Bezradność

Traumą każdego dziecka jest uczucie bezradności, odczuwana jak porzucenie. A ponieważ dziecko jest całkowicie zależne od swoich opiekunów, więc bezradność jest głównym dziecięcym uczuciem. Od momentu, kiedy leży samo w łóżeczku i płacze, nie potrafiąc samemu zaspokoić swojego głodu, usunąć bólu brzucha, zmienić pozycji poprzez sytuacje, kiedy potrzebuje i nie otrzymuje rodzicielskiego czasu, uwagi, wsparcia, czułości, bliskości – aż do sytuacji, kiedy dorośli wymagają od dziecka czegoś, czego nie potrafi, a co ich zdaniem „powinno umieć”, „powinno wiedzieć”, „powinno dać sobie radę”.

Uczucie bezradności jest dla dziecka uczuciem braku miłości; jest czymś, czemu trzeba przeciwdziałać, przed czym trzeba się chronić, zabezpieczyć się na przyszłość. W obszarze, gdzie bezradność doskwierała nam najbardziej, stajemy się więc z czasem nadmiarowo zaradni, próbując zapobiec powrotowi tego uczucia. Dużym wysiłkiem budujemy siebie wsparcie materialne lub emocjonalne, znajdujemy sposób, żeby zawsze coś mieć w zapasie, żeby nie groziło nam widmo zapamiętanej bezradności – żebyśmy nie doświadczyli więcej braku miłości, który pamiętamy z dzieciństwa.

Miłości jednak nie da się kontrolować, można kontrolować jedynie jej namiastki. Otaczamy się nimi z lęku, ale one wcześniej czy później zawodzą, i znów musimy spojrzeć w oczy temu znienawidzonemu uczuciu – bezradności. I znów emocjonalnie stajemy się dzieckiem, mimo dorosłego wieku i całego wysiłku, który włożyliśmy w to, żeby tak się nie stało. 

Kiedy jako dorośli doświadczamy poczucia bezradności, nie dotyczy ono tylko bieżącej sytuacji; dotyczy wszystkich momentów, kiedy czuliśmy się bezradni i całkowicie zależni od innych; dlatego nasze emocje są tak silne i wyrażane w dawny dziecięcy sposób: krzykiem, płaczem, ucieczką. Możemy się poddać temu uczuciu i popaść w depresję, albo możemy przyjrzeć się swoim najstarszym przekonaniom na temat miłości, które poczucie bezradności ujawnia z całą mocą. 

To przekonania o miłości decydują o tym, czy odtwarzamy swoje dawne doświadczenia w kółko zmieniając jedynie dekoracje, czy tworzymy nowe na kształt tego, w co chcemy wierzyć.

Zarządzanie emocjami

Zarządzanie swoimi emocjami polega na docenianiu i celowym tworzeniu tych pozytywnych oraz na nazywaniu i rozbrajaniu tych negatywnych.

Kiedy czujemy się dobrze, uznajemy to za „normalne” i po prostu wykorzystujemy nasze dobre samopoczucie do działania. Od innych też rzadko usłyszymy „dziękuję, że jesteś na czas” (za to często: „spóźniłeś się!”) czy „dobrze mi się dzisiaj z Tobą rozmawia” (ale często „nie da się dzisiaj z Tobą dogadać”). Rośnie to, na czym skupiamy uwagę, więc warto zauważyć i docenić sam fakt, że czujemy się dobrze, że nic nam nie dolega. A jeśli chcemy się tak czuć stale, to musimy zadbać o zasilanie tego pozytywnego stanu przez otaczanie się tym, co dla nas dobre, co nas wzmacnia, sprawia radość i motywuje.

Kiedy czujemy się źle, chcemy to jak najszybciej zmienić, więc uciekamy od kontaktu z tymi emocjami (w pracę, ekstremalny sport, alkohol, w zaangażowanie w życie innych) próbujemy je zakrzyczeć (towarzystwem, imprezowaniem, pełnieniem misji społecznej) albo stłumić (udać, że ich nie ma, albo że nas wcale nie ruszają). Każdy ten sposób jedynie wzmacnia negatywne emocje. Dezaktywować je możemy tylko przez pokonanie lęku przed kontaktem z nimi, nazwanie ich i zrozumienie skąd pochodzą, co je wywołało. A zawsze pochodzą z „dziur” w poczuciu własnej wartości.

