Projekcja

Nie widzimy świata takim, jaki jest. Widzimy świat przez okulary swojego „ja”. Optymiści widzą pełną część szklanki z wodą, pesymiści pustą. Kiedy pokażemy komuś plamę o niejednoznacznym kształcie, głodny zobaczy jedzenie, gołębiarz ptaka, dziecko serduszko, ktoś rządzony nienawiścią – plamę krwi. Projektujemy na zewnątrz to, co dla nas ważne – co jest naszą pasją lub fobią, co jest naszą dumą lub traumą.

Obserwując to, co ktoś wybiera, na co reaguje, na co zwraca uwagę można jak w lustrze zobaczyć to, co dzieje się w jego umyśle. Im większe zafiksowanie na czymś, tym silniejszy jest przymus działania. Może mieć nawet zasięg światowy, kiedy jeden niski brunet o ciemnych oczach postanawia zniszczyć wszystkich podobnych do siebie i zostawić na świecie tylko wysokich niebieskookich blondynów, którzy zastąpią mu lustro, którego nienawidzi. Albo kiedy ludzie związani celibatem lub nękani skłonnościami pedofilskimi skupiają się na cudzym pożyciu małżeńskim, wzorcu rodziny, wzorcu seksualności. To próby rozwiązania własnych problemów wewnętrznych za pomocą sterowania światem zewnętrznym. Nigdy nie przynoszą ulgi, bo są jak drapanie się w nogę, kiedy swędzi łokieć – ale nie zawsze mają negatywny społecznie wydźwięk. Gdyby nie osobista tragedia Ewy Błaszczyk, nie byłoby kliniki „Budzik”. Gdyby nie doświadczenia braku troskliwej miłości, nie byłoby „psiarzy”, „kociarzy” czy „koniarzy” ratujących ich każdym kosztem. 

Kiedy chcemy sprawdzić czy poprawić swój wygląd, patrzymy w lustro. Kiedy chcemy zauważyć czy rozwiązać wewnętrzny problem, popatrzmy w co się angażujemy, jak reagujemy, co w zewnętrznym świecie wyzwala zapisane w nas stare emocje, i tym zajmijmy się najpierw. Bo jeśli będziemy projektować swoją nienawiść czy cierpienie na innych, nigdy nie pozbędziemy się tych uczuć z własnego serca. A kiedy uda nam się rozwiązać konflikt wewnątrz, to to, co robimy, nie będzie emocjonalnym kosztorodnym przymusem, tylko wolnym wyborem przynoszącym satysfakcję i gratyfikację.

Osiem gwiazdek

W moich postach tutaj staram się pokazać swoją perspektywę, mój sposób widzenia świata, mój kawałek układanki, którą tworzymy wszyscy razem. 
Jako psycholog uwrażliwiam na to, że to samo zachowanie może pochodzić z zupełnie różnych źródeł czy intencji (można krzyczeć z bólu i z radości, z rozpaczy i ze złości), a zmiana zachowania wcale nie oznacza uwolnienia od schematu, w jakim się funkcjonuje, bo czy się słonia stawia na nogach czy na głowie, to nadal jest to ten sam słoń.
W poniższym tekście piszę, dlaczego „jestem za, a nawet przeciw” jak mawiał nasz były Prezydent i dlaczego się obawiam o efekt obecnego społecznego ruchu. 
W skrócie – cudownie jest widzieć ludzi zjednoczonych, ale jedność w imię czegoś jest zupełnie czymś innym niż jedność przeciwko czemuś. To dwie różne energie, tworzące zupełnie różne efekty.

Refleksja 1 – IM WIĘKSZA MOTYWACJA ZEWNĘTRZNA, TYM MNIEJSZA MOTYWACJA WEWNĘTRZNA. Im bardziej rodzic się stara, pilnuje i kontroluje, tym mniej zaangażowane, samodzielne i odpowiedzialne staje się dziecko. Nie inaczej jest w państwie – im bardziej autorytarne jest prawo, tym bardziej zanika sumienie i odpowiedzialność ludzi. Energia skupia się wtedy na buncie i szukaniu obejść, do rozkwitu wszelkiego rodzaju podziemia, bez względu na to, czy chodzi o podziemie aborcyjne, kluby działające podczas prohibicji, mafie narkotykowe, tajne komplety czy roznoszenie ulotek anty-PZPR. Nie jestem zwolenniczką aborcji, żadna czująca istota nie jest – ale jestem przeciwniczką przymusu, odbierania ludziom wolnej woli. Nie wierzę, że prawem można rozwiązać rodzinne dramaty – czy usunąć ciążę, czy odłączyć kogoś w śpiączce od respiratora, czy oddać bliską osobę pod opiekę instytucji, czy wybrać to czy tamto życie. To decyzja serca i sumienia, która powinna uwzględniać indywidualną sytuację i dobro wszystkich zaangażowanych, nie da się jej zastąpić aktem prawnym.

