziców nie działa na innych ludzi, boleśnie doświadczamy ich odrzucenia. To, co możemy w takiej sytuacji zrobić, to zabłysnąć czymś tak, żeby odwrócić uwagę innych od tego, co chcemy ukryć, od słabego punktu, który w nas namierzyli.

Jeśli broń poskutkuje, stanie się naszą tarczą, za którą odtąd będziemy się automatycznie chować, czując się niepewnie. Nakładamy maskę „wazeliniarza”,„eksperta”, „duszy towarzystwa”, „błazna”, „rewolucjonisty”, „konformisty”, „ofiary” i wiele innych niczym emocjonalny makijaż – żeby ukryć twarz, która jak wierzymy jest zdeformowana.

Kiedy małe dziecko odkrywa…

Kiedy małe dziecko odkrywa, że rodzice je oszukują, że nim manipulują, żeby zmusić je do jakiegoś zachowania, jego poczucie bezpieczeństwa znika jak bańka mydlana. Prawda i spójność stają się najbardziej pożądaną formą miłości, czymś, co może sprawić, że znowu poczuje się bezpieczne i kochane. Takie dzieci stają się dorosłymi, dla których spójność, konsekwencja, łączenie wszystkiego ze wszystkim staje się podświadomą obsesją. Są bardzo lojalni wobec przyjaciół i rodziny; mają jedną twarz dla wszystkich, próbują zatrzeć granice między życiem prywatnym i zawodowym; nie dzielą ludzi na kategorie, w ogóle unikają wszelkich podziałów jak ognia, nawet dom urządzają z konsekwencją godną podziwu. Ich umysł, kierowany dziecięcym lękiem, działa w przymusie szukania wspólnego mianownika, łączenia wszelkich danych w jakąś całość, niwelowania granic w każdym obszarze życia, tworzenia jedności nawet z tego, co z natury odrębne. Bo tylko to, co jest spójne, jest bezpieczne i kojarzy się z miłością.

Kiedy małe dziecko odkrywa, że jego rodzice żyją w konflikcie, jego poczucie bezpieczeństwa zostaje zrujnowane. Żeby zapewnić sobie akceptację obu stron, uczy się nimi manipulować – zmienia swoje zachowanie zgodnie z ich oczekiwaniami. Udawanie staje się sposobem na odzyskanie utraconego poczucia bezpieczeństwa. Takie dzieci stają się dorosłymi, dla których podziały są normą, wręcz czymś koniecznym dla dobrego samopoczucia. Flirty, romanse i zdrady są dla nich standardem; dla każdego tworzą inną twarz – udają, grają, przebierają się tak bardzo, że tracą własną tożsamość. Potrafią po mistrzowsku upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i zawsze stawiając Bogu świeczkę, przynoszą diabłu ogarek. Ich życie prywatne rządzi się innymi prawami niż ich życie zawodowe, jakby należały do różnych ludzi. Ich umysł, kierowany dziecięcym lękiem, działa w przymusie dzielenia siebie na dwa lub więcej, tworzenia odseparowanych od siebie osobowości i światów, rozbijania na części tego, co z natury jednolite. Bo tylko to, co jest przynajmniej podwójne, jest bezpieczne i kojarzy się z miłością.

Siła dziecięcych emocji

Każdy silny lęk powoduje potrzebę kontroli, a tym samym tworzy kompulsywne, nadmiarowe reakcje. Nadmiarowa reakcja na jakąś sytuację wskazuje na istnienie (najczęściej dziecięcego) lęku, który stłumiony, z ukrycia steruje naszym życiem, „podpina się” pod bieżące emocje, podkręcając je swoją siłą.