Emocje są informacjami z naszego wewnętrznego radaru. Mówią nam, jak siebie kochamy. Im trwalszy jest nasz dobry nastrój, tym bardziej żyjemy w harmonii ze sobą. Im częściej dopada nas złe samopoczucie i gwałtowne negatywne emocje, tym silniej komunikujemy sami sobie, że robimy sobie krzywdę, że żyjemy wbrew sobie.

Myślenie pozytywne

Myślenie pozytywne nie oznacza wmawiania sobie, że jest lepiej niż jest (że szklanka jest napełniona wodą po brzegi, chociaż wyraźnie widzimy, że tylko do połowy), ani zmuszania się do czucia czegoś innego niż się czuje (że to lepiej jak w szklance jest mniej wody niż więcej). Myślenie pozytywne polega na tym, że uczymy się skupiać uwagę na pozytywach, że kierujemy uwagę (a więc i energię) na to, co chcemy w swoim życiu pomnażać, powiększać („w szklance jest woda”).

W zakresie swojej silnej strony robimy to automatycznie – jesteśmy nastawieni pozytywnie, drobiazgi nie wytrącają nas z równowagi; po prostu wiemy z doświadczenia, że nawet jeśli się potkniemy, to nas nie powstrzyma, bo lubimy i potrafimy rozwijać te sferę.

W zakresie swojej słabej strony widzimy jednak sprawy odwrotnie – każdy niepomyślny drobiazg przyciąga naszą uwagę, psuje humor, wzbudza lęk i wątpliwości, i jak wielki silny magnes zaczyna ściągać inne negatywne myśli i uczucia.

Radzenie sobie z tzw.negatywnymi (czyli nieprzyjemnymi) emocjami nie oznacza tłumienia ich („to nieważne, że pół szklanki jest puste”) czy zaprzeczania im („szklanka jest prawie pełna”), ale nie oznacza również pogrążania się w nich coraz bardziej i coraz głębiej („za chwilę szklanka może zrobić się całkiem pusta i co wtedy?”). Radzenie sobie z negatywnymi emocjami oznacza, że nazywamy je po imieniu („boję się, że wody w szklance jest za mało”) i decydujemy się na nich nie skupiać, czyli ich nie powiększać, kierując uwagę na pozytywy („w szklance nadal jest woda”).

Co może myślenie pozytywne najlepiej ilustruje przykład Nicka Vujicica – człowieka, który urodził się bez rąk i nóg, żyje jednak pełniej niż wielu ludzi bez takich drastycznych ograniczeń. Jest mówcą motywacyjnym, pisze książki, podróżuje po całym świecie, spotyka się z ludźmi na stadionach; założył rodzinę, ma pełnosprawną żonę i czworo dzieci. Jak mówi „Mogłem być zły na Boga za to, czego nie mam, albo być wdzięczny za to co mam.”

Wolność wyboru

Teoretycznie każdy z nas ma wolny wybór jak się zachowa.

Praktycznie ten wybór jest zdominowany przez konkretny nawyk, który praktykujemy od dzieciństwa, pewien automatyzm, który zazwyczaj – a szczególnie kiedy jesteśmy pod wpływem emocji – bierze górę ponad wszystkimi innymi opcjami. Ten schemat działa na poziomie wręcz biologicznym, bo kształtuje się w pierwszych latach naszego życia, kiedy jesteśmy całkowicie zależni od rodziców i dla naszego mózgu wszystko jest kwestią życia i śmierci. Jeśli ktoś doświadczył silnej traumy, wszystko, co z nią skojarzone, będzie wzbudzać lęk. Jeśli ktoś nauczył się pozyskiwać uwagę i akceptację rodziców poprzez jakieś zachowanie (np. rozśmieszanie, bunt, ucieczkę, zasługiwanie, agresję, podporządkowanie się), wybiera ten schemat działania automatycznie w dorosłym życiu wobec innych ludzi, nawet jeśli de facto w tych relacjach przynosi mu to odwrotny rezultat.

