Równowaga

Równowaga jest kluczem do szczęśliwego życia – do samorozwoju i bycia w satysfakcjonujących relacjach z innymi.

Jest delikatna, łatwa do naruszenia, wymaga naszej czujności i ciągłej uwagi. Od równowagi wewnątrz jakiegoś drobnego obszaru, przez równowagę między obszarami wewnątrz siebie, do równowagi pomiędzy „Ja” i „Inni” – wszystkie są jak suwaki na konsoli, które dostajemy w losowym położeniu w procesie wychowania i socjalizacji, i które musimy ustawić w takim położeniu, żeby uzyskać harmonię i współbrzmienie sprawiające, że nasze życie zaczyna toczyć się w sposób naturalny, satysfakcjonujący, bez konfliktów i wysiłku.


Aby tak się stało, musimy obserwować siebie i swoje emocje, które informują nas o każdym przechyle, i reagować na najdrobniejsze szczegóły. Bo nie ma szczęścia bez równowagi między „Ja” i „Inni”, a tej równowagi nie ma, jeśli nie potrafimy złapać równowagi pomiędzy braniem i dawaniem; z kolei ta osiągalna jest kiedy równoważymy własne potrzeby fizyczne i emocjonalne bez forowania i lekceważenia żadnej z nich – a to staje się możliwe, jeśli pilnujemy równowagi między mówieniem i słuchaniem, między słuchaniem siebie i innych, między aktywnością i odpoczynkiem, pracą i relaksem, jedzeniem i ruchem… 

Odczuwalny stan równowagi jest sumą równowag we wszystkich możliwych obszarach – jeśli chociaż jedna z nich jest zachwiana, potrafi zachwiać całością i spowodować ogólny dyskomfort i poczucie niespełnienia.

Pomyłki, błędy i przymusy

Pomyłka jest wtedy, kiedy z dwóch nieznanych dróg wybieramy tę niewłaściwą, tę, która nie prowadzi do naszego celu. Na tym polega poznawanie rzeczywistości.

Błąd jest wtedy, kiedy powtarzamy pomyłkę w nadziei, że coś przeoczyliśmy, że zdołamy zmusić rzeczywistość (ścieżkę), żeby zaktualizowała się do naszych potrzeb (zaprowadziła nas tam gdzie chcemy). To jest sygnał ostrzegawczy, że przestaliśmy widzieć rzeczy takimi jakimi są.

A kiedy powtarzamy błędy doskonale zdając sobie sprawę, gdzie nas zaprowadzą, to oznacza, że straciliśmy kontakt z rzeczywistością i działamy w niewoli emocjonalnego przymusu, pozwalając autorowi programu w naszym umyśle wybierać za siebie. A to oznacza, że dojdziemy tam, gdzie on chce, nie tam, gdzie my chcemy.

Kim jestem

Świadomość kim jestem decyduje o tym, co robię ze swoimi emocjami – na ile nie powalam im krzywdzić innych lub siebie. To, na ile potrafię rozumieć i komunikować swoje emocje i uczucia, decyduje o jakości i głębi mojego intelektualnego i fizycznego kontaktu z innymi ludźmi.


Kiedy dziecko ma niedojrzałych emocjonalnie rodziców, otrzymuje na przemian miłość i odrzucenie niczym słoneczne promyki i gradobicie. W efekcie jego umysł zapisuje, że miłość jest chwilowa, jest emocją i pojawia się, kiedy rodzice mają dobry humor, kiedy coś im się spodoba, kiedy są zadowoleni. Kiedy są zdenerwowani, smutni, zirytowani, rozzłoszczeni, miłość znika. Taka definicja miłości powoduje, że w dorosłym życiu powiela się ten schemat. Kiedy jako dzieci raz czuliśmy się kochani, raz odrzucani, podobnie później traktujemy siebie (lubimy siebie i nienawidzimy na zmianę) i innych (raz widząc w nich ideał, raz obrzucając ich wyzwiskami).