Każdy człowiek we wczesnym dzieciństwie przeżywa jakiś rodzaj traumy – silnego lęku związanego z odrzuceniem lub stratą. Może to być zdarzenie jednorazowe (jak śmierć członka rodziny, odejście rodzica z domu) lub stale się powtarzające (jak odrzucająca postawa rodzica lub rówieśników), powodujące poczucie braku bezpieczeństwa, utraty bliskości. Wobec takiego doświadczenia umysł dziecka próbuje wytworzyć jakiś rodzaj kontroli tej znikającej miłości czy akceptacji, żeby poradzić sobie z zagrożeniem. Zazwyczaj staje się nim zachowanie, które działa w tym momencie na dorosłych, przynosi ich uznanie lub aprobatę, przynosi ulgę. I pozostaje ono narzędziem kontroli akceptacji innych – złudnym jak lina, której się trzymamy, chociaż nie jest do niczego przywiązana, ale dającym ukojenie dla lęku jak szmaciana przytulanka.

Powtarzamy to zachowanie nawykowo, staje się częścią nas samych, najczęściej nie zdajemy sobie nawet sprawy, że to reakcja posttraumatyczna. Zwykle to inni ludzie zwracają nam na to uwagę, ze względu na nadmiarowość naszego zachowania w stosunku do sytuacji. Ktoś, kto przypadkiem zrzucił z hukiem ciężki przedmiot wystraszy się, ale zaraz potem może się roześmiać, obracając zdarzenie w żart. Ktoś, kto przeżył bombardowanie, w takiej samej sytuacji może zareagować głębokim przerażeniem, i długo nie móc dojść do siebie, bo odżyje wielokrotne skojarzenie huku z realnym zagrożeniem życia.

Dla małego dziecka zagrożenie utraty miłości jest odczuwane jak zagrożenie utraty życia. Ilekroć doświadczamy sytuacji skojarzonej z dawną traumą, tylekroć silnie odżywają wszystkie stłumione wcześniej emocje, powodując nadmiarową reakcję. Raz uruchomiony mechanizm nie przestaje działać bez świadomego jego „rozbrojenia”, dlatego dorośli reagujący z siłą dziecięcych emocji są zjawiskiem powszechnym.

Obdarowywanie

Prezent z definicji jest czymś fajnym. Ale w praktyce nie zawsze budzi radość.

Zdarza nam się dostać prezent, który bardziej boli niż cieszy mimo dobrych chęci obdarowującego. I zdarza się, że obdarowujemy kogoś z serca, a zamiast radości widzimy rozczarowanie. 

Dlaczego? Bo czujemy się obdarowani i wdzięczni nie wtedy, kiedy podarunek jest obiektywnie wartościowy, ale wtedy, kiedy odpowiada naszej hierarchii wartości, kiedy czujemy, że ktoś zadał sobie trud, żeby sprawić nam przyjemność z naszej perspektywy, nie ze swojej. Po prostu wtedy czujemy się rozumiani i kochani. 

Obdarowywanie innych (szczególnie dzieci) tym, co sami lubimy, jest robieniem prezentów… sobie. Żeby zrobić prezent komuś, trzeba go znać i rozumieć na tyle, żeby wiedzieć, co sprawi mu przyjemność. Jeśli ktoś oglądał 4 sezon „The Crown”, to zapewne pamięta scenę, w której Diana i Karol wymieniają się prezentami z okazji rocznicy ślubu. Ta scena mówi więcej niż wszystkie inne razem wzięte o tym,  jak bardzo się nie znali i nie rozumieli, jak bardzo inne mieli priorytety i zainteresowania. Każde z nich ofiarowało drugiemu to, co samo chciałoby dostać; niestety dla drugiej strony nie miało to żadnej wartości.

Rozpoczął się czas kupowania prezentów pod choinkę. Zanim zdecydujemy, co to ma być, pomyślmy, czy robimy to dla kogoś czy chcemy dowartościować siebie; czy chcemy czyjejś radości czy rozczarowania. Twórca niespodzianki z obrazka poniżej miał niewątpliwie genialny pomysł i wykazał się talentem, cierpliwością i starannością w jego wykonaniu. Jak widać w komentarzu do zdjęć, osiągnął swój cel – stał się obiektem podziwu. Zrobił prezent sobie: poczuł się dobrze, skupił uwagę na sobie. Co trudno powiedzieć o obdarowanym, który pewnie najpierw przeżył szał radości, a potem równie głębokie rozczarowanie – z którym zapewne musiał się jeszcze kryć, jeśli inni uznali, że to dowcip pierwsza klasa.

