Sprzątaczka (2021)

Serial niesamowity pod każdym względem. 

Realistyczny w warstwie fabularnej, przez co (jak wcześniej książka) budzi gorące dyskusje społeczne. 

Tak powalająco autentyczny w warstwie psychologicznej, że można by zrobić na jego podstawie wykład o mechanizmach rządzących ludzkim zachowaniem. 

Plus genialnie zagrany, szczególnie przez duet córki i matki (notabene i na ekranie, i w życiu). 

Polecam bardzo.

Rzeźbienie ludzi

Wychowanie jest jak rzeźbienie: jeśli uderzamy dłutem zbyt mocno, rozłupiemy obiekt na części, jeśli jedynie głaszczemy kawałek drewna czy kamienia, nie stworzymy żadnego kształtu.

Rodzice, którzy wierzą w kształtowanie człowieka pod presją, przekraczają granice tożsamości dziecka, nie pozwalają mu stać się sobą – próbują na siłę rzeźbić to, co chcą, bez względu na to, do czego materiał się nadaje; dlatego materiał pęka, a w najlepszym wypadku staje się rzeźbą z ostrymi, raniącymi, nieoszlifowanymi krawędziami, niebezpiecznymi dla każdego, kto zechce jej dotknąć. Presja i nadmierna kontrola rodzą mechanizmy obronne zapobiegające tworzeniu bliskości, utrudniające tworzenie relacji z innymi ludźmi.

Rodzice, którzy wierzą w kształtowanie człowieka bez stawiania mu granic, nie tworzą tożsamości dziecka, nie pomagają mu się określić. Są jak rzeźbiarze, którzy próbują stworzyć coś wyjątkowego, głaszcząc i polerując kawałek drewna czy kamienia miękką szmatką. Ich materiał nie staje się rzeźbą, pozostaje nieobrobiony. Dzieci traktowane w ten sposób nie wiedzą kim są ani czego chcą; wciąż czekają aż ktoś z zewnątrz zdecyduje o tym za nie, ale mówiąc metaforycznie tak bardzo są przyzwyczajone do miękkiej szmatki, że na widok dłuta natychmiast wpadają w panikę i uciekają. Szarpią się więc pomiędzy chęcią zbliżenia się do innych a lękiem przed przekroczeniem własnych i cudzych granic, których nie rozpoznają. Niestabilność emocjonalna i brak tożsamości nie pozwalają im na tworzenie satysfakcjonujących relacji z innymi.

Rodzice, którzy wyznaczają granice dziecku po to, by czuło się bezpiecznie i wspierają jego rozwój w tych granicach, są jak rzeźbiarze, którzy używają dłuta tam, gdzie to konieczne, aby nadać rzeźbie kształt, papieru ściernego tam, gdzie trzeba wygładzić krawędzie, i miękkiej szmatki, aby wypolerować całość. Rodzicielska stanowczość uczy dzieci granic, a wsparcie – ufności i sięgania po to, co im potrzebne do realizacji siebie i tworzenia szczęśliwych związków z innymi ludźmi. 

Jednak wychowując dzieci rodzice nie używają tego, co chcą, tylko tego, co mają. A mają to, co znają, co zabrali z rodzinnego domu. Czasem zauważają, że rzeźbiarskie narzędzia ich rodziców nie działały jak należy, więc je zamieniają – wymieniają dłuto na szmatkę lub szmatkę na dłuto. Ale w obu przypadkach używają jednego narzędzia częściej i silniej, więc nadal efekt ich starań nie jest taki, jakby chcieli.

Rzeźbę tworzy się na swoje podobieństwo, swoim wyczuciem, swoją równowagą i umiarem, swoimi narzędziami; dlatego najpierw trzeba dać sobie samemu to, czego zabrakło w dziecięcym doświadczeniu – trzeba sobie wypolerować własne ostre krawędzie miękką szmatką zrozumienia i akceptacji lub nadać sobie kształt, wyznaczyć granice, zdecydowanym ruchem dłuta. Bo bez względu na to, co i jak bardzo chcemy dać innym, możemy im dać tylko to, co mamy. Nie można dać ani użyć tego, czego się nie ma – czego się nie odnalazło w sobie.

Sprawić, żeby ktoś poczuł

Nie mamy dostępu do tego, co ktoś inny czuje i myśli. To świat niedostępny dla nikogo z zewnątrz. Najczęściej ludzie nie mówią tego, co myślą, bo boją się odrzucenia, nie mówią o tym, co czują, bo boją się zranienia; ale bywa też, że po prostu nikt ich nie nauczył nazywać swoich myśli i stanów emocjonalnych. Niemniej nawet przy założeniu, że ktoś potrafi nazwać swoje uczucia i nie ma problemu  z dzieleniem się tym, co myśli, pozostaje kwestia uczciwości – czy rzeczywiście komunikuje to, co się w nim dzieje, czy to, co jak sądzi przyniesie mu czyjąś przychylność, podniesie jego wartość w oczach innych.