Powielamy przekonanie, że miłość jest tylko emocją, ale jednocześnie próbujemy ją zatrzymać na stałe, co jest oczywiście wewnętrznie sprzeczne, bo emocja jest tylko informacją, i z natury pojawia się na chwilę (może wracać często, ale nie trwa długo). Niemniej potrzeba odczuwanie miłości na stałe jest jak najbardziej prawdziwa i realna, bo bezwarunkowa miłość jest stanem, nie emocją. Jest stanem świadomości wpływającym na nasze wybory. Na to, co robimy ze swoimi emocjami, żeby pozwolić sobie poczuć cudzą miłość (nie pozwolić się krzywdzić) i dać ją odczuć innym (nie krzywdzić ich).

Nie mamy wpływu na to, jakie myśli i towarzyszące im emocje do nas przychodzą, ale mamy wpływ na to, co z nimi robimy. Jest zasadnicza różnica pomiędzy powiedzeniem dziecku „potrzebuję teraz pobyć sama” a „wynoś się stąd”; pomiędzy „nie rozumiem, dlaczego tak się zachowujesz” a „jesteś debilem”; pomiędzy „nie zgodzę się na to, bo uważam, że to ci zaszkodzi” a „zamknij się, wiem lepiej”. Nie chodzi tylko o kulturę słowa, chodzi o emocjonalną intencję – o to, czy emocje i potrzeby drugiego człowieka są dla nas tak samo ważne jak nasze, czy nie liczą się wcale, czy liczą się bardziej niż własne.

Miłość to świadomość swojej natury, świadomość siebie. Świadomość siebie zarządza emocjami i umysłem tak, aby nie krzywdzić ani siebie, ani innych, żeby wspierać. Nie decyduje o tym gest, słowa czy zachowanie, decyduje intencja. To, co pochodzi z emocji, trwa tyle ile emocja. To, co pochodzi ze stanu, tworzy stan, bliskość.


Język

To, co bezpośrednio odwołuje się do naszych emocji jak film, fotografia czy muzyka staje się uniwersalnym językiem porozumienia na poziomie głębszym niż intelektualny. Fakt, że metafory są czytelne podobnie dla wszystkich oznacza, że mamy wspólne korzenie. 

To, jak bardzo nie potrafimy się porozumieć za pomocą wspólnego, precyzyjnie nazywającego wszystko języka pokazuje, jak daleko odeszliśmy od tych korzeni.

Lekarstwo czy trucizna?

Panuje powszechne przekonanie, że lekarstwem na niską samoocenę jest pochwała, aprobata, docenianie. Jak każda uniwersalna recepta jest to jednak tylko częściowo prawda. Akceptacji i docenienia potrzebują osoby, które ich nie dostały od swoich rodziców we wczesnym dzieciństwie, kiedy kształtował się ich obraz siebie. Potrzebują tego, aby móc spojrzeć na siebie z innej perspektywy. Same komplementy nie sprawią, że ci ludzie zmienią swoją samoocenę, ale jeśli te komplementy zainspirują ich, żeby inaczej niż oczami rodziców spojrzeli na siebie, to mogą wybrać, jak tak naprawdę, świadomie, chcą widzieć siebie.

Niska samoocena nie jest jednak domeną osób, których nie chwalono czy nie doceniano w dzieciństwie. Wręcz przeciwnie – najniższą samooceną cechują się dzieci, które dostały za dużo rodzicielskich „głasków”. Bo kiedy dziecko jest wyłącznie chwalone, staje się bezkrytyczne –  staje się celem i pośmiewiskiem dla rówieśników. Kiedy jest stale nagradzane, uzależnia się od aprobaty innych – staje się więc łatwą zdobyczą dla manipulantów. Kiedy dziecko jest stale chronione przed konsekwencjami, nie uczy się mądrze wybierać, więc wciąż popełnia te same błędy. Kiedy dziecko doświadcza nadmiernej wyrozumiałości, uczy się przekraczać cudze granice i krzywdzić innych – nie potrafi więc tworzyć trwałych relacji z innymi. Kiedy rodzice wyręczają dziecko we wszystkim, czuje się słabe, przestaje wierzyć w siebie – nie potrafi więc dążyć do swoich celów, realizować planów i spełniać swoich marzeń, bo bardzo łatwo się załamuje i zniechęca. Kiedy rodzice ustępują dziecku we wszystkim, uczy się winić innych za swoje błędy i traci wgląd w siebie. 