Dlatego dla wielu z nas wybór zachowania pozostaje tylko potencjalny – i tak lądujemy w latami żłobionych koleinach jakiegoś schematu; w rzeczywistości nie wybieramy, bo nasz automatyzm – zachowanie, które praktykowaliśmy latami i stało się nawykiem – wybiera za nas. Co więcej, pozwalamy mu się definiować, myślimy na tej podstawie o sobie: jestem tchórzem (nieudacznikiem, klaunem, cierpiętnikiem, buntownikiem – wstaw cokolwiek). Co więcej,  poprzez zachowanie oceniamy innych ludzi, jakby urodzili się nieśmiali albo pracowici, dobrzy albo źli – od zawsze na zawsze, bez wpływu środowiska i możliwości zmiany.


Każdy człowiek jest w stanie uwolnić się od przymusu wybierania według wyuczonego wzorca, musi jedynie zaryzykować zachowanie przeciwstawne do swojego schematu. Wbrew pozorom nie jest to wcale proste, bo mózg strzeże swojego losowego skojarzenia jako generalnej zasady za pomocą silnych emocji – kiedy próbujemy zachować się wbrew temu, co mówi nasze doświadczenie, narasta w nas paniczny lęk, poczucie zagrożenia, silna wewnętrzna blokada. Jeśli pogryzł nas pies, pogłaskanie innego psa może stać się nie lada wyzwaniem, bez względu na to, jak bardzo zdajemy sobie sprawę, że to inny, łagodny i przyjazny pies.

Możemy wiedzieć – logicznie zdawać sobie sprawę – że powinniśmy zmienić zachowanie, ale emocjonalnie nie być stanie tego zrobić. Ten wewnętrzny konflikt wytwarza napięcie, które przenosi się na inne sfery życia, powodując powstawanie kolejnych negatywnych emocji, ostatecznie znajdujących ujście w agresji wobec innych lub siebie samego. Im wcześniej świadomie zaryzykujemy zmianę zachowania, tym mniejsze koszty emocjonalne poniesiemy, szczególnie jeśli zadbamy, aby nastąpiło to w sytuacji bezpiecznej, zapewniającej nam choćby najmniejszy sukces. Najtrudniejsze jest pierwsze złamanie bariery („psy gryzą!”), każde następne przychodzi łatwiej, bo mózg zaczyna się uczyć nowej reguły („psy nie zawsze gryzą”). I dopiero kiedy nadejdzie moment, że możemy wybrać albo jedno, albo drugie zachowanie (obejść z daleka albo pogłaskać psa) z równą łatwością, oznacza to, że staliśmy się wolni. I tak naprawdę dopiero wtedy jesteśmy w stanie wybrać to, co nam służy, nie będąc niewolnikami swojego wybiórczego doświadczenia – bo prawda jest taka, że są psy, które mogą zagryźć człowieka na śmierć, i są psy, które ratują ludziom życie kosztem własnego; ani omijanie, ani głaskanie wszystkich nie zapewnia nam bezpieczeństwa.

Na poziomie zachowania mieć wybór oznacza otwartość i elastyczność ponad sztywnymi zasadami, schematami i skopiowanymi wzorcami zachowania. Na poziomie psychologicznym mieć wybór oznacza wydostanie się spod kontroli lęku. Na poziomie duchowym mieć wybór oznacza bycie miłością, wybieranie tego, co dobre, zgodnie ze swoją naturą. Człowiek wolny od lęku wybiera to, co mu służy, bez potrzeby jakiejkolwiek kontroli zewnętrznej; człowiek kontrolowany przez lęk krzywdzi innych i siebie nawet jeśli przestrzega norm społecznych i kulturowo narzuconych zasad moralności.