Róbmy prezenty z głową, ale i z sercem ❤️

Między młotem a kowadłem

Brak aprobaty otoczenia dla silnych dziecięcych emocji powoduje, że dziecko próbuje coś z nimi zrobić, miotając się między lojalnością wobec własnego odczuwania a presją opiekujących się nim dorosłych, od których jest zależne. Cokolwiek jednak robimy z negatywnymi emocjami, wpływa to w taki sam sposób na pozytywne.

Podporządkowanie się zewnętrznemu naciskowi powoduje tłumienie i racjonalizowanie swoich negatywnych emocji; taka kontrola emocjonalna zyskuje uznanie otoczenia, ale jej skutkiem ubocznym jest tłumienie i racjonalizowanie pozytywnych emocji, a tym samym utrata radości z życia.

Próby zdominowania otoczenia poprzez nadmiarowe wyrażanie swoich negatywnych emocji zraża do nas innych ludzi, co próbujemy im zrekompensować równie przesadnym wyrażaniem tych pozytywnych. W ten sposób zachowujemy prawo do wyrażania siebie, ale dla innych ludzi stajemy się niestabilni i niewiarygodni.

Odwiecznym marzeniem człowieka jest podkręcenie pozytywnych emocji i uciszenie tych negatywnych, nieprzyjemnych. Prawda jest jednak taka, że każda manipulacja swoim odczuwaniem dotyka wszystkich emocji.

Błędne koło przekonań

Pierwsze przekonanie na temat miłości kształtuje się w najwcześniejszym okresie życia dziecka; jest pozawerbalne, czysto poczuciowe. Dziecko po prostu koduje dominujące uczucie, z jakim rodzice zwracają się do niego. U jednych może to być to radość, zachwyt z jego istnienia, ciepło. U innych – obowiązek, troska pomieszana ze zmartwieniem, bycie przeszkodą czy obciążeniem. To zgeneralizowane poczucie staje się naszą definicją – czymś, co „z automatu” dajemy sobie i innym, powtarzając bazowe doświadczenie.

Są dzieci, którym rodzice przedłużali dzieciństwo w nieskończoność, nie potrafiąc się nimi nacieszyć, zaburzając ich rozwój społeczny i tym samym utrudniając tworzenie prawidłowych relacji z innymi ludźmi, co spowodowało przeżycia traumatyczne – bycie odrzucanym, wyśmiewanym, manipulowanym, prześladowanym.

Są dzieci, które zostały poddane socjalizacji zbyt szybko, zanim zdążyły doświadczyć kwintesencji dzieciństwa – szczerości, naiwności, radości, spontaniczności, żywiołowości w wyrażaniu siebie. Zastąpiły je dyplomacja, kontrola, wycofanie, powodujące wyraźną aprobatę otoczenia. Im więcej było tej aprobaty, tym większa stawała się trauma z powodu coraz bardziej niedostępnej, utraconej, zablokowanej, niewyrażonej części siebie; świat staje się wtedy coraz bardziej szary, pozbawiony kolorów.

Dzieci, które doświadczyły rodzicielskiego zachwytu nad swoim istnieniem i przedłużonego emocjonalnego dzieciństwa jako dorośli mają głębokie przeświadczenie o istnieniu miłości, ale szukają jej na oślep, nie rozumiejąc innych ludzi i angażując się w przypadkowe związki, których nie potrafią utrzymać. Bazowe doświadczenie miłości, które otrzymali powoduje jednak, że porażki ich nie zniechęcają, angażują się ponownie mimo zranień i czerpią z tego dla siebie ile się da.

Dzieci, które nie doświadczyły bezwarunkowej radości ze swojego istnienia i zostały szybko zsocjalizowane, potrafią tworzyć bezkonfliktowe relacje z innymi ludźmi, ale nie czerpią z nich satysfakcji, bo nie bierze w nich udziału ich dziecięca część, odpowiedzialna za wiarę w miłość, za radość, zachwyt, spontaniczność, nieskrępowane wyrażanie siebie. Jeśli jakieś nadzwyczajne okoliczności sprawią, że sięgną do swojego uwięzionego niewyrażonego „dziecka” i pozwolą sobie na odczuwanie pełną mocą z jego udziałem, a zostaną oszukani, zmanipulowani, zranieni, to zatrzaskują je w sobie z powrotem i tylko cud może sprawić, żeby zaufali ponownie komukolwiek.