Wychowanie skupione wyłącznie na potrzebach i uczuciach dziecka paradoksalnie go nie wspiera, a krzywdzi. Matki, które rekompensują sobie brak bliskości z partnerem w relacji z synem, chcą wychować sobie idealnego mężczyznę, ale dając i nie wymagając, najczęściej wychowują narcyza lub socjopatę. Córki, które zostały obdarzone bezkrytyczną akceptacją przez swoje nieakceptujące siebie matki, często stają się anorektyczkami.

Dzieci „za bardzo zaopiekowane” podobnie jak te zaniedbane mają niską samoocenę. O ile jednak dla tych ostatnich akceptacja i docenienie jest przeciwwagą dla ich dotychczasowego doświadczenia, i dlatego może być lekarstwem wspierającym prawdziwe „ja”, o tyle dla tych pierwszych jest pogłębianiem tego, co ich skrzywdziło, jest trucizną wspierającą sztuczne ego, które jest barierą w tworzeniu bliskości i odczuwaniu miłości.

Może…?

Może życie jest jak gra komputerowa? Może dusza wybiera sobie okoliczności do swojego kolejnego życia jak wybiera się ustawienia gry? Może za każdym razem przechodzi się jakiś poziom lub kilka wyżej albo wiele razy testuje się różne pomysły na przejście jednego konkretnego poziomu? Może nie pamiętamy poprzednich żywotów, ale zachowujemy pamięć tego, czego się z nich nauczyliśmy o miłości?

Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że chociaż wszyscy gramy w to samo, niektórzy wcale nie załapują reguł tej gry, nawet jeśli ktoś im je tłumaczy, a inni uczą się ich szybko, nie mając żadnego przewodnika ani wzorca…? Jak inaczej niż istnieniem starej i młodej duszy wytłumaczyć fakt, że z tego samego doświadczenia jedni czerpią inspirację i motywację do zmiany i samorozwoju, a inni kręcą się w kółko, przysparzając sobie tylko więcej cierpienia…?

Wgląd

Umysł potrafi połączyć w całość nawet najbardziej sprzeczne dane, w razie potrzeby dzieląc nasz wewnętrzny świat na wiele małych światów – obszarów, które rządzą się odmiennymi zasadami. Nie potrafi jednak zlikwidować konfliktu emocji przypisanych do przeciwstawnych przekonań. Sprzeczne (mieszane) emocje oznaczają istnienie w umyśle przeciwstawnych, wzajemnie wykluczających się danych, i domagają się zweryfikowania tych starych zapisów, rozwiązania konfliktu. Może to zrobić tylko właściciel danego umysłu – za pomocą świadomych wyborów porządkujących ten system. Stąd umiejętność wglądu w swoje zachowanie i uczucia jest podstawowym narzędziem do osiągnięcia wewnętrznej harmonii i poczucia szczęścia.

Dlaczego nie jest to umiejętność powszechna?

Rozwój świadomości jest zakłócany przez tendencję do utożsamiania się na zmianę z emocjami lub automatycznym umysłem. Przypomina to błędne koło, z którego coś musi nas wyrwać, żeby obudzić świadomość.