Piekło

W obszarach, w których rodzice potrafią okazywać miłość, dziecko doświadcza „nieba”. W obszarach, w których rodzice tego nie potrafią na skutek zablokowania jakiejś części siebie, dziecko doświadcza zaprzeczenia miłości – „piekła”. Tym piekłem są lękowo-przemocowe schematy zachowań rodziców czy opiekunów – jak wybuchy niekontrolowanych emocji, agresja słowna (sarkazm, wyzwiska, celowe ranienie, upokarzanie), przemoc fizyczna i psychiczna oraz wszelkie negatywne przekonania co do natury ludzi i świata. Doświadczając ich, dziecko cierpi, a jego umysł z jednej strony zapisuje to doświadczenie jako standard („tacy są ludzie”, „takie jest życie”), a z drugiej stara się od niego uciec, tworząc przeciwstawną strategię („nie powtórzę tego”). 

Im silniej rozwijamy strategię unikania swojego piekła, tym silniej tworzymy wewnętrzny konflikt (np. „życie jest czarne, ale ja stworzę różowe”, „mężczyźni są nienormalni, ale ja znajdę normalnego”, „kobiety nie są warte szacunku, ale ja spotkam księżniczkę”, „związki są trudne i dysfunkcyjne, ale mój będzie szczęśliwy”). 

Im bardziej uciekamy od swojego piekła, tym bardziej naprężamy linę doświadczenia, która nas z nim łączy – aż pęka i z impetem stajemy twarzą w twarz z tym, przed czym tak uciekaliśmy. Aż uznamy, że piekło – tak jak niebo – jest częścią nas samych. Dopiero wtedy uzyskujemy wybór, co chcemy tworzyć, co chcemy w sobie rozwijać.

Dopóki uciekamy przed swoim piekłem, jesteśmy skazani na bolesne spotkanie z nim. Kiedy zaakceptujemy jego istnienie i pozbędziemy się lęku przed nim, możemy się od niego uwolnić.

Źródło negatywnych emocji

Czy życie bez negatywnych emocji jest możliwe? 

To zależy w co się wierzy. 

Jeżeli wierzymy, że te emocje są powodowane przez innych ludzi i sytuacje, to nie – ponieważ nie mamy na to wpływu. 

Jeżeli wierzymy, że negatywne emocje są sygnałem konfliktu między prawdą a nieprawdą, jaki tworzy zakodowany w nas lęk – to tak, bo nad własnym umysłem mamy pełną władzę.

Akceptacja tego co jest

Za każdym razem kiedy rzeczywistość nie spełnia naszych oczekiwań próbujemy zrobić jedną z dwóch rzeczy – albo odrzucamy rzeczywistość, żeby zachować siebie, albo rezygnujemy z siebie, żeby dostosować się do rzeczywistości. Obie strategie przysparzają negatywnych emocji, bo mają źródło w braku akceptacji i poszanowania dla tego co istnieje z nami włącznie.

Racjonalizowanie

Dla małego dziecka rodzice czy opiekunowie są niepodważalnym autorytetem. Jeśli nazwą kolor czerwony białym, dziecko uwierzy. Jeśli powiedzą, że nie powinno czuć tego, co czuje, dziecko uwierzy. O ile kwestia kolorów jest namacalna i prosta do naprawienia, o tyle kwestia emocji już nie. I czasem te zafałszowane dane pozostają w umyśle, deformując na stałe sposób postrzegania.

Typową sytuacją, w której tak się dzieje, jest usprawiedliwianie niewłaściwego, krzywdzącego zachowania jednego z rodziców. Dzieci są bardzo empatyczne, więc nie ma znaczenia, czy jest to zachowanie wobec samego dziecka czy wobec drugiego z rodziców. Ważna jest jedna rzecz: że jeden rodzic krzywdzi, a drugi zaprzecza swoim i dziecka emocjom, usprawiedliwiając krzywdziciela. „Tatuś jest dobry, tylko się zdenerwował”, „mamusia bardzo cię kocha, widocznie nie może zadzwonić ani przyjechać jak obiecała”, „tata nie chciał tak powiedzieć, bardzo mu na tobie zależy”, „musisz zrozumieć, że mama ciężko pracuje i nie ma dla ciebie czasu, ale bardzo cię kocha”, „musisz zrozumieć, że alkoholizm to choroba i tata nie wie, co robi, ale bardzo cię kocha”, „mama ma dobre serce i na pewno nie chciała ci zrobić krzywdy”, „tata nie zapomniał o tobie, tylko ma mnóstwo spraw na głowie”.