Do zaprzeczenia swoim przekonaniom potrzeba gotowości – wiary w istnienie tego drugiego końca. Wiara to czucie – kiedy czucie ograniczone jest przez lęk, wiara także. I kółko się zamyka. Nie można dostać z zewnątrz czegoś, czego nie ma wewnątrz, a nie można stworzyć wewnątrz tego, do czego nie dostało się narzędzi.

Miłość do kupienia

Rodzice często mają sprecyzowaną wizję tego, jakie powinno być ich dziecko – jak powinno wyglądać, jak się powinno zachowywać, co powinno osiągnąć. 

Taka akceptacja warunkowa rodziców („będę cię kochać, jeżeli będziesz taki/a jak chcę”) powoduje ogromną dziecięcą tęsknotę, żeby wypełnić tę wizję i zasłużyć na rodzicielską miłość; tęsknotę, by być takim, jakim rodzice chcą, żeby poczuć, że się jest kochanym. Bez względu na to, jaką strategię przyjmuje dziecko – czy się buntuje, czy rozwija siebie w obszarze neutralnym (tam, gdzie rodzice nie zdefiniowali swoich oczekiwań), i bez względu na osiągane efekty, gdzieś głęboko pozostaje w nim przekonanie o byciu niewystarczającym do tego, żeby być kochanym przez innych. 

Warunkowa akceptacja dziecka przez rodziców powoduje u niego nie tylko brak akceptacji siebie takim, jakim jest naprawdę. Powoduje też odczuwanie gwałtownych skumulowanych od dzieciństwa emocji (od smutku, rozżalenia, zazdrości po złość i gniew) wobec osób, które wydają się wypełniać dawne rodzicielskie oczekiwania; które wydają się być tym, kim tamtemu dziecku nigdy nie udało się być.

Umysł mówi, że ich istnienie jest jak żywy dowód, że rodzicielska wizja była realna, więc rodzicielska miłość byłaby możliwa, odczuwalna, gdyby udało się być właśnie takim. Dusza mówi: „…gdyby miłość można było kupić.”

Gotowanie żaby

Podobno (nie sprawdzałam!) żywa żaba wrzucona do gorącej wody wyskakuje z niej jak oparzona, ale włożona do zimnej wody i podgrzewana daje się ugotować. Obrazek może mało humanitarny, ale trafnie oddający istotę wszelkiej krzywdy, którą sobie fundujemy.


Jeśli ktoś nas jawnie i gwałtownie zaatakuje, zazwyczaj nie mamy wątpliwości, że musimy się bronić i po prostu to robimy. Ale jeśli ktoś jest dla nas długo miły, a potem tylko trochę nieuprzejmy, a potem czasami grubiański, a potem się nad nami znęca – to jak ta żaba tracimy zdolność do właściwego reagowania i pozwalamy się skrzywdzić.


Patrząc z zewnątrz na przemoc domową mówimy: „Jak on/ona może pozwalać na coś takiego?!”, ale patrząc od wewnątrz nie widzimy granicy krzywdy, bo przesuwa się ona płynnie, niezauważalnie, jak tylko przyzwyczaimy się do poprzedniego stanu. A człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego, dosłownie do wszystkiego. Co nie oznacza, że nie ma dla niego ratunku. Wręcz przeciwnie – każdy z nas ma wbudowany wewnętrzny radar, który go ostrzega przed niebezpieczeństwem: emocje.