Gdy dwie osoby wpuszczają się wzajemnie do swoich światów uczuć, emocji i myśli, rodzi się między nimi specjalna więź, intymność – ale tylko wtedy, gdy to, co deklarują pokrywa się z ich reakcjami i wyborami, z ich zachowaniem: kiedy są spójni, autentyczni. W przeciwnym wypadku – kiedy udają intymność po to, żeby kogoś zmanipulować, żeby osiągnąć jakiś cel – niszczą tę więź i tracą ten najgłębszy sposób komunikacji, często zresztą bezpowrotnie w danym przypadku; bo skoro trzeba wierzyć słowom, a słowa pozostają w sprzeczności z zachowaniem, to zaufanie i chęć podtrzymania tej komunikacji zostają zabite.

Nikt nie ma dostępu do tego, co czujemy i myślimy, i przez całe życie możemy tam nie wpuścić nikogo, zostając zamknięci we własnym świecie, samotni na swojej wyspie, z poczuciem bycia odmieńcem, dziwakiem, nieakceptowanym, nierozumianym, niekochanym. Możemy też wpuścić tam osoby, których autentyczność przetestowaliśmy, których słowa i czyny nie wykluczają się wzajemnie, i którzy również otwierają przed nami swój wewnętrzny świat – a wtedy wydarza się coś wyjątkowego: sprawiamy, że drugi człowiek może poczuć to, co my, że rozumie nas, że staje się nami na chwilę. To doświadczenie wspólnoty i jedności, wymagające od nas ryzyka zaufania, odrzucenia swojego lęku, poddania swoich wyuczonych sposobów kontrolowania innych to właśnie to, za czym wszyscy tęsknimy i co tracimy na zasadzie samospełniającej się przepowiedni, kiedy blokujemy dostęp do swojego prawdziwego „ja” – to miłość, wspólny rdzeń nas wszystkich, którego możemy doświadczyć tylko wtedy, kiedy w niego wierzymy tak bardzo, że dla niego ryzykujemy to, w co każe nam wierzyć nasz umysł działający na podstawie naszego losowego i wyrywkowego doświadczenia. Bo, cytując św. Augustyna: „Wiara to wierzyć w to, czego jeszcze nie widzisz; nagrodą tej wiary jest widzieć to, w co wierzysz.”

Blokady bliskości

Lęk powoduje, że chcemy tworzyć bliskość na swoich warunkach, tylko za pomocą swojej mocnej strony, za pomocą dominacji, która jest przeciwieństwem bliskości. Bliskość powstaje wtedy, kiedy tworzą ją autentyczne osoby. Tam, gdzie działają mechanizmy, prawdziwa bliskość się nie tworzy.

Podobnie jest ze zdrowiem – tam, gdzie są blokady i nie ma przepływu energii, nie ma harmonii, nie ma współpracy, nie ma zdrowia.

Tożsamość

Rodzimy się z pewnymi predyspozycjami, a proces wychowania i socjalizacji wymusza na nas rozwijanie pewnych cech i tłumienie innych. Ten unikalny zestaw predyspozycji, mocnych i słabych stron tworzy nasze „ja”, naszą tożsamość. Mówimy o sobie na przykład „jestem odważny i niecierpliwy” tak jak mówimy o kanapie, że jest czerwona – tak jakby to wykluczało inne możliwości, inne nasze cechy czy zachowania. O ile kanapa może być w całości czerwona i tylko czerwona, o tyle każdy odważny człowiek ma w doświadczeniu sytuację, w której stchórzył, a każdy niecierpliwy gdzieś, kiedyś wykazał się cierpliwością.


Nie rodzimy się z określoną tożsamością, nabywamy jej przeglądając się w oczach innych ludzi. To, że tłumimy w sobie pewne cechy, nie oznacza, że jesteśmy ich pozbawieni. Oznacza to tylko tyle, że nie były one przydatne do przeżycia w tym środowisku, w którym dorastaliśmy. Potencjalnie możemy rozwijać każdą cechę, praktycznie jednak rozwijamy te, które świadomie lub nieświadomie nagradzają opiekunowie, które nam się „opłacają”.


Ta wyuczona tożsamość jest jak jedno skrzydło, które każdy z nas dostaje na start od innych. Pozwala nam ono podfruwać od czasu do czasu, jak hodowlanym ptakom. I jak hodowlanego ptaka ta wyuczona tożsamość trzyma nas w swojej klatce, w swoich ograniczeniach, nie pozwalając spełniać marzeń.