Refleksja 2 – KAŻDY Z NAS MA UNIKALNĄ PERSPEKTYWĘ WIDZENIA UKSZTAŁTOWANĄ PRZEZ SWOJE NIEPOWTARZALNE DOŚWIADCZENIE I WYBIERA NAJLEPIEJ JAK POTRAFI ZE SWOJEGO POZIOMU ŚWIADOMOŚCI. Jeśli dziecko pogryzł pies, nie zmusimy go do kochania psów. Jeśli zostało skrytykowane i zawstydzone, nie nabierze wiary w swoje zdolności czy umiejętności. Każdy nasz wybór i decyzja mają swoją przyczynę, wynikają z naszych doświadczeń i przekonań. Byt nie określa świadomości, jeśli świadomość nie jest na nią gotowa. Innymi słowy – nie można nikogo zmusić, żeby był dobry, żeby wyznawał takie a nie inne wartości, żeby czuł to, a nie co innego, żeby nie popełnił samobójstwa. Sposobu myślenia nie da się regulować ani ustawą, ani przekupstwem. A wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono, cytując naszą poetkę. Możemy wierzyć, że jesteśmy wzorem uczciwości, ale to nic nie znaczy dopóki nie znajdziemy na swojej drodze portfela z grubą kasą. Wtedy dopiero się dowiadujemy, czy uczciwość jest naszym priorytetem czy może jednak coś innego. Więc (przepraszam moje nauczycielki polonistki) wszelkie „ja bym w takiej sytuacji” należy włożyć między bajki i pobożne życzenia.

Refleksja 3 – KAŻDE PRZEKONANIE JEST SAMOSPEŁNIAJĄCĄ SIĘ PRZEPOWIEDNIĄ. Dopóki w domu uczymy dzieci schematu „my kontra oni” (swoi vs obcy, mężczyźni vs kobiety, biali vs kolorowi, wierzący vs niewierzący itd.), dopóty podziały będą rządzić w skali kraju. Jeżeli wierzymy, że musimy się bronić przed „nimi”, to atakujemy, bo atak jest najlepszą formą obrony. I nawet jeśli zwyciężamy, to jest to Pyrrusowe zwycięstwo, które nie przynosi poczucia bliskości, tylko samotność. Dotyczy to również macicy. Tak, macicy. „Macica jest moja!” – tak, macica, ręka, kolano, wątroba – tak. Ale płód, a potem dziecko – nie. Jest wspólne i przecież chodzi nam o to, żeby tak właśnie było, żeby 8 na 10 facetów dzieci niepełnosprawnych nie odchodziło od swoich partnerek. „Chcę sama decydować!” jest krzykiem rozpaczy przed brakiem zrozumienia i wsparcia, przed krzywdą. Ale staje się samospełniającą przepowiednią: kobieta zostaje z ciążą, z decyzją, z niepełnosprawnym dzieckiem, z odpowiedzialnością – sama. To nie powinien być strajk kobiet tak jak ciąża nie powinna być sprawą kobiety, bo dziecko ma dwoje rodziców.