Ci, którzy lekceważą i racjonalizują swoje poczucie krzywdy („nic się nie stało, każdy może mieć gorszy dzień”, „wiem, że mu naprawdę na mnie zależy, więc to nie ma znaczenia”, „każdemu się zdarza wybuchnąć, to przecież dobry człowiek”, „inni mają gorzej”, „tak naprawdę ona nie chciała”), tracą zdolność do samoobrony. Bo nasz generalizujący umysł nie widzi, że zachowanie człowieka nie jest jego niezmienną cechą, tylko nawykiem; brak akceptacji czyjegoś zachowania nie oznacza odrzucenia całej osoby – czyjeś zachowanie jest jego wyborem, na który możemy się zgodzić albo nie. Problem w tym, że niskie poczucie własnej wartości każe nam zgadzać się na wszystko co dostajemy – bo możemy przecież nie dostać nic…

Ci, którzy traktują swoje emocje jak informatorów, powiadamiających o naruszeniu swojego poczucia własnej wartości – i komunikują to drugiej stronie – zatrzymują ten stan, które ich satysfakcjonuje, a to zwrotnie zwiększa ich poczucie własnej wartości i tworzy satysfakcjonujące relacje z innymi.

Zwracajmy uwagę na rzeczy małe, wewnątrz siebie i na zewnątrz – jeśli zatrzymamy pierwszy spadający kamyk, nie będzie z niego lawiny. Bo przecież żaden dzieciak próbujący pierwszego papierosa nie wybiera świadomie raka płuc, żaden ciekawski nastolatek sięgający po środek odurzający nie zamierza skończyć jako narkoman na ulicy, żadna dziewczyna tolerująca imprezowy tryb życia swojego chłopaka nie zakłada, że stanie się żoną alkoholika. Po prostu wszyscy przywykamy jak żaba do gorącej wody – aż kończymy we wrzątku…

Projekcja

Nie widzimy świata takim, jaki jest. Widzimy świat przez okulary swojego „ja”. Optymiści widzą pełną część szklanki z wodą, pesymiści pustą. Kiedy pokażemy komuś plamę o niejednoznacznym kształcie, głodny zobaczy jedzenie, gołębiarz ptaka, dziecko serduszko, ktoś rządzony nienawiścią – plamę krwi. Projektujemy na zewnątrz to, co dla nas ważne – co jest naszą pasją lub fobią, co jest naszą dumą lub traumą.

Obserwując to, co ktoś wybiera, na co reaguje, na co zwraca uwagę można jak w lustrze zobaczyć to, co dzieje się w jego umyśle. Im większe zafiksowanie na czymś, tym silniejszy jest przymus działania. Może mieć nawet zasięg światowy, kiedy jeden niski brunet o ciemnych oczach postanawia zniszczyć wszystkich podobnych do siebie i zostawić na świecie tylko wysokich niebieskookich blondynów, którzy zastąpią mu lustro, którego nienawidzi. Albo kiedy ludzie związani celibatem lub nękani skłonnościami pedofilskimi skupiają się na cudzym pożyciu małżeńskim, wzorcu rodziny, wzorcu seksualności. To próby rozwiązania własnych problemów wewnętrznych za pomocą sterowania światem zewnętrznym. Nigdy nie przynoszą ulgi, bo są jak drapanie się w nogę, kiedy swędzi łokieć – ale nie zawsze mają negatywny społecznie wydźwięk. Gdyby nie osobista tragedia Ewy Błaszczyk, nie byłoby kliniki „Budzik”. Gdyby nie doświadczenia braku troskliwej miłości, nie byłoby „psiarzy”, „kociarzy” czy „koniarzy” ratujących ich każdym kosztem. 

Kiedy chcemy sprawdzić czy poprawić swój wygląd, patrzymy w lustro. Kiedy chcemy zauważyć czy rozwiązać wewnętrzny problem, popatrzmy w co się angażujemy, jak reagujemy, co w zewnętrznym świecie wyzwala zapisane w nas stare emocje, i tym zajmijmy się najpierw. Bo jeśli będziemy projektować swoją nienawiść czy cierpienie na innych, nigdy nie pozbędziemy się tych uczuć z własnego serca. A kiedy uda nam się rozwiązać konflikt wewnątrz, to to, co robimy, nie będzie emocjonalnym kosztorodnym przymusem, tylko wolnym wyborem przynoszącym satysfakcję i gratyfikację.