Najpierw jakieś doświadczenie powoduje, że w umyśle zapisuje się skojarzenie – na przykład rodzice chwalą dziecko za ustępowanie starszemu rodzeństwu. Dziecko czuje się dumne, wyróżnione („młodsze a mądrzejsze”), umysł zapisuję to jako zasadę („należy ustępować innym, żeby zdobyć aprobatę otoczenia”). Dziecko, a potem dorosły, ustępuje wszystkim i wszędzie, stawiając swoje potrzeby na drugim miejscu – utożsamia się z umysłem, lekceważąc swoje emocje (poczucie bycia pomijanym, lekceważonym, wykorzystywanym, niedocenionym). Emocje kumulują się i przybierają na sile aż do momentu, w którym dana osoba zaczyna się z nimi utożsamiać – i wybucha. Wybuch wyzwala emocje u innych, robi się napięta atmosfera, wkracza umysł ze swoim zapisem „lepiej się podporządkować dla świętego spokoju”, znowu emocje zostają stłumione i cykl zaczyna się od początku, nie zakłócony udziałem świadomości. Dopóki kontynuujemy nawyk utożsamiania się na zmianę z automatycznym umysłem i emocjami, dopóty blokujemy świadomość, która może zarządzać jednym i drugim.

Uszanowanie emocji

Zabawa emocjami dziecka jest całkiem popularną rozrywką dorosłych. Małe dzieci nie potrafią ukrywać swoich emocji i często wyrażają je bardzo ekspresyjnie, co bawi ich opiekunów. Większość ludzi nie widzi w tym nic złego. W amerykańskim programie TV prowadzący go Jimmy Kimmel zachęca rodziców, by wmawiali swoim dzieciom, że zjedli wszystkie ich halloweenowe słodycze i nagrywali ich reakcje. Montowane z tych nagrań filmiki biją co roku rekordy popularności. Dorośli ludzie pękają ze śmiechu patrząc, jak dzieci płaczą i próbują sobie poradzić ze swoim rozczarowaniem. Bo przecież to tylko żart, cukierki nie zostały zjedzone, więc nic złego się nie stało. Ciekawe, czy ci sami dorośli śmialiby się tak samo, gdyby to im ktoś, komu ufają, powiedział, że zdradza ich partner, albo że ukradziono im nowy samochód albo szef ich zwolnił z pracy – tak dla żartu. Czy ulga po poznaniu prawdy wymazuje „zawał serca” przed? Czy poczucie bycia nabranym, wkręconym przez bliską osobę to przyjemne uczucie? Czy świadomość, że ktoś dla własnej rozrywki bawi się naszymi uczuciami zwiększa zaufanie do niego, wzmacnia relację?

Zdarza się też tak, że rodzice czy opiekunowie z premedytacją okłamują i oszukują dziecko, manipulując jego uczuciami, żeby wymusić na nim jakieś zachowanie, czasem zyskać ich przychylność, spowodować, żeby wybrało ich „stronę”. Zdarza się, że rodzice lekko traktują swoje obietnice i nie dotrzymują słowa w sprawach, na których dziecku bardzo zależy (bez względu na to jak mało istotne wydają się dorosłym).

Kiedy rodzice są mało empatyczni i nie zwracają uwagi na to, co dziecko czuje w reakcji na ich zachowanie, najczęściej odczuwaną dziecięcą emocją staje się rozczarowanie. Rozczarowanie miłością, która zamiast wspierać, krzywdzi. Jedynym sposobem, w jaki dziecko może poradzić sobie z tym rozczarowaniem (bo przecież nie może zmienić zachowania swoich opiekunów), jest stłumienie go, stłumienie odczuwania. Z czasem zamienia się ono w wewnętrzne odrętwienie chronione grubą skórą, przez którą innym trudniej się przebić.

Ale tęsknota za odczuwaniem bliskości i miłości pozostaje, nie daje się wyeliminować. Kiedy lęk przed intencjami innych i własną wrażliwością jest zbyt silny, pozostaje jedynie znaleźć jakąś tego namiastkę, jakiś dowód odczuwania. Coś, co pozwoli ominąć wewnętrzną kontrolę jak alkohol czy narkotyki, albo coś, co spowoduje produkcję adrenaliny, jak ekstremalne sporty, niebezpieczne wyzwania, przesuwanie granic, pobijanie swoich rekordów, albo cokolwiek innego, co umożliwi teoretycznie bezpieczne („mam na to wpływ, wybieram to”) odczuwanie przyjemności – jak objadanie się niezdrowym jedzeniem, nadmiarowe korzystanie z używek, seksu, gier, zakupów, wirtualnej rzeczywistości itp. Próba kontroli odczuwania często kończy się więc brakiem kontroli ryzykownego zachowania, ignorowaniem ostrzeżeń z zewnątrz i wewnątrz – żeby coś poczuć… 

Brak doświadczenia empatii rodziców w dzieciństwie staje się własnym brakiem empatii w zachowaniach wobec siebie i innych. Brak empatii wobec własnych dzieci zamyka kółko i powtarza cykl od początku. Lub nie, jeśli świadomie zdecydujemy inaczej.