Refleksja 4 – EMOCJE SĄ ŚWIETNYMI INFORMATORAMI, ALE PASKUDNYMI DORADCAMI. Wiele kobiet pamiętając swoje tłumione emocje z dzieciństwa, pozwala swoim dzieciom na ich wyrażanie, a one robią to coraz silniej i bezwzględniej, przekraczając kolejne granice, podnosząc na matkę głos, używając wyzwisk, czasem przemocy fizycznej. Jak wcześniej robił to wobec tych kobiet ojciec, potem mąż, szef w pracy. I znów łykają zażenowanie, wstyd, żal, przykrość, złość, gniew… Tłumią w sobie kolejne pokłady emocji, które gęstnieją jak gaz w powietrzu czekający na jedną iskrę… Aborcja nie jest pierwszą potrzebą w codziennym życiu standardowej Polki, ale potrzeba szacunku i wsparcia – jest. I kiedy ogłasza się publicznie i oficjalnie, że z litery prawa odmawia się kobiecie w dramatycznej sytuacji zrozumienia i pomocy, za to oferuje osądzenie i ukaranie, to jest ta iskra, która podpala lont. Lont do miejsca pełnego wszystkich tych połkniętych emocji, kiedy trzeba było znosić upokorzenie, kiedy trzeba było się podporządkować, ustąpić, zrozumieć innych kosztem siebie, poświęcić się, zacisnąć zęby. Robi się narodowy wybuch, farba rozbryzguje się po ścianach kościołów i pomnikach, plakaty krzyczą wulgaryzmami. Może czasem trzeba ryknąć, żeby ktoś usłyszał. Może trzeba trzasnąć drzwiami, żeby przestano nas lekceważyć. Może jako sygnał powagi sytuacji. Ale nie jako strategia, bo rozwścieczonego dziecka nikt nie bierze na poważnie. Można zlekceważyć jego wybuch albo je zamknąć w pokoju aż ostygnie. I dokładnie to widać na horyzoncie. Działanie na emocjach jest destruktywne. Wykorzystanie emocji do konsekwentnego działania w swojej obronie jest konstruktywne. O ile „Solidarność” była hasłem jednoczącym, o tyle „Wypierdalać” nie jest.

Refleksja 5 – „KALI UKRAŚĆ KROWĘ TO DOBRZE, KALEMU UKRAŚĆ TO ŹLE.” Wierzymy, że ktoś nas kocha tym bardziej, im mniej kocha innych. Ale to jego ogólna zdolność do kochania zdecyduje, czy to będzie trwać czy nie, niezależnie od tego, jak wielki bukiet kwiatów dostajemy dzisiaj. Chodzi o ogólny sposób myślenia, o wartości i priorytety. Nie chodzi o to, czy gimnazja były dobre czy nie, czy szczepionki są zbawcze czy zabójcze, czy aborcja to prawo czy grzech. Chodzi o to, że te decyzje rząd podejmuje bez konsultacji społecznych, wbrew ekspertom z danych środowisk, wbrew woli zainteresowanych, jak autorytarny patriarcha wobec upośledzonych i ubezwłasnowolnionych dzieci. A dzieci jak w syndromie sztokholmskim usprawiedliwiają każdy kolejny cios, z wypowiedzeniem konwencji stambulskiej włącznie, bo jeszcze tak bardzo nie boli, żeby nie dało się wytrzymać… A kiedy już nie da się udawać, rozpoczyna się bunt. Marzę, żeby ten bunt nie przypominał wyzwalania Polski spod okupacji niemieckiej przez Rosjan, którzy grabili, gwałcili i na koniec podpalali to, czego nie mogli zabrać ze sobą… Bo zmiana kierunku niczego nie zmienia, jeśli pozostaje w tym samym schemacie myślenia. Jedni każą „zapierdalać za miskę ryżu”, inni w odwecie każą im „wypierdalać”. Przemoc rodzi przemoc. Nie gasi się ognia ogniem. Emocje, agresja, odwet to kiepski fundament pod Nowe, żeby nie powiedzieć żaden.

Refleksja 6 – ŚWIADOMOŚĆ MASOWA JEST SUMĄ ŚWIADOMOŚCI INDYWIDUALNYCH. Chore komórki nie utworzą zdrowej tkanki narządu, chore narządy – zdrowego układu. Jeśli choruje organizm, to niewydolne są pojedyncze komórki. Jeśli choruje państwo, to znak, że trzeba uzdrowić ludzi, którzy je tworzą. Ludzi, którzy akceptują autorytety nawet wtedy, kiedy te ich krzywdzą. Ludzi, którzy wybierają to, co im szkodzi, po raz kolejny i kolejny. Ludzi, którzy udają, że nie widzą kłamstw i hipokryzji, żeby zachować złudzenia i święty spokój. Ludzi, którzy manipulowani, okradani i pogardzani usprawiedliwiają swoich prześladowców. Ludzi, którzy są obojętni na krzywdę innych, dopóki im się to opłaca. Ludzi, którzy nie potrafią mówić o swoich emocjach ani merytorycznie dyskutować, potrafią za to głośno krzyczeć, obrażać, przeklinać i trzaskać drzwiami. Nie mówię o „wyznawcach PiS-u”, mówię o zachowaniu każdego z nas w domu, szkole, pracy, na ulicy, w internecie. O tych, którzy ustawiają świat pod siebie i własną wizję rzeczywistości, depcząc innym po głowach, i o tych, którzy im ustępują z lęku – nawet jeśli tymi prześladowcami są ich własne dziesięcioletnie dzieci. Człowiek, który zna swoją wartość i wie, czego chce, nie wybierze władzy, która zachowuje się jak bezwzględny autorytarny rodzic. Kogoś takiego nie kupi się pustymi obietnicami. I w efekcie ktoś taki nie będzie musiał z tą władzą walczyć za pomocą wulgaryzmów, agresji i dewastacji wspólnego mienia o… resztki swojej godności, wolnej woli i niezależności.