Takie wmawianie dziecku, że krzywda, którą czuje, nie jest krzywdą, nie pochodzi z troski o jego uczucia ani o relację z tym rodzicem. Pochodzi z potrzeby usprawiedliwienia siebie, swojego wyboru tkwienia w toksycznej relacji i przyzwalania na krzywdzące zachowania.

Wmawianie dziecku, że krzywda, którą czuje, nie jest krzywdą, a „taką trochę inną miłością” powoduje dwie rzeczy. Jedną, że dziecko przestaje ufać temu, co czuje, traci swój wewnętrzny radar. Drugą, że taki kształtuje w sobie obraz miłości – „jak kocha, to krzywdzi”. Tego będzie oczekiwać, to będzie nieświadomie tworzyć, a raczej odtwarzać w swoim dorosłym życiu. 

O bezsilności

Niezależnie od starań rodziców każde małe dziecko przeżywa jakąś postać traumy z powodu utraty miłości. Czasem jest to jedno zdarzenie, czasem specyficzny sposób traktowania na co dzień. Czasem jest to rodzaj przemocy fizycznej lub emocjonalnej, czasem separacja lub izolacja, zawsze – jakaś forma odrzucenia lub porzucenia. Niekoniecznie w intencji rodziców, ale w odczuciu małego, zależnego, przerażonego i bezradnego dziecka. 

Każde dziecko próbuje nauczyć się żyć z tą traumą: jego umysł szuka sposobu, żeby zapobiec jej powtórzeniu, szuka sposobu na kontrolowanie miłości. Czasem jest to podporządkowanie się, żeby na tę miłość zasłużyć, czasem jest to natarczywa dominacja, żeby nie zostać niezauważonym, pominiętym, zapomnianym. Jeśli sposób zadziała, zostaje jako broń i tarcza w relacjach z innymi ludźmi także w dorosłym życiu. Czasem skutkuje rozbawianie innych, czasem udawanie, żeby spełnić cudze oczekiwania, a czasem kupowanie zainteresowania i podziwu za pomocą prestiżu, statusu, kariery, sławy lub po prostu pieniędzy.

Postacie traumy powodującej lęk przed utratą miłości są różne i sposoby radzenia sobie z nią również przybierają wiele form. Ale wspólny mianownik jest jeden – dopóki w dziecięcy sposób szukamy miłości na zewnątrz siebie, udoskonalając swoje sposoby kontrolowania cudzej akceptacji, dopóty nie mamy szans tej miłości i akceptacji doświadczyć naprawdę. Bo miłości nie da się kontrolować. Nie można jej kupić ani zagwarantować sobie umową, nie można na nią zasłużyć ani jej wymusić. 

Miłość jest bezwarunkowa – bezwarunkowo dostępna. Uzyskujemy na powrót ten dostęp do niej wtedy, kiedy życie zmusi nas do poddania swojej broni, swojego sposobu kontroli; kiedy wystarczajaco boleśnie doświadczymy, że to nie działa; kiedy zamiast uciekać od starych bolesnych wspomnień pozwolimy sobie przeżyć emocje dziecięcej traumy raz jeszcze, świadomie ją wyrażając i w ten sposób pozwalając jej wreszcie odejść. Kiedy pożegnamy dawny dziecięcy lęk przed odrzuceniem czy porzuceniem, przestajemy je tworzyć i wciąż na nowo doświadczać. Kiedy uwalniamy dziecięce emocje, odkrywamy, że dla nas, dorosłych, są nieaktualne – bo nie zależymy już od nikogo, możemy tworzyć swoje życie tak, jak chcemy, sięgać po to, czego potrzebujemy. Kiedy jako niezależni dorośli bez oceniającej i racjonalizującej logiki umysłu przeżyjemy w pełni na nowo bezradność przerażonego do szpiku kości dziecka, wierzącego, że straciło miłość, od której jest całkowicie zależne, możemy zresetować ten głęboko zapisany, już nieaktualny lęk, możemy niejako wrócić do punktu, od którego wszystko poszło źle.