Miłość bezwarunkowa

Dziecko w sposób naturalny oczekuje od swoich rodziców stuprocentowej, bezwarunkowej miłości. Rodzice z kolei mogą dać dziecku tyle miłości, ile sami mają, nie tyle, ile chcieliby mu dać. W obszarach, gdzie nauczyli się kochać siebie, potrafią kochać swoje dziecko i nauczyć je samoakceptacji. W obszarach, gdzie sami siebie nie akceptują, ich zachowanie powoduje, że dziecko czuje się zaniedbane, zranione, odrzucone czy krzywdzone i uczy się być z siebie niezadowolone. 

Dziecko oczekuje od swoich rodziców stuprocentowej, bezwarunkowej miłości. Kiedy jej nie dostaje, szuka winy w sobie, w swoich niedoskonałościach i brakach, w tym, co rodzice krytykują, za co je odrzucają, przez co je zaniedbują i krzywdzą. Wierzy, że gdyby zdołało być lepsze, zdobyłoby pełną rodzicielską miłość. Jest przekonane, że na nią po prostu nie zasługuje.

Dziecko oczekuje od swoich rodziców stuprocentowej, bezwarunkowej miłości. Ale tę, którą dostaje, uznaje za normę i taką jej postać nieświadomie przyciąga do siebie, tworząc relacje z innymi ludźmi. Powtarza schemat, który zna, choć z całych sił wierzy, że tym razem uda się zachować to, co w relacji z rodzicami było dobre, a uniknąć tego, co raniło. Jednak w obszarach, w których dziecko było krzywdzone, jako dorosły nadal automatycznie pozwala na krzywdę, bo gdzieś w głębi duszy wierzy, że nie zasługuje na pełną miłość.

Jak długo zachowujemy w swoim umyśle dziecięcy sposób myślenie, tak długo pojawiają się w nim pytania: „jak zasłużyć na więcej miłości?”, „co zrobić, żeby dostać więcej akceptacji?”. Kiedy uświadamiamy sobie, że ludzie kochają nas tak, jak potrafią, a nie tak, jak na to zasługujemy, to pytanie zamienia się w wyzwanie, żeby pokochać siebie tak bardzo, by nie pozwalać innym się ranić, krzywdzić, lekceważyć czy zaniedbywać. 

Tak jak statek nie tonie od wody, która go otacza, tylko od tej, która dostaje się od środka, tak i my cierpimy nie dlatego, że otaczają nas źli ludzie i okoliczności, a dlatego, że tolerujemy czyjeś zachowanie, które nas krzywdzi; że znosimy czyjś brak miłości w nadziei na więcej miłości, choć nie ma to za grosz sensu. 

Jako dzieci nie mamy wyboru dostając taką postać miłości, na jaką stać naszych rodziców. Jako dorośli mamy pełny wybór, gdzie ustawiamy swoje granice – na ile siebie pokochamy i uszanujemy, żeby twardo powiedzieć „NIE” wszystkiemu, co nas krzywdzi.

Co zrobić z emocjami

Nikt nas nie uczy co robić ze swoimi emocjami. Stąd najczęściej nie zarządzamy nimi świadomie, dzieje się to „samo”. Tam, gdzie rodzice tego wymagali, nauczyliśmy się kontrolować, a raczej tłumić swoje emocje; tam, gdzie rodzice na to pozwalali, emocje rządzą naszym zachowaniem. W pierwszym przypadku nagrodą podtrzymującą mechanizm jest aprobata społeczna, w drugim – rozładowanie napięcia i poczucie wpływu (inni ustępują). Dlatego rzadko weryfikujemy swój mechanizm.