Nie musisz się ze mną zgadzać. Nie napisałam tego po to, żeby kogoś przekonywać, ani po to, żeby prowokować kolejną dyskusję w internecie, która się na nic nie przekłada. Dzielę się swoją perspektywą z tymi, którzy są jej ciekawi. A jeżeli po przeczytaniu tego tekstu (lub jakiegokolwiek innego, gdziekolwiek) poczułeś/aś się dotknięty/a…

„Jeżeli coś dotyka cię, znaczy: dotyczy cię. Jeżeliby nie dotyczyło cię – nie dotykałoby cię, nie zrażało, nie obrażało, nie drażniło, nie kłuło, nie raniło. Jeżeli bronisz się, znaczy: czujesz się atakowany. Jeżeli czujesz się atakowany, znaczy: jesteś celnie trafiony. Miej to na uwadze.” – Edward Stachura

Jeżeli coś spowodowało Twoje emocje, proszę nie wdawaj się w polemikę w komentarzach, nie atakuj. Pozwól sobie to poczuć, nazwij to, zastanów się, jakie stare sytuacje powodowały takie emocje – tekst to tylko wyzwalacz tego, co siedzi w środku stłumione od dawna. Im silniejsze emocje, tym głębsze zranienie. Wypuść to i uświadom sobie, że to skumulowane emocje od czasu, kiedy nie potrafiłaś/eś się obronić jako zależne od dorosłych dziecko i że nie jesteś już tym dzieckiem, ani czyjąkolwiek ofiarą. Poczuj to, co Cię boli, nazwij, zrozum, uszanuj i wypuść, a emocje odejdą, każda jedna, którą zauważysz, zrozumiesz i przytulisz. Wybacz innym, że nie potrafili potraktować Cię z szacunkiem i wybacz sobie, że się na takie zachowanie zgodziłeś/aś. Jesteś pełnoprawnym dorosłym, który może decydować o sobie i chcieć dla siebie tego co dobre według własnego wyczucia. Masz do tego pełne prawo, jak długo nie krzywdzisz tym innych. Daj sobie to, czego nie dostałeś/aś jako dziecko, zacznij myśleć o sobie dobrze – i obserwuj jak zmienia się Twoja rzeczywistość. Jakkolwiek to brzmi, właśnie tak możesz zmienić to, czego osiem gwiazdek nie może.

Strefa komfortu

Ludzki umysł generalizuje to, co się często powtarza i to, co wiąże się z silnymi emocjami. W ten sposób powstają nasze przekonania i oczekiwania wobec innych ludzi – oczekujemy, że będą się oni zachowywać zgodnie z tymi zakodowanymi schematami, w które wierzymy.

Jeśli to robią, potwierdzają nasze schematyczne przekonania czyli blokują nasz rozwój, ale podtrzymują komfort. 

Jeśli nas zaskakują, burzą nasz wewnętrzny porządek i powodują dyskomfort, ale poszerzają nasz sposób myślenia, pomagają nam się rozwijać – i paradoksalnie w efekcie powiększają naszą strefę komfortu.

Dziecko, rodzic czy dorosły?

W zależności od swoich wczesnych doświadczeń i relacji z opiekunami, w każdym obszarze siebie uczymy się myśleć o sobie w jakiś sposób. Tam, gdzie nasz rozwój przebiegał prawidłowo, myślimy o sobie jak o dorosłym; tam, gdzie nasz rozwój został zablokowany, myślimy o sobie w kategoriach dziecka; tam, gdzie „przeskoczyliśmy siebie” (skupiliśmy się na innych z pominięciem siebie), myślimy o sobie w kategoriach rodzica.