Albo będziemy przed starą traumą uciekać całe życie, prowokując los (a może miłość?), aby uzmysłowił nam złudność naszej kontroli miłości coraz silniej, coraz boleśniej, żebyśmy w końcu dotarli do tego dziecięcego stanu – kompletnej bezradności, bezsilności. Do miejsca, w którym myślimy, że wszystko się kończy, a tak naprawdę wszystko dopiero się zaczyna.

Dylemat miłości

Dziecko staje się fizycznie niezależne od swoich rodziców, kiedy potrafi samo się poruszać i zadbać o swoje podstawowe potrzeby; materialnie staje się niezależne, kiedy zaczyna zarabiać na swoje utrzymanie; intelektualnie – kiedy realizuje swoje zainteresowania i pasje, nabiera wiedzy i doświadczenia, tworzy własne opinie i poglądy. Pytanie brzmi: kiedy stajemy się niezależni emocjonalnie od swoich rodziców?

Wbrew pozorom nie wtedy, kiedy rozluźnimy z rodzicami kontakt czy nauczymy się sobie radzić z ich problematycznym zachowaniem. Dzieje się to dopiero wtedy, kiedy nasza świadomość dojrzeje wystarczająco, żeby rozwiązać „konflikt miłości”, którego doświadcza każde dziecko. Ten konflikt to niezgodność między uczuciami dziecka a zachowaniem rodziców nazywanym miłością. To konflikt prawd, których dziecięcy umysł nie potrafi ani pogodzić, ani rozdzielić. Pierwsza z nich to ta, że rodzice kochają dziecko jak potrafią i dają mu to, co mają, i dziecko czuje tę miłość bez względu na jej siłę, zakres i formę. Druga prawda jest taka, że dziecko nie ma wpływu na to, co czuje, a czasami czuje się niekochane, bo nie dostaje tego, czego naprawdę potrzebuje, a czego rodzice dać mu nie potrafią. Innymi słowy dzieci widzą, że rodzice się starają lub słyszą, że rodzice deklarują swoją miłość – ale jej nie czują. Zaczynają wtedy wątpić w swoje czucie, próbują zablokować nieakceptowane emocje, równolegle dochodząc do wniosku, że nie zasługują na miłość. Tam, gdzie trzeba, deformują swoje odczuwanie; tam, gdzie mogą, wymuszają więcej tej formy miłości, która jest dostępna. I w taki sposób tworzą swoje kolejne relacje z innymi ludźmi.


Dojrzewamy emocjonalnie wtedy, kiedy dziecięcy konflikt między „czy coś ze mną jest nie w porządku, skoro nie czuję miłości, którą dostaję” a „czy inni są wybrakowani, bo nie dają mi tego, czego potrzebuję” zostaje świadomie rozwiązany. Wtedy, kiedy na powrót uznajemy swoje potrzeby i uczucia, i kiedy jednocześnie rozumiemy, że inni ludzie mogą nie być w stanie ich zaspokoić. Kiedy przestajemy negować to, co czujemy i przestajemy wymuszać na innych dawanie tego, czego brakowało nam jako dzieciom. Kiedy podejmujemy decyzję, żeby samemu zaopiekować się sobą, rozpoznać swoje potrzeby, zaakceptować swoje emocje, uznać swoje marzenia.


Uniezależniamy się emocjonalnie od swoich rodziców i innych ludzi, kiedy bierzemy odpowiedzialność za swoją sferę emocjonalną – dokładnie tak samo jak usamodzielniliśmy się fizycznie ucząc się robić sobie kanapkę, jeździć autobusem i zarabiać pieniądze.