Żeby utrzymywać równowagę i móc swobodnie latać tam, gdzie nam dusza podpowie, potrzebujemy drugiego skrzydła. Nie możemy go jednak dostać od innych, musimy je sobie wyhodować sami, świadomie odnajdując w sobie te nieużywane, stłumione cechy, ryzykując zachowania zapisane w naszej pamięci jako nieopłacalne, powodujące dezaprobatę czy odrzucenie rodziców – słowem przekraczając granice swojej tożsamości, rozszerzając ją o to, co z siebie z wyparliśmy w dziecięcym lęku, poświęcając kawałek siebie, żeby nie stracić akceptacji opiekunów.


Egocentryczni potrzebują odkryć w sobie wrażliwość na innych, nadmiernie empatyczni – nauczyć się niezależności od cudzych nastrojów;

odpowiedzialni – doświadczyć ulgi odpuszczenia kontrolowania tego, co jest poza ich kontrolą, nieodpowiedzialni – odkrycia w sobie guzika kontroli nad sobą;

aktywni potrzebują odkryć zalety bierności i odpoczynku, bierni – aktywnego działania i poczucia sprawstwa;

wycofani – asertywności, dominujący – odpuszczania;

kontrolujący swoje emocje – utraty kontroli nad nimi, rozhamowani – kontrolowania się;

niezależni – przyjmowania pomocy, zależni – samodzielności i niezależności;

zaprzątnięci dogadzaniem innym – dogadzania sobie,

dogadzający sobie – zauważania potrzeb innych…


Nie rodzimy się „jacyś”, stajemy się tacy, jakimi nieświadomie rzeźbią nas ludzie, od których zależymy jako dzieci. Jako dorośli możemy sami zdecydować o swojej tożsamości – możemy świadomie zakwestionować założenia o sobie i przekonać się, że stać nas na wszystko: na bycie cierpliwym i niecierpliwym, ładnym i brzydkim, bogatym i biednym, na ryzykowanie i asekurację, na wrażliwość i stawianie granic, na odpowiedzialność i spontaniczność, na dawanie i przyjmowanie, na bycie samemu i z innymi, na przyjemne i nieprzyjemne emocje, na sukcesy i porażki, na stare i nowe, znane i nieznane…


Kiedy odkrywamy w sobie to potencjalne wszystko, uzyskujemy wolność. Po pierwsze wolność wyboru – bo możemy użyć tego, co potrzebujemy, zamiast przymusu używania tego co zawsze. Po drugie, wolność od lęku związanego z ciągłym udowadnianiem innym jakiejś wartościowej części swojej „tożsamości” i ukrywaniem przed nimi innej, wstydliwej jej części.


Lęk każe nam być „czymś”, „kimś”, kosztem naszego samopoczucia. Miłość pozwala nam być wszystkim, doświadczać wszystkiego i wybrać to, z czym czujemy się dobrze.

Miłość nie krzywdzi

Dla małego dziecka rodzic = miłość. Jeśli zawodzi rodzic, zawodzi miłość. Na podstawie codziennych doświadczeń umysł dziecka tworzy przekonania na temat miłości. Jeśli rodzic nie rozumie potrzeb i uczuć dziecka, za to wymaga podporządkowania się swojej woli czy swojej wizji dziecka, tym przekonaniem staje się „miłość krzywdzi”. 

Mając takie przekonanie będziemy przeżywać konflikt wewnętrzny naturalnie dążąc do bliskości i jednocześnie się jej obawiając z powodu wcześniejszych doświadczeń. Co więcej, takie przekonanie będzie się rozlewać na wszystkie obszary życia: podświadomie będziemy się spodziewać tej krzywdy zewsząd – generalnie od świata, losu i ludzi, a konkretnie od partnera i rodziny, od współpracowników, od sąsiadki, od szefa w pracy, od lekarza i pani w urzędzie… Od wszystkiego, co niesie los, od każdej codziennej sytuacji. 

Przekonanie jest samospełniającą się przepowiednią, więc nasz umysł pokieruje nas tak, żebyśmy wybrali to, co je potwierdzi. Świat będzie nas krzywdził – tak bardzo jak bardzo w taką jego naturę wierzymy.