Jeżeli silnie potrzebujemy towarzystwa, stałej obecności innych ludzi, a największą karą jest dla nas zostać sam na sam ze sobą, traktujemy siebie jak fizyczne dziecko. Jeżeli mamy przymus decydowania o aktywności i obecności innych, jesteśmy w roli fizycznego rodzica.

Jeżeli musimy znać zdanie innych, żeby wiedzieć co myśleć, traktujemy siebie jak intelektualne dziecko. Jeżeli mamy zwyczaj pouczać innych, traktujemy siebie jako intelektualnego rodzica.

Jeżeli wydaje nam się, że nie przeżyjemy bez emocjonalnego wsparcia i opieki innych ludzi, traktujemy siebie jak emocjonalne dziecko. Jeżeli wydaje nam się, że inni zginą bez naszego wsparcia, jesteśmy w roli emocjonalnego rodzica.

Jeżeli wierzymy, że miłość jest warunkowa i trzeba o nią zabiegać, trzeba znaleźć klucz, żeby ją dostać od innych (zapracować, wyłudzić, ukraść, zaszantażować, kupić), to traktujemy siebie jak duchowe dziecko. Jeżeli myślimy, że znamy jedyną prawdę na świecie i musimy każdego na nią nawrócić, traktujemy siebie jak duchowego rodzica.


Dziecko umiejscawia źródło mocy na zewnątrz siebie, unika odpowiedzialności, jest zależne od innych, od okoliczności, od losu, od przeznaczenia ustanowionego przez kogoś innego; za swoje problemy obwinia innych.

Rodzic umiejscawia źródło mocy w sobie, ale bierze odpowiedzialność za innych, co powoduje, że staje się od nich zależny; za porażki obwinia siebie.

Dorosły umiejscawia źródło mocy w sobie i bierze odpowiedzialność za własne wybory; jest niezależny i świadomy, że sam tworzy swoje przeznaczenie. Nie obwinia nikogo, widzi, że każdy wybór niesie konkretne konsekwencje. 

Tak, jak traktujemy siebie w danym obszarze, tak tworzymy bliskość z drugim człowiekiem – albo jak dorosły, żeby doświadczać siebie w poszerzonym, społecznym zakresie, albo jak dziecko, żeby znaleźć opiekuna, który przejmie to, co dla nas niewygodne i zdejmie z nas odpowiedzialność za to, co robimy, albo jak rodzic, żeby być takim opiekunem.

Umrzeć, żeby żyć naprawdę

Bliskość z drugą osobą wydaje się być naturalną i podstawową potrzebą człowieka. Szukamy jednak tej bliskości jak dzieci, które są zależne, niesamodzielne, które potrzebują stałych zapewnień i namacalnych dowodów na to, że są kochane. Szukamy fizycznego kontaktu, intelektualnego porozumienia, emocjonalnego wsparcia – czegokolwiek, jakiejś formy miłości, której moglibyśmy być pewni, którą moglibyśmy kontrolować. I nieważne, czy to dostajemy czy nie, bo i tak nie czujemy tej bliskości – czujemy zależność, przymus zapracowania na to, kupienia tego, wymuszenia albo po prostu wykradzenia; dostania z zewnątrz, od innych; lęk przed tym, że zabraknie tego dla nas. Ale tak jak dorastając uczymy się robić sobie sami jedzenie i kupować ubrania (nie oczekujemy, że inni nam to dadzą jak wtedy, kiedy byliśmy dziećmi), tak samo uczymy się przenosić źródło miłości z zewnątrz do wewnątrz.

Tym, co nas napędza do szukania miłości i bliskości jest wiara, że one istnieją. A wiara jest tym silniejsza, im mniej można ją wesprzeć dowodami, faktami, logicznym rozumowaniem, doświadczeniem – im bardziej jest poczuciem, nie dającą się udowodnić wewnętrzną pewnością. Dlatego paradoksalnie każdy z nas, żeby z duchowego dziecka stać się duchowym dorosłym, potrzebuje przejść przez brak miłości i bliskości z innymi w każdym z obszarów siebie – żeby przełamać dziecięcy lęk, że bez innych nie istniejemy, nie przeżyjemy; żeby aktywować miłość i zdolność do bliskości w sobie. Im bardziej jesteśmy uzależnieni od fizycznej obecności innych ludzi, tym bardziej potrzebujemy zostać pozbawieni ich kojącego dotyku. Im bardziej jesteśmy uzależnieni od bycia w kontakcie z innymi, tym bardziej potrzebujemy zostać pozbawieni możliwości porozumienia się z nimi. Im bardziej jesteśmy uzależnieni od wsparcia emocjonalnego, tym bardziej potrzebujemy zostać opuszczeni, zdradzeni. 