Nie wybieramy sami sposobu radzenia sobie ze swoimi emocjami. Tworzy się on w odpowiedzi na mechanizm opiekunów: jeśli rodzic tłumi swoje emocje i pozwala na przekraczanie swoich granic, dziecko coraz bardziej nasila wyrażanie swoich emocji. Jeśli rodzic bezkrytycznie ulega swoim emocjom, dziecko uczy się je tłumić.


Dorośli ludzie także dobierają się według tego schematu – osoba z przekonaniem, że jej emocje są ważniejsze niż cudze przyciąga osobę z przekonaniem, że cudze emocje są ważniejsze niż jej. Stąd rodzice zazwyczaj prezentują dziecku oba mechanizmy, a umysł dziecka wybiera ten, który wydaje się być bardziej opłacalny – silniejszego rodzica lub głównego opiekuna. Kiedy wybrany mechanizm gdzieś zawodzi, włącza się ten drugi, „zapasowy”. W ten sposób praktycznie nigdy nie zarządzamy świadomie swoimi emocjami, robią to za nas te wyuczone automatyzmy, generując jednak przy tym spore koszty.


Pozwalanie emocjom decydować o naszym zachowaniu powoduje, że stajemy się bardzo niestabilni emocjonalnie, co jest trudne dla nas samych i nieznośne dla innych. Cierpi na tym nasz wizerunek, bo emocje wszystko wyolbrzymiają, tracimy zdolność trzeźwej oceny sytuacji, tracimy ludzi umęczonych nadążaniem na zmianami naszych humorów i zranionych naszymi emocjonalnymi wybuchami.Z kolei tłumienie emocji jest jak branie leków na depresję czy stres – wycisza nie tylko te emocje, których nie chcemy czuć, ale i te pozytywne (jak np. radość, satysfakcja, wdzięczność, nadzieja, entuzjazm, zachwyt). Powoduje wewnętrzne odrętwienie, pustkę.


Kiedy uświadomimy sobie, że ani tłumienie, ani bezrefleksyjne wyrażanie emocji nie polepsza naszego samopoczucia, możemy poszukać rozwiązania poza tymi schematami. Możemy nazwać, zrozumieć i zakomunikować to, co czujemy. Uwzględnić informację, którą emocje przynoszą przy wyborze zachowania. Posłużę się przykładem z pierwszego (i póki co jedynego całkowicie dokończonego) rozdziału mojego kolejnego Terapeutnika:

„Chodzi o to, żeby odczuwaną emocję zrozumieć, odczytać informację, którą przynosi. Na przykład witamy się z nieznajomą osobą i czujemy do niej niechęć, wręcz wrogość. Skoro jej nie znamy, to jak możemy jej nie lubić? Odczuwana emocja mówi, że nasz umysł reaguje na tę część danej osoby, która jest znajoma i która wywołuje takie skojarzenie emocjonalne – może to być sposób mówienia, ubierania się, zapach, gestykulacja, cokolwiek, co we wcześniejszym doświadczeniu zapisało nam się jako coś nieprzyjemnego, jako coś, czego umysł każe nam unikać. Być może to podobieństwo jest zasadne i ostrzeżenie jest aktualne (lepiej trzymać się z daleka od tego typu osób, żeby nie powtórzyć dawnych nieprzyjemnych sytuacji), a być może podobieństwo jest przypadkowe, powierzchowne i ta osoba niczym nam nie zagraża. Jeżeli pozwolimy swojej emocji decydować za siebie, źle potraktujemy osobę, której de facto nie znamy. Jeżeli przeczytamy tę niechęć jako informację ostrzegawczą, sami możemy zdecydować, czy np. kapelusz podobny do tego, jaki nosił dawny niemiły sąsiad to wystarczający powód, żeby zrezygnować z relacji z tą osobą, czy to za mało, żeby człowieka od razu skreślać z listy znajomych.”