Jeśli więc widzimy, że cały świat nas krzywdzi to oznacza, że tego podświadomie oczekujemy, tworzymy to. Jeśli nam to nie odpowiada, możemy świadomie zmienić swoje dziecięce przekonanie przez przywrócenie mu prawdziwego znaczenia – przez sprecyzowanie, że dotyczyło ono tylko odczucia dziecka w relacji z rodzicami, a nie natury miłości w ogóle. W jaką postać miłości chcemy wierzyć (i tym samym tworzyć) możemy wybrać dowolnie, bez względu na swoje doświadczenie. Doświadczenie to wiedza umysłu, wiara to wiedza duszy. Jeśli nie pozwolimy doświadczeniu zdominować wiary, jesteśmy potencjalnie wszechmocni.

Wzorzec reakcji na dyskomfort

Wierzymy, że tolerancja na własny dyskomfort i ból (i fizyczny, i emocjonalny) zależy od wrażliwości; że im ktoś jest wrażliwszy z natury, tym mniej toleruje niedogodności. Zapominamy o jednej istotnej rzeczy – nie mamy obiektywnego dostępu do czyjegoś przeżywania, widzimy tylko czyjąś reakcję. A ta reakcja to wynik zaprogramowania, nie obiektywny pomiar bólu.

Jeżeli rodzice traktowali każdą chorobę i każdy dyskomfort emocjonalny dziecka jak trzęsienie ziemi, to dziecko nauczyło się tak to spostrzegać. I nawet kiedy nie jest już dzieckiem, program uruchamia się automatycznie – taka osoba, bez względu na płeć, staje się księżniczką na ziarnku grochu. Życie ją boli niezależnie od okoliczności i głośno, histerycznie daje temu wyraz, żeby uzyskać zainteresowanie, współczucie i ulgi w traktowaniu.

Jeżeli rodzice traktowali chorobę czy dyskomfort emocjonalny dziecka jak rzecz naturalną, z którą trzeba nauczyć się sobie radzić, to dziecko przejęło ten sposób myślenia. Jeśli jest wrażliwe i boli je to metaforyczne ziarnko grochu pod stosem puchowych pierzyn, to znajduje sposób, żeby się tego ziarenka pozbyć bez zbędnego narzekania.

Jeżeli rodzice traktowali chorobę czy dyskomfort emocjonalny dziecka jako zakłócenie, przeszkodę w normalnym funkcjonowaniu rodziny i dawali dziecku odczuć, że „zrobiło” coś niewłaściwego, że przysporzyło zmartwień i problemów, to dziecko nauczyło się traktować swój dyskomfort jako coś, do czego nie ma prawa. Nauczyło się ukrywać i lekceważyć swoje choroby i emocje, żeby nie zostać odtrącone czy odizolowane, ukarane za „niewłaściwy”, niewygodny dla innych stan.

Na starcie, tuż po urodzeniu możemy mieć różne predyspozycje dotyczące tolerancji na ból związane z typem układu nerwowego, płcią i innymi czynnikami – ale to wychowanie jest nakładką, które te predyspozycje podkręca albo wycisza. Stąd nie zawsze ten, kto najgłośniej krzyczy z bólu w rzeczywistości cierpi najbardziej.

Rodzaj relacji

W relacji partnerskiej z drugim człowiekiem energia krąży od jednego do drugiego, zasilając obie strony. W relacjach pomocy, kiedy zajmujemy się kimś słabszym w danym obszarze, energia przepływa bardziej jednokierunkowo, stopniowo wyczerpując tego, kto pomaga. Dlatego im bardziej funkcjonujemy w relacjach pomagania czy opiekowania się, tym bardziej dla równowagi potrzebujemy relacji partnerskich.

Natchnienie

Umysł to tłumacz języka serca.

Kiedy serce mówi za dużo, umysł nie nadąża tłumaczyć. A kiedy rozumu jest za dużo, dodaje od siebie treści, które nie pochodzą od serca, przestaje być tłumaczem, zaczyna być autorem.

Natchnienie to dialog serca z umysłem w idealnej równowadze.

Pieniądze

Kiedy pieniądze stają się nadrzędną wartością, inne wartości umierają śmiercią naturalną.

Nie ma prawdy, bo można kupić jej wersję.

Nie ma autentyczności, bo opłaca się udawanie.

Nie ma wiedzy i mądrości, jest lobby.

Nie ma piękna, jest jakiś jego promowany kanon.

Nie ma bliskich relacji, bo jest nadmierne zaangażowanie w zarabianie.

Nie ma sprawiedliwości, jest przekupstwo.

Nie ma zaufania, jest biznes.

Nie ma lojalności, jest cena.

Nie ma uczciwości, jest opłacalność.


Kiedy pieniądze są jedną z wartości, pozostają pieniędzmi, i pozwalają osiągać inne wartości – jak komfort, dobrobyt, sukces. Kiedy pieniądze stają się nadrzędną wartością, kasują inne wartości.