Jeżeli potrafimy wierzyć w miłość po utracie wszystkich jej namiastek, a szczególnie tej wybranej formy, tej wyjątkowej tęsknoty pochodzącej z naszego indywidualnego doświadczenia, to znaczy, że głos naszej duszy jest silniejszy niż wszystkie głosy z zewnątrz. Dopiero kiedy wierzymy w miłość całkowicie wbrew swojemu doświadczeniu i logice, wierzymy naprawdę i jesteśmy gotowi na tworzenie autentycznej bliskości z drugim człowiekiem – jak niezależny, samodzielny dorosły, jak partner, nie jak zalęknione zależne dziecko.

Duchowość decyduje

To, jaki człowiek jest fizycznie – jak się zachowuje, jak funkcjonuje w swoim otoczeniu, zależy od jego intelektu i emocji. To, w jaki sposób ktoś używa swojej inteligencji i emocjonalności, zależy od sfery duchowej – od tego w co wierzy, za czym podąża, jaki ma kontakt ze swoją duszą: czy realizuje siebie czy swoje ego. Duchowość więc decyduje o fizycznym efekcie, o sposobie wykorzystania swojego potencjału. Energia tworzy materię.

Idealne dopełnienie

Pierwsza relacja z opiekunami jest pierwowzorem wszystkich innych relacji – ze sobą, z innymi ludźmi, ze światem. Staramy się na siłę powtórzyć to, co było w niej dobre i uniknąć tego, co pamiętamy jako krzywdę. Jedynie strategie są różne, w zależności od tego, jakie mechanizmy skopiowaliśmy z domu rodzinnego: jedni żądają, inni próbują zapracować czy zasłużyć; jedni oszukują siebie, inni oszukują innych. Efekt jest zawsze ten sam: niedosyt. Jak długo chcemy kontrolować innych, żeby dali nam to czego chcemy na naszych warunkach, tak długo jesteśmy od nich zależni – a więc słabi, wciąż w lęku, że zabraknie nam tych dostaw. Dopiero kiedy damy sobie sami to, czego poszukujemy u innych, przestajemy potrzebować tego zewnętrznego „rodzica” – emocjonalnie przestajemy być dzieckiem. Tam, gdzie żyliśmy pod presją, musimy stać się dla siebie wyrozumiali; tam, gdzie nie postawiono nam granic, musimy nauczyć się wymagać od siebie. Stając się dla siebie idealnym dopełnieniem swoich rodziców, zaczynamy widzieć siebie i innych ludzi bez zniekształcających okularów poczucia krzywdy i winy założonych w dzieciństwie. Wtedy rzeczywistość jak hologram zaczyna odbijać tę pełnię w nas samych – jako realizację, a nie tęsknotę, jako spełnienie, a nie jego brak.

Dobre samopoczucie

Dobre samopoczucie jest energią, która wymaga stałego zasilania tym, co nam służy, co nas wzmacnia. Można ładować energię z zewnątrz – od pozytywnych ludzi, ze słońca i światła, ciepła, dobrego jedzenia, snu, muzyki, obcowania z naturą. Można wytwarzać ją samemu przez medytowanie, wysiłek fizyczny, pomaganie innym, robienie czegoś dla innych, zaangażowanie się w coś, przez pasję lub misję.

Człowiek jest potencjalnym perpetuum mobile, ale paradoksalnie żeby stać się niezależnym od zewnętrznych źródeł energii musi najpierw nauczyć się ich używać do uruchomienia źródeł wewnętrznych. Energetycznie człowiek funkcjonuje tak samo jak fizycznie –  potrzebujemy całkowitej opieki dorosłego jako niemowlę, a w miarę nabierania sił i umiejętności uniezależnimy się od opiekunów. Tak samo trzeba nauczyć się dawać sobie dobrą energię z zewnątrz tak, żeby jej poziom nie spadał, a potem stopniowo zastępować jej dostarczanie wytwarzaniem. W przeciwnym wypadku albo uzależnimy się od zasilaczy zewnętrznych (konsumpcjonizm), albo wyczerpiemy się, próbując bez przygotowania polegać tylko na zasilaniu wewnętrznym (poświęcanie się).